poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Nowy grzech – straszenie dzieci

W jednej z małych polskich miejscowości, na specjalnie zorganizowanej w kościele katolickim dla dzieci mszy świętej, prowadzący ją ksiądz - zamiast skierować do dzieci ciepłe słowa radości, że na nią przybyły, włączyć je do wspólnej modlitwy i, jak zachęca od kilkudziesięciu już lat ks. prof. Janusz Tarnowski, wejść z tymi dziećmi w dialog - zaczął je obrażać i straszyć. Najpierw nawymyślał podwyższonym tonem głosu wszystkim – rodzicom i zgromadzonym przed ołtarzem dzieciom, że tak mało ich dzisiaj przyszło na mszę, że pewnie rodzice celowo pozamykali dzieci w piwnicy, by te nie uczestniczyły w mszy świętej, tak, jakby te przybyłe do kościoła pociechy rzeczywiście mogły być temu winne, po czym zwymyślał i tak już przerażone maluchy za to, że nie znają słów jednej z maryjnych pieśni. „Jak następnym razie nie będziecie umiały jej śpiewać – grzmiał sprzed ołtarza – to wam włosy z głowy powyrywam i wrócicie do domu łyse!” Zgroza!

Właściwie, powinno się wyjść z kościoła, ale na szczęście nie tylko tacy księża decydują o jakości wychowania religijnego. W tym przypadku, zmuszają rodziców do jeszcze większej troski i uwagi, by naprawiać ich kardynalne błędy pedagogiczne, które zapewne w stosunku do części rodzin i dzieci mogą skutkować co najmniej oddaleniem się od Kościoła.

Warto, by księża mieli na uwadze pogląd ks. prof. Janusza Tarnowskiego, który pisał m.in.: Wydaje się, że dziecko ze swej natury otwarte jest ku łączności z Bogiem, szczególnie jeśli zostało obdarzone łaską chrztu św. Wobec niesprzyjającego wpływu otoczenia często traci – niestety – tę zdolność”.

W odnotowany przeze mnie sposób komunikowania się z dziećmi i ich rodzicami - ów ksiądz nie wychowa ich do spotkania z Bogiem, który objawił się w Jezusie Chrystusie i nie zaprosi ich do przyjaźni z sobą.

(źródło: Ks. J. Tarnowski, Próby dialogu z młodymi. Prekatecheza egzystencjalna, Katowice 1983, s. 358)

8 komentarzy:

  1. Straszy w Polsce minister edukacji i jego urzędnicy(szczególnie!), straszą kuratorzy i samorządowi dyrektorzy wydziałów oświaty, straszą dyrektorzy, straszą nauczyciele.Cóż dziwnego,że i ksiądz straszy...;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze!

    Wzmiankowana uwaga księdza o powrocie do domów bez włosów, czyli w stanie łysym, była genialna - zwłaszcza, jeśli sam ksiądz "czupryną nie grzeszył".

    Sprawa aktywizowana dzieci w sprawy kościelne jest złożona, a zatem wieloaspektowa.

    Ze słyszenia znam opowieść, jak to pewien - już dzisiaj nastolatek, niedawno bierzmowany - miał mówić o rozmowie swego taty z pewnym (szeroko znanym) księdzem: "Tata tak księdzu nagadał, że ksiądz całą noc nie spał." Miało, jak słyszałem, w owej rozmowie chodzić o możliwość zaangażowania matki chłopca do (odpłatnego) opiekowania się kaplicą.

    Obecność dzieci (zwłaszcza małych)podczas liturgii to "temat - rzeka". Uważam, że świetne rozwiązanie zastosowano w podwarszawskiej Kaplicy p.w. Św. Piusa X. Obok części ołtarzowej wydzielono tak zwane akwarium, czyli przestrzeń dla rodziców z małymi dziećmi. "Akwarium" było oddzielone od reszty kaplicy dźwiękoszczelną szybą, ale zamontowano tam nagłośnienie. Dzieci widziały całą - zawsze tradycyjną - liturgię i wszystko słyszały, a jednocześnie nie przeszkadzały innym wiernym.
    Przed paroma laty zauważyłem świetne zorganizowanie obecności dzieci na Mszy Św. trydenckiej w warszawskim Kościele p.w Św. Benona.
    Na podstawie własnych obserwacji, twierdzę, że wśród księży tradycyjnych dominuje bardzo dobry kontakt z dziećmi. Świetnym przykładem takiego postępowania jest ksiądz Anselm Ettelt, który w ubiegłym roku został skierowany do posługi w innej części Europy. W jakimś sensie, wyjątek stanowił jeden z księży Bractwa Świętego Piusa X (który potem "zmienił barwy klubowe"), ale on zazwyczaj był niecierpliwy w ogóle, co (jak sądzę) wynikało z nałogu nikotynowego, któremu głupio było (p)oddawać się przy wiernych.

    Podczas Novus Ordo Missae rozpleniło się zamienianie liturgii w "ochronkę dla porzuconych dzieci". Rodzice zaś udają, jakby chcieli powiedzieć: "to nie moje". Gdy się spojrzy na niektórych rodziców, to "nie dziwota", że dzieci zachowują się nieznośnie. Do tego dochodzi brak reakcji księży. Gdy jakiś dzieciak właził na scenę (tak to teraz często wygląda u "NOM'adów"), to niekiedy miałem ochotę głośno powiedzieć coś w stylu: "tausia szuka", "do tatusia idzie", "za tatusiem się stęsknił". Ale mogłaby być "scena", gdybym trafił.

    Z poważaniem,

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja podziwiałem msze dla dzieci prowadzone przez ks. prof. Janusza Tarnowskiego. Genialny kontakt z dziećmi, obustronna fascynacja obecnością i sztuką modlenia się oraz autentyczny, wzajemny szacunek, a co ważne docierająca niejako do rdzenia osobowego każdego dziecka troska o ułatwianie mu mówienia od siebie i przeżywania sobą wszystkiego, co miało miejsce w czasie liturgii. Wiek dziecka nie miał tu znaczenia. Natomiast rodzice byli także włączani w prowadzony przez Księdza dialog z dziećmi, i to w taki sposób, by ani one nie czuły się skrępowane ich obecnością, ani też nikt nie pominął powagi miejsca i znaczeń procesów mających miejsce w czasie mszy św.

    OdpowiedzUsuń
  4. No cóż, ksiądz komunikował się z dziećmi z pozycji surowego superego, czyli surowego rodzica. Widocznie w kontakcie z dziećmi uruchamiają się w nim engramy z czasów, gdy był sam był dzieckiem i tak właśnie jego traktowano. Takie ma zinternalizowane wewnętrzne obiekty -wzorce rodzica. Gdy wchodzi w rolę symbolicznego rodzica,to widzi w dzieciach, siebie samego z czasów, gdy był dzieckiem.Prawdopodobnie ksiądz także surowo ocenia własną osobę...Na podobnej zasadzie zachodzą wszelkie relacje nauczyciel - uczeń, tzn. nauczyciele powielają zachowania swoich pierwotnych autorytetów, czyli rodziców.Czy nie sądzi Pan Profesor,że w kształceniu nauczycieli powinna mieć miejsce własna terapia; w skuteczność samej edukacji nie wierzę. Od dawna mówię,że nauczycieli powinno kształcić się na podobnej zasadzie, jak terapeutów (tylko broń Boże jak terapeutów behavioralno - poznawczych! Super niani także nie da się słuchać, zwłaszcza jak wchodzi w rolę surowego rodzica wobec rodziców, których dzieci sprawiają kłopoty wychowawcze:))

    OdpowiedzUsuń
  5. Karygodna postawa księdza nie wydaje mi się odosobniona (księża chyba generalnie lubią trochę postraszyć - "Bój się Boga!" mówią nawet niewierzący :) i ciekawa jestem, czy Profesor zna historię ze słyszenia, czy uczestniczył w tej mszy "świętej". Jeśli tak - czy wyszedł Profesor z kościoła? Czy w jakikolwiek sposób zwrócił Profesor głośno (co nie znaczy - w trakcie mszy) uwagę? Czy sprawa stała się po prostu inspiracją do wpisu na blogu? A jeśli nikt nie zwrócił uwagi księdzu, to dlaczego? Z całym szacunkiem dla Prof. Tarnowskiego, ale w odniesieniu do słów: "Wydaje się, że dziecko ze swej natury otwarte jest ku łączności z Bogiem, szczególnie jeśli zostało obdarzone łaską chrztu św. Wobec niesprzyjającego wpływu otoczenia często traci – niestety – tę zdolność” - dziecko generalnie "z natury", czyli po prostu z powodu poziomu rozwoju intelektualnego jest podatne na indoktrynację. "Łączność" może mieć z każdą ideą, do której metodami modelowania i perswazji będą go przekonywać rodzice/nauczyciele. Ciekawi mnie też co oznacza sformułowanie "być obdarzonym łaską chrztu świętego"? Z tego co wiem, nie jest to żadna łaska. Polega to po prostu na tym, że ludzie biorąc ślub kościelny zobowiązują się do wychowania dzieci w duchu katolickim, a potem nieświadome niczego dziecko chrzczą (bez jego wyboru), wybierając za nie w co będzie wierzyć. Rozwój świadomości powoduje często odejście od kościoła katolickiego, często też i samej wiary, ale w statystykach kościelnych nadal się jest "obdarzonym łaską chrztu świętego". Natomiast formalne wyjście z tej statystyki, to już nazwałabym "łaską". To o wiele bardziej skomplikowana, biurokratyczna sprawa, niż "podanie dziecka" do chrztu.

    OdpowiedzUsuń
  6. W anonimowym komentarzu (24 sierpnia 2010 10:40) dostrzegam wyraz stanowiska, jakie głosił J. J. Rousseau.
    Ów człowiek zasłynął nie tylko z bycia utrzymankiem pewnej kobiety, ale również dopuścił się oddania swych dzieci do przytułku.

    Na stronie:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Jan_Jakub_Rousseau
    można przeczytać (między innymi):
    "Matkę stracił przy urodzeniu, niedbale wychowany przez ojca — zegarmistrza, dostał się przypadkiem do pani de Warens w Annecy, która go nawróciła na katolicyzm; pozostawał u niej (z przerwami) w latach (1730—1738) w Chambèry, jako jej przybrany syn, później jako kochanek."
    "W roku 1744 osiadł w Paryżu, gdzie dostał się do wyższego towarzystwa. W tym czasie poznał Thèrese Levasseur, kobietę prostą i ograniczoną, z którą miał 5 dzieci, oddanych do przytułku, wziął z nią ślub dopiero po 25 latach pożycia. Na ulicach Annecy przyłapano go na ekshibicjonizmie."

    Zdaję sobie sprawę z tego, że o "metodzie biograficznej" wypowiadano się także krytycznie. Jednakże warto wiedzieć, od kogo zapożycza poglądy "Anonimowy".

    Chciałbym mieć nadzieję, że "Anonimowego" stać na wiele więcej, niż kopiowanie poglądów człowieka, który po(d)rzucił własne dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czy Nauczyciel Może Straszyć dzieci że pójdą do domu dziecka ?????

    OdpowiedzUsuń
  8. ten,który tak postępuje, nie jest nauczycielem.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.