piątek, 13 września 2013

Pokolenie akademickich oszustów

W Rosji naukowcy też oszukują. Jak podaje agencja prasowa Nowosti tylko w 2000 r. co dziesiąta rozprawa doktorska z historii okazała się - po przebadaniu jej antyplagiatowym programem - plagiatem. Analizie poddano 14,5tys dysertacji, z czego 1,5 tys. zawierało ponad 70% treści skopiowanych z innych źródeł, a bez podania właściwego ich autora. Badano tylko bazy prac doktorskich, ale twierdzi się, że gdyby weryfikacji poddać książki i artykuły, to poziom bezprawnych zapożyczeń byłby dużo większy.

Z podobnym problemem nie mogą się uporać Czesi, gdzie można zakupić gotową rozprawę doktorską i uzyskać na tej podstawie stopień naukowy Ph.D. Wyspecjalizowane w tym zakresie agencje oferują rozprawy naukowe o objętości ok. 150 stron w cenie od 67 do 90 tys. korun. Podobnie, jak ma to miejsce w Polsce, można zamówić w internetowej firmie napisanie pracy licencjackiej czy magisterskiej za odpowiednio niższą cenę. Właściciele tych firm zacierają ręce, bowiem mają tysiące zadowolonych klientów. Uczelnie nie są bowiem w stanie rozpoznać w tych pracach obcego udziału szarej strefy. Dziennikarze MF DNES w Czechach zamówili napisanie im w czterech "agencjach akademickich" rozpraw naukowych z dziedziny reklamy. Jak się okazało napisały je dla nich osoby, które nie mają z nauką specjalnych doświadczeń.

Pod artykułem, w którym dziennikarz opisał powyższy proceder, został zamieszczony sondaż z pytaniem Czy przedłożyłbyś w czasie swoich studiów jako własną rozprawę dyplomową taką, którą napisał za ciebie ktoś inny, na Twoje zamówienie? Wynik sondażu był następujący:

TAK 1879
NIE 4784

Nie wiem, czy znany także w Polsce czeski historyk Martin C. Putna, któremu Prezydent Republiki Czeskiej nie chciał nadać tytułu naukowego z powodu krytykowania go przez tego naukowca w okresie kampanii wyborczej, brał udział w tej samej konferencji naukowej na Węgrzech, co Jan Hartman z UJ, ale w swoim felietonie pt. "Polska, bezczelność, ambasada" relacjonuje niemalże zbliżoną do naszego filozofa relację z międzynarodowej "debaty" historyków. Otóż konferencja była poświęcona wydarzeniom węgierskim z 1956 r. Uwagę uczestników przykuło wystąpienie młodej doktorantki pewnego profesora z Polski (prof. Putna określił ją mianem "pindulína"), którego referat był umieszczony jako jeden z głównych w sesji plenarnej. Polski historyk nie znał języka angielskiego, w którym toczyły się obrady, toteż zlecił zadanie odczytania swojego referatu doktorantce, a sam udał się w tym czasie na zakupy. Treść referatu przypominała płomienną mowę polityka radykalnej prawicy o tym, jak to Polska będzie miała wpływ na współczesne wydarzenia w Europie. Jak dowiedział się czeski historyk, ponoć ów profesor był jakiś czas temu kandydatem PiS do Sejmu. Na pytanie do organizatorów konferencji: skąd wzięła się taka - jak to określił -"karykatura" w programie debaty, otrzymał odpowiedź, że została polecona przez Ambasadę Węgier w Warszawie. Polak Węgier dwa bratanki. Tego M.C. Putna jako historyk nie wie?

U nas z plagiatami wcale nie jest gorzej. Staramy się jak możemy, by wygrywać i na tym polu umiędzynarodowienia nauki. W Łodzi dziekan Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego zgłosił do prokuratury fakt naruszenia praw autorskich przez córkę pewnej pani profesor, kora przywłaszczyła sobie wyniki badań doktorantki (jej opiekunką naukową była mama owej córeczki). Skorzystała z faktu, że doktorantka była przez dłuższy okres czasu chora i nie pojawiała się na uniwersytecie, więc wykorzystała w swoim artykule opublikowanym w czasopiśmie naukowym nie swoje wyniki badań, podpisując je oczywiście własnym nazwiskiem. Rektor jednej z łódzkich wyższych szkół prywatnych został ukarany trzyletnim zakazem sprawowania funkcji publicznych za plagiat pracy doktorskiej, którą obronił na uniwersytecie pod kierunkiem ówczesnego dziekana jednego z wydziałów, a jego podwładnego w tej szkole na drugim etacie. Teraz rozumiem, dlaczego władze miasta chcą koniecznie zmienić tablicę, jaka była przy wjeździe do miasta - "Łódź akademicka wita". Niektórzy dopisywali - "... akademickich cwaniaków i oszustów".

Niech jednak drżą w Polsce oszuści, bowiem absolwenci, którzy obronili prace licencjackie czy magisterskie napisane niesamodzielnie lub skopiowane, mogą utracić dyplom licencjata czy magistra, gdyż - jak podaje Dziennik. Gazeta Prawna: Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pracuje nad stworzeniem ogólnopolskiego systemu antyplagiatowego, do którego trafią teksty napisane po 30 września 2005 r. Od tego czasu dyplom otrzymało 3,5 mln osób.

A nam pozostają rodzimi oszuści, którzy odliczają się w każdej grupie akademickiej: studentów, doktorantów, doktorów, także tych habilitowanych i profesorów. Ostatnio dowiedziałem się, że pedagog-habilitant postanowił negatywną recenzję swojej rozprawy naukowej wykorzystać wbrew opinii profesora do własnego postępowania awansowego. Uniwersytecka oficyna, na której zlecenie została wykonana opinia wydawnicza, odmówiła wydania książki, gdyż ta była negatywna. Co uczynił autor? Wyciął akapit z wstępu do tej opinii, który przecież nie miał oceniającego charakteru publikacji, dorzucił jeszcze jedno zdanie wyrwane z kontekstu i ... udał się z tym do lokalnej drukarni, w której tak, jak czyni się to w przypadku indywidualnych zamówień, wydrukowano mu odpowiednią liczbę egzemplarzy. Na okładce - rzecz jasna - znalazł się wspomniany akapit z nazwiskiem profesora sugerując każdemu, kto będzie miał tę książkę w ręce, że pozytywnie zaopiniował on to "dzieło". Dla drukarzy przecież nie ma znaczenia, czy są to ulotki reklamowe, bilety tramwajowe czy wizytówki. Właściciel drukarni wykupił ISBN i wydał książkę bez akceptacji recenzenta. Tę bowiem zmanipulował autor. Nauczyciel akademicki? Doktor nauk humanistycznych?