czwartek, 27 grudnia 2012

Wyższe szkoły profanum


Istotnie, w wyższym szkolnictwie prywatnym nadchodzi czas odsłaniania jego profanum w rozumieniu zamachu na sacrum akademickości w wyniku fizycznego lub
symbolicznego jej zbezczeszczenia, znieważenia czy zhańbienia.

W jednych szkołach proces ten miał charakter uprzedniego budowania akademickiego "sacrum" zgodnie z założonymi wartościami, kreowania swoistego rodzaju festynu akademickości, radości studiowania i kształcenia, który z biegiem czasu lub już u samych podstaw tworzenia, bez pielęgnowania akademickiego fundamentu musiał przeistoczyć się w kryzys, a w niektórych tzw. "wsp" nawet w istną katastrofę. W wielu szkołach profanum było od samego ich początku: albo w skrywanej przed opinią publiczną mentalności ich założyciela (-li), albo w sposobie organizacji szkoły, prowadzonego do niej naboru kadr akademickich czy w lekceważeniu fundamentalnych ogniw procesu kształcenia i badań naukowych.

Dzisiaj widoczny jest odwrót od "świętowania", bo jak tu cieszyć się z upadku, z dna, którego musiała sięgnąć grupa założycielska lub inny podmiot prawny, wykorzystywana (często do niezgodnych z prawem celów)administracja 'wsp", lekceważona w niej kadra, oszukiwani studenci i/lub zmanipulowana opinia publiczna? Następuje proces naturalnej samolikwidacji, która jest wymuszona procesami tylko pozornie lub częściowo mającymi charakter zewnętrzny w stosunku do podmiotów prowadzących te szkoły. Niektórzy właściciele takich wyższych szkół pseudosu, wyższych szkół pozoru, partactwa czy profanum oddają wynajmowane lokale, sprzedają posiadane działki, część swojej infrastruktury, by spłacać zaciągnięte kredyty i powiększające się wobec ich pracowników długi.

Wielokrotnie o tym pisałem przez ostatnie prawie pięć lat, bo tyle czasu prowadzę swój blog. Niestety, coraz częściej dowiadujemy się o niepłaceniu przez założycieli tych "wsp" składek ZUS-owskich, obniżaniu honorariów za prowadzenie zajęć lub odraczaniu płatności, manipulowaniu danymi statystycznymi w sprawozdaniach, o wyprzedaży sprzętów (służbowych samochodów, mebli i elektroniki), by jeszcze - jak tylko najdłużej się da - wyłudzać kasę od naiwnych studentów, oferując im w zamian "produkt" coraz niższej jakości, wmawiając im, że studiują w wyższej szkole. Owszem, studiują, czyli (prze-)bywają w wyższej szkole profanum.

Dopiero teraz odsłaniana jest prawda o mechanizmach fikcji i pozoru, o tworzonych hurtowniach dyplomów i w niektórych przypadkach rozsianych po kraju ich logistycznych centrach (wydziałach zamiejscowych, filiach itp.). Jeszcze trwa przysłowiowe "malowanie trawy na zielono", bo tego niektórzy właściciele nauczyli się w okresie PRL, a inni nadal uczą się od doradców, prawników, pseudo szkoleniowców. To ci ostatni tworzą różnego rodzaju agencje szkoleń i promocji cwaniactwa, omijania prawa, by pod szyldem eksperckich kursów w zakresie szkolnictwa wyższego oferować wiedzę z zakresu manipulacji i wyłudzeń. Niektórzy są ukrytymi lobbystami w organach władzy centralnej, bo i w pakiecie swoich usług mają ochronę oszustów. Jeszcze długo polskie szkolnictwo wyższe nie wydobędzie się z zapaści, którą wspierali przez lata także niektórzy politycy.

Ciekawe, kto i kiedy zbada powiązania między władzą, lobbystami, prawnikami i pozarządowymi edukatorami tych, którzy tworzyli wyższe szkoły profanum? Historycy pedagogiki szkoły wyższej będą mieli o czym pisać za kilkadziesiąt lat, o ile już nie trwa czyszczenie niektórych danych. Pozostaje jednak pamięć społeczna świadków wydarzeń, często ofiar systemu akademickiego kłamstwa. Ta jest spisywana przez pedagogów, którzy prowadzą w tym sektorze niezależne badania.

Na szczęście są także w sektorze niepublicznym prawdziwe "świątynie" wiedzy, szkoły akademickiej sztuki badań i debat naukowych, które śmiało konkurują z uniwersytetami i publicznymi akademiami.