poniedziałek, 5 listopada 2012

Doktorancki los w uczelnianej grze o sumie zerowej


Obejrzałem wywiad red. Grzegorza Miecugowa z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego dr.hab. Marcinem Pałysem, prof. UW, w którym dwukrotnie prowadzący chciał dowiedzieć się, jaki los czeka doktoranta w tak renomowanej w naszym kraju uczelni. To, o czym mówił rektor, było odsłoną żałosnej sytuacji ekonomicznej jednej z najlepszych polskiej uczelni, która u podstaw strategii swojego rozwoju przywołuje wierność podstawowym celom swojej działalności, wskazanym w roku 1816 przez jej założycieli:

Uniwersytet ma nie tylko utrzymywać w narodzie nauki i umiejętności w takim
stopniu, na jakim już w świecie uczonym stanęły, ale nadto doskonalić je,
rozkrzewiać i teorię ich do użytku społeczności zastosowywać
.

W swojej Strategii uczelnia zakłada m.in. intensywne zabieganie o zwiększenie liczby
studiujących, w tym w szczególności o zwiększenie udziału kształcących się na
studiach doktoranckich. Tymczasem Jego Magnificencja przyznał, że może zaoferować najzdolniejszym młodym kandydatom na naukowców 1500 zł. Nie stać tej uczelni na opłacenie pobytu doktoranta przez 2 lata w zagranicznym ośrodku naukowym, by powracając w mury swojej Alma Mater mógł wprowadzić inny warsztat, nowe podejście badawcze, własne i dojrzałe pomysły.

Nie bez powodu red. G. Miecugow komentował to mniej więcej w tym sensie: "to najzdolniejsi wyjadą do innego kraju, do innej uczelni, by tam uzyskać gwarancje do realizacji nie tylko własnej pasji poznawczej, ale i by móc założyć i utrzymać rodzinę". Na co stać doktoranta Uniwersytetu Warszawskiego? Na to, by ktoś z jego rodziny lub bliskich sponsorował jego pasje, bo za 15oo zł nie da się w stolicy wynająć mieszkania, a co dopiero mówić o godnym życiu badacza.


Co z tego, że są co kilka miesięcy ogłaszane konkursy na granty badawcze, skoro w naukach matematyczno-przyrodniczych większość zaplanowanych przez wnioskodawcę środków musi zostać wydatkowana na aparaturę, odczynniki, a nie także na płace. Jeszcze gorzej jest w humanistyce, bowiem aparaturą badawczą jest umysł naukowca i dostęp do źródeł wiedzy, a na to niechętnie przyznaje się pieniądze, skoro doktorant czy młody doktor otrzymuje - liche bo liche, ale jednak - jakieś wynagrodzenie. To po co dodawać mu do pensji, skoro on nic nie robi, tylko czyta? Ilu młodych naukowców, doktorantów może uzyskać środki na własne badania, składając aplikację o grant w Narodowym Centrum Nauki, skoro środki są tu także limitowane w ramach poszczególnych konkursów?

Nie jest prawdą, że każdy bardzo dobry wniosek doktoranta zostanie sfinansowany, gdyż w tzw. drugim etapie recenzenckim, w wyniku selekcji bardzo dobrych wniosków, środki na ich realizację otrzymuje 30-40% wnioskodawców tylko dlatego, że istnieje określona przez władze pula środków finansowych do podziału. Nie starczy zatem dla wszystkich. Ma tu miejsce gra o sumie zerowej to znaczy, że zysk jednych wnioskodawców jest wynikiem straty innych, też bardzo dobrych wniosków.

Rektor więcej mówił o tym, na co ów doktorant nie może liczyć, niż co może w uczelni uzyskać. Kiedy sięgnę pamięcią do czasu pierwszej rozmowy z moim profesorem Karolem Kotłowskim, który z wielkim zażenowaniem proponował mi pracę w uniwersytecie, przepraszając, że jednego na prawdę obiecać mi nie może, a mianowicie - godnej płacy. Sądziłem, że jednak w naszym kraju, gdzie władze mają usta pełne deklaracji i zobowiązań o budowaniu społeczeństwa wiedzy i wartości uczenia się przez całe życie, coś się zmieniło na lepsze. Tymczasem – w świetle wypowiedzi rektora UW - okazuje się coś wprost odwrotnego. Nadal obowiązuje zasada, że wypłacane doktorantom stypendium jest zaprzeczeniem misji uniwersytetów, akademii, ale i wkładu polskiego państwa w naukę i kulturę, którego władze ponoć czynią wszystko, by renomowane uczelnie mogły rywalizować z akademickimi potęgami świata. Warto było posłuchać, co na ten temat sądzi prof. UW M. Pałys, w jak fatalnych ograniczeniach administracyjnych i nadregulacjach prawnych funkcjonują polskie uniwersytety.





Zacząłem czytać dalej Strategię UW i się zasmuciłem, bo w niej jest mowa o tym, co uniwersytet powinien, a nie co może. Przykład? Proszę bardzo: Naukowe fundusze uniwersyteckie winny wspierać rozwój młodej kadry naukowej oraz kierunki kluczowe dla zadań Uczelni, niedostatecznie finansowane z innych źródeł. Zdaniem rektora naukowe fundusze uniwersyteckie winny, ale … nie są w stanie.