poniedziałek, 24 września 2012

Litera prawa oświatowego w dyrektorskim nosie


Możemy pisać tysiące artykułów i książek na temat uspołecznienia szkolnictwa publicznego, sensu powoływania w nich rad szkolnych i obowiązku działania w nich rad rodziców oraz samorządów uczniowskich, ale i tak wszystko rozbija się w szkolnej codzienności o postawę wobec tych organów dyrektora szkoły. Jak chce rządzić w placówce autorytarnie, to będzie czynił wszystko, by wspomniane organy były w realiach "jego" szkoły w pełni mu podporządkowane. One mu są absolutnie niepotrzebne, one mu przeszkadzają w jednokierunkowym sterowaniu społecznością szkolną, one mu utrudniają życie, bo przecież z formalnych chociażby powodów wydłużają czas podejmowania przez niego określonych decyzji. Niektóre z nich bowiem musi konsultować z radami, chociaż i tak ma je - jak minister Gowin literę prawa - w nosie.

Dla takiego dyrektora najważniejszy jest duch autorytaryzmu, bo nareszcie może sobie porządzić, odegrać się na tych czy tamtych, pokazać, kto ma władzę i jak ma funkcjonować placówka za jego rządów, a te trwają kilka lat. Wiele w tym czasie można zniszczyć lub naprawić. Prawo jest dla szkolnego władcy tylko i wyłącznie do jego dyspozycji, ono ma jemu służyć, a nie innym, tym bardziej, gdyby chcieli z niego korzystać. On nie jest od tego, by je upowszechniać, uprzystępniać np. rodzicom czy uczniom. Im mniej wiedzą na ten temat i są nieświadomi swoich praw, tym lepiej dla niego. Niech nauczyciele bajdurzą o obywatelstwie, o prawach naturalnych i społecznych na lekcjach historii czy WOS-u, ale w jego szkole to on stanowi prawo i nikt nie będzie się wtrącał w to, jak je wdraża w życie.

Organy społeczne szkoły, jak sama nazwa wskazuje, są wprawdzie społeczne, ale niekoniecznie społecznie użyteczne. O tym, czy jakiś organ jest potrzebny lub nie decyduje dyrektor, bo demokrację i ustawowe zapisy ma w nosie. Oto klasyczny przypadek, kiedy wraz z nowym rokiem szkolnym nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora szkoły i zarazem połączenie dwóch typów szkół w zespół szkół. Nowy dyrektor zwołał "sobie" w czasie wakacji rady pedagogiczne łączonych szkół, powołał do życia jedną i przyjął Statut Szkoły, w którym - nie licząc się z opinią obu rad rodziców i samorządów uczniowskich - zapisał JEDNOŚĆ organizacyjną. Skoro ma rządzić jednym zespołem szkół, to po co mu dwie rady pedagogiczne, dwie rady rodziców, dwa samorządy uczniowskie? A po co mu było połączenie dwóch szkół w jedną? Wash and go?

Cwaniactwo i swoistego rodzaju wyrafinowanie nowego dyrektora szkoły polega na tym, że poformował on dotychczasowe rady rodziców (z obu typów szkół) o tym, że zatwierdził w Urzędzie Miasta X, czyli u organu prowadzącego szkołę jej nowy Statut, w którym jest tylko po jednym z organów społecznych. Zapewne uzyskał pokorną opinię połączonych rad pedagogicznych, bo przecież który nauczyciel mu podskoczy i zaprotestuje przeciwko takiej manipulacji? Na tym właśnie polega destrukcja polskiej demokracji w oświacie, że przewodniczącym rady pedagogicznej jest dyrektor szkoły, czyli pracodawca. Jak w PRL! Nic się nie zmieniło w ciągu tych 23 lat transformacji. Może zatem warto przypomnieć, skoro już nie ducha, to chociaż literę prawa, której dyrektor przestrzegać nie zamierza? Może warto zastanowić się nad tym, jak to jest możliwe, że organ prowadzący nie prowadzi żadnej kontroli w tym zakresie, tylko lekką rączką zatwierdza Statut Zespołu Szkół? Czy ktokolwiek z tego organu przyjrzał się zapisowi (protokołom) z posiedzenia rady pedagogicznej, która zatwierdzała taki Statut? Gdyby to uczyniono, to by dostrzeżono złamanie Ustawy o systemie oświaty.

Rada Rodziców jest organem samorządnym, w związku z tym dyrektor szkoły nie ma prawa ograniczać woli jej działania, wprowadzając Radę w błąd, jakoby Statut Szkoły uchwalał organ prowadzący. Statut Szkoły uchwala Rada Szkoły, a jeśli jej nie ma, to Rada Pedagogiczna. Zgodnie z Art. 62. 1. Organ prowadzący szkoły różnych typów lub placówki może je połączyć w zespół. Połączenie nie narusza odrębności rad pedagogicznych, rad rodziców, rad szkół lub placówek i samorządów uczniowskich poszczególnych szkół lub placówek, o ile statut zespołu nie stanowi inaczej.

To znaczy, że rodzice mogą w sytuacji łączenia dwóch typów szkół zachować odrębność swoich rad. To, że dyrektor dla własnej wygody, zapisał w statucie inaczej, bez ich zgody, jest naruszeniem ich praw. Rada Rodziców jest organem społecznym i nie podlegam sterowaniu ręcznemu dyrektora szkoły. Inna rzecz, to fakt doświadczonej już manipulacji ze strony dyrektora nie wróży dobrej współpracy. No cóż, wielu dyrektorów szkół publicznych nie chce zgodzić się nie tylko z literą prawa, ale i jego duchem. Tacy autorytarni "fachowcy" chcą nadal rządzić jednoręcznie, a duch z czasów PRL krąży po szkolnych korytarzach...