piątek, 10 sierpnia 2012

Nieuczciwy, nieudolny czy nieodpowiedzialny?


Taki bywa właściciel polskiego biznesu w usługach publicznych. Mające miejsce w czasie wakacji afery w usługach turystycznych i finansowych odsłoniły drugie dno polskiego biznesu. Przekonali się o tym liczni klienci i kontrahenci masowo upadających biur podróży czy firmy Amber Gold (ponoć są już następne). Ludzie nie interesują się warunkami prowadzenia tych interesów, bo i niby dlaczego mieliby przedzierać się przez gąszcz przepisów, z których wynikałoby, jakie mają gwarancje, że zawarta z określoną firmą umowa zostanie w pełni i uczciwie zrealizowana?

Władze państwowe ostrzegały przed laty przed podejrzanymi, bo niespełniającymi standardów parabankami, które operują na rynku nie godząc się na poddanie się kontroli odpowiednim instytucjom nadzoru. Podobnie było z firmami turystycznymi. Każdego roku okazuje się, że marszałkowie województw muszą sprowadzać z zagranicy wyrzucanych z hoteli polskich turystów, którzy zawierzyli tanim ofertom biur turystycznych, a potem zostali zaskoczeni kosztownymi tego konsekwencjami i doświadczyli swoistego „uroku” bycia wykiwanymi przez rodaków.

Czy nie jest to wymierny efekt kształcenia w naszym szkolnictwie wyższym, którego część absolwentów kierunków zarządzania, ekonomii czy turystyki, nauczyła się tego, jak oszukiwać innych? Może sami doświadczyli lipnych studiów i postanowili odebrać swój wkład w uzyskany dyplom? Czyż nie mamy do czynienia z efektem wtórnym masowego kształcenia wyższego?

Kim są ci, którzy „wpuszczają w maliny” rodaków, by wyłudzić od nich pieniądze? Czy są to ludzie nieuczciwi, nieudolni czy nieodpowiedzialni? Co w istocie studiują adepci kierunków studiów publicznego sektora, a może czego nie studiują? W Polsce nie ma znaczenia to, kto prowadzi prywatny biznes? Czy jest to osoba niezrównoważona psychicznie, nieudacznik, ignorant, cwaniak, oszust, przestępca z „odpowiednią” przeszłością, czy osoba odpowiedzialna, uczciwa, rzetelna i gotowa ponieść konsekwencje swoich niewłaściwych decyzji? Niewidzialna ręka rynku ma dokonać weryfikacji.

Kiedy czytam, że sędziowie nie mają zielonego pojęcia o tym, czym różnią się placówki resocjalizacyjne, jakie konsekwencje wynikają ze skierowania zbuntowanego nastolatka (-ki) za wagary do ośrodka z młodzieżą wielokrotnie karaną, gdzie ma miejsce zwielokrotniona jego (jej) demoralizacja, a nie pomoc w rozwiązaniu osobistych problemów, to zastanawiam się nad tym, po co kształcimy każdego roku tysiące pedagogów resocjalizacji? Czy po to, by połowa ich podopiecznych nie kończyła szkół a była wćwiczana do stosowania w swoim życiu przemocy wobec innych jako warunku przetrwania? To taki jest efekt „kształcenia” studentów pedagogiki na specjalności – resocjalizacja?

Może czas upubliczniać na podstawie monitoringu patologii społecznych, kto jest za to odpowiedzialny, kto się do tego przyczynił i gdzie został do tego przygotowany? Jak to jest możliwe, że osoba niewłaściwie skierowana do Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapeutycznego stwierdza, że każdy, kto jest do niego skierowany, zostaje przez innych wychowanków pobity i okradziony? To tego uczą na pedagogice?

Już rodzice powinni uświadamiać swoim dzieciom, że muszą być czujne, świadome tego, komu powierzają swoje zaufanie, pieniądze czy czas. Być może trzeba wprowadzić do oferty edukacyjnej szkół zajęcia z etyki i filozofii, skoro nie jest w tym zakresie wystarczające wychowanie i kształcenie religijne? Im więcej jest w naszej edukacji koncentracji na wymierności, policzalności, na redukowaniu idei i myśli do 200 słów, do wskazania - jak w "Familiadzie" - jednej z możliwych odpowiedzi na określone pytanie, tym gorsze jest przygotowanie młodych ludzi do dorosłości, do radzenia sobie z problemami, do rozpoznawania oszustów wśród oferujących im różne usługi, do samodzielnego kierowania własnym życiem w sposób zgodny z własnym sumieniem. Czy tak funkcjonujący rynek ma określać standardy kształcenia Polaków i wykonywania zawodów?

Jeszcze są wakacje. Wkrótce nadejdzie czas prawdy dla kolejnych, w tym także pseudobiznesowych usługodawców w sektorze szkolnictwa wyższego. Może jednak warto zastanowić się nie tylko nad tym, co chcemy studiować, ale i gdzie, z kim i u kogo? To, że interesująca nas wyższa szkoła prywatna jest zarejestrowana i funkcjonuje na rynku od kilku lat, nie jest gwarancją uczciwej, rzetelnej i pełnowartościowej edukacji. Być może kiedyś spełniała określone warunki, ale niektórzy założyciele szybko od nich odstępowali, skoro tworzyli na wzór firm, mających przynosić im zyski, a nie ich klientom i pracownikom. Warto zatem zorientować się, zanim będzie za późno, co to za "wsp", kto w niej kształci, co oferuje, jakie ma ta szkoła opinie i czy aby już Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie ostrzegało jej klientów, że nie były w niej spełniane właściwe wymogi? Po podpisaniu umowy marzenia o studiach i wykształceniu mogą okazać się


bańką mydlaną...