sobota, 19 listopada 2011

Marginalizacja oświaty w polityce rządu i w polskim Sejmie


W expose premiera Donalda Tuska nie pojawiła się kwestia oświaty i nauki, jako istotnego czynnika zmian społeczno-gospodarczych i kulturowych w naszym społeczeństwie. Zdaje się, że minister oświaty nie odrobiła lekcji i nie przygotowała krótkiej wypowiedzi pisemnej, którą szef rządu mógłby uwzględnić w swoim przemówieniu. A może przygotowała, tylko była ona na tyle mało atrakcyjna i przekonywująca, że została z niego wykreślona. Szkoda, bo potwierdza to jeszcze przedwyborcze hipotezy, że w sferze akademickiej reformy zostały już przeprowadzone, a zatem trzeba jedynie skupić się na ich wdrażaniu, co wydaje się oczywiste. Natomiast zupełnie nieoczywiste jest to, w jakim kierunku ma zmierzać polska oświata, jeśli uznać jej wkład w zaistnienie i rozwój kapitału wiedzy, ludzkiego, społecznego, kulturowego i ekonomicznego w każdym społeczeństwie?

Przed czterema laty D. Tusk przemawiał 3 godziny, więc tym razem mógłby poszerzyć swoje expose o kilkanaście chociaż minut i odnieść się do tego, co w cywilizowanych i wysoko rozwiniętych gospodarczo państwach jest fundamentalne dla ich istnienia i rozwoju. No tak, ale jak ktoś skupia się na kryzysie, to myśli tylko i wyłącznie w kategoriach negatywnych tak, jakby ów proces, który zdaniem jednego z posłów już się zadomowił w naszym kraju (Kryzys nie stuka do naszych drzwi, jest już w przedpokoju. Powiesił płaszcz, założył kapcie i jest już w pokoju – jak mówił szef SLD Leszek Miller), miał tylko i wyłącznie negatywną stronę. Odniósł się do tego prezes PiS Jarosław Kaczyński, słusznie mówiąc: Kryzysy przychodzą i odchodzą, a Polska trwa.

Jako jedyny z przedstawicieli partii opozycyjnych odniósł się szerzej i krytycznie do stanu reform w polskiej oświacie:

- Trzeba umieć się przyznać, że reforma oświaty się nie udała, także te zmiany z ostatnich czterech lat. - Trzeba sobie jasno powiedzieć, że dobra oświata to kształtowanie mocnej tożsamości narodowej, przede wszystkim lekcje historii, to wysokie wymagania merytoryczne i wysoka dyscyplina. Zła oświata to niska dyscyplina i brak kształtowania świadomości. To jest droga na zmywaki, do najniższych stawek godzinowych w Londynie. Zdecydowanie domagamy się oświaty, która by te wymogi spełniała.

W wizji funkcjonowania polskiego państwa na najbliższe cztery lata premier nie dostrzegł potrzeby odniesienia się do oświaty. Zwrócili za to na nią uwagę posłowie partii opozycyjnych, w tym lider swojego Ruchu - Janusz Palikot mówił wprost o tym, że premier nie ma pomysłu na Polskę, nie ma pomysłów, jak uruchomić jakieś czynniki realnego wzrostu. Okazało się, że miał on na myśli m.in. edukację, ale jak na wykształconego Polaka ze stopniem naukowym doktora nauk humanistycznych w dyscyplinie filozofia, nie wykazał się właściwymi kompetencjami w uzasadnieniu swoich postulatów.

Poseł J. Palikot nie ma pojęcia o tym, jak funkcjonuje polska szkoła, bo pamięta ją tylko z własnego dzieciństwa, a te ponoć miał trudne. Jego zdaniem - Dzisiaj szkoła polska jest nastawiona na testy i indywidualny sukces. Ludzie po przejściu przez proces edukacji, nie uczą się społecznej odpowiedzialności i nie uczą się pracy grupowej. Praca grupowa! To należy do polskich szkół wprowadzić.

Niech poseł wybierze się do polskich szkół i zobaczy, że praca zespołowa była i jest jedną z form kształcenia oraz wychowania, którą pracuje się w tych placówkach od ponad stu lat! Doprawdy, nie trzeba namawiać do czegoś, co jest realizowane, natomiast warto przyjrzeć się fatalnym skutkom rozwiązań, na które nie mają wpływu nauczyciele, bo są na nie skazani, a mianowicie na konieczność (bo nie jest to żadna przyjemność) przygotowywania uczniów do jak najlepszego zdawania w formie testów (a nie prac zespołowych) egzaminów zewnętrznych.

O oświacie było zatem w Sejmie - jak zwykle – marginalnie, potocznie, banalnie, powierzchownie, z odwoływaniem się do własnych, a nie dających się generalizować sądów i opinii, odczuć i wyobrażeń. Źle to wróży temu, co może nas czekać przez najbliższe cztery lata, chyba, że …


(źródła wypowiedzi polityków: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/kaczynski-mowimy-zaciskaniu-pasa-stanowcze-nie,1,4911041,wiadomosc.html; http://wiadomosci.onet.pl/kraj/palikot-to-jest-jakis-zart-panie-premierze,1,4911073,wiadomosc.html; http://wiadomosci.onet.pl/kraj/miller-ocenia-expos-zly-gorszy-i-najgorszy,1,4911104,wiadomosc.html)

Szesnasty minister edukacji narodowej - zderzakiem



Mamy szesnastą zmianę na stanowisku ministra edukacji. Wielkiego zaskoczenia w tym przypadku nie było, kiedy premier Donald Tusk oznajmił wczoraj prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu, że na ministra edukacji narodowej proponuje dotychczasową Podsekretarz Stanu w resorcie pod czteroletnim dowództwem Katarzyny Hall - jej zastępczynię Krystynę Szumilas.

Nowa minister jest w Platformie Obywatelskiej od 2001 r. W tegorocznych wyborach uzyskała bardzo wysoki wynik, bowiem głosowało na nią 42200 obywateli (zapewne byli to w większości nauczyciele). W Sejmie zasiada od jego czwartej kadencji, tak więc należy do doświadczonych posłów. Z wykształcenia jest nauczycielką matematyki. Resort edukacji przyciąga na kierownicze stanowiska przedstawicieli tej dyscypliny wiedzy.

Krystyna Szumilas należy od 2001 r. do Platformy Obywatelskiej. W styczniu 2006 objęła funkcję rzecznika w tzw. gabinecie cieni PO odpowiedzialnego za edukację i naukę. Mało kto pamięta, że w PO był taki gabinet, który przygotowywał formację PO do przejęcia władzy, kiedy premierem był Jarosław Kaczyński.

W 2006 r. ówczesna rzecznik "gabinetu cieni" K. Szumilas wzięła udział w XIII Forum Inicjatyw Oświatowych, które w dniach 22-23 kwietnia 2006 obradowało pod patronatem Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży Sejmu nad problemami rzeczywistego uspołecznienia oświaty i przybliżenia jej obywatelom, zwłaszcza rodzicom. Ciekaw jestem, czy nowa pani minister przypomni sobie własne wystąpienie na ten temat? Jakoś tak to już jest w naszym kraju, że jak ktoś jest w opozycji do rządu, to mówi wiele ciekawych i istotnych rzeczy na temat koniecznych zmian w polityce, w tym także w sferze edukacji, ale kiedy otrzymuje realną władzę, nie wykorzystuje jej w tym celu.

Swoje wystąpienie na tym Forum pani K. Szumilas zatytułowała: Wciąż domagam się konkretów! To je przypomnę w tym miejscu, gdyż zostały opublikowane w wydawanej wówczas bezpłatnie nowej gazecie - Dziennik Oświatowy (2006 nr 9, Warszawa), która była kolportowana poprzez internet. Przypomnę tę wypowiedż także z tego powodu, że padają tu pytania, które warto stawiać także dzisiaj, nie tylko dlatego, że "nowa" osoba obejmuje urząd ministra edukacji narodowej. Liczę na to, że tak, jak wówczas stawiała pod ostrzałem krytyki wiceministra edukacji narodowej, dzisiaj, a może jutro sama będzie musiała na nie odpowiedzieć czynem, skoro zdecydowała się kierować tym resortem. Od 5 lat bowiem na wiele z tych pytań nie tylko nie ma odpowiedzi, ale i rozwiązań, które potwierdzałyby wiarygodność ich formułowania przed laty. Jako wiceminister edukacji narodowej w ostatnich czterech latach nie potwierdziła swoją aktywnością, że istotnie były to dla niej i dla całego systemu szkolnego fundamentalne kwestie.

O czym zatem pisała w 2006 r. Krystyna Szumilas oczekując konkretów od rządzących?

Forum (...) zajmie się problemami rzeczywistego uspołecznienia oświaty i przybliżenia jej obywatelom, zwłaszcza rodzicom. Ważnym zagadnieniem będą również wyzwania stojące przed edukacja na wsi. Doświadczenia organizacji pozarządowych i samorządów pozwalają na stworzenie rozwiązań systemowych, których realizacja jest możliwa dzięki funduszom europejskim. Chcemy, aby stowarzyszenia rozwoju wsi, które tak dobrze sprawdziły się w programie Mała Szkoła, stały się powszechną formą samoorganizacji mieszkańców wsi, żeby zakładały one przedszkola, świetlice wiejskie, biblioteki, kluby internetowe i prowadziły działalność na rzecz kultury, pomocy społecznej, przedsiębiorczości i tworzenia nowych miejsc pracy. Zapraszamy do udziału w XIII Forum Inicjatyw Oświatowych.

Gdy zobaczyłam w „Gazecie Szkolnej” (nr 13) wywiad z Jarosławem Zielińskim, sekretarzem stanu w Ministerstwie Edukacji i Nauki, pomyślałam, że nareszcie dowiem się, jakie zmiany przygotowuje rząd w edukacji. Niestety, rozczarowałam się po raz kolejny. Pan minister powtórzył to, co zwykle słyszę w komisji w Sejmie, na konferencjach prasowych czy w wypowiedziach medialnych. Czyli... dużo słów i żadnych konkretów.

Przeczytałam, że w edukacji potrzebne są zmiany i ministerstwo nad nimi pracuje. Że od nowa trzeba zdefiniować zadania szkoły i nauczycieli, aby można było przygotować nową ustawę o edukacji narodowej. Niestety, ciągle bez odpowiedzi pozostają najważniejsze pytania:

Jaki będzie podział kompetencji pomiędzy samorządem a kuratorem? Od kiedy pięciolatki pójdą obowiązkowo do przedszkola, a sześciolatki do szkoły?

Co zmieni się w awansie zawodowym i w jaki sposób zamierza się odbiurokratyzować szkołę?

Na czym będzie polegało wzmocnienie nadzoru pedagogicznego i jakie uprawnienia będą mieli wizytatorzy?

Czy zmieniona zostanie Karta Nauczyciela i co konkretnie ma się w niej zmienić?

W wywiadzie pan minister mówi o szkole otwartej, będącej centrum społeczno-kulturalnym dla środowisk lokalnych, w której „można organizować wszystko, co dobrego i ważnego wymyśli lokalna społeczność”. Piękne, tylko czy prawdziwe?

Bo jak do idei szkoły otwartej mają się ostatnie działania ministra?

Czy list przestrzegający przed organizacjami ekologicznymi albo awantura wokół programu Jurka Owsiaka „Ratujemy i uczymy szkoły. Dla ministra to „możliwość dokonania przez dyrektora szkoły oceny nauczyciela i jego postepowania w zwykłym, kodeksowym trybie”. A przecież autonomia dyrektora to takie jego usytuowanie, aby mógł podejmować decyzje dotyczące wewnętrznego życia szkoły, bez nacisków politycznych z zewnątrz. To również swoboda w decydowaniu: kto, kiedy i jakie zajęcia będzie prowadził w szkole z dziećmi.

Byłam przekonana, że otwarta szkoła to szkoła współpracująca z rodzicami, a propagowanie tej idei jest równoznaczne z rozwijaniem takiej współpracy. Z dużym więc zdziwieniem przeczytałam słowa pana ministra o tym, że właściwie szkoła jest dostatecznie uspołeczniona, rodzice mają wystarczającą liczbę praw, a to że w wielu szkołach nie działają rady szkół, to... wina rodziców.

Mocno przeraziły mnie pomysły na poprawienie współpracy szkoły z rodzicami. Wyglądają mniej więcej tak: jeżeli szkoła będzie źle współpracowała z rodzicami, zostanie ukarana. Jeżeli nie podejmie współpracy, to też zostanie ukarana. Nie znalazłam informacji, co się stanie, jeżeli rodzice nie będą chcieli współpracować ze szkołą, ale przypuszczam, że za to też odpowie szkoła.

Pan minister liczy na wielki, społeczny dialog. Zachęca do dyskusji, ale nie podaje żadnych konkretnych propozycji, nad którymi można by dyskutować. Odpowiedzi udzielone w wywiadzie to zbiór ogólników, często sprzecznych ze sobą. Być może mogą zadziałać jak kij włożony w mrowisko, ale chyba nie o taki dialog chodzi.Jak długo jeszcze środowisko oświatowe będzie czekało na konkrety? Kiedy ministerstwo wyjdzie z fazy zbierania pomysłów?


Cieszy mnie, że Pan Minister pozytywnie ocenia swoją współpracę z sejmową Komisją Edukacji, Nauki i Młodzieży. Bardzo dobrze, że docenia też znaczenie merytorycznych dyskusji dotyczących polskiej oświaty. Niepokoi mnie tylko awersja Pana Ministra do informowania społeczeństwa o działaniach władzy.


Nie przystoi utyskiwanie na działalność „gabinetu cieni” Platformy Obywatelskiej. Kontrola władzy jest zadaniem opozycji, a przekazywanie do publicznej wiadomości przebiegu jawnych przecież obrad stanowi gwarancje, że prezentowane poglądy i wygłaszane opinie poznają wszyscy zainteresowani, a istotne problemy nie będą chowane pod dywan podczas kuluarowych rozmów.

No to Pani Minister, życzę spełnienia się w nowej roli i odpowiedzi na powyższe kwestie konkretami, a nie ogólnikami, niechowanie głowy w piasek itd., itd., jak sama Pani apelowała o to do ówczesnego rządu, by Pani działania były (...) z pożytkiem dla całej polskiej oświaty, a przede wszystkim uczniów.
(podkreślenia w tekście - BŚ).

Uzasadnienie premiera wyboru nowych ministrów wskazujące na to, że są oni "zderzakami" na trudne czasy wyraźnie pokazuje, jaka przypada im rola.

Premier mówił: - To jest rząd zderzaków, każdy z nas jest zderzakiem, ja też. Czy te zderzaki wytrzymają cztery lata, czy cztery miesiące? Zobaczymy. Idą ciężkie czasy, zdajemy sobie sprawę, jakie zadania sobie nałożyliśmy, więc każdy z nas jest zderzakiem. Nikt tu nie przyszedł z definicji na cztery lata, nikt. Każdy przyszedł wykonać swoją robotę. Nie da rady - szybciej się pożegna ze stanowiskiem. Fajna perspektywa, nie do pozazdroszczenia. A jak pozytywnie motywująca do pracy? Teraz tylko czekać, jak podobnie MEN będzie motywować nauczycieli! Czy przykłady idą z góry, czy ryba psyje się od głowy?

Minister edukacji narodowej jako zderzak oznacza, że nie będzie ani motorem przemian, ani ich sprzęgłem, ale i nie będzie ich hamulcem. Ma jedynie przyjmować na siebie wszelkie możliwe w(y)padki, zderzenia, katastrofy, a więc czekać na bieg wydarzeń i na to, co czyni kierowca, jak kieruje pojazdem publicznej i niepublicznej edukacji. Szkoda zatem, że już na starcie minister edukacji zostaje potraktowana jak zderzak.

PS.
Zamieszczam ten wpis ponownie, gdyż administrator nie wprowadził do tego postu formy komentarzy, co zdarza się po raz pierwszy. Czyżby MEN miało takie wpływy? Czy może rację ma J. Kaczyński, że w Polsce zaczyna się niszczyć krytykę władzy?

(http://wyborcza.pl/1,75478,10658922,Zderzaki___nowy_rzad_Tuska_najmlodszy_w_historii.html; Poczet ministrów za Głos Nauczycielski 2011 nr 46, s.2)