środa, 29 czerwca 2011

Upadek dobrych obyczajów wśród niektórych pedagogów w szkolnictwie wyższym


Jedna z zasad przyjętych przez Komitet Etyki w Nauce przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk (Warszawa 1996) głosi, że:


"Pracownik nauki nie mnoży publikacji naukowych wyłącznie w celu upozorowanego wzbogacenia swego dorobku. Jeżeli upowszechnienie osiągnięć naukowych usprawiedliwia opublikowanie tej samej pracy w różnych czasopismach, to należy powiadomić o tym redakcje tych czasopism i uzyskać ich zgodę."

Jedno z renomowanych wydawnictw naukowych zostało powiadomione przez autorkę drukowanej właśnie w nim jej książki, na dwa tygodnie przed jej ukazaniem się na rynku, że zamieściła cały rozdział w czasopiśmie on-line, jakie wydaje jedna z łódzkich wyższych szkół prywatnych. Młoda pedagog nie raczyła powiadomić redakcji tego czasopisma o tym, że przekazuje jej właśnie drukowany w książce rozdział. Wydawnictwo szkoły prywatnej nie zadbało o to, by uzyskać prawa autorskie do tego tekstu. W środowisku akademickim zaczyna się pęd nie tylko do namnażania publikacji, ale także pozyskiwania przeze wydawnictwa uczelni prywatnych autorów bez sprawdzenia i wyegzekwowania od nich stosownych oświadczeń. Jak chce się tylko byle wydawać, to takie są tego efekty.

W otrzymanym do recenzji zbiorze rozpraw młodych pracowników nauki uczelni publicznej znalazły się aż cztery artykuły, które były dosłownym powieleniem wcześniej opublikowanych książek podoktorskich. Nie mieli czasu na napisanie czy zaktualizowanie własnych tekstów? Czy może uważali, że nikt ich książek nie czytał, więc można dowolnie, jak w powyższym przypadku, wklejać je do kolejnych tomów lub czasopism?

Inna z zasad Dokumentu "Dobre obyczaje w nauce" głosi, że: "Pracownika nauki obowiązują m.in. normy prawdomówności".

Niestety, ta jest dość często łamana przez tych nauczycieli akademickich, którzy będąc zatrudnionymi po habilitacji na uczelnianych stanowiskach profesorskich (jako tzw. profesorowie nadzwyczajni) przekazują wydawcom książek czy czasopism informacje, że są profesorami tytularnymi. Otrzymałem właśnie dzisiaj książkę z jednego z uniwersyteckich wydawnictw na Słowacji, której współredaktorem jest profesor nadzwyczajny uniwersytetu, a zarazem prorektor jednej z wyższych szkół prywatnych w tym samym mieście. Pewnie uważał, że poza granicami kraju, choć czyni to także w publikowanym na swojej stronie życiorysie, może tytułować się profesorem, choć nim nie jest.

Ciekawe, jak z tym faktem poradzą sobie kiedyś historycy wychowania? Chyba będą musieli sięgać do źródeł archiwalnych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, by weryfikować tego typu oświadczenia niektórych naukowców. Naukowcy innych państw jakoś z tym problemu nie mają. Precyzyjnie określają swój status akademicki, gdyż wiedzą, że jest to związane z oświadczaniem prawdy nie tylko historycznej. Tylko w Polsce panuje mania bezkarnego podwyższanie swojego statusu, mimo braku stosownych dyplomów.