poniedziałek, 30 maja 2011

Co się stało z polską pedagogiką?

To temat, który nurtował uczestników debaty WSE UAM w Poznaniu z udziałem specjalnie zaproszonych profesorów z krajowych uczelni publicznych i jedynej niepublicznej z pełnymi prawami akademickimi (DSW we Wrocławiu), o której to konferencji piszę od dwóch dni. Pozory bowiem mylą. Często te uczelnie, które znajdują się na szczycie krajowych rankingów, jakie organizują dzienniki czy tygodniki są sprzeczne z wynikami oceny parametrycznej, jaką dokonało w ub. roku Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ba, to, że uczelnia znajduje się na szczycie jakiegoś rankingu lub nieco niżej, niż byśmy sobie wyobrażali, ma się nijak do tego, jaki w istocie reprezentuje poziom, jeśli chodzi o pedagogikę jako naukę i jako kierunek kształcenia. Inna rzecz, że w tych rankingach nie ma w czołówce niepublicznych szkół wyższych, ktore kształcą na pedagogice.

Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że poza Dolnośląską Szkołą Wyższą we Wrocławiu oraz Wyższą Szkołą Filozoficzno-Pedagogiczną Ignatianum w Krakowie (prawo do nadawania stopnia doktora nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika), wszystkie inne niepubliczne szkoły wyższe w naszym kraju nie spełniają żadnych wymogów naukowych będących wyznacznikiem osiągnięcia przez nie statusu szkół o charakterze akademickim. Kształcą one jedynie na kierunku pedagogika, i to w większości na poziomie studiów I stopnia. Ich wkład w naukę jest zatem żaden, gdyż to, co jest w nich organizowane czy nawet wydawane, służy jedynie spełnieniu podstawowego wymogu Państwowej Komisji Akredytacyjnej, by wolno w nich było kształcić na pedagogice na studiach II stopnia. I na tym koniec! Niestety, pazerność wielu właścicieli niepublicznych uczelni, by kosztem kształcenia nie inwestować w naukę, ale rozwijać swoje firmy jako przedsiębiorstwa biznesowe, które mają generować – wyprowadzane zresztą na zupełnie inne cele, w sposób zgodny z prawem, ale wbrew interesom społeczności akademickiej – zyski, a nie kłaść nacisk na rzeczywisty rozwój akademickiego poziomu, wykluczyły 99% prywatnych wyższych szkół o różnych nazwach, ale prowadzących kierunek pedagogika, z jakiejkolwiek szansy na rywalizowanie z kształceniem i rozwojem nauk pedagogicznych w uczelniach publicznych, nie wspominając już o rywalizacji międzynarodowej.

O ile na poziomie szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich szkolnictwo niepubliczne bezkonkurencyjnie wygrywa ze szkołami publicznymi, gdyż wyniki sprawdzianów po szkole podstawowej, egzaminu gimnazjalnego i matur są tego najlepszym dowodem, o tyle niepubliczne szkolnictwo wyższe, w którym kształci się na kierunku pedagogika, w swojej zdecydowanej większości przegrało w ciągu minionego dwudziestolecia swoją szansę, potwierdzając skupienie na innych celach, niż rozwój akademicki. Tak sromotnej klęski, która oferuje na rynku złudzenie wysokiej jakości kształcenia i uczestniczenia w rzeczywiście istotnych dla pedagogiki jako nauki badaniach, nie da się niczym uzasadnić, jak tylko i wyłącznie grą rynkową mającą odciążyć budżet państwa od koniecznych podwyżek płac dla nauczycieli akademickich uczelni publicznych. Niestety, wszystkie rządy od 1990 r. przyłożyły do tej klęski swoją rękę doprowadzając do powstania trzykrotnie większej liczy szkół prywatnych w stosunku do uczelni publicznych, by w nich kadry akademickie dorabiały do niskich pensji. To także wygodne miejsca posad dla osłaniających niektóre z pseudoszkół wyższych polityków, którzy za cenę lobbowania na ich rzecz lub osłaniania mających w nich miejsce patologii, mogli zawsze liczyć na hojność „ukrytego pracodawcy”.

Liczba studiujących pedagogikę wzrosła w ciągu 20 lat czternastokrotnie – jak wyliczyła to prof. M. Czerepaniak-Walczak – a tylko dwie niepubliczne szkoły wyższe z ponad 120 kształcących na pedagogice potrafiły postawić nie tylko na jakość kształcenia, ale i na rozwój pedagogiki jako nauki. Jak mówiła prof. Iwona Chrzanowska, pedagogika jako kierunek studiów obecna jest w 17 uniwersytetach, 6 publicznych wyższych szkołach pedagogicznych, ale również na uczelniach politechnicznych, ekonomicznych i medycznych. Na tym kierunku kształci się w 97 niepublicznych szkołach wyższych, w tym sprofilowanych nie tylko na pedagogikę, ale i na nauki o: zdrowiu, bezpieczeństwie, zarządzaniu, biznesie, kupieckie, informatyczne, lingwistyczne, administracyjne itp. Pedagogika jest w nich głównym źródłem dochodów, by móc kształcić na innych kierunkach, dlatego nie jest w nich rozwijana. Podobnie bywa w niektórych uczelniach publicznych, w których pedagogikę traktuje się jako „dojną krowę”, by przynosiła zyski na prowadzenie kształcenia i badan naukowych w innych dyscyplinach.

Rozporządzenie MPiPS z 27 kwietnia 2010 w sprawie kwalifikacji zawodów i specjalności… podaje listę zawodów/specjalistów, na której miejsce – jak stwierdziła prof. I. Chrzanowska - "(...) pozycja 2359 dotyczy „Specjalistów nauczania i wychowawców gdzie indziej niesklasyfikowanych” wśród 16 zawodów/specjalistów tylko 5 może być zdobytych na kierunku pedagogika, są to: pedagog szkolny, pedagog animacji kulturalnej, andragog, wychowawca w placówkach oświatowych i wychowawczo-opiekuńczych. Natomiast pozycje 1341, 1343, 1344, 1345, 1349, 2289 odnoszą się do różnych aspektów „pracy opiekuńczej” (nad dzieckiem, osobą starszą, opieki społecznej instytucji edukacyjnych, ochrony zdrowia) dotyczą jednak funkcji kierowniczych, co związane jest z koniecznymi kompetencjami w zakresie zarządzania. Pozycja 23 wskazuje na grupę „specjalistów nauczania i wychowania”, gdzie wśród 101 zawodów/specjalistów 92,3% stanowią profesje nauczycielskie, na które składa się: 22 nauczycieli akademickich, 8 kształcenia zawodowego, 26 gimnazjum i szkół ponadgimnazjalnych, 19 szkół podstawowych, 1 nauczyciel przedszkola. Z tej grupy na kierunku pedagogika przygotowujemy jedynie do 2 zawodów nauczycielskich: nauczyciela przedszkola i nauczyciela nauczania początkowego (nazwa oryginalna). Sześć z siedmiu grup nauczycieli wymienionych w pozycji 234 w/w rozporządzenia wskazuje, że można (w ograniczonym zakresie) kształcić w obrębie kierunku pedagogika specjalna , natomiast w świetle pozycji 2635 rozporządzenia wymienia „Specjalistów do spraw społecznych” , gdzie wśród 7 zawodów/specjalistów dwa można zdobyć poprzez kształcenie w ramach kierunku pedagogika specjalna, są to: specjalista resocjalizator i wychowawca w jednostce penitencjarnej".

Prof. Ewa Muszyńska z UAM w Poznaniu mówiła o tym, że niepubliczne szkoły wyższe przyjmują na pedagogikę każdego, byleby tylko płacił za studia. To nic, że pewne osoby w ogóle nie powinny studiować, a nie tylko pedagogikę, choć zarazem zastrzegła się, że nie we wszystkich szkołach wyższych jest źle. Walka o studenta jako płatnika nie sprzyja spokojnej i konsekwentnej pracy naukowo-badawczej nauczycieli akademickich. Większość z nich, a zatrudnionych na II etacie, nie włącza się w rozwój pedagogiki jako nauki u swojego drugiego pracodawcy, bo nie musi, skoro prowadzone są głównie studia zawodowe –licencjackie, a jeśli jakaś niepubliczna szkoła wyższa prowadzi studia II stopnia, to najczęściej zatrudnia emerytowanych, często wypalonych już naukowo profesorów czy doktorów, zaś drugoetatowi przychodzą głównie po kasę, prowadząc jedynie zajęcia dydaktyczne. Trudno się dziwić, że w takich szkołach zwraca się uwagę głównie na to, by młodzi ludzie uczyli się zdawać egzaminy, dostarczali prace dyplomowe, a nie jest przy tym ważne to, czy są one rzeczywiście autorskie.

Prof. Przyborowska z UMK w Toruniu analizowała przedsiębiorczość intelektualna na użytek szarej strefy. Szkolenia, a więc edukacje dorosłych, przejmują różnego rodzaju firmy, które nie są poddawane certyfikacji czy akredytacji, gdyż nie muszą. Kształcić w zakresie tzw. umiejętności miękkich, może każdy, także na odległość, o czym pisałem egzemplifikując to przygotowywaniem wychowawców kolonijnych w systemie tylko i wyłącznie edukacji e-learningowej. Jak podnoszono w dyskusji, także rankingi uczelni i szkół wyższych nie są wymiernym wskaźnikiem ich poziomu. Cóż z tego, że uniwersytet jest na I czy V miejscu, skoro zajęcia dydaktyczne prowadza w nim głównie doktoranci czy pracownicy pomocniczy (zatrudniani głównie na umowy o dzieło czy zlecenie), a nie samodzielni pracownicy naukowi.

Niezwykle interesującą dyskusję wywołał referat prof. Doroty Klus-Stańskiej z Uniwersytetu Gdańskiego, która wykazała, że ze względu na masowość kształcenia mamy w szkolnictwie wyższym folk-dydaktykę, dydaktykę urojeniową czy gabinetową. Panujący w polskiej edukacji chaos stał się atrybutem i kontekstem dla dydaktyki, także akademickiej. Prof. Barbara Kromolicka podniosła kwestie upadku dostojeństwa uniwersytetu i części jego kadr. Ma bowiem w naszym środowisku pedagogicznym miejsce relatywizowanie wartości humanistycznych, zanik elitarnych funkcji kształcenia, przekształcanie szkół w rynkowe przedsiębiorstwa i erozja etosu akademickiego. Kadry nauczycielskie nie kierują się dobrem wspólnym, tylko interesem osobistym. Ci, którzy głęboko angażują się na rzecz zmiany szybko się wypalają lub są od nich odsuwani. U wielu nauczycieli akademickich następuje zanik sumienia, kierowania się w pracy akademickiej wartościami moralnymi. Coraz więcej jest hipokrytów niż autorytetów. Niewłaściwa polityka władz sprawia, że pojawia się wśród nauczycieli akademickich poczucie silnego ubezwłasnowolnienia i zobojętnienia na kolejne zadania.

Studenci skarżą się, że wystawione im dyplomy z tytułu ukończonych studiów na kierunku pedagogika, nie są uznawane przez ich przyszłych pracodawców. Czasami trzeba się z nimi spotykać, by im wytłumaczyć, jak powinni czytać załączone do dyplomów suplementy. Kształceniem i nauką zaczyna rządzić rynek, a nie etos i wymogi jakości. Brak też poczucia stabilizacji wśród doktorantów sprawia, że rezygnują ze studiów. Jak wykazał to w swoich badaniach prof. J. Górniewicz od 2000 do 2004 r. nastąpił bardzo wysoki spadek zainteresowania studiami doktoranckimi na pedagogice , wynoszą w Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim aż 43,7%. Jak zacytowała I. Chrzanowska wypowiedź jednej ze studentek pedagogiki:

"Czasami nie dziwię się ludziom, którzy szydzą z tego kierunku, zwłaszcza kiedy widzę studentki, które pomyliły uczelnię z salonem kosmetycznym (…), a rozum zostawiły za drzwiami. Dlaczego odradzam te studia? Głównie ze względu na małe możliwości znalezienia pracy. Co prawda obecnie brakuje dla dzieci miejsc w przedszkolach, więc oddziały przedszkolne trochę się powiększają, potrzeba nauczycieli (ale na pewno nie tylu ile produkują obecnie uczelnie). Podsumowując, studia tak, ale dla ludzi z pasją (…). Uczelnie powinny w końcu zacząć zmniejszać limity na humanistyczne kierunki- inaczej robią zwykłą krzywdę młodym ludziom."