Minister nauki zamierza zrezygnować z jakościowej oceny czasopism naukowych przez ekspertów 44 dyscyplin naukowych.



W Biuletynie Informacji Publicznej na stronie podmiotowej Rządowego Centrum Legislacji, w serwisie Rządowy Proces Legislacyjny, został udostępniony projekt rozporządzenia Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego zmieniającego rozporządzenie w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych.

Zapowiedziane konsultacje są tyle warte, co papier, na którym zostały ogłoszone, bowiem fundamentalna procedura, która dotychczas miała obowiązywać, a została totalnie zlekceważona przez Komisję Ewaluacji Nauki (o czym pisałem w blogu i w interpelacji do ministra Jarosława Gowina), tym razem będzie wycofana zgodnie z literą nowelizowanego rozporządzenia. Z jednej strony, to dobrze, bo przynajmniej mamy świadomość, że dla ministerstwa opinie ekspertów z poszczególnych dyscyplin są nieistotne, gdyż rządzi bibliometria.

Jak uzasadnia to ministerstwo? Proszę bardzo. Nie uzasadnia, tylko stwierdza:

"Proponowane zmiany umożliwią Ministrowi Nauki i Szkolnictwa Wyższego sporządzenie wykazu czasopism według uproszczonej procedury, bez konieczności angażowania do tego procesu 44 zespołów doradczych do spraw czasopism w poszczególnych dyscyplinach naukowych."

Jaki dobry jest ten nasz minister, że chce wszystko uprościć, żeby nie angażować już naukowców do oceny jakościowej czasopism. Przynajmniej nie będzie skarg, zażaleń, pretensji, a i kasy zostanie więcej na premie dla dyrektorów departamentów.

Z drugiej strony, po co powołano KEN, skoro równie dobrze może sekretarka z wyższym wykształceniem pobierać dane z baz WoS itp., by ustalać ranking wartości punktowej czasopism. Nie o naukę tu przecież chodzi i nie o rzeczywistą wartość naukową periodyków. Jakościowa ocena czasopism nie jest konieczna, bo ... , no właśnie. Dlaczego nie jest konieczna?

To, jak ten biznes się kręci, akademicy dobrze wiedzą. W końcu jeździmy po świecie, spotykamy się z uczonymi różnych, także najlepszych uniwersytetów, którzy opowiadają nam jak "załatwia się" publikowanie artykułów oraz jak redakcje tych z listy A świetnie na tym zarabiają. Do tego teraz dochodzi udział w wysoko płatnych konferencjach międzynarodowych, bo opublikowanie w materiałach po nich jest dwoiście "opłacalne".

Zostawmy jednak te kwestie na boku. To prawda, że: "Bazy bibliometryczne są aktualizowane na bieżąco. Wprowadzone zmiany w systemie nauki i szkolnictwa wyższego, a zwłaszcza przepisy dotyczące ewaluacji jakości działalności naukowej i związany z nią nierozerwalnie nowy sposób ustalania wykazu czasopism, spowodowały wzrost zainteresowania polskich czasopism naukowych obecnością w międzynarodowych bazach czasopism naukowych". Za wprowadzanie periodyków do tych baz, uczelnie państwowe ponoszą wysokie koszty każdego roku ze swojego (publicznego) budżetu. Niskie płace, brak środków na badania własne w uczelniach, ale na opłacenie baz środki muszą się znaleźć.


Ministerstwo wskazuje, komu mamy płacić dla uproszczenia procedury: "Uproszczenie tej procedury jest jednak możliwe i jest to szczególnie istotne dla polskich czasopism naukowych, które zostały wpisane w ostatnim czasie do bazy Scopus lub do jednej z baz wchodzących w skład bazy bibliograficznej Web of Science: Science Citation Index Expanded, Social Sciences Citation Index, Arts & Humanities Citation Index, Emerging Sources Citation Index."

Ciekaw jestem, czy ktoś w MNiSW przejął się artykułem profesora Politechniki Warszawskiej Sławomira Tumańskiego p.t. "Segregacja p[rasowa", a opublikowanym na łamach tygodnika "Polityka" (2019 nr 40, s. 70-71). Autor spoza humanistyki, bo reprezentujący nauki techniczne, pyta, jak to jest możliwe, że rząd prawicowy nie jest zainteresowany publikowaniem przez polskich uczonych rozpraw czasopismach krajowych w ich języku ojczystym?

Jedno z najstarszych pism naukowo-technicznych, jakim jest "Przegląd Elektrotechniczny" ze stuletnią tradycją i renomą także w USA, mimo publikowanych w nim artykułów w języku polskim, uzyskało 20 pkt., a czasopisma zagraniczne o znacznie niższym poziomie naukowym mają 200 pkt. Przecież to jest chore! Patologia! Niszczenie polskiej kultury naukowego piśmiennictwa na rzecz faworyzowania periodyków anglojęzycznych, także wydawanych w kraju.

"W Polsce przy ocenie dorobku naukowego, zarówno naukowców, jak i instytucji, decydujące są punkty. Także publikacja artykułów wyceniana jest w punktach, jakie otrzymały pisma naukowe". Nie jest ważna ich treść, jakość, tylko miejsce ich opublikowania. Istotnie, czytałem artykuł zamieszczony przez habilitantkę w jednym z czasopism listy A. Gdyby został złożony w języku polskim, żadna redakcja przyzwoitego periodyku by go nie opublikowała. Amerykanie wezmą, jak leci, bo czego się nie robi dla kolegi profesora z postsocjalistycznego kraju.