piątek, 31 sierpnia 2018

Wicemarszałek Ryszard Terlecki rzetelnie opisuje zasługi Lecha Wałęsy w odzyskaniu przez Polskę wolności


SOLIDARNOŚĆ 1980-1989. POLSKA DROGA DO WOLNOŚCI - to tytuł książki historyka Ryszarda Terleckiego, która ukazała się w tych dniach, a Poczta Polska sprzedawała ją w promocji o 10 zł taniej, niż cena wskazana na okładce.

Sięgnąłem po nią z ciekawością, bowiem obejmuje okres niezwykle ważny w życiu mojego pokolenia. Lata 1980-1989 stały się rewolucyjną dekadą, która zaowocowała wyzwoleniem się Polski i Polaków z jarzma totalitarnego ustroju, sowieckiej dyktatury i związanych z nią ludzkich tragedii, ale i znaczących doznań nadziei i wolności, marzeń i strat w codziennym życiu każdej rodziny. Nie ukrywam, że byłem niemalże przekonany o spotkaniu się z "nową" wykładnią historii, która będzie nierzetelna, okradająca nas z pamięci realiów tamtych czasów, prawdy doświadczanej, bo w różny sposób także obserwowanej i wchłanianej przez każdego młodego człowieka, świadomego tamtych wydarzeń.

Autorem jest przecież obecny wicemarszałek Sejmu, który uczestniczy w ideologicznej kontrrewolucji z ramienia własnego środowiska politycznego (PiS), a jakże niechętnego rzeczywistym dokonaniom bohaterów „Solidarności” tej dekady, wśród których autentycznym liderem był Lech Wałęsa. Tak, to ten sam, a sponiewierany przez obecne elity jako rzekomy zdrajca, esbek, donosiciel… .

Tymczasem mamy ogląd wydarzeń, które byłyby niemożliwe bez Lecha Wałęsy w finalnym akcie wyzwalania Polski z ustroju socjalistycznego. Oczywiście, że droga do wolności była usłana ofiarami i poświęceniem się tysięcy aktywnych działaczy opozycji w PRL oraz członkostwu 10 milionów członków NSZZ „Solidarność”, którzy w ramach swoich zadań społecznych, zawodowych włączali się w najróżniejszy, a niewidoczny wciąż dla historii sposób, do ostatecznego zwycięstwa.

Książka nie jest monografią naukową, chociaż została napisana przez profesora historii, a to dlatego, że nie była recenzowana, bo i jej narracja ma charakter publicystyczny. Wprawdzie R. Terlecki przywołuje fragmenty różnych dokumentów, uchwał, stanowisk, wypowiedzi działaczy opozycji, elit ówczesnego państwa, przedstawicieli władzy i hierarchów Kościoła Katolickiego, ale nie podaje żadnych odwołań do źródeł. Musimy zatem uwierzyć, że takowe rzeczywiście istnieją i miały miejsce. Ja nie muszę opierać się na ufności, bo znam przywoływane tu fragmenty z tekstów, wypowiedzi medialnych, także te z podziemia, gdyż na bieżąco czytałem je, wysłuchiwałem, oglądałem itp.

Rekonstrukcja wydarzeń tego dziesięciolecia i ich analiza są bardzo rzeczowe, zdystansowane, z rzadka opatrzone własną oceną. Raczej przywołuje Terlecki opinie, które były przedmiotem powszechnej debaty. Przywołuje wypowiedzi tych opozycjonistów, którzy dzisiaj są jego politycznymi wrogami, należą do – jak określa to jego formacja – ludzi „gorszego sortu”. Na szczęście dzięki tej książce nie można już powtarzać, że Bogdan Borusewicz, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa są tymi, którzy byli razem z ZOMO, bo byłoby to równoznaczne z reprodukowaniem reżimowej propagandy czasów PRL. Można natomiast lepiej rozpoznać zaistniałe już w tamtym okresie podziały , napięcia, spory i intrygi w łonie opozycji, które były podsycane i inspirowane przez PRL-owskie służby bezpieczeństwa. Ofiarą tych intryg w omawianym okresie była m.in. śp. Anna Walentynowicz .


Jeśli zatem w podręcznikach szkolnych do współczesnej historii wygenerowanych przez ekipę ministry edukacji Anny Zalewskiej nie ma Lecha Wałęsy, to w tej książce znajduje on swoje godne miejsce i uznanie, a nawet jest wyrażany podziw dla jego odwagi, poświęcenia, przyjęcia godnej postawy wobec nieskutecznych starań peerelowskiej władzy o współpracę z ówczesnym reżimem.

A kiedy to się nie powiodło, to R. Terlecki odsłania działania służb specjalnych mających na celu zminimalizowanie wpływu i charyzmy Wałęsy (aresztowania, nieudana próba zamachu we Włoszech, manipulowanie faktami, próby ośmieszenia czy skompromitowania itp.) oraz morderstwa charyzmatycznych duchownych i ludzi dających moralną siłę wsparcia Polakom. Z tej książki polska młodzież czasów konsumpcyjnej wolności i zaniku odpowiedzialności za polską demokrację dowie się, że to nie Lech i Jarosław Kaczyński doprowadzili Polskę do wolności, aczkolwiek słusznie jest tu odnotowany ich cząstkowy wkład w ruch związkowy i na rzecz opresjonowanych przez władze PRL.

Ryszard Terlecki oddaje cześć Lechowi Wałęsie wraz z innymi, a wybitnymi postaciami świata nauki, kultury i środowisk robotniczych za ostatnią dekadę walki o wolną Polskę.


Być może zupełnie nowego znaczenia nabiera wypowiedź z sierpnia 1984 r. bojownika o wolność i apostoła miłości – a zamordowanego przez SB-cję - ks. Jerzego Popiełuszki: „Naród polski nie nosi w sobie nienawiści i dlatego zdolny jest wiele przebaczyć, ale tylko za cenę powrotu do prawdy. Bo prawda i tylko prawda jest pierwszym warunkiem zaufania.” (s. 207)

Dzięki Lechowi Wałęsie i z Wałęsą de facto - „Kończyła się dekada nadziei i Polska rozpoczynała trudną drogę odbudowy niepodległego i demokratycznego państwa” (s. 290).

Teraz poczekam na kolejny tom, w którym Ryszard Terlecki pokaże, jak elity I fali „Solidarności”, a więc tej pierwszej dekady walki o wolność Polski, weszły w koegzystencję z ludźmi komunistycznego reżimu i jak są nadal utrzymywane w strukturach władzy lat 1990-2018, a więc także tej władzy.


czwartek, 30 sierpnia 2018

Minister Anna Zalewska przegrywa w sądach


Nie wszyscy obywatele są wciąż świadomi tego, że reforma ustrojowa w III RP zagwarantowała im prawo do sprawowania kontroli społecznej nad pracą samorządów oraz wszystkich władz państwowych, w tym także oświatowych. Obywatel ma prawo wiedzieć, jakie decyzje podjęły władze państwowe i samorządowe, jakie były tego koszty, kto jest odpowiedzialny za nieprawidłowości, czy jakie kompetencje mają osoby wykonujące zawody zaufania społecznego. Zasada jawności ma tu pierwszeństwo przed prawem do prywatności.

Istnieje przepis prawny zobowiązujący władze do udostępniania obywatelom informacji publicznej na temat tego, co dzieje się w urzędzie. Prawo to obowiązuje także ministra edukacji i podlegających mu urzędników w centrum władzy, jak i w terenie, w kuratoriach oświaty. Naczelny Sąd Administracyjny zobowiązał wyrokiem minister Annę Zalewską do ujawnienia pełnej listy ekspertów. Jak pisał jeden z dziennikarzy:

Ujrzeliśmy bowiem listę 182 nazwisk, bez tytułów naukowych i wskazania, za który przedmiot dana osoba odpowiadała. Wszystko po to, aby lista została całkowicie nieczytelna i bezwartościowa dla opinii publicznej, a autorzy mogli w swoim wkładzie pozostać anonimowymi.Okazało się jednak, że resort mógł pójść jeszcze dalej w rozmywaniu odpowiedzialności prawdziwych autorów podstawy programowej. Podanie suchych nazwisk bez wskazywania wkładu w prace mogło bowiem pozwolić dodać do listy osoby, które nie dość, że nad podstawą nie pracowały, co były jej wręcz przeciwne.

Pojawiła się już pierwsza osoba, która wypiera się swojego udziału w pracach mimo obecności na liście, powołując się, że przesłała alternatywną propozycję podstawy dla klasy IV, która nie została jednak uwzględniona, a wykonana praca nie wiązała się z żadnym wynagrodzeniem. Problem bowiem w tym, że bez tytułów naukowych osobą na liście może być dosłownie każdy i nawet osoby niesłusznie na nią wpisane nie mogą z całą pewnością stwierdzić, czy MEN się nimi posługuje, czy może doszło do zaskakującego zbiegu okoliczności. Jest to zwykła manipulacja odbiorcami i sprzeniewierzanie się intencji wyroku NSA, który miał na celu zapewnia opinii publicznej rzetelnego dostępu do informacji, czego resort karygodnie nie dotrzymał.


Poradził sobie z tym problemem obywatel - pan dr Bogdan Stępień , który także dużo wcześniej upomniał się o powyższą listę twórców podstaw programowych kształcenia ogólnego i ujawnił ją w znacznie szerszym zakresie niż uczyniło to MEN. Nie zadowolił się samym wykazem, ale wnioskował o informacją o tym, w których zespołach przedmiotowych byli oni zaangażowani. Tę otrzymał z resortu edukacji.

W związku z tym, że Piotr Gajewski - dyrektor Departamentu Informacji i Promocji MEN poinformował go, że (...) wypełniając ankietę nie było wymogu podawania stopnia naukowego, organizacji czy instytucji, którą dana osoba reprezentuje, stąd przedstawienie listy osób wg. wzorca, który Pan zaproponował nie było możliwe, zadał też sobie trud, by ułatwić zainteresowanym rozszyfrowanie nazwisk większości spośród nich, gdyż nie są to postaci znane w polskiej oświacie.

Minister Anna Zalewska przegrała także kolejną rozprawę w Sądzie Okręgowym w Jeleniej Górze, który zdecydował o umorzeniu postępowania ws. nastolatki, która miała znieważyć szefową Ministerstwa Edukacji Narodowej Annę Zalewską – podaje Polsat News. Chodzi o zdarzenie z grudnia 2016 roku, kiedy podczas wizyty polityk w Karkonoskiej Państwowej Szkole Wyższej w Jeleniej Górze jedna z uczennic nazwała Zalewską "suczą".

Sprawa była nieco skomplikowana. W pierwszej instancji sąd uznał nastolatkę Natalię S. winną znieważenia Zalewskiej, lecz nie została ona ukarana. W sądzie uznano, że dziewczyna poniosła konsekwencje ze strony nauczycieli i rodziców. Obrońca uczennicy i tak złożył apelację. W wyższej instancji sprawa została umorzona.
W tym jednak przypadku uważam, że tego typu określenia nie powinny paść wobec kobiety, niezależnie od tego, czy jest ministrem czy działaczką środowisk opozycyjnych.

środa, 29 sierpnia 2018

Matura 2018 – odwołanie przynosi efekty!



W systemie scentralizowanego ustroju szkolnego podtrzymywany jest przez władze oświatowe, a szczególnie pracowników Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych mit, że odwołanie od wyników egzaminu maturalnego czasem przynosi efekty.

Otóż, przysłówek czasem ma swój antonim: nigdy, zawsze! Jeżeli nie spróbujecie drodzy maturzyści, to nie dowiecie się, czy jednak nie należała się wam wyższa punktacja od tej, którą odnotowano na waszym świadectwie. Wciąż nie wierzymy w to, że możemy, mamy prawo, należy nam się, bo latami wdrukowuje się uczniom przekonanie o nieomylności władzy i nieograniczonym jej prawie do wyłącznego stanowienia o naszym losie.

Tymczasem człowiek jest omylny. Nie wiemy, w jakich warunkach egzaminator sprawdzał naszą pracę maturalną - czy był wypoczęty, czy może był sfrustrowany, może się spieszył, bolała go głowa, był głodny, a może wściekły na to, że właśnie traci pracę w swoim gimnazjum? To, że ktoś może się pomylić o 10, 20 pkt. może zadecydować o przyszłym losie maturzysty! Co jednak w sytuacji, kiedy błąd egzaminatora jest na poziomie prawie 50 pkt.pkt!?

Ktoś wymarzył sobie studia przykładowo - na medycynie, prawie czy psychologii, a tu nagle otrzymuje świadectwo, na którym zamiast 98 pkt z języka polskiego na egzaminie rozszerzonym z tego przedmiotu, ma ich zaledwie 48!

Upór, determinacja i odwaga są w takiej sytuacji konieczne, i to do ostatniego tchu. Opisuję tegoroczny przypadek maturzysty, który nie uwierzył w tak niski poziom oceny jego pracy. Złożył wniosek do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej (OKE) o umożliwienie mu wglądu do swojej pracy. Każdy maturzysta ma na to 6 miesięcy od otrzymania świadectwa maturalnego.

Termin i miejsce oglądania pracy maturalnej wyznaczył mu dyrektor OKE. Najczęściej jest to siedziba tej Komisji. Abiturient miał prawo sporządzenia notatek, a także mógł fotografować swoją pracę. Konieczne jest to w procesie odwoławczym, gdyż musi uzasadnić powody zakwestionowania czyjejś oceny jego pracy. Zachęcam zatem do przeczytania regulaminu na stronie Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w mieście wojewódzkim, na terenie którym znajduje się nasza szkoła ponadgimnazjalna.

Przytoczę kolejność kroków, które są kluczowe w odwołaniu, a znakomicie zostały opublikowane w jednym z portali:

Jeżeli uznamy, że praca maturalna została źle oceniona, należy złożyć wniosek o weryfikację sumy uzyskanych punktów. Należy się spieszyć, ponieważ termin na jego złożenie wynosi zaledwie dwa dni od dokonania wglądu do pracy. Weryfikacja następuje w terminie 7 dni, a do jej przeprowadzenia dyrektor właściwej OKE wyznacza egzaminatora. Oczywiście będzie to egzaminator inny niż ten, który dokonał pierwotnej oceny. O wyniku weryfikacji abiturient dowiaduje się w terminie 14 dni od złożenia wniosku.

W przypadku, od którego zacząłem swój wpis, maturzysta najpierw napisał wniosek o ponowną weryfikację liczby punktów. Miał bowiem uzasadnione zastrzeżenia niemalże do każdej kategorii oceny jego wypowiedzi pisemnej. Dzięki sfotografowaniu pracy i przypisanej do niej karty z punktacją, mógł swoje wątpliwości skonsultować z nauczycielem przedmiotu. Nie musi to być koniecznie ten, który nas kształcił, jeśli nie mamy do niego zaufania z jakiegoś powodu. Ważne jest to, by tak, jak w przypadku wątpliwej diagnozy medycznej stanu naszego zdrowia, skonsultować ją z jeszcze innym specjalistą.

Tak też uczynił ów maturzysta. Po dwóch tygodniach otrzymał z OKE odpowiedź o pozytywnym rozpatrzeniu jego wniosku! W jednym z kryteriów oceny jego pracy pisemnej stwierdzono, że należy mu się 6 punktów, a nie 3. To już jest jest coś. Jednak na osiem kategorii analityczno-ocennych uważał, że nadal jest nierzetelnie oceniona jego praca. Co wówczas czynić? Cieszyć się, że podwyższono mu punktację z 48 pkt. na 78 pkt.? Czy może jednak powalczyć dalej, jeśli ma się merytoryczne ku temu argumenty?

Autorzy internetowej porady w tym zakresie piszą co następuje:

Rzeczywistość abiturienta bywa czasem brutalna. Może się zdarzyć, że wniosek o weryfikację oceny został negatywnie rozpoznany. W tym celu ustawodawca wprowadził drugą instancję odwoławczą od wyników egzaminu maturalnego. Jest nią Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego. Odwołanie wnosi się za pośrednictwem dyrektora właściwej Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, a termin na jego złożenie wynosi 7 dni od dnia otrzymania informacji o negatywnym rozpoznaniu wniosku.

Nie bierze się pod uwagę tego, że wniosek może być w pierwszej instancji, jaką jest OKE pozytywnie rozpatrzony, a mimo to maturzysta ma prawo sądzić, że nadal jest on nierzetelnie oceniony! Czyżby dyrekcja OKE sugerowała sprawdzającemu, by nie przyczynił się do kompromitacji tego środowiska? Chyba nie.

W tym przypadku maturzysta złożył kolejny wniosek, tym razem do Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego za pośrednictwem dyrektora OKE w ciągu 7 dni, od otrzymania pierwszej, pozytywnej opinii o uznaniu jego racji i podwyższeniu mu punktacji o 30 pkt.!

Odwołanie musi zawierać wskazanie zadań, co do których nie zgadzają się z przyznaną liczbą punktów oraz uzasadnienie. W tym uzasadnieniu należy wskazać, że rozwiązanie tych zadań przez niego jest merytorycznie poprawne oraz spełnia warunki określone w poleceniu do danego zadania egzaminacyjnego. Dyrektor przekazuje odwołanie do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, a ta następnie wysyła je do Kolegium.

Odwołanie musi być rozpatrzone w terminie 28 dni od dnia przekazania do przez dyrektora OKE. Rozstrzygnięcie Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego jest ostateczne i nie służy na nie skarga do sądu administracyjnego. Oczywiście, jeżeli w wyniku odwołania nastąpiła zmiana uzyskanej oceny, jego następstwem jest wydanie nowego świadectwa maturalnego.


Dokładnie tak postąpił nasz maturzysta. Napisał kolejne odwołanie i... po dwóch tygodnia otrzymał rozstrzygnięcie! Jakaż było jego uzasadniona radość, kiedy okazało się, że uznano wszystkie jego racje, a nie tylko częściową korektę egzaminatora OKE! Jak się okazało poprawne były tylko trzy z nich! Tym samym w pięciu kolejnych punktacja została w I instancji także zaniżona, nieadekwatna do rzeczywistej wartości pracy maturzysty. Efekt - otrzymał z OKE uznanie przez Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego pełnej zasadności odwołania. Tym samym wystawiono mu nowe świadectwo maturalne - tym razem w kategorii egzamin rozszerzony nie widniało 48 punktów,
ale 93!

Maturzyści! Odwagi! Sprawdzajcie swoje prace, jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, że wasza praca został niewłaściwie oceniona! Nasz maturzysta, mimo że odwoławcza weryfikacja trwała trwała miesiąc czasu i na uczelniach państwowych zakończono już rekrutację na jego wymarzony kierunek studiów, złożył odwołanie do Uczelnianej Komisji Rekrutacyjnej i przyjęto go na wymarzone studia.

Warto było się uczyć i mieć w sobie tyle odwagi, by nie ustąpić przed błędami tych, którzy nie powinni być aż tak nieomylni! A swoją drogą, ciekawe, czy dyrekcja OKE pociągnie do odpowiedzialności tego nauczyciela, który tak niestarannie, nierzetelnie sprawdzał tę pracę, być może i wiele innych zaniżając ostateczną punktację.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Zwierzęta w terapii osób zdrowych



Ogromną radość sprawił mi prof. Aleksander Nalaskowski, który zareagował na mój wczorajszy wpis dotyczący budowania relacji człowieka ze zwierzętami. Jakże trafnie skomentował mój post pisząc:

Elementem wychowania, tu masz rację, musi być szacunek do istot żywych, do zwierząt i świata natury w ogóle. Ale nie "szacunek" taki jak pokazują zieloni, antyfuterkowcy, zakochane w psach panienki czy agresywni wegetarianie. W stajni zawsze zwracałem uczniom uwagę, że zwierzęcia nie wolno traktować jak człowieka, że to inny byt, intelektualnie mocno ograniczony, powodujący się odruchami, popędami, a nader często strachem. Na przykład większość nie wie, że konie nie lubią głaskania, a każdy głaszczący sądzi, że sprawia tym zwierzęciu przyjemność. Wiele zwierząt pracuje dla człowieka (nie zdając sobie z tego sprawy) i za to winniśmy je traktować właśnie z szacunkiem, ale nic ponad to. Pojęcia wierności, miłości, posłuszeństwa, pracowitości, etc. to cechy ludzkie, zwierzętom tylko przypisywane."


Warto podzielić się z czytelnikami bloga tą opinią tym bardziej, że została ona zaopatrzona w link do znakomitego - jak zawsze u tego Profesora - referatu na temat
"(hipo-)terapii osób zdrowych. Nie dotyczy on jednak tylko koni, bo o tych jest na końcu jego wypowiedzi, ale różnych zwierząt domowych i dzikich, które chcemy oswoić, a nie zawsze nam się to udaje. Jakie są zalety obcowania, a raczej bycia z istotami bliskimi nam nie tylko z racji ewolucji?

Ilekroć zbliża się okres wakacji letnich, ale i zimowych, tylekroć możemy spodziewać się medialnych doniesień na temat brutalnego, podłego pozbywania się domowych zwierząt, głównie psów przez wywożenie ich z dala od dotychczasowego miejsca zamieszkania i porzucenia ich w lesie, na polu, a zdarza się - jak podały ostatnio media - że topienia ich w stawie czy jeziorze. Oswojony i udomowiony ssak nagle staje się zbytecznym przedmiotem, czymś, co nie wyzwala już u właścicieli żadnych emocji, odczuć, co można wyrzucić jak zużyty sprzęt domowy. Niezrozumiałe, a jednak mające marginalnie miejsce patologie poruszają opinię publiczną.

Jedni bowiem ratują z narażeniem życia psa, który wszedł na taflę zamrożonego jeziora, gdzie w wyniku pęknięcia został on pozbawiony możliwości powrotu na ląd, czy udzielają pomocy fokom, delfinom lub zranionym ptakom, a zdarza się, że są takżey mordercy zwierzęcych istnień, bezwzględni, wyzuci z sumienia likwidatorzy własnych psów. Niezrozumiałe, poruszające, zdumiewające, ale z historii pamiętamy, jak to naziści szkolili w Hitlerjugend młodzież, by najpierw zaopiekowała się zwierzęciem domowym - psem czy kotem, by na rozkaz swojego przełożonego zadała mu śmiertelny cios.

Zachęcam do wysłuchania 30-minutowego referatu Profesora Nalaskowskiego, który mówi o tym, jak ważne są w socjalizacji człowieka, jego "wychowaniu" - tresowaniu zwierzęta oraz jak one same są przez nas socjalizowane, dając nam coś w zamian za okazanie im szacunku, za żywienie i stworzenie godnych warunków do życia.

Referat nie jest naukowym wykładem, pełnym odwołań do naukowej literatury, bo i nie ma takiej potrzeby. Nigdy wcześniej nie słyszałem wypowiedzi A. Nalaskowskiego na temat zwierząt domowych, chociaż zawsze podziwiałem Jego wspaniały stosunek do koni, które hodował i dzielił się swoją pasją oraz umiejętnościami jeździeckimi z uczniami uczęszczającymi do założonego i prowadzonego przez niego Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu.

Mamy tu piękną odsłonę człowieczeństwa!


Po wysłuchaniu referatu Profesora po raz pierwszy od roku jeden z dwóch moich kotów wskoczył mi na nogi, a dotychczas omijał mnie dużym łukiem. Dlaczego? Dowiecie się o tym z referatu prof. A. Nalaskowskiego. Moje psy były we wczorajszym wpisie, stąd dzisiaj niech zaistnieją koty.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

O kształtowaniu umiejętności wchodzenia w relacje ze zwierzętami

W okresie wakacyjnym napisał do mnie profesor Antoni Sawicki dzieląc się obserwacją relacji człowiek–zwierzęta domowe. Trafnie wskazuje w liście na olbrzymie braki edukacji w naszym społeczeństwie w powyższym zakresie:

Właśnie wróciłem z wycieczki objazdowej po Gruzji i Armenii. Co tam zaobserwowałem? Niektórzy uczestnicy naszej wycieczki ze śniadań w formie szwedzkiego stołu zabierali mięsa i wędliny i upychali nimi swoje torby. Po przyjeździe do obiektu turystycznego otaczała nas grupa bezpańskich zgłodniałych (często chorych) psów. Wtedy rozpoczynało się ich karmienie.

Ja głośno protestowałem: „Ludzie co wy robicie. W ten sposób zwabiacie wokół nas różne chore i zdziczałe psy. Z tymi psami będą się spotykali nasi polscy turyści w następnych turnusach. Przecież w niektórych obiektach psy rozkładają się na schodach, w ciemnych korytarzach, pod krzesłami i ławkami itd. Łatwo można na nie nadepnąć i zostać pogryzionym. Wśród turystów są także dzieci, które są mniej ostrożne”.

Turyści dużo fotografują i filmują, przez to mało patrzą pod nogi i nie ma wycieczki bez kilku wypadków i urazów. Sam to przeżyłem w ubiegłym roku w Portugalii. To może sprzyjać niechcianym ostrym kontaktom turystów z bezpańskimi psami. Zauważyłem, że po mojej interwencji niektóre panie odchodziły od grupy na zaplecze obiektów. Jeden z karmiących psy starszych panów profesorów (mechanik) pokazał mi, jak właśnie go ugryzł w rękę półzdziczały karmiony pies. Tym ludziom błędnie się wydaje, że z religijnego punktu widzenia wykonują dobre uczynki, a narażają innych na niebezpieczeństwo.

Podobne, aczkolwiek mniej drastyczne, sytuacje występowały podczas mojej poprzedniej wycieczki w maju do Serbii i Bośni.

Wiem, że edukacja nie zastąpi zwykłego zdrowego rozsądku. Przecież zdarzają się lekarze alkoholicy i narkomani, a prawnicy złodzieje i mordercy. Jednak trzeba coś robić. U nas ochrona zdrowia nie jest świadomie płatna. Leczenie tych lekkomyślnych Polaków kosztuje nas wszystkich. Przez wiele lat szokowała mnie i nadal szokuje sytuacja, w której (ktoś) prowadzi w swoim domu hodowlę kilku kotów. Robi to podobno do zabawy swoich wnuków. O szkodliwości takiego działania nie przekonują go odzwierzęce choroby, które już nawet przebył. Choroby odzwierzęce są bardzo powszechne
Mam prośbę do Pana Profesora o udzielenie mi informacji:

Czy na studiach pedagogicznych są jakiekolwiek przedmioty związane z edukacją dzieci i młodzieży na temat relacji ze zwierzętami domowymi?

Czy są na uczelniach pedagogicznych w Polsce są katedry lub zakłady zajmujące się problemami relacji ludzi ze zwierzętami domowymi?

Czy tylko ja wyolbrzymiam problem, bo go faktycznie nie ma?

Najprawdopodobniej wielkie zyski z braku odpowiedniej edukacji młodzieży mają: hodowcy - rozmnażający zwierzęta, weterynarze, producenci i handlarze pokarmów, hotelarze zwierząt i treserzy itd.


Na studiach pedagogicznych mamy tylko jeden kierunek szkolny-edukacyjny, jakim jest pedagogika wczesnej edukacji (elementarna, nauczanie zintegrowane, kształcenie wczesnoszkolne itp.) nie przewiduje się przedmiotu zajęć, w trakcie którego studenci mieliby uczyć się właściwych relacji z domowymi zwierzętami. Nie przypuszczam, by na jakimkolwiek innym kierunku nauczycielskim ktoś się tym zajmował.

Czy jest to rzeczywiście problem? Moim zdaniem jest, ale bardziej powinien być rozstrzygany przez rodziców niż nauczycieli dzieci czy nauczycieli-nauczycieli. Wprawdzie wszystko zależy od ludzi, od ich wyobraźni, wiedzy i doświadczeń. Mam dwa psy, groźne, w tym jeden na III miejscu najbardziej niebezpiecznych ras, toteż kiedy przechodziła koło ogrodzenia grupa przedszkolaków, ich pani podeszła z nimi bliżej do bramy i pouczała dzieci, by nigdy nie wkładały ręki przez siatkę, by pogłaskać psa, nie karmiły go niczym, ani nie drażniły.

To była prawdziwa edukacja. Psy przyglądały się dzieciom z uwagą, bacznie je obserwowały gotowe do reakcji. Nie mogę zapewnić, że jeden z nich nie zaatakowałby dziecka, które wykonałoby dla niego jakiś nieprzewidywalny gest, ruch lub okazało mu wrogość. Nie ma złych psów, ale są niewychowani ludzie, którym wydaje się, że mogą czynić, co chcą, naruszać czyjeś terytorium, czyjąś godność bez możliwych następstw.

Tak więc uczymy się przez całe życie, także wówczas, kiedy wbrew tytułom naukowym czy wykształceniu nadepniemy niechcący jakiemuś psu na ogon.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wakacyjne konsultowanie "projektów" rozporządzeń MNiSW


Do 16 sierpnia 2018 r. można było opiniować rozporządzenia do megaustawy o szkolnictwie wyższym:

1. w sprawie ewaluacji jakości działalności naukowej

2. w sprawie dziedzin nauki i dyscyplin naukowych oraz dyscyplin artystycznych

3. w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych.

Wyniki opinii akademickich podmiotów i środowisk zapewne będzie można zobaczyć na stronie legislacja.rcl.gov.pl Niewątpliwie, jednym z kompleksowo podchodzącym do tego procesu środowisk było w okresie wakacyjnym Stowarzyszenie KKHP, które świetnie się zorganizowało w sieci pozyskując ekspertów do sformułowania opinii na temat opublikowanych przez resort projektów rozporządzeń. Podałem w tytule "projekty", bowiem to, czy rzeczywiście mieliśmy tu do czynienia z konsultacjami będzie możliwe do wiarygodnego rozstrzygnięcia po podpisaniu powyższych aktów wykonawczych przez ministra Jarosława Gowina.

Jeden z profesorów zakomunikował nam w odniesieniu tylko do jednego z projektów, jakże kluczowego dla każdego naukowca i jego jednostki organizacyjnej:

Po zapoznaniu się z rozporządzeniem dot. czasopism i wydawnictw dochodzę do wniosku, że jego opiniowanie raczej nie ma sensu, skoro pod koniec uzasadnienia pada zdanie, że ministerstwo nie widzi i nie zakłada możliwości żadnych alternatywnych rozwiązań. Można oczywiście krytykować to, że bazą punktowanych czasopism ma być Scopus i część WoS, a nie inne lub także inne bazy (w tym bardziej lokalne), ale to prawie na pewno nic nie da, no i ja nie jestem kompetentna, by taki czy inny wybór dobrze uzasadnić. Można kwestionować sposób wyliczania wskaźników C i D, ale to jest tak techniczny punkt, że jego analiza wymaga specjalistycznej wiedzy o wyliczaniu "wpływu". Można ogólnie krytykować wskaźnikologię, ale to beznadziejne, skoro już przyjęto to za fundament nowej ewaluacji.

Co do wydawnictw, trudno odnieść się do ogólnych - zgoła ogólnikowych - wytycznych, gdy nie wiadomo, do sporządzenia jakiej konkretnej listy one doprowadzą. Ile będzie wydawnictw za 80 pkt? Ile i jakie za 200? Czy będzie tam jakieś polskie wydawnictwo? (raczej nie) Najbardziej kontrowersyjna jest chyba ta dwustopniowa skala i radykalna różnica punktacji między jej dwoma stopniami. Z tego wynika, że można będzie wydać wielką rzecz w nawet dobrym polskim wydawnictwie za ułamek punktów, które ktoś dostanie za byle książeczkę wydaną w wydawnictwie globalnym, np. amerykańskim. Jest to zdecydowanie za duży prymat "widzialności" nad wartością i oceną merytoryczną. No ale skoro w założeniach reformy podstawowym miernikiem wartości jest widzialność i "dziedziczenie prestiżu", to obawiam się, że takie argumenty padną grochem na ścianę.
Tu cała "filozofia" oceny wartości publikacji jest do chrzanu. Ale sporu filozoficznego w ramach opinii do rozporządzenia prowadzić się nie da.


Teksty projektów rozporządzeń były pod poniższymi adresami:

http://legislacja.rcl.gov.pl/docs//506/12314506/12525472/12525473/dokument352562.pdf

http://legislacja.rcl.gov.pl/docs//506/12314505/12525429/12525430/dokument352542.pdf

http://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12314504/katalog/12525380#12525380

Komitet Nauk Pedagogicznych PAN wyraził swoją opinię na temat projektu rozporządzenia dotyczącego dziedzin i dyscyplin nauki. Przygotowałem ją po konsultacji z dostępnymi w okresie urlopowym profesorami, kierując do resortu następującą treść:

w imieniu Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk wnoszę o skorygowanie w treści projektu rozporządzenia stanowiącego wykonanie upoważnienia zawartego w art. 5 ust. 3 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz. U. poz. …) a określającego klasyfikację dziedzin nauki i dyscyplin naukowych oraz dyscyplin artystycznych w dziedzinie sztuki – w dziedzinie nauk społecznych nazwy dyscypliny ujętej w nim jako: pedagogika i nauki o edukacji

Zmiana ta – z dotychczas istniejącej w klasyfikacji dyscypliny „pedagogika” jest sprzeczna nie tylko z treścią Uzasadnienia do w/w projektu, ale także z logiką klasyfikacji nauk w OECD i Komisji Unii Europejskiej.

W pełni zgadzamy się z tym, że:

Podstawowym celem nowej klasyfikacji dziedzin naukowych oraz dyscyplin naukowych i artystycznych jest zdecydowane ograniczenie rozdrobnienia tych dyscyplin, co stanowi warunek konieczny do przeprowadzenia miarodajnej ewaluacji jakości działalności naukowej. Od wyników ewaluacji zależeć będzie nie tylko podział środków finansowych na utrzymanie i rozwój potencjału badawczego, ale także uprawnienia do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego w danej dyscyplinie naukowej albo artystycznej oraz możliwość uzyskania pozwolenia na utworzenie studiów na określonym kierunku, poziomie i profilu, prowadzenia szkoły doktorskiej czy przystąpienia do programów „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza” lub „Regionalna inicjatywa doskonałości”.

Ze względu na konieczność przyporządkowania wszystkich obszarów badawczych do określonych dyscyplin naukowych i artystycznych w proponowanej klasyfikacji odstąpiono od dyscyplin o charakterze rezydualnym, występujących w każdej dziedzinie klasyfikacji OECD pod określeniem „inne nauki” (mieszczące się w zakresie danej dziedziny, ale konkretnie nienazwane). (...)

Wiele obecnych dyscyplin obejmuje wąski zakres tematyczny, a ponadto reprezentuje je niewielka liczba pracowników uczelni, instytutów naukowych Polskiej Akademii Nauk i instytutów badawczych, posiadających co najmniej stopień naukowy doktora albo stopień doktora w zakresie sztuki. W przypadku ponad 1/5 dyscyplin naukowych i artystycznych liczba takich osób nie przekracza 100 w skali całego kraju. W przypadku trzech dyscyplin liczba reprezentujących je pracowników naukowych jest natomiast mniejsza niż 24. Zgodnie z nowymi zasadami ewaluacji działalności naukowej w każdej z tych dyscyplin oceniana mogłaby być zatem działalność nie więcej niż jednego podmiotu”.



Jednakże powyższa diagnoza w odniesieniu do PEDAGOGIKI nie ma żadnego potwierdzenia. Jest to bowiem tak samo suwerenna, szerokoprofilowa nauka, jak np. psychologia, która ma swoją epigenezę, tradycję naukową, kulturę piśmienniczą, szkoły badawcze, a w Polsce wysoce liczną społeczność naukową posiadającą stopnie naukowe właśnie z pedagogiki.

Na przysługujące naszej dyscyplinie 3 miejsca w Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów profesor z trzecim wynikiem miała 30 głosów poparcia, zaś z pierwszym wynikiem 67, co przy liczbie kandydujących do tego organu ponad profesorów wyraźnie wskazuje na jednoznacznie silną społeczność autonomicznej nauki, której zaledwie częścią składową są studia nad edukacją, badania edukacyjne.

Z danych Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN z 2017 r. wynika, że tylko samodzielnych pracowników naukowych ze stopniem naukowym doktora habilitowanego i tytułem naukowym profesora uzyskanymi na podstawie osiągnięć naukowych z PEDAGOGIKI jest ok. 600 akademików w całym kraju.

Nie należy zatem powoływać obok pedagogiki nowej, a w koniunkcji do niej, kategorii dyscypliny „nauki o edukacji”, gdy z ta ostania nie tworzy odrębnego zbioru odrębnych nauk o edukacji.

Wszystkie te badania o charakterze interdyscyplinarnym jak pedagogika i psychologia; pedagogika i socjologia; pedagogika i nauki o zdrowiu; pedagogika i nauki o zarządzaniu, pedagogika i nauki ekonomiczne itp., czy prowadzone w pedagogice badania hybrydalne, a więc na pograniczu dwóch dyscyplin naukowych jak np. pedagogika i historia (np. historia oświaty, historia myśli pedagogicznej, historia wychowania, biografistyka pedagogiczna), pedagogika i kulturoznawstwo (np. pedagogika popkultury), pedagogika i filozofia (filozofia wychowania, filozofia edukacji), pedagogika i nauki o mediach (pedagogika medialna) itp., są w pełni i adekwatnie przypisywane do pedagogiki jako odrębnej nauki, toteż nie mogą być redukowane do wąsko pojmowanych nauk o edukacji.

Pragnę zaznaczyć, że w Polsce wydany został pierwszy, międzynarodowej rangi czterotomowy podręcznik akademicki „Pedagogika” z autorami z krajów europejskich (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 2006, 2010). Nasza dyscyplina ma swoją wyrazistą odrębność naukową i istotny wkład w rozwój pedagogiki na świecie. Jak trafnie wskazuje się w Uzasadnieniu do w/w rozporządzenia (…) rozdrobniona klasyfikacja nie służy właściwej rozpoznawalności w światowym obiegu nauki wyników badań polskich naukowców".

Tym samym zwracam się z prośbą o usunięcie z treści rozporządzenia „nauki o edukacji” i pozostawienie w dziedzinie nauk społecznych dyscypliny pod nazwą jedynie PEDAGOGIKA.


sobota, 25 sierpnia 2018

Kiedy uczeni byli na wakacjach ... opiniowaliśmy m.in. projekt MNiSW w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych


Sejm RP przyjął Konstytucję dla Nauki, a minister Jarosław Gowin zachęcał do opiniowania projektów rozporządzeń. Urzędnicy urlopu nie mieli, więc mogli liczyć na to, że akademickie środowisko nie podejmie wysiłku z braku kapitału ludzkiego. Ten bowiem został mocno wyczerpany w okresie poprzedzającym ten okres. Tak, jak Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Państwowych ponoć bezwzględnie i bezwarunkowo popierała projekt Ustawy 2.0, tak po raz kolejny przekonali się rektorzy uczelni, że to, co akceptowali i tak zostanie zmodyfikowane w toku prac sejmowej komisji, Sejmu i Senatu. Od kilku lat wiarygodność władzy jest tyle warta, ile uzyskała ona poparcia w czasie wyborów w 2015 roku.

Nie zawiódł Komitet Nauk Pedagogicznych PAN, którego - wprawdzie nieliczne, ale jednak - grono gotowych do merytorycznego wsparcia profesorów monitorowało i opiniowało niektóre z projektów rozporządzeń, ale także niezwykle aktywny był Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Z tym środowiskiem współdziałaliśmy w ramach wybranych kwestii, a ekspertyzę przygotowała w imieniu pedagogów dr hab. Ryszarda Cierzniewska, prof. UKW w Bydgoszczy wraz z dr. Patrykiem Wawrzyńskim z UMK w Toruniu. Poniżej cytuję przygotowaną przez tych uczonych opinię:


Uwagi ogólne:

Czas konsultacji oraz tryb wprowadzanych zmian powodowanych przedmiotowym rozporządzeniem nie pozwala na przygotowanie się zarówno wydawnictw jak i uczonych do nowych warunków. Dotychczas prowadzona procedura publikacyjna i wydawnicza, znacznie odbiegająca od proponowanych przez Ministerstwo algorytmów nie uwzględniała sformułowanych w rozporządzeniu oczekiwań, co stawia w bardzo niekorzystnej sytuacji wielu uczonych oraz wydawców poddanych ocenie ewaluacyjnej (za minione trzy lata wydawnictwa i cztery naukowców, przy czym nie jasna jest różnica okresów objętych ewaluacją).

Konieczny jest czas na dostosowanie się zarówno środowiska akademickiego, jak i wydawców czasopism i monografii do nowych kryteriów. Należy zaznaczyć, że oczekiwanie na indeksowanie czasopisma w bazach wymienionych w rozporządzeniu §6 ust. 1 pkt 1 może trwać od kilku miesięcy do kilku lat, podobnie rzecz się ma z procedurą publikowania artykułu w znaczących w obiegu międzynarodowym czasopismach.

Ustawodawca zakłada, że wysoką wartość naukową ma tylko i wyłącznie publikacja wydana w czasopismach/wydawnictwach o renomie międzynarodowej i ma potencjalny wpływ na naukę światową, natomiast jako niewartościowe uznaje wytwory opublikowane/wydane w krajowych mediach/wydawnictwach naukowych. Jest to jednoznaczna dyskredytacja naukowego obiegu w Polsce, służącego Polsce i Polakom. Podobnie rzecz się ma w odniesieniu do konferencji naukowych, które zasługują na uznanie, a ich pokłosie po uprzedniej recenzji zostanie opublikowane z pieniędzy polskiego podatnika tylko wtedy, gdy skład uczestników debaty będzie międzynarodowym rodowodzie (nie są podane kryteria takich konferencji, np. liczba gości z zagranicy).

Trudno również zgodzić się z pominięciem prac zbiorowych (zarówno z uczonymi spoza Polski, jak i samych Polaków), bez uprzedniej konferencji, które w wielu przypadkach mają bardzo wysoki poziom naukowy. Pomijanie wpływu rozwoju nauki w krajowym obiegu naukowym (który jest doceniany przez inne kraje na świecie) uderza bezpośrednio w wiele dyscyplin humanistycznych oraz nauk społecznych, zamykając im drogę rozwoju i utrzymania potencjału naukowego dotychczas już wypracowanego. Problem jest tym większy, że nie mamy w Polsce wielu indeksowanych we wskazanych bazach międzynarodowych czasopism właśnie z tych obszarów. Wobec przyjętej przez ustawodawcę logiki „dziedziczenia prestiżu”, można zadać pytanie, to jaki prestiż międzynarodowy (bo o taki chodzi ustawodawcy) mają dziedziczyć uczeni skupieni na lokalnych/polskich problemach?

Wystawienie polskich uczonych na sprostanie głównie wymagań zewnętrznych jest jednocześnie groźbą podejmowania przez nich problemów badawczych, na które jest zapotrzebowanie na świecie, a nie w Polsce. Inaczej mówiąc nie będą badać tego, co domaga się zbadania, tylko to, co ma dużą szansę wpisania się w „mody” badawcze, co znacznie ograniczy rozwój polskiej nauki i będzie li tylko podążaniem za innymi, a nie tworzeniem własnych specjalności naukowych. KKHP widzi konieczność wprowadzenia projakościowych mechanizmów rzeczywiście wzmacniających rozwój polskiego czasopiśmiennictwa i wydawnictw, jednak uwzględniających stan obecny i specyfikę naszych polskich potrzeb, oraz dyscyplinarne różnice.

Jednym z kluczowych kryteriów zakwalifikowania wydawnictwa/czasopisma jest jego uczestnictwo w programie „Wsparcie dla czasopism naukowych” § 6 ust. 1 pkt 1 ppkt 2, przy czym do dnia dzisiejszego nie jest znany termin naboru wniosków i decyzji o rozstrzygnięciu konkursu, a efekty ewaluacji mają być określone do końca 2018 roku. W uzasadnieniu (s. 11), jest powiedziane, że program jest kierowany do czasopism, które nie są indeksowane w bazie Scopus, ani Web of Science i prezentują wysoki poziom naukowy, a kryteria ich wyłaniania obok oczywistych, takich jak walory etyczne i wydawnicze, zawierają enigmatyczne określenie odpowiadają „strategii rozwoju”, co otwiera możliwość wolnej interpretacji i eliminowania czasopism zajmujących się ważnymi/choć niszowymi/unikatowymi zagadnieniami i jak to bywa w nauce, mogącymi nabrać znaczenia w dalszej przyszłości, jak również marginalizowania periodyków z nauk humanistycznych, przez określanie dziedzin dla, których ogłaszany jest konkurs (Ustawa z 3 lipca 2018 roku, art. 401. Ust.1)

Zastrzeżenie również budzi automatyczne odrzucenie czasopism, które są indeksowane w wymienionych bazach, a w skutek chronicznego niedoinwestowania borykającymi się z problemami finansowymi (tu opowiadamy się za rozszerzeniem potencjalnych beneficjentów, lub uruchomieniem programu wzmacniającego te czasopisma).

Wsparcie dla czasopism naukowych” zgodnie z Ustawą z dnia 3 lipca 2018 roku jest kierowane do wydawnictw będących „przedsiębiorstwami” i działającymi w oparciu o prawo prasowe (zgodnie Rozporządzeniem Komisji Unii Europejskiej nr 651/2014 z art. 1 (załącznik do Rozporządzenia). Mamy zatem dwie uwagi o zasadniczym znaczeniu. Pierwsza, jeżeli rozporządzenie dotyczy przedsiębiorstw (małych i średnich), to wymaga konsultacji z odnośnymi instytucjami unijnymi. Uwaga druga, program wsparcia jest dedykowany komercyjnym czasopismom, bowiem uczelniane, instytutów PAN, wydawnictwa stowarzyszeniowe i fundacyjne nie spełniają tego wymogu, gdyż nie są przedsiębiorstwami.

Rodzi się zatem wątpliwość komu ma służyć ten program? Czy ustawodawca w ten sposób, za publiczne pieniądze podejmuje próbę utworzenia rynku wydawniczego na wzór koncernów wydawniczych CUP, OUP, Elsvire czy Sage, co przy zakładanym wolnym dostępie do publikacji może narazić skarb państwa na kolosalne wydatki? Podsumowując idea programu „Wsparcie dla czasopism”, przy założeniu jej skuteczności dla podniesienia jakości badań jest w obecnym kształcie chybiona.

Należy w naszym przekonaniu celować w dofinansowywanie czasopism (uczelnianych, stowarzyszeniowych, fundacyjnych, komercyjnych), ale skanalizowane na odpłatnych recenzjach, które mają rzeczywisty wpływ na jakość badań, sposób ich prezentowania i rangę czasopisma. Jednocześnie recenzje wykonywane dla takiego czasopisma powinny przynosić uczonemu nie tylko prestiż i gratyfikację finansową, ale również punkty, podobnie jak każda recenzja awansowa, co nie zostało dotychczas uwzględnione w ewaluacji uczonych i jednostek naukowych.

Rozporządzenie proponuje niezwykle uproszczony i jednowymiarowy model oceny jakości publikacji naukowych, uznający współczynnik cytowań za jedyny mierzalny wskaźnik wpływu artykułu naukowego. Pominięte zostały inne wskaźniki, które mogłyby zostać uwzględnione – recenzja ekspercka (wzorowana na procedurach inkluzji w Scopus, Web of Science lub Directory of Open Access Journals) czy udostępnienie w wolnym dostępnie (dotąd strategiczny cel unijny i narodowy dla nauki, uwzględniony w działaniach Komisji Europejskiej i Ministerstwa). Oznacza to, że ocena jakości czasopism naukowych sprowadzona zostanie do ewaluacji jednowymiarowej, bazującej na zewnętrznej i komercyjnej infrastrukturze komunikacji naukowej, której interesy handlowe nie uwzględniają specyfiki rozwojowej Polski oraz wyzwań społeczno-ekonomicznych naszego kraju.

Dodatkowo, przyjęte rozwiązanie ignoruje całkowicie inne niż mierzone wskaźnikiem wpływu SNIP wartości publikacji naukowej, które wynikają z innego niż komercyjny modelu zarządzania czasopismem, np. ukierunkowania na powszechność dostępu, upowszechnianie wiedzy naukowej w modelu B+R lub S+R oraz transfer wiedzy do otoczenia społecznego lub gospodarczego nauki. Założyć można, że proponowane rozwiązanie przyczynić może się do intensyfikacji komercjalizacji komunikacji naukowej i podniesienia progu dostępności najnowszych jakościowych polskich badań naukowych dla powszechnego odbiorcy (w tym biznesowego i społecznego).

W konsekwencji przyjęte w rozporządzeniu wskaźniki wyboru czasopism i wydawców obliczone są na moc wpływu międzynarodowego kompletnie ignorując, a wręcz uznając za nieważne znaczenie nauki dla Polski i polskiego odbiorcy, który nie sięga do płatnej bazy nauki, aby zrozumieć swoją historię, lokalne problemy społeczne, edukacyjne, kulturowe.

Zaproponowany podział wydawnictw naukowych na trzy grupy jest niezrozumiały i dalece uproszczony – po odrzuceniu oficyn nie-naukowych i paranaukowych, pozostają dwa poziomy zróżnicowania, które nie odzwierciedlają dywersyfikacji jakościowej wydawców, a zarazem nie uwzględniają różnic kapitałowych między międzynarodowymi koncernami wydawniczymi a wydawcami krajowymi – przykładowo wartość Cambridge University Press oceniana jest na 316 milionów funtów brytyjskich, Elsevier na 2,5 miliarda funtów, zaś Wiley and Sons na 1,7 miliarda dolarów amerykańskich (oznacza to, że wartość CUP jest wyższa niż roczne nakłady na badania podstawowe finansowane przez Narodowe Centrum Nauki!).

Ponadto, przyjęte kryteria są niejasne, arbitralne i trudne do społecznej kontroli, brakuje w nich czynnika stymulującego wydawców do rozwoju oraz mechanizmu wsparcia publikacji analogicznego do „Wsparcia dla czasopism naukowych” (jednak z usunięciem systemowych barier zawartych w tym programie, o czym będzie w dalszej części).

Ranking wydawców i czasopism ma być sporządzony przez Ministra na podstawie listy wydawnictw stworzonej przez Komisję Ewaluacji Nauki, jednak nadal nie jest znany tryb powoływania Rady, jej skład i reprezentatywność kwalifikacji dla poszczególnych dziedzin i dyscyplin naukowych, co ma kluczowe znaczenie dla oceniania zarówno jednostek naukowych jak i „produktów” (publikacji) naukowych. W uzasadnieniu ustawodawca dodaje, że ocena czasopism i wydawnictw zwartych (monografii i pokonferencyjnych) będzie się odbywała w oparciu o dotychczasowe recenzje, które mają być „podstawowym narzędziem oceny jakości i oryginalności wyników badań naukowych przedstawionych w publikacjach”. Jeżeli KEN uznaje recenzje jako podstawę oceny, to jej eksperckie działanie w tym zakresie jest nieczytelne i de facto sprowadza się do wypełnienia kolejnych kryteriów wyboru wydawnictw i czasopism, które w każdym przypadku wraz ze składem Komisji powinny być transparentne.

Mocne strony projektu:

Propozycja rozporządzenia porządkuje wykazy czasopism, które dotychczas bazowały na anachronicznym podziale i wskaźnikach pozbawionych merytorycznego uzasadnienia (np. liczba artykułów czy liczba wydawanych zeszytów). Wprowadzony zostaje wykaz wydawców, który pozwoli autorom staranniej wybrać oficynę, do której skierują propozycję monografii naukowej. Urealniona została proporcja między publikacją artykułu w wiodącym międzynarodowo czasopiśmie i publikacją monografii naukowej w wydawnictwie o najwyższym zasięgu oddziaływania (200 i 200 punktów), przy czym publikacja monografii naukowej pozostaje osiągnięciem o istotnym znaczeniu, porównywalnym do publikacji artykułu w czasopiśmie o istotnym stopniu oddziaływania na dyscyplinę (80 względem 70–100 punktów).

Słabe strony projektu:

Propozycja rozporządzenia wyraźnie osadzona jest w trendach w komunikacji naukowej i zarządzaniu nauką, które uznać można za ustępujące, a które powszechne były w strategiach rządów w latach 1990-tych. Wartość badań naukowych sprowadzona została do współczynniku wpływu SNIP oraz wartości C i D, które odzwierciedlają wyłącznie cytowalność publikacji naukowej ignorując inne aspekty wpływu, w tym wpływ na otoczenie społeczne i biznesowe, tak mocno artykułowane w Ustawie, będące podstawą dla ewaluacji ośrodków naukowych i kierunków akademickiego kształcenia. Podczas gdy w innych państwach podejmowane są – jak w Szwecji czy Austrii – działania na rzecz zwiększenia roli publikacji w wolnym dostępie, projekt rozporządzenia skupia się jedynie na wzmocnieniu rozwiązań skomercjalizowanych i zewnętrznych względem polskiej gospodarki jak Scopus i Web of Science.

Dotychczas, Ministerstwo nie przedstawiło uzasadnienia, dlaczego wsparcie tych rozwiązań infrastrukturalnych komunikacji naukowej jest korzystne dla polskiej nauki, polskiej gospodarki i polskiego podatnika – wręcz przeciwnie, wobec ich wysokiej komercjalizacji zachodzi ryzyko tzw. potrójnej odpłatności (podatnik utrzymuje pracowników i infrastrukturę naukową, finansuje badania naukowe w ramach systemu NCN lub NCBiR, a także zmuszony jest ponosić koszty dostępu do publikacji zawierających wyniki badań). Działanie to należy uznać za szkodliwe dla polityki naukowej i budżetowej Polski.

Proponowane rozporządzenie tworząc potrzebny wykaz wydawnictw naukowych dzieli je wyłącznie na dwie grupy, po wcześniejszej eliminacji wydawnictw nie-naukowych i paranaukowych. Problem stanowi daleka arbitralność decyzji i kryteriów, na podstawie rozróżnienie będzie realizowane – (1) co oznacza „istotny wkład” w rozwój dyscypliny i w jaki sposób będzie on oceniany przez KEN, (2) jaki zakres geograficzny odpowiadać ma „globalnej dystrybucji”, zwłaszcza w kontekście e-sprzedaży, (3) czym jest „uznanie przez środowisko naukowe za wiodące wydawnictwo” i jakie wykazy mają dowodzić takiego uznania, a także czy Ministerstwo zakłada dywersyfikację kulturową „uznania przez środowisko naukowe”.

Słabością projektu jest także dwustopniowość podziału – przy siedmiostopniowej hierarchii dla czasopism – gdyż nie oddaje ona różnic między jakością wydawców naukowych. Zarazem istotnym brakiem jest rezygnacja z programu analogicznego do „Wsparcia dla czasopism naukowych” skierowanego do wydawców monografii naukowych, w szczególności poprzez wzmocnienie obecności publikacji polskich autorów w obiegu międzynarodowym.

Sugerowane zmiany

§ 3–5: Należy wprowadzić przynajmniej dwa dodatkowe poziomy różnicujące jakość publikowanych monografii naukowych – obecny podział wskazuje, że wydawnictwa mogą być albo wybitne (200 punktów), albo przeciętne (80 punktów). Zaledwie zrównanie monografii z artykułem jest sygnałem dla środowiska, że warto z nich rezygnować na rzecz krótkich form (artykułów) publikowanych w renomowanych czasopismach, co w przypadku nauk humanistycznych i społecznych nie sprzyja jakości nauki.

§ 3, ust. 2: Przedstawione kryteria są niejasne, nieprecyzyjne, arbitralne i niemożliwe do efektywnej kontroli społecznej. Należy określić, czym jest „istotny wkład w rozwój dyscyplin” lub wyjaśnić, w jaki sposób i na jakich postawach będzie oceniany (litera a). Należy doprecyzować, czym jest międzynarodowa dystrybucja i w jaki sposób będzie odróżniana od dystrybucji nie-międzynarodowej (ppkt b), a także wyjaśnić, czy wobec jednolitego rynku UE możliwym jest uznanie polskiego wydawcy za nieprowadzącego dystrybucji międzynarodowej – jeśli tak, to na podstawie jakich przepisów. Należy doprecyzować, czym jest „uznanie przez środowisko naukowe wydawnictwa za wiodące” i jakie wykazy wydawców będą brane pod uwagę – w uzasadnieniu należy podkreślić znaczenie dywersyfikacji kulturowej źródeł oceny, z uwzględnieniem wschodzących rynków naukowych np. Chińskiej Republiki Ludowej.

§ 6, ustęp 1, punkt 2: Program „Wsparcie dla czasopism naukowych” nie posiada ram prawnych i instytucjonalnych, stąd „w ostatnim konkursie poprzedzającym udostępnienie wykazu czasopism w Biuletynie Informacji Publicznej” powinna zostać zastąpiona na: „w konkursach rozstrzygniętych w dwóch latach poprzedzających udostępnienie wykazu czasopism w Biuletynie Informacji Publicznej”. Obecne, działania Ministerstwa wskazują, że nowy program wzorowany będzie na doświadczeniu Działań Upowszechniających Naukę (DUN), które pozwalały na dwuletni okres realizacji – przyjęty kształt przepisu może doprowadzić do patologicznej sytuacji, w której nieopłacalnym będzie wnioskowanie o długofalowe wsparcie Ministerstwa dla rozwoju czasopism, gdyż prowadzić może to do ich usunięcia z listy czasopism punktowanych.

§ 7, punkt 3: Należy rozważyć zasadność przypisywania dyscypliny naukowej wobec rosnącej liczby czasopism inter- i transdyscyplinarnych, a także postępu badań w przestrzeniach niemożliwych do jednoznacznego przypisania określonej dyscyplinie, np. studia nad pamięcią (memory studies).

§ 8: W przypadku współczynników C i D proponujemy, aby uzupełnione zostały one o dodatkową wartość dla wzoru – O, która stanowić będzie parametr otwartości dostępu. Zarówno wartość C, jak i D w obecnym wzorze powinna być iloczynem z wartością dla O, gdzie 0,5 oznaczać będzie brak udostępnienia tekstów w wolnym dostępie; 0,65 – udostępnienie po okresie dłuższym niż 12 miesięcy; 0,8 – udostępnienie w okresie miedzy 6 a 12 miesięcy, zaś 1,0 – udostępnienie wraz z publikacją. Pozwoli to uwzględnić wartość publikacji nieujętą w poziomie cytowań, a wynikającą z dostępności, a zarazem zmniejszyć ryzyko potrójnej odpłatności i eksploatacji polskiego podatnika przez zewnętrznych dostawców infrastruktury komercyjnej. Redefinicja celów istnienia wykazów winna być priorytetem, aby większe znaczeni przypisać udostępnianiu w wolnym dostępie (zgodnie z priorytetami KE i MNiSW) oraz modelom transferu wiedzy B+R i S+R.

§ 9: Należy uwzględnić wprowadzenie dodatkowego parametru otwartości dostępu O i dostosować wartości przedstawione w przepisie ustępu 1 pkt 1–2.

§ 10: Należy zastąpić „nie rzadziej niż raz na dwa lata” określeniem „raz na dwa lata” wraz ze wskazaniem miesiąca publikacji wykazu. Zapewnienie stabilności rynku czasopism i efektywności publikacyjnej wymaga uwzględnienia opóźnienia wejścia w życie wykazu – biorąc pod uwagę efektywną długość procesu redakcyjnego i recenzyjnego należy przyjąć, że wykaz powinien być ogłoszony co najmniej 12 miesięcy przed rozpoczęciem roku akademickiego, w którym miałby obowiązywać. Wydłużone vacatio legis ogłoszonego wykazu sprzyjać będzie autorom decydującym się na publikowanie w wiodących periodykach, których procedury redakcyjne są bardziej czasochłonne niż w przypadku pism o niższej renomie.

Dodatkowe uwagi i propozycje:

W kontekście wydawnictw naukowych dalszego rozwinięcia wymaga kwestia oficyn branżowych, które niejednokrotnie posiadają bardzo wysoką renomę w danej dyscyplinie, subdyscyplinie lub polu badawczym – opiniowane Rozporządzenie doprowadzi do ich marginalizacji na rynku polskim względem wydawców o profilu ogólnym. Preferencje dla dużych wydawców (cztery dziedziny) proponujemy ograniczyć do dwóch, bądź wprowadzenie stosownej punktacji dla wydawnictw w zależności od liczby dziedzin specjalizacji. Ustawa z 3 lipca 2018 roku wprowadza osiem dziedzin (dotychczas było 21), a zatem przepisy wykonawcze, jakim jest opiniowane Rozporządzenie odnoszą się do nowej klasyfikacji nauk. W tej sytuacji wymiar czterech dziedzin, stawia ogromne wyzwania przed wydawcami i kategorycznie eliminuje właśnie te specjalistyczne, branżowe, często na bardzo wysokim poziomie naukowym i one wręcz potrzebują wsparcia.

Projekt nie uwzględnia kategorii podręcznika akademickiego, co jest zaprzeczeniem deklaracji Ministerstwa o docenianiu wpływu wiedzy naukowej na otoczenie społeczne.

W obecnym kształcie procedura oceny wydawców realizowana przez KEN odbiega pod względem stopnia konkretyzacji od procedury dla czasopism naukowych – o ile dla periodyków współczynniki C i D są możliwe do bezstronnej weryfikacji (także po uwzględnieniu sugerowanego komponentu O), o tyle ewaluacja wydawnictw jest całkowicie uznaniowa i pozbawiona mechanizmu kontroli społecznej. Kryteria przepisu ustępu 1 artykułu 3 są bardziej precyzyjne niż ustępu 2 – standardy publikacji zgodne z wytycznymi COPE i ustalona procedura recenzyjna są możliwe do weryfikacji i kontroli, podczas gdy litery a–c ustępu 2 pozostawiają organowi nieograniczoną możliwość interpretacyjną, zaś przepis litery d jest trudy do weryfikacji (choć w pełni uzasadniony merytorycznie). Koniecznym jest też uwzględnienie ścieżki odwoławczej.

Proponowany projekt rozporządzenia daje wyłączną możliwość zaproponowania wydawców Komisji Ewaluacji Nauki – nie jest jednak określone, w jaki sposób lista ta będzie konstruowana i czy będzie konsultowana z zagranicznymi organizacjami, które będą dostarczać informacji o wydawcach zarejestrowanych poza Polską. Koniecznym jest stworzenie wiarygodnego mechanizmu, poprzez który będą mogły być zgłoszone także wydawnictwa naukowe, które nie są popularne w Polsce, a więc mogą być przez Komisje pominięte, przez samo środowisko naukowe – przykładowo, znajomość rynku wydawniczego Japonii czy Chin może być nikła wśród członków KEN, lecz jakość wydawców z tych państw będzie odpowiadać kryteriom określonym przez Ministra w rozporządzeniu.

Podkreślamy, że w naszej opinii zakończenie prac nad rozporządzeniem powinno być wstrzymane do czasu ogłoszenia projektu programu „Wsparcie dla Czasopism”, który należy konsultować równolegle z omawianym rozporządzeniem, gdyż wspólnie układają się w nową architekturę komunikacji naukowej w Polsce. Ponadto, program ten - jak i niniejsze rozporządzenie – powinien zawierać zachętę do konsolidacji czasopism naukowych lub tworzenia nowych tytułów na fundamencie nowo utworzonych redakcji, dzięki czemu zwiększy się ich potencjał włączenia do wiodących baz międzynarodowych (wobec mniejszego obciążenia ryzykiem niskiej cytowalności w już indeksowanych źródłach, będącego kluczową barierą wejścia dla polskich czasopism do Scopus). Obok wsparcia inicjatyw o ugruntowanej renomie, powinny też móc uzyskać długoterminowe wsparcie takie projekty, które dopiero będą – dzięki wsparciu Ministerstwa – powołane do życia, a które przedstawią pięcioletnią perspektywę rozwoju czasopisma prowadzącą do włączenia do prestiżowych baz międzynarodowych.

Wartym rozważenia jest zainicjowanie przez Polskę na forum Unii Europejskiej programu na rzecz utworzenia wspólnej dla Unii, niekomercyjnej bazy indeksacyjnej artykułów naukowych, która mogłaby stanowić podstawę do obliczenia współczynnika wpływu w sposób alternatywny do metodologii JCR czy SNIP. Stworzenie niekomercyjnego rozwiązania infrastrukturalnego mogłoby sprzyjać realizacji celów polskiej polityki naukowej oraz docelowo mogłoby zwiększyć efektywność udostępniania w wolnym dostępie wyników badań finansowanych lub wspieranych ze środków budżetowych UE i państw członkowskich. Równoczesna dywersyfikacja pozwoliłaby na wydłużenie okresu przejściowego dla czasopism humanistycznych, które uzyskałyby dłuższą perspektywę dostosowania się do zmieniających się trendów praktyki publikacyjnej oraz wzmocniłyby procesy modernizacyjne w czasopismach z zakresu nauk społecznych.

Polski rynek wydawniczy nie jest w stanie konkurować z potentatami międzynarodowego rynku wydawniczego ze względu na drastyczne różnice kapitałowe, sieci sprzedażowe oraz renomę, która kształtowana jest również przez renomę naukową innych państw. Wprowadzane w ramach Konstytucji dla Nauki rozwiązania powinny skupić się na stymulowaniu rozwoju polskiej nauki w kontekście współpracy i wymiany międzynarodowej, nie zaś na uzależnieniu polskiej nauki od komercyjnej infrastruktury zagranicznej i traceniu przez nią podmiotowości (nieuchronnego wobec minimalnego finansowania nauki i badań w porównaniu do wartości gospodarki).


piątek, 24 sierpnia 2018

Wyróżniona przez Prezesa Rady Ministrów rozprawa doktorska z pedagogiki


Prezes Rady Ministrów przyznał nagrody w trzech kategoriach osiągnięcia naukowe za rok 2017. W czasie lipcowych dni ukazał się komunikat KPRM o przyznaniu w 2018 r. przez Mateusza Morawieckiego nagród za:

I. Osiągnięcie naukowe lub artystyczne, w tym wybitny dorobek naukowy lub artystyczny;

II. Osiągnięcie naukowo-techniczne;

III. Wysoko ocenione osiągnięcia będące podstawą nadania stopnia doktora habilitowanego.

Tylko w tej ostatniej kategorii znalazły się dwie wyróżnione rozprawy doktorskie z nauk społecznych na 25 wszystkich wyróżnionych. Najbardziej nas cieszy to, że wśród laureatów jest pedagog - pani dr Anna LINKA .

To jej dysertacja pt. "Kompetencja międzykulturowa pracowników służb społecznych (na stronie KPRM podano: "Kontemplacja międzykulturowa pracowników służb społecznych" została napisana na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Szczecińskiego pod kierunkiem prof. dr hab. Barbary Kromolickiej (członek prezydium Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN) i obroniona 28 lutego 2017 r.

Recenzentami w tym przewodzie byli:

- dr hab. Mirosław Sobecki, prof. UwB, Uniwersytet w Białymstoku;

- dr hab. Beata Bugajska, Uniwersytet Szczeciński.

Drugą z wyróżnionych prac doktorskich w dziedzinie nauk społecznych, ale w dyscyplinie socjologia była dysertacja pana dr. Jakuba B. MOTRENKO pt. "Przełom antypozytywistyczny w polskiej socjologii. Studium teoretyczne kręgu myślowego Stefana Nowaka, która została obroniona w 2017 r. na Uniwersytecie Warszawskim.


Uwzględniając nagrody także za rozprawy habilitacyjne, odnotowuję, że pan dr hab. Przemysław BĄBEL - otrzymał taką nagrodę za badania nad czynnikami wpływającymi na pamięć doznań bólowych mających istotne znaczenie nie tylko dla wiedzy na temat pamięci w ogóle i pamięci bólu w szczególności, ale mających także praktyczne znaczenie w terapii. Podstawą oceny była rozprawa pt. "Ból, pamięć i placebo. Poznawcze, emocjonalne i społeczne czynniki modyfikujące doznania bólowe". Wnioskodawcą był Instytut Psychologii, Wydział Filozoficzny, Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Wszystkim wyróżnionym gratuluję!

środa, 22 sierpnia 2018

Kandydaci na Rzecznika Praw Dziecka - pierwsze starcie


Jeszcze w czerwcu środowisko eksperckie kończącego swoją drugą kadencję Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka wysunęło na Kandydatkę do tego stanowiska pedagog społeczną z Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego dr hab. Ewę Jarosz. Oficjalnie Jej kandydatura została zaprezentowana w dn. 9 lipca 2018 roku w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.

Taka delegacja była jak najbardziej trafna, mógłbym nawet osobiście zaakcentować, że ZNAKOMITA. Dotyczy bowiem jednej z najlepszych w kraju znawczyń problematyki praw dziecka, ich ochrony oraz działań na rzecz ich przestrzegania nie tylko w naszym kraju. Nic dziwnego, że poparły Ją niektóre organizacje pozarządowe m.in. Komitet Ochrony Praw Dziecka, ZHP, UNICEF, Instytut Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Warto przypomnieć, że Kapituła Łódzkiego Towarzystwa Naukowego (ŁTN), której jestem członkiem od momentu jej powstania, w roku 2009 przyznała Ewie Jarosz Nagrodę ŁTN im. Ireny Lepalczyk za najlepszą rozprawę naukową z pedagogiki społecznej. Najwyżej oceniono monografię habilitacyjną pt. Ochrona dzieci przed krzywdzeniem. Perspektywa globalna i lokalna (Katowice 2008, Wyd. Uniwersytetu Śląskiego) Autorka i laureatka Nagrody ŁTN nie poprzestała na tym wyróżnieniu, tylko kontynuowała swoje badania naukowe nad zjawiskiem przemocy dorosłych wobec dzieci, opracowywała raporty dla Rzecznika Praw Dziecka na ten temat oraz wspierała go w działaniach społeczno-politycznych oraz wynikających z funkcji urzędowych. Poznała tym samym także tę instytucję, warunki i zasady jej funkcjonowania, potencjał oraz słabości, także wynikające z regulacji prawnych.


Zupełnie naturalne, a przecież nie tylko w wymiarze osobistym, stało się skierowanie przeze mnie pod koniec czerwca 2018 r. do członków Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN zapytania, czy byliby za udzieleniem poparcia Kandydatce do tego stanowiska? Wpłynęło do KNP PAN 31 głosów jednoznacznego poparcia. Kolejnym krokiem było skonsultowanie z władzami Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN prawa naszego Komitetu do instytucjonalnego włączenia się do Komitetu Honorowego naszej koleżanki, wspaniałej pedagog z Uniwersytetu Śląskiego.

Niestety, nasz Komitet Naukowy nie jest instytucjonalną częścią PAN, toteż jego działania są podporządkowane Statutowi Akademii. Ta zaś musi być apolityczna i nie może wikłać się w popieranie kandydatów do stanowisk państwowych. Rzecznik Praw Dziecka jest stanowiskiem ministerialnym, chociaż powoływanym przez Sejm, a nie rząd. Jego kadencja jest pięcioletnia. O wyborze Rzecznika rozstrzyga większość parlamentarna, a zatem partia władzy wraz ze swoimi koalicjantami za zgodą Senatu, gdzie też ma większość.

KNP PAN nie otrzymał z PAN zgody na podjęcie uchwały włączającej to środowisko do komitetu wyborczego dr hab. Ewy Jarosz, o czym została przeze mnie poinformowana, przyjmując to stanowisko ze zrozumieniem. Gdyby władze Sejmu skierowały do KNP PAN prośbę o opinię o kandydatach, to rzecz jasna miałaby ona charakter ekspercki, naukowo-pedagogiczny, a nie polityczny, i jako taka byłaby możliwa do przygotowania przez jedną z sekcji Komitetu.

Sejm powinien dokonać wyboru kolejnego Rzecznika Praw Dziecka przed końcem kadencji, ale posłowie mieli ważniejsze sprawy na głowie, które były związane z ustawą o Sądzie Najwyższym. Przypuszczam, że to zapomnienie nie było przypadkowe.

W dn. 28 lipca pojawił się na stronie Centrum Informacyjnego Sejmu komunikat o wpłynięciu do Marszałka Sejmu rekomendacji trzech kandydatur na nowego Rzecznika Praw Dziecka. Żądnego z kandydatów nie mogły zgłosić organizacje pozarządowe, gdyż w świetle prawa może to uczynić albo marszałek Sejmu lub Senatu, albo grupa co najmniej 35 posłów, albo co najmniej 15 senatorów.

W czasie lipcowego posiedzenia Sejmu obecny Rzecznik Praw Dziecka przedłożył sprawozdanie ze swojej działalności. Sala plenarna była niemalże pusta. Zlekceważyli obecność Marka Michalaka prawie wszyscy posłowie koalicji rządzącej, partii Kukiz'15, ale także - co wzbudzić powinno nie tylko zdziwienie - parlamentarzyści niezależni oraz w dużej części reprezentujący opozycję totalną z PO, PSL i Nowoczesnej. Rzecznik Praw Dziecka przemawiał zatem do niemalże pustej sali obrad oraz wicemarszałka Sejmu. Ławy rządowe też były puste, nie wspominając o galerii dla Prezydenta RP.


Tak czynni zawodowo politycy postrzegają i traktują urząd Rzecznika Praw Dziecka w Polsce. Nie będę w tym miejscu analizował tego zjawiska, bo ma ono swoje korzenie w minionych latach, kiedy powoływano Rzecznika po raz pierwszy, a potem dokonywano zmian, także z naruszeniem reguł demokracji. Rzecznik, czyimkolwiek by nie był, stał się kolejnym stanowiskiem państwowym, swoistego rodzaju synekurą dla zwycięskiej partii politycznej, skoro de facto w trakcie sprawozdania niemalże nikogo nie obchodzi jego sprawozdanie. Fikcja. Pozór. Jeszcze jedno stanowisko do obsadzenia z odpowiednim budżetem dla "swoich". Nie ma znaczenia, która formacja polityczna dokonywała w Sejmie "wyboru" i obsady na tym stanowisku.

Dr hab. Ewę Jarosz otrzymała poparcie ze strony posłów Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego - Unii Europejskich Demokratów. Pod wnioskiem trzeciej kandydatki - doktor nauk społecznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracująca z Szkołą Wyższą Przymierza Rodzin - Sabiny Lucyny Zalewskiej podpisali się posłowie Prawa i Sprawiedliwości. Adiunkt UKSW opublikowała swoją dysertację doktorską pt. ":Małżeństwo i rodzicielstwo po usamodzielnieniu się dzieci. Studium empiryczne "syndromu pustego gniazda"" (Warszawa 2015), którą przygotowała pod kierunkiem prof. dr hab. Barbary Smolińskiej-Theiss.


W ostatnich dniach lipca pojawił się w mediach społecznościowych artykuł Kamila Dachnija pt."To najpewniej ona będzie nowym Rzecznikiem Praw Dziecka. Właśnie poznaliśmy trzy kandydatury", który rozwiewa wątpliwości co do rozstrzygnięcia powyższego "konkursu".

Kandydatkę PiS zdemistyfikowali dziennikarze, których zainteresowała ta postać. Najpierw redaktor Artur Grabek z tygodnika "WPROST" ujawnił, że pani dr S. Zalewska posługuje się fałszywą tożsamością informując o rzekomym wykształceniu psychologicznym (w istocie ma wykształcenie z nauk o rodzinie i doktorat z pedagogiki), natomiast Anna Golus opublikowała w "Tygodniku Powszechnym" artykuł pt. "Kopiuj, wklej, przylej" (2018 nr 35) ujawniając plagiaryzm tej kandydatki. To już jest przysłowiowy "gwóźdź do trumny", chyba że partia władzy dojdzie do wniosku, że naruszająca prawa autorskie może być rzecznikiem praw dziecka, skoro tych praw nie uznaje.

Pozostał jeszcze jeden kandydat do tego urzędu - pan Paweł Kukiz-Szczuciński, który jest lekarzem medycyny, psychiatrą dziecięcym. Dla PiS może być kłopotem, podobnie jak dr hab. Ewa Jarosz, bowiem został zgłoszony także przez partie tzw. opozycji, a mianowicie posłów Kukiz15, Polskiego Stronnictwa Ludowego i posłów niezależnych.

Ma jednak ciekawą biografię. Jest członkiem Zespołu Ratunkowego Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, a w swoim doświadczeniu zawodowym udział w misji humanitarnych w Peru, na pograniczu Syria/Liban, oraz w Irackim Kurdystanie, gdzie niósł pomoc dzieciom - ofiarom konfliktu z ISIS!

Udzielając wywiadu prasie tak przedstawia swoje plany:

"Jako Rzecznik Praw Dziecka planuje skoncentrować się na wspieraniu rozwoju psychiatrii dziecięcej, inicjowaniu reformy opieki pediatrycznej. Za priorytet uznaje optymalizację walki z cyberprzestępczością wobec dzieci oraz skuteczniejsze ściganie pedofilii. Chce zająć się problemem nadużyć seksualnych wobec dzieci – w sieci i nie tylko.(...)

Doktor Szczuciński chce inicjować i wspierać programy profilaktyki i prewencji zagrożeń, szczególnie w obszarze uzależnień - w tym uzależnień od urządzeń mobilnych i Internetu.

- Uważam, że przed urzędem stoją teraz nowe wyzwania. To przede wszystkim wsparcie psychologiczne dzieci i młodzieży – są dziś w grupie ryzyka samobójstw, mają ogromny problem z uzależnieniami, szczególnie behawioralnymi, bo już malutkie dzieci są uzależnione od urządzeń mobilnych, na przykład smartfonów i iPadów. Potem te uzależnienia przenoszą się do świata wirtualnego, w którym narażone są na cyberprzestępczość i działania patostreamerów - dodaje.

Za istotny obszar doktor Paweł Szczuciński uważa wyzwania związane z narastającą działalnością ruchów antyszczepionkowych oraz medycyną alternatywną zagrażającą zdrowiu i życiu dzieci. Jednym z priorytetów doktora Szczucińskiego jest inicjowanie zmian powodujących wyrównywanie szans edukacyjnych, szczególnie dzieci z obszarów wiejskich.
.

Dopiero w połowie września 2018 r. Sejm powinien dokonać wyboru nowego Rzecznika, ale też może zlikwidować spec-ustawą ten urząd, gdyby większość parlamentarna doszła do wniosku, że jest on zbyteczny.

Mam nadzieję, że pani S. Zalewska nie będzie rzecznikiem praw dziecka, a władze Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego podejmą stosowną decyzję. Czy ktoś taki może być nauczycielem akademickim, tym bardziej, że - jak na ironię - prowadzi zajęcia z etyki... ?


Każdy z tych dwóch kandydatów - bo wykluczam tu panią z tak poważnymi zarzutami - mógłby pełnić ten urząd. Nie ma żadnego sensu porównywanie ich ze sobą pod kątem wykształcenia, osiągnięć naukowych, wieku, praktycznych doświadczeń itp. Nie porównuje się osób, jeśli są one z wielu powodów ze sobą nieporównywalne. Mnie osobiście najbliższa jest Koleżanka z Uniwersytetu Śląskiego, ale w tym przypadku jestem stronniczy. Co zrobią posłowie rządzącej koalicji?


Co będzie bardziej aktualne - "Umarł król, niech żyje król"! czy "Syndrom pustego gniazda"?

Zacznijmy walczyć ze strachem