niedziela, 1 lipca 2018

Uczniowie - nic się nie stało!


Skończył się pierwszy rok szkolnej pseudoreformy ustrojowej, która została narzucona odgórnie przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Cofnięcie szkolnictwa do stanu sprzed 1999 r. wynikało z podporządkowania jej programowi wyborczemu koalicyjnej partii władzy - Prawo i Sprawiedliwość oraz Nowa Prawica. W tle jest profesor UJ, który nie miał żadnych kompetencji merytorycznych do zajmowania stanowiska w tym względzie. No cóż, niektórzy nie liczą się z własnym wizerunkiem i uczelni, którą reprezentują.

Zwycięzca wyborów parlamentarnych od 1993 r. „bierze” w tym kraju wszystko, a przede wszystkim szkolnictwo, gdyż jest to doskonałe środowisko do manipulowania społeczeństwem i zyskiwania popleczników politycznych. Można, rzecz jasna, też tracić, ale dla rządzących nie ma to znaczenia, gdyż najważniejsze jest personalne wybicie się w przestrzeni publicznej tak, by można było być zapamiętanym jako dobroczyńca dzieci i młodzieży.


Stanowisko ministra resortu edukacji należy do jednego z najpopularniejszych, gdyż z racji powszechnego obowiązku (przymusu) szkolnego musi on/ona bardzo często zabierać głos publicznie, i to z różnych powodów, w tym zawiązanych z kalendarzem roku szkolnego i kluczowymi dla niego wydarzeniami (np. rekrutacja do szkół, egzaminy państwowe, ferie, nauczycielskie płace, lektury szkolne, itp.).

Mój wpis ma adekwatny tytuł do kiepskiej kondycji polskich piłkarzy na Mundialu, gdyż – podobnie jak reforma szkolna – wzbudzili oni w dużej części społeczeństwa przesadne oczekiwania i nadzieje, które były niespójne z ich wyszkoleniem i sprawnością. Minister edukacji Anna Zalewska też nie ma wiedzy na temat polityki oświatowej, toteż swoją ignorancją posłużyła partii władzy do realizacji populistycznej obietnicy wyborczej nielicznej części społeczeństwa, która była niezadowolona z gimnazjów.

Frustrację można bardzo łatwo wywołać odpowiednią kampanią propagandową, toteż nic dziwnego, że początkowo nasi rodacy - uwielbiający wszelkiego rodzaju kontestacje, a szczególnie wobec istniejącej władzy - z nieskrywanym zadowoleniem poparli program PiS, być może także ze względu na zapowiedź likwidacji gimnazjów. Kto by się wówczas zastanawiał nad tym, jakie były zalety minionego rozwiązania ustrojowego, a jakie słabości, wady i dlaczego można było inaczej rozwiązać problemy, które istotnie w części tych szkół miały miejsce.


Wystarczyło, że dziecko, wnuk w rodzinie czy wśród znajomych działaczy PiS miało problem z uczeniem się w gimnazjum, żeby na fali niezdiagnozowanych dobrze czyichś niepowodzeń wspierać nonsensowny projekt niszczenia modelu szkoły, która istnieje w każdym nowoczesnym i rozwijającym się gospodarczo państwie świata. Wystarczyło inaczej zrekonstruować system szkolny, by ci, którzy istotnie nie mieli potencjału i aspiracji do uczenia się przez 9 lat na poziomie ogólnokształcącym mogli znaleźć odpowiedni typ szkoły czy poziomu kształcenia dla dobra własnego rozwoju i szans edukacyjnych.


Populistyczna władza zawsze rozwiązuje problemy społeczne, w tym edukacyjne, najprostszymi środkami – zlikwidować, zamknąć, zniszczyć, zapomnieć, nie dostrzec, uniknąć, nie ponosić odpowiedzialności itp. Jak zaczyna się coś od nowa, a w tym przypadku mamy powrót do odnowy starego, to zanim pojawią się towarzyszące temu patologie, ujawnią dysfunkcje i straty szkolne, reformatorów nie będzie już u władzy, a być może i w kraju, bo ostatnio media ujawniają zapowiedź „ucieczkę” minister Anny Zalewskiej w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Przypomnimy jej wówczas, jak komentowano w PiS "uciekinierów" z PO. Ich też nie rozliczono z kłamstw, manipulacji, chaosu i ignorancji.

Ten rok szkolny owocował już nieudaną próbą odwołania przez opozycję ministry edukacji, a związkowcy ogłaszali nawet akcje protestacyjne. Z końcem roku zostaje ona wywołana ponownie do tablicy, ale szansa na dyskredytację jest mała, bowiem przed nami są jesienne wybory samorządowe. Tymczasem zmiana ustroju szkolnego, jak słusznie przewidywali to ponad półtora roku temu politolodzy, miała być orężem w pogrążeniu ostatnich struktur demokratycznych w naszym państwie jako tych, które nie poradzą sobie z reformą szkolną. Różne były tu naciski centrum władzy, manipulacje, bo przecież nie wszystkie samorządy zgodziły się na podyktowaną im przez kuratorów oświaty zmianę sieci szkolnej, nie wszystkie też otrzymały zwrot poniesionych kosztów dostosowania szkół do ich nowych zadań i funkcji (za karę, za nieposłuszeństwo czy brak akceptacji).


Był to rok niewidocznej dla większości rodziców i ich dzieci, a więc także politycznie im obojętnej, wymiany kadrowej na stanowiskach dyrektorów placówek oświatowych. To, że wymieniono kuratorów oświaty, ich zastępców, wizytatorów nie budziło już niczyjego zdumienia, bo podobnie czyniły poprzednie formacje rządzące. Natomiast to, że do konkursów na dyrektorów przedszkoli i szkół nie chcą przystępować znakomici, bo doświadczeni zawodowo nauczyciele jest świadectwem oporu środowiskowego przeciwko ręcznemu sterowaniu nadzorem szkolnym.

Do partycypowania we wdrażaniu reformy „top-down” włączają się często zakompleksione osoby, bez osiągnięć i kompetencji, dla władzy za to łatwe do manipulowania, bo widzą w tym szansę dla siebie, a nie liczą się z realnymi stratami dla dzieci młodzieży. Tak jest zawsze. Zły pieniądz w takich sytuacjach wypiera lepszy. Zresztą, widać jak rządzący manipulują opinią publiczną rozdając pieniądze - zamiast rzeczywiście potrzebującym - wszystkim, bez wyjątku, byle tylko zaskarbić sobie akceptację społeczną przed kolejnymi wyborami.


Na szczęście, niezależnie od poziomu arogancji, ignorancji i manipulacji władzy edukacja toczy się własnym nurtem. Właśnie dlatego można zawołać: „Polacy/Uczniowie – to, że jest pseudoreforma – nic się nie stało!” Nauczycieli mamy w większości dobrze wykształconych, wrażliwych, sumiennych, odpowiedzialnych, a zatem niezależnie od polityki i politruków proces kształcenia i wychowania biegnie prawidłowo. Dzieci są wspierane w rozwoju, uczą się, uzyskują wsparcie, są doskonalone ich umiejętności.


Nauczyciele nie opuszczają swoich podopiecznych podobnie, jak pielęgniarki czy lekarze nie odchodzą od łóżek pacjentów. A mają dokąd odejść, bo przecież pracując w hipermarketach przy kasie otrzymaliby większą pensję, niż za twórczą pracę w szkole. Trzeba lubić tę profesję, wielbić pracę z dziećmi czy młodzieżą, by pracować w przedszkolu czy szkole, bez względu na jej typ i własny poziom awansu zawodowego oraz żenująco niskich uposażeń.

Obecna reforma wpisuje się w stylistę permanentnych strat, z których poważne czekają już uczniów za rok. Wbrew demagogii i kłamstwom minister oraz jej zastępców, że szkolnictwo jest właściwie przygotowane na przyjęcie podwójnego rocznika szkolnego, absolwenci szkół podstawowych doświadczą poważnych dramatów osobistych z powodu nieprzyjęcia ich do upragnionych szkół średnich. Dokładnie tak, jak tegoroczna rekrutacja do przedszkoli w wielkich miastach już potwierdziła, że wprawdzie gminy muszą zapewnić miejsce wszystkim przedszkolakom, ale … często kilkanaście km od ich domów. Nikogo to nie obchodzi. Kto zawinił? Nie MEN, tylko samorząd, chociaż doskonale wiemy, że właśnie polityka resortu skutkuje patologią w codziennym życiu naszej oświaty.

Ten rok jest także dowodem na ukryte wprowadzanie indoktrynacji do procesu kształcenia oraz deprecjonowanie pracy części nauczycieli opowiadających się przeciwko tej reformie. Nie bez powodu wielu nauczycieli odchodzi ze szkół, w tym także znakomici pedagodzy gimnazjalni, którzy musieli poszukiwać godzin w kilku szkołach, by zapewnić sobie pełen etat. Powraca zatem syndrom BMW – liczyć się będą bierni, mierni, ale wierni. No i oczywiście, nie dość, że są niskie płace, a okłamywano społeczeństwo propagandowymi newsami o rzekomo wysokich dochodach tej profesji, to jeszcze wydłużono o dwa lata prawo do ubiegania się o wyższy stopień awansu zawodowego.

Nie tylko ten rząd daje i odbiera, toteż można przewidywać, że wkrótce, po katastrofalnej rekrutacji do szkół ponadpodstawowych i przedszkoli wyborca go sponiewiera.
Można zapytać, tylko co z tego mają nasze dzieci? Dlaczego muszą być ustawicznie ofiarami zmian, pseudoreform, które pod hasłem troski o ich jak najlepsze wykształcenie, prowadzą do odwrotnych skutków. Uczniowie i ich rodzice muszą zatem sami zatroszczyć się o swoją przyszłość. Władza zawsze troszczy się najpierw o siebie i interesy swojej formacji politycznej oraz znajomych Królika i członków własnych rodzin. Z każdym dniem otrzymujemy kolejne tego potwierdzenia.


Mimo wszystko warto być nauczycielem, bo tu nie traci się twarzy publicznie, a co najwyżej w skali mikrospołecznej, jeśli nie potrafi się pracować nad sobą i nie przestrzega norm moralnych. Dobrze, że miliony uczniów w naszym kraju mają wśród setek tysięcy nauczycieli takich, którzy są wzorami osobowymi, z tzw. „kręgosłupem” moralnym, pochylających się nad ich egzystencjalnymi i kognitywnymi problemami, a często też pomagającymi im w sprawach społeczno-ekonomicznych.


(Wszystkie memy- z Facebooka)

2 komentarze:

  1. Wszystko to prawda i .............. nic z tego nie wynika. W tym aspekcie władza jest dyktaturą. Zadufani w sobie, mający dzieci i młodzież za nic, zrobią wszystko, by zapewnić sobie następną kadencję.
    Mleko się rozlało. Po prostu żal, tego nie da się cofnąć

    OdpowiedzUsuń
  2. A druga kadencja to terror Mechagodzilli.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.