sobota, 7 kwietnia 2018

Kto "populo" nie daje a swoim odbiera...


Jakże popularna sentencja anglosaskiego mnicha, teologa i filozofa Alkuina z "Listu do Karola Wielkiego" - Vox populi, vox Dei - zabrzmiała po Świętach Wielkanocnych w wyniku sondażowego spadku poparcia dla partii władzy w wyniku jej hipokryzji. Mieli nie iść do rządu dla pieniędzy, ale też nie każdy jest D. Trumpem i gdzieś ten pierwszy milion musi zdobyć. Homo oeconomicus i homo ignorantus jest silniej implementowany do świadomości społecznej i spersonalizowanej, aniżeli homo educandus czy mundus lucidus.

Mający dostęp do publicznej kasy chętnie przyjmują z niej ekstra dodatki, w różnej postaci i wysokości, także z uwzględnieniem członków rodzin i "znajomych Królika". Nie po to tyle lat byli w opozycji, nie po to uczynili z polityki zawód, a że go doświadczają po decyzji Prezesa..., No cóż. Opozycja wykorzysta każdą okazję, by z igły zrobić widły, a rządzący, by z płacy minimalnej przeskoczyć wielokrotność średniej krajowej. Obywatele nie są w stanie śledzić, kontrolować synekury władzy lub bycia w kręgu usłużnie lojalnych wobec niej osób - polityków, ludzi kultury, nauki, techniki, ekonomii czy medycyny za odpowiednie wynagrodzenie.

Niechby byli,tylko dlaczego od lat nie płaci się rzetelnie za rzetelną pracę? Wielu członków rządu i wspomagających ich posłów wyżywi się, wyleczy bez czekania w kolejce do specjalistów, wykorzysta okazje do podróżowania po całym świecie i kraju (nawet jak nie posiadają samochodu czy skuterów), załatwi swoim intratne posady w państwowych urzędach (liczba dyrektorów w administracji państwowej, czyli rządowej wzrosła o 50 proc.!) oraz w spółkach Skarbu Państwa, bo im się należy - jak wykrzyczała w Sejmie b. premier Beata Szydło.

Obecny premier odwołał wiceministrów, ale szybko niektórych mianował swoimi pełnomocnikami, co czyniła już wcześniej władza PO i PSL (w edukacji np. poseł U. Augustyn, a teraz minister gabinetu cieni, bez poczucia wstydu). Tak więc mamy wiceministropodobnych pełnomocników, którzy czynią to samo, tylko pod innym szyldem. Jak PiS pozbawił władze samorządowe gabinetów politycznych, to przecież co za problem dla Polaka. Zawsze znajdzie sposób na obejście takiej regulacji, by zatrudniać doradców z gabinetów politycznych na innych stanowiskach?

Żałosny to spektakl obłudy, cynicznej gry wszystkich stronnictw politycznych, których członkowie rzekomo marzyli o służbie państwu i trosce o dobro wspólne. Tyle tylko, że to dobro wspólne dla nich nie jest i nie będzie, bo ono ma być właśnie rozłączne, wyjątkowe, szczególne, pełnomocne.

Przypomina mi to mikrosytuację sprzed lat, kiedy to dziekan wydziału sam przyznał sobie bardzo wysoką premię z okazji Dnia Edukacji Narodowej i oczywiście takowe dla prodziekanów, pomijając obowiązujące go uzyskanie opinii rady wydziału. Wprawdzie, nawet gdyby była negatywna, to i tak mógłby wnioskować do rektora o te premie, bo przecież właśnie po to pozoruje się wagę ciał kolegialnych jako bezskutecznie opiniodawczych. Wolał zatem nie przeżywać stresu w związku z możliwą krytyką ze strony podwładnych.

O przyznanych sobie premiach dowiedzieliśmy się z wywieszonej w rektoracie tablicy z listą nagrodzonych. Skierowałem wówczas pytanie do JM, jak to jest możliwe, że przyznał nagrody na wniosek dziekana bez obowiązującej go procedury prawnej. Był tym zaskoczony, bo nawet nie sprawdzał, czy ona miała miejsce, a może tylko tak twierdził, że o tym nie wiedział. Jaki był wynik tej dyskomfortowej interwencji?

W Dniu Edukacji Narodowej nagrody nie zostały wręczone całemu kolegium dziekańskiemu, a jego nazwiska zniknęły z oficjalnej listy. W rzeczywistości jednak ów rektor zaprosił dziekana z jego prodziekanami kilka dni później do siebie, by przy kawie wręczyć każdemu w kopercie nagrody pieniężne. Jak w przysłowiu: "Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera". JM nie chciał trafić do piekła.

Na zakończenie tego wpisu pragnę podkreślić, że pensje osób sprawujących władzę są żenująco niskie i nieadekwatne do odpowiedzialności właśnie za dobro wspólne. To zdumiewające, że dyrektor departamentu w ministerstwie zarabia więcej od swojego przełożonego-ministra/Sekretarza Stanu, a członek zarządu Spółki SP otrzymuje wielokrotnie więcej od premiera rządu, który de facto za nie odpowiada.

Kompromitujące każdą władzę jest to, że rezydenci mają zarabiać więcej lub tyle samo, co lekarze z kilkunastoletnim stażem pracy w klinice czy przychodni, że doktoranci na uniwersytecie mają mieć stypendia na poziomie adiunkta czy doktora po habilitacji. Premier miała rację - te pieniądze się należały. Po 29 latach transformacji płace w sferze publicznej, także w rządzie, są nieadekwatne do wykształcenia, doświadczenia i osiągnięć osób pełniących kluczowe funkcje.


Każdy rząd powinien uderzyć się we własne piersi i przeprosić naród, że w każdej kadencji troszczył się przede wszystkim o "siebie" i o "swoich". To zrozumiałe, każdy musi pokrywać koszty codziennego (prze-)życia ustanowione w wyniku mechanizmów rynkowych, a przy tym populi zatrudniony w sferze publicznej ma być innowacyjny, twórczy, zaangażowany, dyspozycyjny i wszechstronnie wykształcony. Jednemu nie wystarczy 17 tys. miesięcznej pensji, jeszcze drugiemu 40 tys. a większości 3 tys. zł. Żołądki są te same, tylko apetyty inne, a rachunki za gaz, energię elektryczną, wodę, ogrzewanie mieszkania, wywóz śmieci itd., itd. są dla wszystkich tak samo obowiązujące. To też jest vox populi, tylko nie vox Dei.

KWADRATURA KOŁA (poselskiego).


10 komentarzy:

  1. Gdy porównam dochody w zł sprzed 9 lat z dzisiejszymi, to mimo habilitacji, są one zdecydowanie niższe, a sama wartość nabywcza pieniądza gwałtownie spadła. Za 40 kilka tys. mogłem kupić 9 lat temu porządnego suva czteroletniego, a teraz za 50 kilka już tylko ośmioletniego, jest to tylko przykład. A pieniądze w ogóle nie pochodzą z pensji! Gdyby nie rodzina dr hab. dojeżdżałby busem, albo kilkunastoletnim Civiciem do roboty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jo joj. A znam wielu doktorów od wielu lat dojeżdżających komunikacją zbiorową, ba nawet profesorów!

      Usuń
    2. I co z tego? Problem jest inny, bynajmniej nie biadolenie.

      Usuń
  2. Wobec takiej polityki pozostaje tylko napisać, iż uczelnie i szkoły coraz bardziej przypominają swoiste "dyskonty" z "szybkozbywalną wiedzą", "promocyjnymi zaliczeniami" i "tanią kadrą" na wyprzedaży. Pozostaje więc tylko umieścić nad wejściem na uczelnie hasło: "Miło Cię widzieć drogi Kliencie"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko nie w niedzielę, bo handel zawieszamy...

      Usuń
    2. A to jest handel dworcowy - więc niestety wolnego nie ma :)

      Usuń
  3. 'kto populo nie daje' ;)
    'populi' to dopełniacz od 'populus', a celownik jest 'populo'

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, w nawiązaniu do wcześniejszych wpisów, że nie jest problemem, czym ostatecznie jeżdżę do pracy - tylko na co w ogóle mnie stać. Mogę jeździć komunikacją miejską, bo jest to szybciej i taniej, mogę też dlatego, że nie mam prawa jazdy, albo nie mam pieniędzy na zakup auta. A prawda jest też taka, że obecnie do miejsca pracy trzeba dojeżdżać spory kawałek drogi - zatem chodzi też o organizację czasu w ciągu dnia i połączenie różnych obowiązków i cztery kółka są wtedy dużym ułatwieniem. Ostatecznie chodzi o to, że warstwa nauczycieli na różnych poziomach edukacji po prostu zaczyna ubożeć i to jest negatywne zjawisko, bo najpierw Ci najbardziej przedsiębiorczy zaczną szukać lepiej płatnej pracy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Żałuję, że nie mogę się skupić jedynie na pracy naukowej i dydaktyce. I tak mam dorobek większy niż wielu moich kolegów i koleżanek z wydziału, ale nie chcę mówić, jakim kosztem. Muszę dorabiać, niestety poniżej kwalifikacji, bo na drugą uczelnię nie dostanę zgody rektora. I drżę, gdy słyszę o planach kolejnych zakazów dorabiania. Wtedy to już chyba zostaje jedynie emigracja. Nie umiem wytłumaczyć moim znajomym z Niemiec, dlaczego osoba zatrudniona w najbardziej prestiżowym zawodzie w Polsce (tak przynajmniej mówią od lat rankingi) nie jest w stanie utrzymać ze swojej pensji rodziny (i zapewniam, że daleko mi go ministra Gowina). Też mi się marzą wolne niedziele, ale ciągle nie mogę zrezygnować z pracy na studiach zaocznych. W tym roku w końcu moje osiągnięcia na uczelni zostały uhonorowane nagrodą. Przyznam, że trudno było zauważyć kwotę, która wpłynęła na konto.
    Z wyliczeń mi wychodzi, że pracuję jakieś 35-37 razy lżej (gorzej), w porównaniu z ciężką pracą ministra Gowina, minister Zalewskiej, nie wspominając o trudzie ministra Macierewicza. Kocham swoją pracę akademicką i cenię w niej inne wartości, niż te przeliczalne na złotówki. Ale co: mam udawać, że nie zabolało?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.