sobota, 25 listopada 2017

Państwo mniej/więcej PLUS



W czasie posiedzenia sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży wiceminister Łukasz Szumowski odniósł się do raportu Najwyższej Izby Kontroli - "Rozwój kadr naukowych". Już na samym wstępie ubolewa, że w latach 2012-2016 systematycznie malała liczba pracowników naukowych ze stopniem doktora oraz bez stopnia naukowego. Powód tego stanu rzeczy jest oczywisty, tylko nic z wiedzy na ten temat nie wynika. "Jak wyjaśnił wiceminister Szumowski, spadająca liczba osób zatrudnionych na uczelniach ze stopniem doktora wynika z tego "że finanse w sektorze szkolnictwa wyższego niestety są takie, jakie są".

Podobnie jest ze szkolnictwem wyższym - państwowym. Od dwóch lat minister Gowin utrzymuje kadry w stanie permanentnej niepewności zapewniając w toku konsultacji, że to w trosce o naukę i studentów muszą poradzić sobie z własnymi emocjami. Mniejszość naukowców pracuje na większość, by dzięki większości mogła wyłonić się mniejszość. Bez zmiany ustaw, ale aktami wykonawczymi minister pozbawił środków finansowych wiele jednostek akademickich skazując je na wegetację, a nawet konieczną wyprzedaż części infrastruktury. Uniwersytety nie zatrudniają młodych, zdolnych, gdyż minister J. Gowin zmuszając uczelnie do zmniejszenia liczby przyjęć na studia stacjonarne doprowadził do tego, że adresują one swoje oferty do mniejszości.

Szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Beata Kempa zadbała o asystentów, bowiem w ramach znakomitej kondycji budżetu państwa podpisała decyzję o podwyżkach zasadniczego wynagrodzenie z 3100,-zł do 6560,-zł. dla 16 asystentów w KPRM.

To jest jasny sygnał dla młodego pokolenia. Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie milionera. Już teraz zaPISz się do partii, zostań POlitykiem, a będziesz miał 15 cookies. W szkołach wyższych, w których pracuje polska inteligencja na stanowiskach nauczycielskich, naukowo-badawczych i administracyjnych, nie ma szans na takie płace. Asystent na uniwersytecie może liczyć na 2100,-zł, czyli trzykrotnie mniej od "-siewicza". Wykształcone kadry administracji uczelnianej mają po kilkunastu latach pracy co najwyżej 3100, -zł., a więc dwukrotnie mniej od asystentów premierostwa i ministrów.

Permanentnie utrzymywany jest przez rządzących od 1992 r. stan ekonomicznej degradacji polskiej inteligencji przez rządzących tak w dziedzinie nauki, szkolnictwa wyższego, kultury, jak i oświaty. Prokuratorzy chyba wywalczą sobie podwyżki akcjami strajkowymi, bo w końcu mają w PIS swojego przedstawiciela - posła Stanisława Piotrowicza. Lekarze-rezydenci nie mieli na to szans. Posłowie proponują im, by szukali godnych płac poza granicami kraju. Są w końcu mniejszością.

W PAŃSTWIE MNIEJ/WIĘCEJ PLUS rząd zrealizował wiele ważnych projektów socjalnych. Nie zaprzeczy temu żadna większość, ani mniejszość. Mnie też się podobają.

Tysiące nauczycieli wygaszanych gimnazjów straciło miejsca pracy. Resort twierdzi, że etatów w szkolnictwie przybyło, tyle tylko że w ... przedszkolach. Szkoły nie są dla nauczycieli tylko dla dzieci, więc zawsze można redukcje etatów wytłumaczyć tym, że jest to profesja wysokiego ryzyka. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Poleciała więc mniejszość.

Pracownik filii gminnej biblioteki rozsyła błagalne listy o podarowanie książek beletrystycznych, najlepiej romansideł, autobiografii i komiksów, ale zdarza się, że zajrzy niestacjonarna studentka, by zapytać o książkę z historii filozofii. Filia nie ma pieniędzy na nic, poza płacami w wysokości ok. 2100,- zł dla pracownika sfery KULTURY. Działacze organizacji pozarządowych wcielają się w role publicznych żebraków dla potrzebujących - chorych, niepełnosprawnych, uzależnionych czy wybitnie utalentowanych. Większość darczyńców pomaga różnym mniejszościom.

W państwie PLUS mniejszość ma większość, by większość miała mniejszość.

piątek, 24 listopada 2017

Głodni czy niewychowani? Akademicki brud, smród i kulturowe ubóstwo


Mój wpis sprzed 7 lat pt. Akademicki savoir vivre jest najczęściej czytanym w blogu tekstem. Nie ma miesiąca w roku, żeby ktoś nie trafił na jego treść i nie zareagował na nią. To oznacza, że mamy do czynienia z narastającym upadkiem kultury osobistej wśród inteligencji oraz aspirujących do tej warstwy społecznej, skoro jest zapotrzebowanie na rozmawianie o zachowaniach, które są niegodne osób z akademickiego środowiska.

Dzisiejszy wpis poświęcę zachowaniom, które wywołują jeszcze poczucie kulturowego dysonansu wśród kadr akademickich, kiedy postrzegają w trakcie prowadzonych przez siebie zajęć spożywanie posiłków i/lub napojów przez niektórych studentów. Ich koleżanki czy koledzy nie reagują. Niektórym wykładowcom to nie przeszkadza, skoro też nie podejmują interwencji wobec niewychowanych osób. Może sami nie mają kultury w sobie, toteż nie dostrzegają jej braku u innych?

Nie jest bez znaczenia nie tylko to, że jacyś studenci jedzą i/lub piją w czasie zajęć, ale także to, co spożywają, bowiem rozprzestrzeniający się po auli zapach np. cebuli, czosnku, szczypioru czy kebabu nie jest możliwy do "stłumienia". Niewychowani zamawiają nawet pizzę, z którą wchodzą do sali dydaktycznej, by pogodzić własny głód fizyczny z rzekomo głodem poznawczym. Na szczęście minęły już te czasy, a w każdym razie na moim Wydziale, że po egzaminach magisterskich nie są organizowane w salach dydaktycznych obiadowo-deserowe przyjęcia. Jednak zdarza się w różnych jednostkach, że kończący studia koniecznie chcą wyrazić swoją wdzięczność akademikom organizując im poczęstunek.

Tak pierwsza, jak i druga sytuacja są kulturowo naganne, toteż w ogóle nie powinny mieć miejsca w szkolnictwie wyższym. W jednej z aul mojej uczelni jest nawet naklejona kartka z apelem, by studenci nie wnosili do niej żadnych potraw i napojów. W tym jednak przypadku jest to zapewne podyktowane trudnościami zarządcy budynku w zabezpieczeniu sprzątania auli po każdym wykładzie. Nie jest bowiem w stanie zapewnić tego, co ma miejsce w salach kinowych, by po każdym sensie/wykładzie pracownik służb technicznych przygotował pomieszczenie dla kolejnych studentów/widzów.

Odnoszę wrażenie, że młodzież zachęcona przez właścicieli kin do tego, by można było w czasie seansu filmowego pić, jeść, a tym samym i bekać oraz "puszczać wiatry", nie widzi nic niewłaściwego w tym, kiedy wkracza do uniwersyteckiej auli czy sali wykładowej. Skoro tam można, a przecież kino nieodłącznie wiąże się z kulturą, to dlaczego nie tu, w uczelni?!

To, że ktoś zniszczy sobie spódnicę, sukienkę czy spodnie siadając na przyklejoną do krzesła wyplutą gumę do życia, albo poklei sobie ręce po resztkach rozlanej coli może nie mieć znaczenia dla sprawcy tego brudu i niechlujstwa. Kulturalny człowiek, a takim powinien być student i nauczyciel akademicki nie spożywa w czasie zajęć dydaktycznych ani posiłków, ani nie korzysta z napojów.

Są jednak wyjątki od reguły. Uprawnione jest bowiem korzystanie przez wykładowców czy studentów z wody w sytuacji choroby gardła czy zagrożenia zdrowia. Zdarzają się wśród studiujących osoby z epilepsją, z zaburzeniami zdrowia w wyniku onkologicznej terapii. Wystarczy z ich strony uprzedzenie wykładowcy o konieczności picia wody. Podobnie wykładowca powinien poinformować słuchaczy o konieczności korzystania z wody w trakcie narracji. Nie wystarczą kompetencje w zakresie emisji głosu.

Tak, jak nie należy jeść w obecności drugiej osoby, z którą prowadzi się rozmowę, dialog czy spór, tak też oznaką braku kultury jest jedzenie czy picie w trakcie zajęć dydaktycznych. W szkole wyższej obowiązuje nas estetyka nie tylko ubioru, ale przede wszystkim etykieta w trakcie zajęć. Są różne rodzaje wykładów, także takie, w trakcie których prowadzący może aktywizować słuchaczy. Skierowanie do kogoś pytania czy prośby o komentarz nie może skutkować zadławieniem się czy pluciem na innych.

Nie rozmawia się z pełnymi ustami - mówiła moja babcia. Najpierw zjedz, połknij, a potem mów. Student żujący gumę jawi się jak zwierzę czterokopytne, skoro tak postępuje.

W przypadku zajęć akademickich należy słuchać (biernie lub aktywnie), a jeśli odczuwa się głód lub pragnienie, to należy opuścić salę przepraszając osobę prowadzącą wykład i udać się w miejsce do tego przeznaczone. W tym właśnie celu zaplanowane są przerwy między wykładami, ćwiczeniami czy warsztatami, by można było załatwiać własne potrzeby fizjologiczne.

Jeśli jednak ktoś chce to czynić w nieodpowiednim do tego miejscu i czasie, to jest najzwyczajniej w świecie - jak powiada się w debacie publicznej: prostakiem, chamem , czyli niewychowaną osobą. Wykładowcy powinni reagować na pozbawione kultury zachowania niektórych studentów wypraszając ich z sali, by mogli realizować swój "pieski świat Mondo Cane" w odpowiednim do tego miejscu. Brak reakcji w najdrobniejszych oznakach nieznajomości kultury wysokiej jest przyzwoleniem na niską kulturę (coolturę). Tymczasem uczelnie są szkołami wyższymi niezależnie od tego, czy kształcą w dziedzinie nauk humanistycznych, ścisłych, przyrodniczych czy o sztuce.

Upadek kultury dotyczy nie tylko spożywania posiłków przez niektórych studentów, ale także pozostawiania w toaletach brudu. Czesi mają swoje porzekadło: "Po czystości toalety można poznać kulturę narodu". Z naszą jest coraz gorzej.

czwartek, 23 listopada 2017

Poskręcana pedagogika

(Schemat 1. Sytuacja duchowa epoki wg filozofa Bogusława Wolniewicza)


W dniu 11 listopada 2017 r. prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński ogłosił, że najwyższy czas skończyć w Polsce z lewactwem. Wyraził też nadzieję, że w ciągu tej kadencji oraz kolejnych partia rządząca wypleni tę ideologię z przestrzeni publicznej, by nie panowała już więcej w Rzeczypospolitej pedagogika wstydu. Pytają mnie studenci, o co chodzi z tym lewactwem i jaki to ma związek z pedagogiką?

No cóż, najlepiej byłoby odesłać do publikacji J. Kaczyńskiego, ale w tych chyba nie znajdziemy takiego wyjaśnienia. Publiczne wystąpienia prezesa też są przeinaczane przez dziennikarzy, więc nie można być pewnym, czy rzeczywiście powiedział to, co jest dalej w obiegu publicznym. Czytam w jednej z relacji z naszego Święta Niepodległości:

"Dziś mamy taki czas dobrej zmiany. Czas wielkiej szansy i czas odbudowy wartości, które były przez wiele lat, także po 1989 roku traktowane jako zbędne, a niekiedy wręcz pomiatane. (...) - Odrzucamy tę politykę, odrzucamy politykę pedagogiki wstydu, odrzucamy podporządkowanie, idziemy w kierunku Polski, która będzie mogła powiedzieć, że jest krajem dumnym, niepodległym, silnym. I nie zejdziemy z tej drogi."

O ile dla formacji "Solidarności" głównym architektem systemu wartości i norm, którymi miała kierować się opozycja w PRL a następnie wdrażać je po "Okrągłym Stole" - był ks. prof. dr hab. Józef Tischner, o tyle dla obecnej partii władzy nośnikiem prawoskrętnej ideologii okazał się wybitny filozof, logik, były I sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku - prof. dr hab. Bogusław Wolniewicz.

W PZPR ów profesor był od 1956 do 1981 r. Świetnie poznał zatem lewacką ideologię jako jej funkcjonariusz, zaś po odzyskaniu przez Polskę względnej suwerenności w 1989 r., ale dopiero pod koniec lat 90. XX w. związał się ze środowiskami skupionymi wokół Radia Maryja. Tu zatem należy szukać śladów wytłumaczenia dla inwersyjnej opozycji poglądów tego autora.

Polecam wszystkim zainteresowanym książkę, którą wydał pod swoją redakcją, też związany z powyższym środowiskiem - filozof Politechniki Warszawskiej Ulrich Schrade. Jest to bardzo interesująca monografia pt. Dydaktyka Szkoły Wyższej. Wybrane Problemy" (Warszawa: Politechnika Warszawska 2010). To właśnie w tej niewielkiej objętości książeczce znajduje się artykuł B. Wolniewicza pt. Z pedagogiki ogólnej.

Jak widać, na pedagogice wszyscy się znają, a przede wszystkim filozofowie, którzy przeczytawszy kilka zaledwie książek, w dość zaskakującym doborze, są przekonani o posiadaniu kompetencji w zakresie rozstrzygania o tym, czym jest pedagogika ogólna. Filozof nie przeczytał żadnej rozprawy z tej subdyscypliny nauk pedagogicznych, ale nie przeszkadzało mu to w tym, by wyrobić sobie własny pogląd na powyższy temat.

Własne rozważania łączy z ideą szkoły wyższej, bo - podobnie jak większość ortodoksów - doszukuje się w tym właśnie środowisku źródeł owładniętego epoką duchowego zamętu (zob. schemat - dz. cyt., s.20). Pedagogika jest dla niego stosowaną filozofią człowieka, niczym więcej, toteż stwierdza bez znajomości literatury:

"Nie ma obecnie jednej pedagogiki: jednolitego systemu wychowania młodzieży, od domu rodzinnego po szkołę wyższą, opartego na powszechnej zgodzie co jego celów, oraz co do środków, jakie można i należy stosować. Pedagogika dzisiejsza to obraz dezorientacji i zamętu, bo walczą w niej ze sobą dwie całkiem niezgodne tendencje: dwie sprzeczne z sobą filozofie człowieka, tzn. dwa różne poglądy na naturę ludzką. Walka ta sprawia, że mamy dziś nie jedną pedagogikę, lecz dwie sprzeczne. Nazywa się je różnie: my będziemy je nazywać umownie, a zarazem sugestywnie pedagogiką lewoskrętną prawoskrętną. Pierwsza dominuje, my reprezentujemy drugą" (s. 19).

Teraz już wszyscy zrozumieją, że walka musi mieć swoją repulsję. Skoro nareszcie zostały odsunięte od władzy formacje bazujące na pedagogice lewoskrętnej, to nadszedł czas, by zaczęła dominować ta prawoskrętna, która wdroży jednolity system wychowawczy. Jakie to proste. Prawda? Jak pisze B. Wolniewicz: Nie ma innej pedagogiki, która mogłaby skręcić w jeszcze inną stronę. "Jest oczywiście mnóstwo pism, które się podają za taką obiektywną pedagogikę, rzekomo "naukową". Są to wszystko mistyfikacje. Z reguły będą to okazy pedagogiki dominującej, więc jawnie lub skrycie lewoskrętne. Udają obiektywizm, by zwiększyć swą siłę propagandową.(tamże)

W świetle logiki dominująca dzisiaj pedagogika formacji rządzącej - chyba jednak prawoskrętna - jest z powyższego powodu paradoksalnie - lewoskrętna. Zostawmy tę kwestię na boku. Spójrzmy na wyjaśnienie przez powyższego filozofa istoty lewoskrętności, czyli lewactwa.

Pedagogika prawoskrętna jest pedagogiką nawiązującą do greckiej pajdeji oraz formacji chrześcijańskiego normotypu cywilizacyjnego sprzed Soboru Watykańskiego II (1962-1965). Niestety, ubolewa filozof, że Sobór Watykański II uruchomił rozkład dzieła Bożego w kierunku rozmiękczania go przez lewackie nurty np. teologie wyzwolenia czy pontyfikat ... Jana Pawła II.

Lewactwo zaś jest doktryną zakorzenioną w Oświeceniu i wielkich utopii społecznych od J.J. Rousseau począwszy, a na J. Korczaku, J. Deweyu czy H.v.Schoenebecku skończywszy. Jak pisze: "Ogólnie lewactwem będziemy nazywać wszelkie zapędy do "humanistycznego" poprawiania świata, nieliczące się z realiami natury ludzkiej. Poprzez poprawianie "humanistyczne" rozumiemy przy tym takie, które w imię ochrony ludzkiej "godności" zmierza do maksymalnego zrównywania wszystkich, oraz do jak najbardziej dobrotliwego ich traktowania - z chuliganem, bandytą i terrorystą włącznie. (Wyjątek stanowić mają jedynie "rasiści" i "ksenofoby"; ci powszechnym zrównaniem i dobrotliwością objęci nie są). (s. 23)

Dalej cytować już nie muszę. Każdy sam znajdzie sobie adekwatne do skrętności źródła. Czytając takie publikacje skręca się skrętnica. A jednak, ktoś się na nie powołuje.

środa, 22 listopada 2017

XXX Forum Pedagogiczne we Wrocławiu

Wczoraj zakończyły się dwudniowe obrady XXX Forum Pedagogicznego Uniwersytetu Wrocławskiego pod wspólnym tematem: “Współczesne przestrzenie dyskursu nad edukacją”. Trzydzieści lat temu zainicjował je prof. UWr dr hab. Jerzy Semków z mgr Anitą Załuchą. Tegoroczne, jubileuszowe obrady prowadził prof. UWr z Instytutu Pedagogiki - dr hab. Wiktor Żłobicki .

Jak zapowiadali Organizatorzy w komunikacie konferencyjnym:

"Trzydziestoletni dorobek Forum Pedagogów stanowi świadectwo zaangażowania w najistotniejsze obszary teorii i praktyki edukacji, co mogą potwierdzić tematy kolejnych naszych spotkań, zainicjowanych w roku 1988 - gorącym czasie transformacji ustrojowej. Zagadnienia poruszane podczas wcześniejszych konferencji ukierunkowane były na eksplorowanie wybranych, wyraźnie wyodrębnionych kwestii. Natomiast tegoroczne Forum za cel stawia sobie ukazanie jak najszerszego spektrum dyskursów edukacyjnych – w tym także dyskursów w pewnym sensie zdeterminowanych przez przestrzeń sensu largo, to jest historię, tradycję, okoliczności, dyskursy etc. Jest również próbą podsumowania trzech dekad złożonych przemian teorii i praktyki edukacji w Polsce.

Między przestrzenią formalną i nieformalną edukacji w tych trzech dekadach wystąpiły napięcia, konflikty, współpraca, wzajemne inspirowanie i zapożyczanie, zawłaszczenia, absorbcje, przyciągania, jedno- lub obustronne niezrozumienia, pomieszania, separacje, przemilczenia, bariery lub preferencje. Formowany w ten sposób społeczno-polityczny klimat ma ogromne znaczenie dla funkcjonowania jednostek i grup oraz tworzenia miejsc i dyskursów edukacji. W demokratyczno-liberalnym społeczeństwie z samego założenia współwystępują mozaikowe zróżnicowanie i antynomie i tym samym stanowią zaczątek swoistej dynamiki.


Refleksja, badanie i opis są niezbędne dla uchwycenia jej charakteru. Zadania te w sposób szczególny dotyczą pedagogów, komentatorów i krytyków teorii i praktyki pedagogicznej, którzy ponoszą szczególną odpowiedzialność społeczną i dysponują wnikliwszym niż inni wglądem we współczesne przestrzenie dyskursu nad edukacją. Samo pojęcie przestrzeni rozumiane na różne sposoby odsyła, w swym znaczeniu dosłownym, do miejsca, w którym toczyć się będą obrady konferencyjne (przede wszystkim do wielokulturowego Wrocławia), a w znaczeniu symbolicznym do wspólnoty scalającej uczonych."


Z wielką radością pragnę poinformować, że powołana przez Komitet Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk Kapituła Medalu „Za Zasługi dla Rozwoju Polskiej Pedagogiki” nadała to wyróżnienie w czasie XXX Forum Pedagogicznego pani prof. dr hab. Alicji Kargulowej. Była to dla wszystkich uczestników wzruszająca chwila, kiedy po wręczeniu Medalu pani Profesor została otoczona gronem swoich współpracowników, uczniów, doktorów i doktorów habilitowanych prowadzących badania naukowe w zakresie PORADOZNAWSTWA i z andragogiki.



Dzisiaj, po kilkudziesięciu latach służby pani prof. A. Kargulowej (w) nauce mamy piękne i jakże potwierdzające jej wartość dokonania, którymi mogą poszczycić się nieliczni. Nie ma w kraju lepszego specjalisty o tak znaczących kwalifikacjach naukowych w zakresie andragogiki, pedagogiki społecznej i szkoły naukowej w zakresie poradoznawstwa, a więc interdyscyplinarnej dyscypliny naukowej, która łączy badania nad poradnictwem różnych typów, dziedzin życia i ludzkiej aktywności z różnych dziedzin nauk - humanistycznych, społecznych, medycznych, ekonomicznych i prawnych.

Nie można nie dostrzec, że na najwyższą ocenę zasługują prace organizacyjne na rzecz wspólnoty uniwersyteckiej (kierowanie jednostkami akademickimi w Uniwersytecie Wrocławskim, WSP w Zielonej Górze) czy w DSW we Wrocławiu. Środowisko pedagogiki w kraju, jak i w skali międzynarodowej jest dumne z twórczej obecności i naukowego wsparcia w promowaniu najwyższych standardów naukowych w naukach społecznych, kiedy prowadzone są badania andragogiczne, poradoznawcze, oświatowe w zakresie kwalifikacji i dokonań Pani Profesor.


Osiągnięcia naukowe prof. A. Kargulowej są imponujące wyznaczając bardzo wysoki poziom dla kolejnych pokoleń naukowych. Na wielostronną aktywność naukowo-badawczą składają się rozprawy monograficzne, artykuły w renomowanych czasopismach krajowych i zagranicznych oraz stworzenie „wrocławskiej szkoły poradoznawstwa” jako od lat już upełnomocnionej subdyscypliny naukowej o interdyscyplinarnym charakterze.

Wyróżniona Medalem pedagog opublikowała ponad 220 artykułów w recenzowanych, zbiorowych rozprawach monograficznych, kilkadziesiąt artykułów w czasopismach naukowych (tu zwracam uwagę na publikacje w periodykach także z nauk o prawie, nauk medycznych, psychologicznych, a nie tylko pedagogicznych) uruchamiając w ostatnich latach własny periodyk o międzynarodowym charakterze. Prof. A. Kargulowa jest autorką sześciu autorskich monografii, z których każda kolejna stawała się nową jakością i wyzwaniem dla kolejnych badaczy problematyki poradoznawczej.


Wydany przez oficynę naukową – PWN w Warszawie - podręcznik akademicki pt. "O teorii i praktyce poradnictwa. Odmiany poradoznawczego dyskursu" ma już siedem wydań, co świadczy o wyjątkowym poziomie tego dzieła. Sztuką jest łączenie własnej pracy naukowo-badawczej z kreowaniem źródeł wiedzy dla kolejnych pokoleń, które określą konieczny punkt wyjścia czy kryterium odniesienia dla własnych projektów.

Rzadkością we współczesnych naukach społecznych jest prowadzenie badań i dokumentowanie ich wyników twórczością o podejściu transgresyjnym, inter-i intradyscyplinarnym w naukach społecznych. Za Medalem kryje się postać wielkiej, a jakże skromnej Uczonej, akademickiego Mistrza, osoby o wielkiej kulturze akademickiej i trudnych do powtórzenia twórczych dokonaniach, które służą rozwojowi cywilizacji humanum. Polska nauka może być dumna z takich Pedagogów.

W plenarnej części konferencyjnej, którą moderowała prof. dr hab. Agnieszka Gromkowska-Melosik, były interesujące referaty:




- profesor Zbyszko Melosik z WSE UAM w Poznaniu pokazał nam związek między holenderskiej i brazylijskiej piłce nożnej jako fenomenie nie tylko sportowym, ale przede wszystkim kulturowym, który staje się źródłem zmian społecznych, architektonicznych czy gospodarczych w świecie, choć przede wszystkim w kraju i miastach najlepszych piłkarzy świata. Mogliśmy dostrzec, jak piłka nożna zmienia przestrzeń życia mieszkańców, ale zarazem - w jakim stopniu odzwierciedla różnice między bogatymi i biednymi częściami świata, jak to się dzieje, że w jednych państwach gra w piłkę nożną jest jak poezja, w innym jak opresja, groza. Można było w błyskotliwym i pełnym kulturowych odwołań referacie metaforycznie odczytać stosowane taktyki w rywalizacji międzyludzkiej, doświadczanie niepowodzeń i porażek, oddawanie pola przeciwnikowi czy jego zawłaszczanie, jeśli dysponuje się wyjątkowymi talentami itp.




- prof. Mirosława Nowak-Dziemianowicz z Uniwersytetu Opolskiego w nowej odsłonie przybliżyła słuchaczom relacje między rodzajami tożsamości człowieka a funkcjami edukacji (techniczną, emancypacyjną i krytyczną). Odbierający wykład także studenci mogli zastanowić się przy tej okazji nad tym, na jakim poziomie rozwoju jest ich własna tożsamość, czy zastanawiają się nad tym, po co żyją, do czego dążą, skąd przychodzą i dokąd zmierzają. Nie bez znaczenia była inspiracja profesor z Opola, by zastanowić się nad tym, co i/lub kto kreuje naszą tożsamość.


- dr hab. prof. UWr Edyta Zierkiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego wprowadziła nas w niezwykle trudną, być może dla wielu też bolesną problematykę badań, którą ujęła jako konstruowanie doświadczenia śmierci jako lekcji życia w autopatografiach. Jej analiza tanatopedagogiczna odsłoniła bogactwo warsztatu badawczego uczonej, przekraczanie przez nią granic nauk pedagogicznych, by móc lepiej poznać, zrozumieć i badać powyższe zjawisko. Wykład wrocławskiej uczonej otworzyła myśl, że oto żyjemy umierając (kto pamięta film K. Zanussiego - "Życie to śmiertelna choroba"?). Tak jak niektórzy celebrują wartość życia, tak coraz częściej spotykamy się z fenomenem pedagogiki umierania, cierpienia oraz wystawiania jej przez niektóre osoby w mediach na sprzedaż, na popkulturowe w sieci śmietnisko inforozrywki.

- dr hab. Magda Karkowska z Uniwersytetu Łódzkiego podzieliła się z uczestnikami Forum swoją perspektywą badawczą w zakresie narracyjnych strategii tworzenia tożsamości w ramach biograficznych opowieści. Coraz większe zainteresowanie badaniami jakościowymi sprawia, że uczestnicy dociekali w toku dyskusji, jakie należałoby zastosować kryteria do analizy wywiadów biograficznych.


Wspomniany przeze mnie prof. Jerzy Semków przekazał Instytutowi Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego prowadzoną przez siebie KRONIKĘ cyklicznego FORUM PEDAGOGICZNEGO, której dygitalizacja może stać się jednym ze źródeł do badań historycznych nad ewolucją myśli pedagogicznej i bogactwem badań naukowych w naszej dyscyplinie po 1987 r.

wtorek, 21 listopada 2017

Zgasło serce w Powiewie Blue księdza Andrzeja Szpaka od hipów



CZY KTOŚ ZNAŁ OSOBIŚCIE LUB SŁYSZAŁ O POLSKIM KSIĘDZU, WSPANIAŁYM WYCHOWAWCY, OPIEKUNIE, PEDAGOGU POZYTYWNEJ RESOCJALIZACJI, LEKARZU LUDZKICH DUSZ, OSOBISTYCH DRAMATÓW I PRZYJACIELU ZBŁĄKANYCH, ZAWIEDZIONYCH, ZDRADZONYCH, KTÓREGO SERCE ODMÓWIŁO DALSZEGO BICIA po długiej chorobie w dn. 18 listopada br. - o ks. ANDRZEJU SZPAKU?

To ON przemierzał od czterdziestu lat Polskę pielgrzymim szlakiem, z gitarą w ręce, ubrany w błękitną sutannę z naszytymi na niej rybkami, kwiatami, serduszkami - jak powiadają o niej Jego współtowarzysze modlitwy - przedstawiającą "niebiańską przestrzeń wyobraźni".

Odszedł od nas wspaniały salezjanin, kapelan oświęcimskich karmelitanek, ale najbardziej znany przez kilka pokoleń młodzieży jako duszpasterz ruchu hipisowskiego w Polsce. Dzielił się swoim życiem nie tylko z narkomanami pielgrzymując z nimi od 1979 r. każdego roku do Częstochowy, by mogli odnaleźć swoje szczęście w środowisku miłości, szacunku, modlitwy. Był jednym z nielicznych twórców pozytywnej resocjalizacji. To dzięki Niemu mogli odnaleźć dla siebie nową drogę życia wszyscy ci, których z różnych przyczyn los kierował na margines.

'SZPAKU" - bo tak o Nim mówiono - organizował każdego roku na Jasną Górę w Częstochowie Pielgrzymkę Młodzieży Różnych Dróg , która była dla uczestników niepowtarzalnym wydarzeniem w ich życiu. W żadnym z państw obozu socjalistycznego nie było miejsca na działanie ruchu hipisowskiego, w dodatku jeszcze o charakterze religijnym.
On sam pełnił posługę najpierw w parafii św. Michała we Wrocławiu, później w parafii Miłosierdzia Bożego w Oświęcimiu, a w latach 1999-2010 służył mieszkańcom w parafii Opatrzności Bożej w Rzeszowie. Powołał do życia chór i orkiestrę "Echo Sacrosongu".

Nie opuścili Go ci, dla których żył i tworzył z nimi świat Dobra i Miłości. Do ostatniego tchnienia przybywali z całego kraju do seminarium salezjańskiego w Krakowie przy ul. Tynieckiej 39, gdzie leżał schorowany - zakonni współbracia, młodzież, wychowankowie, by móc być z Nim i przy Nim - tak jak On był przez lata z nimi i dla nich.

W najbliższą sobotę odbędzie się pogrzeb ks. Andrzeja Szpaka. W środę 22 listopada br. o godz. 17.30, w dniu także Jego imienin, odbędą się modlitwy za Jego duszę. Może symboliczną świeczkę zapalą w domu także ateiści, którzy wraz z nim pielgrzymowali do Częstochowy odkrywając w dialogu z Nim i dzięki jego wyjątkowej empatii oraz serdeczności poczucie sensu własnego życia.

Jak wspomina ks. A. Szpaka na łamach "Gazety Krakowskiej" młoda reżyserka:
Często potrafił całą noc przegadać ze swoimi „podopiecznymi”, żeby tylko nie sięgnęli po strzykawki” (...) Rozmowa z nim na długo zostaje w pamięci duchownego. Przeniknięte kontemplacją życie w cieniu kolczastych drutów diametralnie zmienia się, kiedy ks. Szpak przyjmuje na siebie rolę przewodnika wiodącego kontestującą młodzież przed oblicze Czarnej Madonny”.

Naiwnie sądziłem, że w wiadomościach którejkolwiek ze stacji telewizyjnych będzie miało miejsce wspomnienie polskiego Guy'a Gilbert'a. Niestety, tak się nie stało. Komercyjna stacja wolała epatować śmiercią w Kalifornii założyciela sekty i mordercy. Rządowa TVP nie znosi wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z kontestacją, więc także nie odnotowała śmierci ks. A. Szpaka. Dziwne, bo przecież są tam niemalże codziennie eksponowani politycy PIS, którzy szprycowali się narkotykami w okresie własnej młodości, należeli do hipisowskich komun. Zapomniał już niejeden wół jak cielęciem był... a teraz, na starość stał się z lewaka - prawoskrętny.

W Polsce nie ceni się postaci z charyzmą, a tym bardziej, gdy całe swoje życie poświęcają wykluczonym, wykluczanym lub zagrożonym wykluczeniem społecznym, a nawet śmiercią. O postaci francuskiego księdza Guy Gilberta z Paryża, który stworzył wspólnotę życia dla młodych ludzi wchodzących w konflikt z prawem, odrzuconych przez własnych rodziców lub opiekunów, pozbawionych wsparcia i miłości, w wyniku czego uciekają w narkotyki, alkohol, prostytucję lub popełniają samobójstwo, zapewne słyszał niejeden nauczyciel akademicki kształcący na pedagogice resocjalizacyjnej.

Zacytuję jedno ze wspomnień zmarłego ks. A. Szpaka:

Nasza grupa liczyła już 500 osób. - Proszę sobie wyobrazić 500 długowłosych przed kościołem św. Anny w Warszawie, skąd miała wyruszyć pielgrzymka. Toż to było jak w "Hair"! Ojciec przewodnik przestraszył się i zapowiedział, że nie możemy iść ani z nimi, ani nawet za nimi. Nie byłem na taką sytuację przygotowany.
Powiedziałem: "Rozwiązujemy grupę. Jedziemy do Jarocina".
"Co ty, Andrzej, do Jarocina? Idziemy na swoją własną pielgrzymkę". Mateusz, dzisiaj ksiądz, powiedział wtedy: - Andrzej, mam świetne miejsce. Pojedziemy do Piekoszowa koło Kielc. 500 hipów pojechało tam pociągiem. - Konduktorowi daliśmy pieniądze do kapelusza i tak dojechaliśmy - opowiada ks. Andrzej. - To była wspaniała pielgrzymka. Krótkie etapy, 12 kilometrów dziennie. Pielgrzymowaliśmy jak Dawid - w tańcu, balecie, z fletami i piszczałkami. Msze trwały po 3-4 godziny. Wtedy powiedzieli: "Nie odejdziemy".

I NIE ODESZLI. BYLI, SĄ I BĘDĄ Z NIM wszyscy ci, którzy doświadczyli autentycznego spotkania z CZŁOWIEKIEM i światem wartości, także transcendentnych, których nie szanowało ich własne środowisko życia.

Żegnając "Szpaka" w imieniu także mojej żony, która wraz z nim pielgrzymowała w czasach PRL do Częstochowy, przytaczam wzruszający wiersz T.J. pt. "Na odejście Andrzeja::

Do nieba ich wpuścić nie chcieli
Choć prosili, chociaż błagali
U bram na zielonej łące
Wychudłe swe ciała składali

Na ziemi jeszcze nie wiedzą
Kłócą się z nim i sprzeczają
Bawią się, piją i jedzą
Na to co robi narzekają.

Aż przyszła ta właśnie godzina
Której się nikt nie spodziewał
I odszedł z gitarą w ręce
W swej w kwiaty niebieskiej sukience

Na górze już na niego czekali
Ramiona otwarł Jezus szeroko
I Maryja do bram raju wyszła
Przyjąć go jak zawsze co roku

A łzy tych co zostali na ziemi
Na ramionach go niosły do nieba
Już go Jezus przytula do serca
A on skromnie mówi- nie trzeba

A on spojrzał na zieloną łąkę
I igłami przeszyte ciała
I zobaczył, że tylu ich było
Że niebieska łąka tak mała
I do stóp Matki kornie się schyla
Prosząc, aby nie musiał za bramę
I rozejrzał się wokół z miłością
I powiedział - Ja tutaj zostanę

Wtedy właśnie- taką mam nadzieję
Jezus głośno się roześmieje
I podniesie go mówiąc- Kochany
Chodźcie ty, hipisi i te twoje narkomany.


Niech spoczywa w pokoju!

poniedziałek, 20 listopada 2017

Rada Główna odsłania prawdę nędzy polityki finansowej państwa w sferze nauki i szkolnictwa wyższego

















Głęboko rozczarowuje stanowisko Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w którym po rozpatrzeniu na wniosek Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 5 października 2017 r. projektu budżetu w części 28 – Nauka do projektu ustawy budżetowej na rok 2018 uchwaliła co następuje:

W projekcie ustawy budżetowej na rok 2018 przekazanej na Sejm RP nakłady na naukę ponoszone ze środków publicznych wynoszą 9.247.049 tys. zł. W relacji do analogicznej kwoty ujętej w ustawie budżetowej na 2017 r. (8.425.432 tys. zł), nakłady na naukę wzrastają o 821.617 tys. zł, tj. nominalnie o 9,8%. Udział nakładów na naukę w Produkcie Krajowym Brutto (wartość PKB na 2018 r. – 2.057,2 mld zł) wyniesie 0,45% (w poprzednich latach udział tych nakładów wynosił odpowiednio – w roku 2016 – 0,44 % PKB, a w roku 2017 – 0,43 % PKB).

Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego uważa, że nierealne jest osiągnięcie wydatków na badania i rozwój na poziomie 1,7% PKB w roku 2020 zgodnie ze zobowiązaniem Polski przed Komisją Europejską (celem dla większości krajów europejskich jest 3,0%).

Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego postuluje zatem dalsze działania na rzecz zwiększania wydatków na badania i rozwój.


Zwróćcie Państwo uwagę na manipulowanie przez rząd i ministra danymi, w świetle których w przyszłym roku nastąpi wzrost nakładów naukę "nominalnie o 9,8%". Jest to dowód na kompletne lekceważenie nauki i szkolnictwa wyższego w naszym kraju. Mamy najniższe nakłady finansowe państwa na badania naukowe i kształcenie akademickie.

Poziom 0,43 PKB w 2017 r. z kompromitującym tę władzę "wzrostem" o 0,2 PKB potwierdza tylko, że dostęp do realnych środków finansowych na badania naukowe będzie nadal mieć niski odsetek naukowców. Nadal będzie niszczona kultura akademicka i kontynuowana degradacja szkolnictwa wyższego, do którego nie będą trafiać najzdolniejsi, najbardziej utalentowani i zaangażowani w prowadzenie badań absolwenci szkół wyższych!

Niech minister nauki i szkolnictwa wyższego zawiesi w tej sytuacji wraz z powołanym Komitetem Ewaluacji Jednostek Naukowych jakąkolwiek parametryzację, ocenę naukowców i szkół wyższych, bo przy tak niskich nakładach powinien się cieszyć, że jeszcze większości chce się jakkolwiek pracować. Czas zacząć panie ministrze czytać raporty ekonomiczne i o emigracji młodych z kraju oraz o stanie płac i zatrudnienia w sferze budżetowej. Czas przestać mamić społeczeństwo rzekomą troską o proinnowacyjność i światowe standardy w polskiej nauce, które mają rzekomo mieć miejsce dzięki tej polityce. Z takich standardów skorzystają tylko ministrowie i członkowie gremiów z nominacji ministra.

Rada Główna postuluje. Bla, bla, bla ... Tylko tyle???

niedziela, 19 listopada 2017

Redaktorzy ogólnokrajowych czasopism naukowych z wykazu B - MNiSW apelują do ministra i posłów!


Szanowny Panie Ministrze, Szanowni Państwo Posłowie,

Jako redaktorzy naczelni wysoko punktowanych polskich społeczno-humanistycznych czasopism naukowych, w kontekście projektu Ustawy o Szkolnictwie Wyższym 2. 0, wyrażamy duże zaniepokojenie zapowiedziami likwidacji ministerialnej listy B czasopism. Takie działanie zagraża funkcjonowaniu polskiej nauki, jest trudnym do zrozumienia zakwestionowaniem wartości wymiany informacji naukowej i jej obiegu w języku narodowym. Uważamy również, że rozpatrując rozwój naukowy z perspektywy wspólnego dobra narodowego błędem byłaby wyłączna orientacja na anglojęzyczne platformy czasopism naukowych, z których wiele jest podporządkowanych interesom komercyjnym.

Dla nauk humanistycznych i społecznych, mających tak duże znaczenie dla tożsamości narodowej i umacniania ważnych społecznie wartości, niezbędne jest tworzenie dorobku naukowego w języku polskim, zorientowanym nie tylko globalnie, ale też lokalnie i regionalnie. Przyjęcie do oceny parametrycznej dyscyplin naukowych oraz oceny pracowników naukowych wyłącznie tekstów z bazy Web of Science lub Scopus będzie nie tylko zagrożeniem dla rozwoju polskiej humanistyki i nauk społecznych, ale też swoistą cenzurą kierunku rozwoju tych obszarów naukowych i będzie prowadzić do zubożenia polskiej tożsamości naukowej.

Prosimy też wziąć pod uwagę, że wśród odbiorców czasopism z obecnej listy ministerialnej B jest wiele osób spoza środowiska akademickiego, w tym przedstawiciele zawodów z różnych obszarów, nauczyciele i studenci, którzy poszukują doniesień naukowych w języku polskim, dostępnych niekomercyjnie, odpowiadających ich zapotrzebowaniu na wiedzę, także tę związaną z wieloma problemami.

Nie obawiamy się zaostrzenia wymagań wobec czasopism naukowych. W samych środowiskach akademickich od dawna silne są głosy o potrzebie ich podnoszenia. Jednak jedyną drogą powinno być odejście od wyłącznie formalnych kryteriów na rzecz ich połączenia z jakościową oceną ekspercką. Jesteśmy nie tylko w pełni gotowi poddawać się takiej ocenie, ale też od dawna zwracamy uwagę na konieczność wypracowania dodatkowych, jakościowych kryteriów, które pozwoliłyby wyselekcjonować czasopisma o najwyższych standardach naukowych, wyłączając z parametryzacji te, które mają charakter popularny.

Nie zapominajmy przy tym, że Polskę jako znaczący kraj europejski stać na wypracowanie własnych bardziej skutecznych procedur oceny czasopism i nie musimy zdawać się na kryteria zewnętrzne. Rezygnacja z listy B byłaby w naszym odczuciu wyrazem porażki, jaką ponieślibyśmy jako kraj w samookreślaniu kryteriów oceny jakości polskiej nauki.

Zwracamy uwagę, że w ostatnich latach środowiska akademickie włożyły ogromny wysiłek i środki by dostosować polskie czasopisma do wymagań międzynarodowych, dzięki staraniom zespołów redakcyjnych, których członkowie w znakomitej większości pracują społecznie. Wiele z nich takie standardy spełnia, a ona same są wartościową platformą obiegu nauki. Nie negując znaczenia dokonań na forum międzynarodowym, nie możemy zaakceptować marginalizacji dorobku lat polskich naukowców publikujących w naszych czasopismach.

Czasopisma z listy B stanowią bardzo ważną i witalną dla polskiej nauki płaszczyznę interdyscyplinarnego dyskursu pomiędzy przedstawicielami nauk społecznych i humanistycznych, m.in. pedagogami, filozofami, antropologami i historykami. Jej zamknięcie nie tylko nie przyczyni się do rozwoju polskiej nauki, ale może stać się instrumentem jego wyhamowania, ograniczenia i zastoju oraz jest niepokojącym wyrazem tendencji do globalizacji nauki, rozmycia i eliminacji z dyskursu naukowego zagadnień o dużym znaczeniu dla naszego kraju.

Na tego rodzaju ryzyko zwracano uwagę w World Social Science Report 2010, w którym pisano „Wytwarzanie i obieg wiedzy naukowej wykazuje silne ciążenie ku językowi angielskiemu i krajom, gdzie angielski jest powszechny w kręgach akademickich. Taka hegemonia lingwistyczna nie tylko tworzy bariery dla udziału w tym procesie uczonych, dla których angielski jest nieadekwatny w ich środowisku akademickim. Ale, co więcej, i jest to bardziej istotne, wyklucza perspektywy i paradygmaty, które są zakorzenione w innej językowej i kulturowej tradycji. Tym samym, zubaża nauki społeczne jako całość.”

Nie przyczyniajmy się do tego osłabienia, własnymi rękami, samowykluczając polską tradycję naukową i polski horyzont teoretyczno-aksjologiczny z możliwości rozwoju. Chyba żaden kraj nie posunął się do kroku tak radykalnej marginalizacji własnego języka i narodowego humanistycznego dorobku narodowego.

Dlatego zwracamy się do Pana Ministra oraz do Państwa Posłów o zachowanie ważnej dla humanistyki i nauk społecznych platformy polskich czasopism oraz zachowanie ich roli i znaczenia w systemie oceny parametrycznej jednostek i indywidualnej naukowców.



sobota, 18 listopada 2017

Ddoktorancki oscylator cwaniactwa


Trzeba przyznać, że Polacy uwielbiają grę w pozory i są specjalistami w zakresie nieprzestrzegania praw oraz norm moralnych. Najpierw mieliśmy problem z tzw. "turystyką habilitacyjną" na Słowację, teraz rozwija się turystyka krajowa wśród już zdemoralizowanych doktorantów, czyli studentów studiów trzeciego stopnia. Niektórzy rejestrują się na kilku studiach doktoranckich pobierając kilka stypendiów, bo nikt tego nie sprawdza i niczego nie wymaga.

Rozwija się zatem zjawisko oscylatora doktoranckiego, które polega na tym, że osoba zapisuje się na stacjonarne studia III stopnia w kilku uczelniach równocześnie i w każdej jest na nie przyjęta. W żadnej z uczelni nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań, ale przynajmniej przez rok pobiera stypendium, korzysta z różnych świadczeń (ulgi komunikacyjne itp.). Mamy już nawet liderów tych wyłudzeń. Jeden z doktorantów okazał się równocześnie zarejestrowanym w 8 uczelniach (sic!)

Ponoć sprawa jest znana w Polsce. Nie wiem, o kogo chodzi. To osoba, która ten sam dorobek poddaje ocenie na kilku uczelniach równocześnie. Kiedy władze kolejnych uczelni zaczynają kwestionować zasadność funkcjonowania takiego doktoranta, to on skarży wszystkie uczelnie po kolei. Na szczęście nie jest to pedagog. Niech się wstydzi ten, kto widzi.

Nic nie pomoże reforma J. Gowina, gdyż nie jest w stanie wyegzekwować od wielu osób odpowiedzialnych za prowadzenie studiów doktoranckich, także już częściowo zdemoralizowanych kadr akademickich, by w uniwersytetach i na politechnikach obowiązywało minimum etycznej przyzwoitości. Jeszcze długo nasz akademicki system nie będzie zdolny do głębszych reform, bowiem poziom dewastacji moralnej sięgnął już niektórych byłych i obecnych dziekanów, dyrektorów instytutów, a ci będą lobbować za zachowaniem nie tylko własnej władzy, ale przede wszystkim na rzecz uwolnienia spod jakiejkolwiek kontroli awansów naukowych.

Jak to jest bowiem możliwe, że nie przestrzega się w jednostkach akademickich podstawowych procedur i praw, które jeszcze obowiązują? Zniesienie habilitacji wzmocni takich pseudo-naukowców. Teraz habilitacja jest mimo wszystko kolejnym sitem dla karierowiczów, choć oczywiście jest również ostatnią deską ratunku dla tych, którzy walczą o przetrwanie w pracy.

Powróćmy do doktorantów. Dla upełnomocnienia pozorów rzekomej troski o nich niektóre jednostki organizują po kilka konferencji w roku, które są jedynie dla tych osób jako prelegentów, a więc dla własnych pracowników i doktorantów z tej samej jednostki "okraszonych" znajomymi królika. Organizatorzy nawet nie informują o tych konferencjach własnych pracowników, bo przecież to jest tylko i wyłącznie kreowanie fikcyjnej rzeczywistości, by można było odnotować ją w sprawozdaniach.

Niepokoi zanik etyczności w aktywności doktorantów, którzy już na tym etapie przejmują najgorsze wzory postępowania od osób, które mają dyplomy, ale są bez dorobku. Wygłaszają te same referaty w kilku miejscach oraz publikują te same teksty pod różnymi tytułami w lokalnych publikacjach. Sztuka się zgadza. Punkty są im przyznawane. Kolejny rok studiów mają zaliczony.

No i mamy nowy trend - niektóre jednostki, a nawet do niedawna szacowne stowarzyszenia profesjonalistów - dla upełnomocnienia "maluczkich" i pozorowania umiędzynarodowienia własnej działalności - organizują wspólne konferencje i wydawanie nieznaczących dla nauki prac zbiorowych. Oscylator uwzględnia już nie tylko Ukrainę, ale i Turcję, tylko nie USA, Wielką Brytanię, Japonię czy Niemcy.


(skan: I to jest wydawnictwo naukowe??? A jakże)

Być może kogoś zainteresują akademickie losy słowackich docentów w Polsce. Niektórzy już tak dobrze się osadzili, że pozorują wydawanie anglojęzycznych prac zbiorowych, za których rozdziały w języku polskim jednostka otrzymałaby zero punktów. Tymczasem po zleceniu wydania pierwszej lepszej drukarni w Norwegii, Kanadzie czy Szwajcarii można "wcisnąć" rzekomo zagraniczną publikację. Drukarnia ulotek reklamowych, wizytówek, etykiet, plakatów, banerów, katalogów wydrukuje wszystko, bo płaci klient. Dostarczą wydrukowane egzemplarze na wskazany adres, zaś skład w pdf można wykorzystywać do otwartego dostępu. Wystarczy zamówienie do 10 egzemplarzy i już jest "Kanada pachnąca żywicą".






piątek, 17 listopada 2017

Oświatowa kielnia i młotek diagnostyczny



Z Ministerstwa Edukacji Narodowej kierowane są do dyrektorów wybranych losowo szkół zobowiązania do przeprowadzenia w nich ankiety, której konstrukcja potwierdza, że mamy do czynienia z kontynuowaniem przez ignorantów w polityce oświatowej procedur diagnostycznych. Ich wyniki mają być podstawą do dalszych, zapewne równie bezmyślnych zmian, skoro mają one bazować na poniższym kiczu:

Pragniemy poinformować, że Państwa placówka oświatowa została wybrana do udziału w badaniu prowadzonym przez Ministerstwo Edukacji Narodowej pt. „Zmiany w systemie edukacji w Polsce odpowiedzią na oczekiwania społeczne i zmiany gospodarcze”. ...

Jedna z interesujących autorów tego bubla kwestii dotyczyła "narzędzi doskonalenia zawodowego". Dyrektorzy pokładają się ze śmiechu, niektórzy nawet żartują sobie po wypełnieniu ankiety, bo trudno traktować poważnie tak niepoważne narzędzie diagnostyczne.

Na pytania do dyrektora w ankiecie MEN:
1. Jakie narzędzia doskonalenia zawodowego są aktualnie dostępne dla nauczycieli (np. szkolenia, kursy i inne)?
2. Jakich narzędzi doskonalenia brakuje w Pana/Pani placówce?
3. Jakie przeszkody w doskonaleniu zawodowym identyfikuje Pan/Pani w placówce?

jedna z dyrektorek tak zareagowała: "Nie rozumiem pytania". Tyle. Inna zaś przypomniała sobie podobnej treści pytanie, jakie zadawano w okresie PRL: "Pyt. Jakie znasz narzędzia mechanizacji ręcznej? Odp. Młotek i kielnia."

Nie wiem, skąd czerpią ankiety, albo kto je tworzy, ale nie ulega wątpliwości, że kicz diagnostyczny szerzy się w całym kraju. Oto dyrekcja jednej ze szkół podstawowych przekazała rodzicom ankietę, której treść wskazuje na to, że woli nie usłyszeć wprost prawdy o tym, co oni sądzą o organizacji procesu kształcenia i wychowania w szkole.

Ankieta jest obciążona kardynalnymi błędami metodologicznymi, zaś dokonanie wyboru jednej z pięciu kategorii na skali od "zdecydowanie TAK" poprzez "raczej TAK", "trudno powiedzieć", "raczej NIE" do "zdecydowanie NIE" - może służyć jedynie pozoranctwu rzekomej troski o jakość edukacji w szkole. Jak przyjdzie wizytator z Kuratorium Oświaty, to zapewne dyrekcja przedłoży mu wzór ankiety [on/ona też nie będzie mieć kwalifikacji do oceny poprawności narzędzia diagnostycznego, bo przykład idzie z góry], pokaże zestawienie liczbowe wraz z wykresami i sprawa będzie załatwiona.

Oto klasyczne pytania analfabetów i pozorantów diagnostycznych:

Czy Państwa zdaniem organizacja zajęć odpowiada wymogom bezpieczeństwa i higieny pracy?

Czy organizowane szkolne wyjazdy i wycieczki odpowiadają zainteresowaniom i możliwościom dzieci? (sic!!!)

Czy Państwa zdaniem działania wychowawcze szkoły uwzględniają zapobieganie patologiom i uzależnieniom (np. alkoholizm, narkomania)?

Czy Państwa zdaniem uczniowie mają możliwość poznania swoich słabych i mocnych stron?

Komu i po co mają służyć wskazania rodziców ogólnikowych odpowiedzi na pytania rodzaju: "W jakim stopniu...?" np. W jakim stopniu pedagog szkolny wspiera uczniów i jest pomocny w rozwiązywaniu ich problemów? Rodzice mają do wyboru odpowiedź: "W dużym stopniu", "W średnim stopniu", "Trudno powiedzieć", "W niewielkim stopniu" lub "Wcale".

Wyrzucam ankietę do śmieci. Szkoda papieru, bo jakość narzędzia nie rekompensuje zniszczonych drzew z Białostockiej Puszczy.


czwartek, 16 listopada 2017

Co nie podoba się związkowcom w projekcie konsultowanej ustawy 2.0 ?


W świetle stanowiska Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” Uniwersytetu Warszawskiego (...) większość proponowanych rozwiązań w Ustawie 2.0 budzi poważne wątpliwości:

a) Projekt w swoim ogólnym zarysie podważa zasady autonomii środowiska akademickiego. Szczególnie kontrowersyjny i potencjalnie niebezpieczny jest pomysł obowiązkowego powołania w uczelni Rady Uczelni. Ciało takie jak Rada złożone w znacznej części z osób spoza społeczności uczelni mające istotne kompetencje w wyborze Rektora i polityki finansowej uczelni jest zaprzeczeniem zasady autonomii środowiska akademickiego. Pomysł ten należy bezwzględnie wycofać, pozostawiając każdej uczelni możliwość powołania ciała doradczego i promocyjnego ale o statusie społecznym. Rada ta nie może być wynagradzana. (koszt wynagrodzeń proponowanych w projekcie wyniósłby około 600 000 zł rocznie w każdej uczelni niezależnie od jej wielkości i zasobów finansowych)

b) Absolutna władza Rektora w uczelni, jaka wynika z Ustawy 2.0 jest kolejnym elementem zaprzeczającym zasadzie autonomii środowiska akademickiego. Struktura demokratycznie wybieranych władz wydziałów i instytutów jest szkołą samoorganizacji społecznej, kształtowaniem akademickiej kadry kierowniczej i budową kapitału społecznego. Uczelnia to nie korporacja nie wymaga bezwzględnie hierarchicznej struktury dla sprawnego funkcjonowania.

W kontekście omawiania projektu Ustawy 2.0 należy wspomnieć o zamiarze połączenia w jednym ręku poprzez wspólny algorytm funduszy na naukę i dydaktykę. Rozwiązanie takie wydaje się wysoce kontrowersyjne albowiem może wpływać hamująco czy wręcz destrukcyjnie na funkcjonowanie i na działanie dobrych i bardzo dobrych zespołów naukowych działających w słabszym otoczeniu akademickim, powodując permanentne konflikty. Należałoby raczej skoncentrować się na udoskonalaniu elementów algorytmu z grudnia 2016 roku.

Słusznie związkowcy z UW uważają, że po tylu miesiącach różnych opinii, stanowisk, przecieków i sprzecznych komentarzy także z MNiSW możliwe i sensowne będzie podjęcie merytorycznej dyskusji dopiero od momentu ogłoszenia całego projektu nowej Ustawy. Dlatego też KZ NSZZ „Solidarność” UW uważa, że w swej obecnej postaci projekt Ustawy 2.0 nie powinien być procedowany w Sejmie.

Także Rada Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego wypowiedziała się na temat projektu powyższej ustawy. Oto, co m.in. negatywnie postrzegają ZNP-owcy w tym projekcie:


1) za istotny błąd systemowy uważamy rezygnację z radykalnej i naszym zdaniem koniecznej zmiany obecnego archaicznego, dysfunkcjonalnego modelu kariery naukowej. Jesteśmy zawiedzeni faktem, że wbrew rekomendacji zawartej w raporcie przedstawicieli Komisji Europejskiej „Peer review. Poland’s Higher Education and Science system” (wrzesień 2017) autorzy projektu ustawy zdecydowali się na utrzymanie nieodpowiadającego wymogom nowoczesnej nauki i zaleceniom zawartym w Europejskiej Karcie Naukowca drugiego stopnia naukowego czyli doktora habilitowanego. W sytuacji, gdy likwiduje się tzw. wymagania kadrowe, stopień ten staje się zbędną przeszkodą na drodze do samodzielności naukowej.

2) Zapisy w art. 10.1. Studenci, doktoranci, nauczyciele akademiccy i inni pracownicy uczelni stanowią wspólnotę uczelni. 2. Członkowi wspólnoty uczelni przysługuje czynne prawo wyborcze w uczelni są niepełne i nie podkreślają podmiotowości społeczności akademickiej, a w przypadku nauczycieli akademickich realnego wpływu na funkcjonowanie uczelni tych wybranych przedstawicieli, dla których dana uczelnia jest podstawowym miejscem pracy. W obecnym projekcie wszystkim pracownikom przysługują czynne i bierne prawa wyborcze (a więc również drugoetatowcom, pracującym emerytom, pracownikom zatrudnionym na zlecenie itp.).

3) znaczący wzrost kompetencji rektora uczelni w proponowanych zapisach projektu ustawy staje się głównym źródłem władzy i prawa w uczelni. Wprawdzie będzie on w jakiś sposób ograniczany przez Radę Uczelni, ale jej zadania są opisane bardzo ogólnikowo i nieprecyzyjnie. Ponadto wprowadzenie nowego organu, jakim jest Rada Uczelni, mającego wpływ na niektóre decyzje podejmowane w uczelni rodzi w środowisku obawy związane z możliwością jej upolitycznienia. Taka konstrukcja sposobu zarządzania uczelnią oznacza faktycznie utratę demokratycznego wpływu społeczności akademickiej na funkcjonowanie uczelni.

Naszym zdaniem silna pozycja rektora powinna być skontrapunktowana koniecznością uzgadniania pewnych istotnych dla społeczności uczelni spraw z przedstawicielami pracowników, którzy będą w pierwszej kolejności ponosili konsekwencje niewłaściwych wyborów i decyzji rektora.

4) uważamy, że zaproponowana w projekcie ustawy minimalna większość 3/4 głosów do odwołania rektora, oznacza praktycznie nieodwoływalność rektora w procedurach wewnątrz uczelni i w rażących przypadkach wymaga interwencji Ministra. Dlatego wnioskujemy obniżenie tego progu do poziomu 3/5.

5) Art. 35.2. Statut uczelni publicznej uchwala senat bezwzględną większością głosów po zasięgnięciu opinii rady uczelni wyrażonej większością statutowej liczby głosów oraz po zasięgnięciu opinii związków zawodowych działających w uczelni. Związki zawodowe przedstawiają opinię w terminie 30 dni. (...) Rada SzWiN ZNP uważa, że jego uchwalenie powinno wymagać wyższego poparcia niż większość bezwzględna członków senatu. Dlatego postulujemy przyjęcie zapisu, aby w uczelni publicznej było to co najmniej 3/5 statutowego składu 4 senatu. Podobny próg powinien dotyczyć wprowadzania zmian do statutu.

6) Art. 134.2. Roczny wymiar zajęć dydaktycznych wynosi: 1) do 540 godzin dydaktycznych – dla pracownika dydaktycznego zatrudnionego na stanowisku asystenta lub stanowisku równorzędnym określonym w statucie uczelni, Uwagi: Określony roczny wymiar zajęć dydaktycznych dla pracownika zatrudnionego na stanowisku asystenta lub równorzędnym na poziomie 540 godzin dydaktycznych jest stanowczo zbyt duży. Pracownicy ci poza prowadzeniem zajęć dydaktycznych powinni także rozwijać się naukowo, a tak wysoki wymiar zajęć dydaktycznych może to znacznie utrudnić. Dlatego postulujemy obniżenie tego wymiaru do 360 godzin.

7) Art. 138.1. Nauczycielowi akademickiemu zatrudnionemu w pełnym wymiarze czasu pracy, po co najmniej 15 latach zatrudnienia w uczelni, przysługuje prawo do płatnego urlopu dla poratowania zdrowia. Rada wnioskuje o skrócenie tego okresu do 7-10 lat.

8) Art. 145. Wysokość minimalnego miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego w uczelni publicznej dla: 1) profesora – wynosi 300%, 5 2) profesora uczelni – wynosi 250%, 3) adiunkta – wynosi 195%, 4) asystenta – wynosi 125%, 5) pracownika niebędącego nauczycielem akademickim – wynosi 100% – minimalnego wynagrodzenia. Uwagi: Rada SzWiN ZNP jest zawiedziona zbyt pasywnym, naszym zdaniem, zapisem w projekcie ustawy dotyczącym ustalania wynagrodzeń zasadniczych w poszczególnych grupach pracowniczych w relacji do minimalnego miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego. Uważamy, że punktem odniesienia dla poziomu płac w szkolnictwie wyższym powinien być poziom przeciętnych wynagrodzeń w kraju, a nie ustalany arbitralnie decyzją rządu poziom wynagrodzeń minimalnych.

9) Uważamy, że bez systemowego rozwiązania problemu niskich wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym wprowadzona ustawa nie przyniesie zakładanych przez Ministerstwo, a także oczekiwanych przez środowisko efektów. Odnosząc się do obecnych zapisów Rada wskazuje, że doktorant po dwóch latach studiów i pozytywnej ocenie śródokresowej może otrzymywać stypendium na poziomie co najmniej 170% minimalnego wynagrodzenia, co oznacza, że po ukończeniu studiów doktoranckich, otrzymaniu stopnia naukowego doktora i zatrudnieniu na etacie asystenta jego dochody znacznie zmaleją. (...)

Postulujemy zapisanie w ustawie perspektywy dojścia w jakiejś sensownej przyszłości do proponowanych przez Unię Europejską nakładów na naukę na poziomie 3% PKB i ustalenia nakładów na szkolnictwo wyższe na poziomie 2% PKB.

10) Rada uważa za niewłaściwe utajnienie danych osobowych recenzentów. Argument, że poprawi to jakość i niezależność recenzji jest co najmniej dyskusyjny – analiza dotychczasowych działań recenzentów wskazuje, że przy utajnieniu danych osobowych recenzje są diametralnie odmienne. Uważamy, że jawność postępowania oceniającego na wszystkich szczeblach tego postępowania powinna być nienaruszalną zasadą.

11) (...) zawieszenie w pełnieniu obowiązków nauczyciela akademickiego, przeciwko któremu wszczęto postępowanie karne lub dyscyplinarne narusza zasadę domniemania niewinności i zapis ten powinien być usunięty.


Ciekawe, co z tymi wszystkimi stanowiskami, postulatami, oczekiwaniami, opiniami i wnioskami czynią urzędnicy MNiSW?



środa, 15 listopada 2017

Dziecięce lata w Przedszkolu Uniwersytetu Łódzkiego


Polecam książeczkę dr Joanny Sosnowskiej pt. "Dziecięce lata. Przedszkole Uniwersytetu Łódzkiego 2012-2017". Jej autorka pięć lat temu powołała do życia przedszkole bazujące na pedagogice Marii Montessori. Nie jest to rozprawa naukowa, a mimo to naszej koleżance z Katedry Pedagogiki Wieku Dziecięcego "opłacało się" bez obłędnej punktozy napisać o placówce, która powstała przy uczelni publicznej dla dzieci studentów, pracowników, ale także mieszkańców miasta poszukujących przyjaznej ich pociechom placówki opiekuńczo-wychowawczej i edukacyjnej.

Odnotowuję to wydarzenie oświatowo-publicystyczne, gdyż kreatywni nauczyciele, którzy poświęcają swoje zaangażowanie, serce i pomysły wychowankom w stworzonym przez siebie i we współpracy z innymi alternatywnym środowisku edukacyjnym powinni dać temu wyraz właśnie w tego typu publikacjach. Tym bardziej warto to czynić, jeśli ich praca pedagogiczna łączy się z bardzo dobrym warsztatem metodycznym oraz refleksyjno-teoretycznym.

Wielu nauczycieli akademickich zachęca swoich studentów do prowadzenia badań i napisania monografii instytucji pedagogicznej w ramach pracy licencjackiej czy magisterskiej. Zdarza się, że niektórzy podejmują się pogłębionych i dobrze osadzonych w metodologii badań społecznych analiz instytucjonalnych placówek opiekuńczych, wychowawczych, przedszkolnych czy pozaszkolnych. Egzemplifikacja ciekawych rozwiązań oraz towarzyszących im sukcesom czy przeżywanym od czasu do czasu trudnym chwilom lub problemom, promieniuje na innych pedagogów.

Czytelnicy tego typu książek mogą przekonać się, że być może to, co sami czynią, jest równie znakomite czy inne, a dotychczas nieobecne w świadomości społecznej w takiej właśnie formie. Oryginalność rozwiązań w przestrzeni edukacyjnej staje się dzięki temu także inspiracją dla kolejnych podmiotów - uczelni, szkół zawodowych, osób prywatnych czy organizacji pozarządowych. Jeśli ktoś myślał o tym, by powołać do życia montessoriańskiej przedszkole, to z książki Joanny Sosnowskiej dowie się, nie tylko o ponadczasowych wartościach pedagogicznych takiej placówki, ale także pozna konkretne rozwiązania organizacyjne, techniczne, metodyczne i programowe (w tym ciekawe oferty działań z dziećmi).

"Dziecięce lata..." są także bardzo dobrym materiałem pomocniczym do kształcenia i doskonalenia zawodowego nauczycieli przedszkoli. Znajdą w tej książce wykaz literatury na temat pedagogiki Marii Montessori i jej aplikacji w polskiej rzeczywistości oświatowej. Pomocne okażą się zamieszczone w Aneksie - Montessoriańskie Karty Obserwacji Dziecka w Wieku od 3 do 4 lat oraz od 5 do 7 lat. Kolorowe fotografie z wnętrz wspomnianej placówki doskonale ilustrują zajęcia, wykorzystywane środki dydaktyczne i fascynację dzieci z doświadczania zdarzeń, procesów czy dydaktycznych sytuacji.

Studenci odbywający praktyki zawodowe w tej - swoistego rodzaju - klinice pedagogicznej znajdą wiele inspiracji i dowodów na to, że studiowanie pedagogiki wieku dziecięcego może być także dla nich wielką przygodą i sprawiać im dużą satysfakcję. Dodam na zakończenie, że Uniwersytet łódzki otrzymał w 2014 r. tytuł i certyfikat "Uczelni Przyjaznej Rodzicom" w Konkursie Dobrych Praktyk, który został ogłoszony przez Stowarzyszenie Doradców Europejskich PLinEU.

wtorek, 14 listopada 2017

Eksperymenty szkolne - w służbie centralizmu


To już kolejna po kilkunastu latach reforma ustroju szkolnego, która przechodzi przez jego struktury jak walec, równając wszystkich z „ziemią” obietnic (byle-) jakości, wysokich standardów i wskaźników oczekiwanych zmian. Dyrektorzy szkół być może nawet się cieszą, że nie muszą już niczego zmieniać, reformować, bo uczyniło to za nich MEN. Polska oświata cofa się jeszcze bardziej do okresu typowego dla państw autorytarnych.

Polecam porównanie Ustawy o systemie oświaty z 1991 r. z Ustawą, która weszła w życie z dn. 1.09.2017 r. (Dz. U. z 2017 r. poz. 949). Rządzący wpisali wiele dotychczasowych aktów wykonawczych, które mógł zmieniać każdy następny minister edukacji do ustawy, bo w ten sposób trudniej będzie następcom dokonać szybciej zmian ustrojowych w polskim szkolnictwie. Mści się zdrada polski elit solidarnościowych, które nie doprowadziły w latach 90. XX w. do decentralizacji i demokratyzacji systemu szkolnego.

Teraz powracamy do rozwiązań z czasów, przeciwko którym występowało polskie społeczeństwo, w tym także jego elity oświatowe, pedagogiczne i akademickie. Rzeczywiście, mamy Białoruś oświatową, koreanizm północny czy chińską drogę pseudodemokracji. Oto właśnie chodziło politykom rządzącej prawicy, by powróciła do edukacji z jeszcze większą siłą i natężeniem strategia "reform" centralistycznych, odgórnych, "top-down", które wprawdzie pozwalają na technologiczną modernizację kształcenia, ale w żadnej mierze nie generują koniecznych, innowacyjnych rozwiązań pedagogicznych.

Mogą cieszyć się politycy PIS i Nowej Prawicy (Republikanie), że wraz z obowiązkowym wdrażaniem pseudo-reformy każdy nauczyciel, dyrektor czy KTOŚ może być "wdrażaczem/wdrażarką" (to określenie z prawicowej prasy adresowane w 1999 r. do ówczesnych pseudo-reformatorów z AWS) realizacji jej założeń. Te przecież same w sobie są "twórcze", "postępowe", toteż każdy musi podporządkować się kolejnym etapom ich wdrażania.

Po raz kolejny obowiązuje zasada - „Kto nie z nami, ten przeciw nam”. Kto nie z reformą, ten przeciw niej, a więc przeciwko tym wszystkim szczytnym założeniom, jakie wniosła na swoich ustawowych „sztandarach” obecna władza. Ta pseudo-reforma to koniec z eksperymentami pedagogicznymi, z eksperymentami szkolnymi, edukacyjnymi! Zamiast rozporządzenia o innowacjach i eksperymentach, mamy w Ustawie Art. 45. , który je zamraża do postaci kompromitujących władzę końca drugiej dekady XXI wieku. Oto zapis ustawowy:

Szkoła lub placówka może realizować eksperyment pedagogiczny, który polega na modyfikacji istniejących lub wdrożeniu nowych działań w procesie kształcenia, przy zastosowaniu nowatorskich rozwiązań programowych, organizacyjnych, metodycznych lub wychowawczych, w ramach których są modyfikowane warunki, organizacja zajęć edukacyjnych lub zakres treści nauczania, określone w art. 14 ust. 1 pkt 3–5.]

2. Celem eksperymentu pedagogicznego realizowanego w szkole lub placówce jest rozwijanie kompetencji i wiedzy uczniów oraz nauczycieli.

3. Eksperyment pedagogiczny jest przeprowadzany pod opieką jednostki naukowej.

4. Eksperyment pedagogiczny realizowany w szkole lub placówce nie może prowadzić do zmiany typu szkoły lub rodzaju placówki.

5. Eksperyment pedagogiczny nie może naruszać uprawnień ucznia do bezpłatnej nauki, wychowania i opieki w zakresie ustalonym w niniejszej ustawie oraz ustawie o systemie oświaty, a także w zakresie uzyskania wiadomości i umiejętności niezbędnych do ukończenia danego typu szkoły oraz warunków i sposobu przeprowadzania egzaminów, określonych w odrębnych przepisach.


Jeszcze długo nasz kraj nie stanie się "zieloną wyspą innowacyjności", skoro eksperymentować można tylko i wyłącznie w powyższym zakresie. Nie będzie u nas ani drugiej Japonii, ani trzeciej Korei, ani Finlandii czy Szwajcarii, bo władze muszą mieć szkolnictwo pod swoim "butem". Przed Polską zatem jeszcze dłuuuuga droga do demokracji, społeczeństwa obywatelskiego i eksperymentowania zorientowanego nie na aplikacje, ale twórcze, nowatorskie zmiany ustrojowe w szkolnictwie. Przed nami kolejne, zmarnowane lata na quasi-eksperymenty, pseudo-innowacje, bo podporządkowane temu, czego chce władza. Eksperymenty muszą mieć u swoich podstaw wolność, bez której nie ma żadnej twórczości.

Minister Anna Zalewska wpisuje się jako kolejna szefowa resortu niszczącego fundamenty koniecznych procesów zmian w edukacji i z udziałem edukacji, skoro eksperymentowanie polega na submisyjnej modyfikacji w edukacji tego, czego zmieniać w istocie nie wolno.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Czyżby minister miał zamiar wykupić niektórym czasopismom z wykazu B MNiSW miejsca na liście A (JCR) ?


W czasie spotkania Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie z ministrem Jarosławem Gowinem dowiedzieliśmy się, że resort ma z każdym tygodniem inny punkt widzenia w kwestii listy B wykazu czasopism punktowanych MNiSW. Tym razem ktoś wpadł na "świetny" pomysł, że odpowiednia komisja (KEJN?) dokona wyboru z wykazu czasopism B kilku, na które resort przeznaczy odpowiednie środki, by "wykupić" dla nich miejsce na liście A wykazu czasopism punktowanych.

Tym samym będzie mógł ze spokojnym sumieniem zlikwidować wykaz czasopism krajowych - B jako zbytecznych. Zygmunt Bauman już w jednej ze swoich książek pisał o tym, jak to liberałowie wyrzucają na śmieci narodowe kultury i naukę, a kapitalizm z ludzi czyni odpad społeczny na przemiał. Resort idzie po śladach, które źle wpiszą się w historię polskiej nauki i kultury.

Komitet Nauk Pedagogicznych wnioskował w 2015 r. do władz Polskiej Akademii Nauk oraz do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego o to, by po przeprowadzonej po raz pierwszy i ostatni (jak się okazało) społecznej analizie jakościowej wszystkich periodyków zarejestrowanych w części listy B wykazu czasopism punktowanych MNiSW dokonać istotnej redukcji, usunięć tych, które nie powinny być na niej ujęte lub co najmniej znacząco obniżyć części periodykom punkty parametryczne. Widzieliśmy w toku analizy periodyków, że biurokratyczna ich rejestracja przez KEJN - na podstawie jedynie danych z wypełnionych przez redakcje ankiet - ośmieszała ten organ i władze. Jak można było dopuścić do takiej kompromitacji urzędu!

Papier znosi wszystko, więc i niektóre wyższe szkoły prywatne czy "kanciapowi wydawcy" (drukujący do niedawna ulotki na kampanie wyborcze) wciskali w resortowych ankietach kit, którego nie chciało się biurokratom i parametrystom sprawdzić, bo musieliby poświęcić temu nieco czasu. Profesorowie z PAN jako członkowie specjalnego Zespołu do oceny czasopism punktowanych - jednak ten czas poświęcili.

Po zapoznaniu się z opublikowanymi na stronach wielu wydawców artykułami powinno się wydać decyzję o konieczności natychmiastowego usunięcia ich z tego wykazu. Gdzież tam, mowy nie było! Łatwiej zatem będzie ministrowi J. Gowinowi usunąć całą listę, by powiedzieć - Sorry Winnetou!

Do Komitetu Nauk Pedagogicznych wpłynął list z uwagami w związku z naszym stanowiskiem wobec zamachu ministra Jarosława Gowina na listę czasopism punktowanych kategorii B, czyli tzw. wykazu czasopism ogólnokrajowych. Przytoczę, chociaż mam świadomość, że żadne merytoryczne argumenty nie obchodzą tych, którzy widzą w tej pseudoreformie świetny biznes. Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że o pieniądze.

Autor listu pisze:

Chcę przedłożyć kilka kwestii ogólnych, które mogły by się znaleźć we wstępie Listu - Stanowiska KNP PAN w powyższej sprawie. Po 1989 roku pojawiły się w naukach społecznych cenne inicjatywy wydawnicze, ale nie potrafiliśmy dorównać, co jest zrozumiałe, standardom zachodnim pilnie pielęgnowanym po wojnie od 1945 roku. Niewiele, bo tylko kilka czasopism zostało odnotowanych w tzw. Liście filadelfijskiej.

To samo dotyczy odnotowania naszych dokonań w cotygodniowej informacji filadelfijskiego Instytutu Informacji (ISI) "Current Contents". Dał się zauważyć jednak nowy typ autorytetu reprezentanta nauk społecznych. Publiczna przydatność nasze branży (nota bene, poza naszą odrębnością, podkreślałbym symbiozę i bliski związek pedagogiki z innymi dyscyplinami: politologią, psychologią, socjologią, w czym też tkwi nasza siła).

Niezależnie od ocenianym przez polityków "niedosytem" staliśmy się ekspertami w kwestiach socjalizacyjno-wychowawczych. Niestety kolejni szefowie obu naszych resortów omijali kolejne spotkania organizowane chociażby przez nasz Komitet (zob. opracowania Marii Dudzikowej, Marii Czerepaniak-Walczak, Bogusława Śliwerskiego, Tadeusza Lewowickiego, Henryki Kwiatkowskiej, Agata Rzymełka-Frąckiewicz i innych).

Nasza pedagogika w dalszym ciągu wykazuje żywe związki z odnowioną filozofią wychowania, antropologią kulturową psychologią społeczną czy socjologią transformacji. O działalności "naprawczej" świadczą również odmowy nadania stopni naukowych w ramach komisji habilitacyjnych. Ponadto wiele naszych prac czy też badań empirycznych inspirowanych jest stricte teoretycznie, co odzwierciedla przecież pluralizm teoretyczny a zarazem metodologiczny w badaniach.

Wzrastała nasza obecność międzynarodowa, nazwisk licznych visitig professor nie wymian, a może byłoby warto! Ważna jest obecność naszych przedstawicieli w międzynarodowych komitetach czy czasopismach o zasięgu światowym. Stwierdzamy przy tym, iż bardzo zmieniło się współczesne społeczeństwo postmonocentryczne (stając się po części tworem postindustrialnym), a my tworząc metodologię bliższą naukom technicznym musimy znaleźć klauzulę inną, wiarygodną i nową, tym bardziej trafną i rzetelną do analiz tych procesów! Tak się dzieje na całym świecie, pod tym względem nie jesteśmy odmienni.

Humaniści są powszechnie w okresie zmiany społecznej krytykowani. Kolejne czynniki polityczne, począwszy od lat dziewięćdziesiątych zaniedbały, a byłaby to konieczność dziejowa reformowanie działalności uczelni w zakresie wprowadzanych innowacji. Reformy wprowadzane mogłyby mieć sprawcze czynniki zewnętrze jak i inicjowanie oddolnych. Niestety próba wdrażania obecnej "reformy" przez premiera Jarosława Gowina "wywraca" cały obowiązujący od lat ład akademicki, nie licząc się z konsekwencjami publicznymi.

Zewnętrze "transakcje" postulowane obecnie winny być zastąpione oddolną innowacyjnością. Pod tym względem niewiele się zmieniło. W 1990 lub 1991 roku przegrała moja ongiś katedra ubiegająca się o grant z zespołem historyków. My złożyliśmy obszerny około 200 stron wniosek wówczas "nowatorski" dotyczący przemocy w szkołach GOP-u, historycy zaś (parafrazując) temat: Zniewolenie młodzieży polskiej w dobie socjalizmu. To jeden z wielu przykładów.

Badania profesora Edmunda Wnuk-Lipińskiego z połowy lat dziewięćdziesiątych prowadzone wśród młodszych pracowników naukowych w polskich uczelniach wyższych dowodzą o licznych postulatów dotyczących cech "rzeczywistości wydziałowej". Pozostały one po dzień dzisiejszy bez rządowej odpowiedzi. Opierały się na trzech strategiach:
1.doskonalenia działalności 2.urynkowienia świadczonych usług 3. Współpracy z otoczeniem. Poza znakomitą książką nic z tego nie zostało. Tylko, aby nie przedłużyć wypowiedzi poddaję niektóre myśli pod uwagę, może niektóre z nich znajdą się na wstępie protestu, którego się nie obawiam w przeciwieństwie do niektórych reprezentantów establishmentu akademickiego dobrze nam znanych z jesiennego ostatniego spotkania.

I jeszcze jedno spostrzeżenie, przed paroma laty na łamach "Studiów Socjologicznych" p. profesor Piotr Gliński, w swojej odezwie jako kończący kadencję przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Socjologicznego sformułował jakże wiele trafnych inicjatyw do ówczesnego rządu w sprawie pomocy i modyfikacji oddolnej systemu szkolnictwa wyższego. Może warto o tym przypomnieć i ponownie opublikować.


niedziela, 12 listopada 2017

Nie wiedziały gały , co studiowały


Sięgam w tytule po znane porzekadło - "Wiedziały gały, co brały". Tymczasem okazuje się, że nie zawsze tak jest.

Jakiś czas temu pisałem o tym, by studiujący w wyższych szkołach prywatnych a nawet uczelniach państwowych zaczęli wreszcie interesować się tym, za co płacą, za jakie studia! Jestem zasypywany listami z prośbą, by potwierdzić lub zaprzeczyć, że ukończone przez nadawców studia pedagogiczne dają im kwalifikacje pedagogiczne.

Jeszcze nie zdarzyło się, żebym komukolwiek mógł napisać, że "dają", bo nie dają. Chociaż bywają przypadki szczególne.

Oto listy:

"A ja mam takie pytanie. Mam licencjat z resocjalizacji, studia magisterskie z ped. opiekuńczo-wychowawczej oraz podyplomowe z edukacji wczesnoszkolnej i przedszkolnej. Przez trzy lata pracowałam jako wychowawca świetlicy. Od września jestem nauczycielem przedszkola. Czy mam przygotowanie pedagogiczne? W suplemencie jest zapis "Uzyskuje również uprawnienia nauczycieli w szkołach i zakładach kształcenia, które prowadzą nauczanie w zakresie resocjalizacji i profilaktyki społecznej. Absolwenci zdobywają teoretyczne przygotowanie ogólnopedagogiczne oraz nabywają zawodowo-praktycznych umiejętności w dziedzinie resocjalizacji jednostek społecznie niedostosowanych...". Wydaje mi się, że jednak to przygotowanie jest."

Wydaje się - to dobre określenie. Jak wydało się kasę na studia bez świadomości rzeczywistych skutków prawnych uzyskanego dyplomu, to pozostaje tylko - "wydaje się". Trzeba wydać na kolejne studia, tym razem kwalifikacyjne dające uprawnienia pedagogiczne.

I jeszcze jeden list:

"Proszę bardzo o pomoc. Chce udać się na studia podyplomowe. Wymagane jest zaświadczenie o przygotowaniu pedagogicznym. Skończyłam studia 5 letnie magisterskie o specjalności edukacja specjalna. W suplemencie mam liczbę godzin z pedagogiki, psychologii i dydaktyki w odpowiedniej liczbie, powyżej 300 h. Martwi mnie, że praktyk mam godzin tylko 120.... W ramach studiów uczęszczałam na wolontariaty, ale nie mam tego wyszczególnione. Zrobiłam tez kurs kwalifikacyjny z oligo (gdzie mam wpisane 305 h teorii i praktyki, ale bez szczegółowego opisu... ). Uczelnia moja nie wydała mi zaświadczenia i nie wiem czy posiadam kwalifikacje.. :( jestem załamana..

Też bym się załamał, ale z powodu braku wiedzy na temat obowiązujących w szkolnictwie regulacji prawnych.

Inna z nauczycielek pisze:

Rozmawiałam w tej kwestii z pracownicą Kuratorium, która wyjaśniła mi, że w zależności od specjalności student oprócz 270 godzin z dydaktyki, pedagogiki i psychologii musi odbyć 150 godzin w placówkach zgodnych ze specjalnością tzn. wczesnoszkolna w szkole podstawowej, przedszkolna w przedszkolu, resocjalizacyjna w szkołach przy zakładach poprawczych, schroniskach dla nieletnich, opiekuńczo-wychowawcza w świetlicach, u pedagoga szkolnego.

Kiedy jednak przeczytałam wypowiedź Pana Profesora to nie mam pewności czy jest to prawidłowa interpretacja przepisów. Nazwa - "przygotowanie pedagogiczne" dotyczy przecież różnych środowisk pedagogicznych, odmiennych a potencjalnych miejsc pracy. Studia podyplomowe czy II stopnia muszą gwarantować zatem realizację zgodnej z rozporządzeniem odpowiedniego resortu liczbę godzin zajęć z psychologii, pedagogiki i dydaktyk szczegółowych oraz odrębnie 150 godzin praktyki w szkole, żeby można było uznać nabycie nauczycielskich kwalifikacji.

Czy to oznacza, że jednak wszyscy studenci bez względu na specjalność powinni te 150 godzin praktyk odbyć po prostu w szkole?"



Domyślam się, że może być trudno niektórym osobom zrozumieć specyfikę całej sytuacji. Studiowali na pedagogice a nie mają uprawnień pedagogicznych. Jakiś absurd, prawda? Dowiadują się, że ukończenie studiów licencjackich (I stopnia) na kierunku pedagogicznym, ale nienauczycielskim, nie daje im żadnych kwalifikacji pedagogicznych, dzięki którym mogliby zostać zatrudnieni w szkolnictwie czy w przedszkolach. Takie kwalifikacje daje im jedynie ukończenie studiów z zakresu pedagogiki elementarnej, przedszkolnej, nauczania początkowego, wczesnoszkolnej, kształcenia zintegrowanego itp.

To, że ktoś miał 300 godzin psychologii, pedagogiki i dydaktyki na jednej z ponad stu specjalności, którymi omamiają i ogłupiają naiwnych kandydatów władze wyższych szkół prywatnych, nie daje żadnych kwalifikacji pedagogicznych. Nawet, gdyby ktoś miał 1000 godzin zajęć z tych przedmiotów. Praktyka pedagogiczna na specjalności np. kosmetologia z edukacją zdrowotną, pedagogika resocjalizacyjna z animacją kultury, andragogika z gerontologią, itd., itd. nie daje przygotowania pedagogicznego do pracy w szkole.

sobota, 11 listopada 2017

Poznańskie entuzjastki pedagogiki i edukacji


Genialny miały pomysł osoby, które postanowiły wydać na Wydziale Studiów Edukacyjnych Uniwersytetu Adama Mickiewicza kalendarz ścienny na nowy rok akademicki, który został poświęcony znaczącym w pedagogice światowej kobietom, których myśl, idee, praktyczne zaangażowanie zmieniały edukacyjną codzienność bez uświadamiania sobie tego przez kolejne pokolenia kandydatów do tego zawodu.

Każdy miesiąc został opatrzony najważniejszymi informacjami z życia, działalności i twórczości wybitnych postaci, o których mówi i pisze się znacznie mniej, mimo że miały równie, a może i nawet bardziej, znaczący wkład w pedagogię od mężczyzn, których biografią i osiągnięciami wypełniona jest historia oświaty i wychowania.

Pamiętam jak w okresie moich studiów pedagogicznych ówczesny docent dydaktyki tak zaczynał swój pierwszy wykład: Szanowni studenci, w dziejach pedagogiki było trzech najważniejszych uczonych: "Jan Amos Komeński, Jan Henryk Pestalozzi i Jan ......" (tu padało jego nazwisko, bo rzeczywiście też miał Jan na imię)." Niektórzy mieli zawyżoną, a więc nieadekwatną samoocenę, ale ten psychologiczny fenomen jest niezależny od ustroju, instytucji i osobowości.


Na Wydziale Studiów Edukacyjnych znaleziono świetny sposób na przybliżenie czy utrwalenie w akademickiej przestrzeni - postaci, które wciąż są jeszcze w tle, mniej obecne w świadomości pedagogów. Dzięki ich uwiecznieniu w zupełnie nowej postaci, formie, aranżacji, scenografii i kostiumach z ich epoki docieramy do tego, co stało się najważniejszym ich przesłaniem dla współczesnych.

Kto wie, może obok upowszechniania wyników badań historycznych i biograficznych w tradycyjnej postaci, jaką są publikacje drukowane i elektroniczne, pojawi się nowy ich gatunek - diarystyka pedagogiczna. Wydrukowanie pięknie pomyślanego kalendarza z współczesnymi nauczycielkami akademickimi, które ucharakteryzowały się na podobieństwo wybranej pedagożki, stanowi zupełnie nowe źródło mimowolnego kształcenia, ale i recepcji ich twórczości, przesłania dla potomnych, pedagogicznego credo itp.

Oto pani Dziekan Wydziału - prof. dr hab. Agnieszka Cybal-Michalska ucharakteryzowała się na Stefanię Anielę Sempołowską (1869-1944) - "rewolucjonistkę z temperamentu, a tradycjonalistkę z upodobania", działaczkę oświaty ludowej, kobiecego Uniwersytetu Latającego, założycielka tajnej szkoły dla dziewcząt, krzewicielka oświaty na wsi i wśród nauczycielek szkół rolniczych, wydawczyni dwutygodnika dla dzieci młodzieży.



Adiunkt, pani dr Iwona Chmura-Rutkowska przedstawia Olgę Drahonowską-Małkowską, żonę twórcy polskiego skautingu, ale przecież także jedną z prekursorek ruchu harcerstwa żeńskiego na ziemiach Polski jeszcze będącej pod zaborami. Znakomita instruktorka harcerska, nauczycielka i wychowawczyni, założycielka szkół i domów dziecka, afirmatorka pedagogiki reform, a zarazem tłumaczka i aktywna harcmistrzyni w Komitecie Światowym Skautek stała się dla naszej koleżanki uniwersyteckiej ucieleśnieniem mądrości, siły charakteru, odwagi, wrażliwości, prospołecznego zaangażowania i głębokiej wiary.



Powyżej - Dominika Lica (zapewne studentka pedagogiki) przedstawia "Stefę", czyli Stefanię Wilczyńską (1886-1942), która ma ogromne zasługi dla pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej, bo kto wie, czy Stary Doktor miałby czas i warunki ku temu, by tak wiele pisać i tworzyć dla dzieci, gdyby nie Jej poświęcenie dzieciom z Domu Sierot w Warszawie. To ONA współtworzyła wraz z Januszem Korczakiem wyjątkową placówkę, jej niepowtarzalną kulturę pedagogiczną.


Jest też Szwedka Ellen Key (1849-1926), w której postać wcieliła się zapewne także studentka z Koła Naukowego "Edukacja Równościowa - Emancypacja" działającego na WSE UAM w Poznaniu - pani Kinga Szczepańska. To książka tej lekarki pt. "Stulecie dziecka" stała się przełomem dla rozwoju pedagogiki pajdocentrycznej, upominającej się o koedukację w szkolnictwie i zindywidualizowane podejście do dziecka w toku edukacji szkolnej czy wychowania.

Są w tym kalendarzu odwołania do biografii:

- Józefy Franciszki Joteyko (1866-1928) - współtwórczyni polskiej pedagogiki specjalnej, pedologii, a tu przedstawionej przez dr Majkę Porzucek-Miśkiewicz;

- Anne Sullivan (1866- 1936) - amerykańską nauczycielkę poświęcającą się opiece nad niewidomą i głuchoniemą Hellen Keller, a w kalendarzu przedstawioną przez dr Dobrochnę Hildebrandt-Wypych;

- Sofję Rusową (1856-1940) - ukraińską działaczkę ruchu feministycznego, pedagożkę, opozycyjną nauczycielkę, prozaiczkę - zobrazowała studentka Sofja Rewkowicz;

- Marię Montessori (1870-1952) najlepiej znaną w Polsce pedagożki ruchu Nowego Wychowania, której przedszkola i szkoły stanowią wyjątkowy typ nowoczesnej, konstruktywistycznej edukacji małych dzieci także w dzisiejszej Polsce - przedstawiła dr Sylwia Jaskulska:

- Helenę Radlińską (1979-1954) współtwórczynię pedagogiki społecznej, działaczkę oświatową, wybitną pedagożki na tle "niewidzialnego środowiska" prezentuje dr hab. prof. UAM Kinga Kuszak;

- Marię Grzegorzewską (1888-1967) wybitną twórczynię polskiej pedagogiki specjalnej, której imię nosi dzisiaj jedyna w naszym regionie Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie - oddała na fotografii dr Grazyna Barabasz;

- Mary Wollstonecraft (1759-1797) angielską pisarkę, prekursorkę feminizmu z jej apelem o przewrót w kobiecych obyczajach i wychowaniu - przedstawiła na zdjęciu studentka Magdalena Antolczyk;

- Marię Łopatkową (1927-2016) pedagożki, działaczkę społeczną walczącą o prawa dzieci, ich ochronę przed przemocą, pisarkę i twórczynię "pedagogiki serca" oddała na fotografii prof. dr hab. Agnieszka Gromkowska-Melosik;

- Safonę - najsławniejszą poetkę starożytnej Grecji, która żyła na przełomie VII i VI wieku p.n.e. prześlicznie wyraziła na fotografii dr hab. Edyta Głowacka-Sobiech, prof. UAM;

- Narcyzę Żmichowską (1819-1876) , emancypantkę prowadzącą nielegalnie wiejską szkołę dla dziewcząt, założycielkę pensji dla dziewcząt na ul. Miodowej w Warszawie przedstawiła na fotografii dr Agnieszka Kozłowska-Rajewicz;

- Kusumoto Ine (1827-1903) japońską, pierwszą kobietę-lekarkę podziwia własnym wizerunkiem studentka Agnieszka Galica i

- Cathinkę Augustę Guldberg (1840-1919) działaczkę luterańskiej wspólnoty religijnej , pierwszą profesjonalną pielęgniarkę w Norwegii założycielkę szkoły pielęgniarskiej dla dziewcząt i kobiet przedstawia pani Karolina Domagalska-Nowak z dziekanatu WSE UAM.


Znakomity pomysł, piękna, artystyczna prezentacja znaczących postaci od przełomu XIX i XX w. do XX i XXI w. został zaprojektowany przez Jakuba Kazimierczaka, zaś zdjęcia wykonali Michał Lewandowski, Marta Bożemska, Marcin Nowak, Szymon Piotr Rewers, Barbara Kołecka-Herman, Paweł Chmiel i Studio A.M. Cieślawscy. Muszę przyznać, że gdyby nie podpisy pod każdą z fotografii, to nie pomyślałbym o tym, że niemalże każdą z nich wykonał inny autor. Wspaniale został zilustrowany na zdjęciach klimat z okresu życia prezentowanej postaci.

Mamy zatem nie tylko wizualną socjologię, ale i historię wychowania.