piątek, 31 marca 2017

ZNP razem z RAZEM czy może RAZEM razem z ZNP?


Związek Nauczycielstwa Polskiego chyba pogubił się w swoich działaniach związkowych. Odsłona partyjnej współpracy z socjalistyczną partią RAZEM budzi skojarzenia, które z troską o edukację polskich dzieci niewiele ma wspólnego. Z analizy mediów społecznościowych wynika, że społeczeństwo nie wie, o co jest tak naprawdę dzisiejszy strajk nauczycielski? O wyższe płace dla nauczycieli? O wycofanie reformy ustrojowej szkolnictwa?

Czytam, słucham, oglądam wypowiedzi różnych nauczycieli, reprezentujących odmienne często powiązania społeczno-zawodowe w środowisku oświatowym, a nawet światopoglądowe, ale żadna z dotychczas upublicznianych opinii nie wyrażała ich identyfikacji i zaangażowania na rzecz kanapowej, pozaparlamentarnej partii socjalistycznej RAZEM. Oto Tweety:

ZNP jest przeciwko reformie szkolnej, ale.. wnioskuje o to, by nie była wprowadzana tak szybko. Prezes ZNP stwierdza: "Od kilku lat polska szkoła jest nieustannie reformowana i marzeniem każdego z nas jest rok spokojnej pracy". Czy zatem chce odroczyć tę reformę o jeden rok? Nie rozumiem - albo jest przeciwko, albo jest ZA? Nie można być przeciwko będąc częściowo ZA.

BYŁEM PRZECIWKO TAK ZAPROPONOWANEJ ZMIANIE USTROJU SZKOLNEGO na kilka tygodni przed rozstrzygnięciem kampanii wyborczej jesienią 2015 r., o czym już wielokrotnie pisałem - nie tylko w blogu, ale i w prasie katolickiej. Zdania nie zmieniłem podobnie jak minister edukacji. Tyle tylko, że ona nie miała własnego zdania, gdyż została zobowiązana przez władze partii do wdrożenia zmiany, która w czasie kampanii wyborczej znakomicie wpisywała się w resentyment PRL-owskich "elit".

Nie mam - jak władze ZNP - problemu z tym, by być ZA a nawet PRZECIW. Jestem PRZECIW populistycznym zmianom i manipulacjom szkolnictwem dla partyjnych interesów, ale to jest moje osobiste podejście do pseudoreformy Anny Zalewskiej, które wynika z etosu "Solidarności", pracy w szkole, ruchu innowacyjnego lat 90.XX w. oraz z badań naukowych.

Nie rozumiem, na podstawie jakiej umowy politycznej ZNP włączył do szkolnego strajku partię RAZEM? Czy to jest zatem strajk nauczycieli-związkowców, czy członków ZNP będących zwolennikami partii politycznej, by w nowym rozdaniu "załapać się" na jej listy? Jak ktoś chce, proszę bardzo, tylko należy o tym powiedzieć RODZICOM uczniów, którzy dzisiaj muszą znaleźć pomoc domową dla swoich dzieci.

Partia RAZEM świetnie wykorzystuje lewicowe ZNP do swoich celów politycznych:

• RT @PolitykaNews_pl: .@ZandbergRAZEM: Dla nas realnym sondażem jest to, ile lokalnych org. nauczycielskich ma kontakt z @partiarazem i w… https://t.co/rcgQyKxMiq

• RT @migasbartosz: @MateuszMirys z Zarządu Krajowego @partiarazem podczas konferencji w #ZNPŁódź (fot. ZNP Łódź) https://t.co/3DoxSyj6ES

• Popieramy #strajkszkolny. Nauczyciele – jesteśmy razem z Wami! https://t.co/tzB0fzTArD https://t.co/uA5YZ9TYEr



Nie dowiedziałem się z "Listu prezesa ZNP" (Głos Nauczycielski 2017 nr 12) o jakiej wysokości podwyżki płac zabiegał we wcześniejszych negocjacjach z rządem, skoro najpierw stwierdza: "Domagamy się wzrostu wynagrodzenia, bo od pięciu lat nie było podwyżek w oświacie", po czym akapit dalej upomina się dla nauczycieli o "utrzymanie warunków pracy i płacy!".

To znaczy, że ten strajk nie dotyczy walki o podwyższenie płac do godnego dla tej profesji poziomu! Chyba, że postrzega się ją na poziomie podwyżek rzędu 30 czy nawet 100 zł. miesięcznie?

Chciałbym wiedzieć, jaki jest - zdaniem władz ZNP - pożądany standard "podwyższenia statusu zawodowego nauczycieli"? Jaka powinna być minimalna płaca nauczyciela stażysty?

Przytulenie przez ZNP partii RAZEM oznacza, że ten związek zawodowy już szykuje sobie kolejną lewicową koalicję, skoro z SLD się nie powiodło (zob. plakat - z wkomponowaną nazwą partii - jakoby nie dotyczył partii). Oto co piszą członkowie partii RAZEM:
"Razem @partiarazem Retweet Favorite 30 Mar
RT @PolitykaNews_pl: .@ZandbergRAZEM: Dla nas realnym sondażem jest to, ile lokalnych org. nauczycielskich ma kontakt z @partiarazem i wie,…"



Byłbym jako rodzic tego dnia razem, ale nie z RAZEM. Nie lubię politycznego pasożytnictwa, bo nie o taką oświatę walczyła "Solidarność" lat 1980-1989.


Natomiast za poniższą wypowiedź publiczną posła PIS - Stanisława Pięty ta formacja zapłaci najwyższą cenę, bowiem z taką arogancją i naruszeniem godności zawodu nauczycielskiego spotkałem się w PRL. Jeżeli to powtarza dzisiaj poseł z partii odwołującej się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, to powinien za to natychmiast przeprosić.

Poseł miał powiedzieć:"– Mam nadzieję, że żaden uczciwy, porządny polski nauczyciel nie dopuści się tak hańbiącego zachowania, jak zostawienie dzieci bez opieki w szkole, i nie będzie protestował – powiedział poseł Pięta. Polityk PiS dodał, że gdyby to od niego zależało wyrzuciłby tę „czerwoną lumpeninteligencję na pysk”.

czwartek, 30 marca 2017

Programowanie ważna rzecz

Czytam na jednym z portali The Atlantic, że dzieci w Finlandii uczą się życia z nowymi technologiami komunikacyjnymi, w tym programowania od najmłodszych lat. Linda Luikas, autorka serii książek o Ruby, która wprowadza dzieci w tajemnice kodowania i programowania, chwali zasady fińskiej edukacji.

Nie chodzi tu o wprowadzenie do programów szkolnych nowego przedmiotu zajęć, ale o kształcenie multidyscyplinarne umiejętności i wyobraźni dzieci. Tak więc, w czasie zajęć z kultury fizycznej dzieci uczą się sekwencji ruchów, które muszą występować w określonej kolejności, zaś w ramach zajęć z plastyki zdobywają umiejętności w zakresie plecenia(konstruowanie sieci) czy projektowania wzorów. Są też takie zabawy, jak rozbieranie się, a następnie ubieranie się, ale w taki sposób, żeby wszystko było nakładane przez piżamę.

Profesor Abrams z Columbia University zwraca uwagę na to, że Finom jest znacznie łatwiej zmobilizować dzieci i młodzież, ale także dorosłych do uczenia się, gdyż nie są społeczeństwem wielokulturowym a wprowadzane przez nich reformy szkolne są konsekwentnie i solidarnie realizowane przez wszystkie podmioty. Nauczyciele w tym kraju cieszą się bardzo wysokim prestiżem i bardzo dobrze są wynagradzani za swoją pracę.

Na wydziały pedagogiczne w Finlandii, gdzie kształci się przyszłych nauczycieli, dostaje się 10 proc. najlepszych kandydatów, którzy uczą się nie tego, jak nauczać w szkołach, ale jak być dla swoich uczniów przewodnikiem po świecie wiedzy. Nasi nauczyciele nie są gorsi. Pracują jednak w o wiele trudniejszych systemowo i gorszych finansowo warunkach oraz przy ustawicznym niszczeniu przez władze centralne innowacyjności. Zmiany w polskiej edukacji są tylko i wyłącznie w modelu "top-down", a więc adaptacyjne.


Polskim nauczycielom pozostają warunki, których żaden z dotychczasowych rządów od 1993 r. poprawić i radykalnie zmienić nie chciał i nie zamierza. Resortowi biurokraci i partyjni przywódcy myślą tylko i wyłącznie o tym, jak zyskiwać profity przed wyborami dla własnych stronnictw politycznych, jak w przyszłości zapewnić sobie drogę do Sejmu, do Europarlamentu, do samorządu, a nie w istocie poważnie reformować system szkolny i jego dydaktykę. O tym mówiłem wczoraj na spotkaniu z nauczycielami rzeszowskich szkół.

Mimo wszystko polscy nauczyciele przygotowują się także do zajęć z programowania. Ostatnio byłem na takim kursie w Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego w Łodzi, gdzie pani Anna Koludo wraz z mężem prowadziła bardzo interesujące zajęcia na temat kodowania 2 bitowego, 4 bitowego i 8-bitowego. Podziwiałem Jej pomysłowość, bowiem zbudowała wspólnie z pracownikami skrzyneczkę z przyciskami i światełkami pozwalającą na uczenie się powyższego kodowania.


Świetna zabawa, a przy tym sam przypomniałem sobie, jak prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska uczyła przedszkolaków właśnie kodowania na podstawie matematycznej gry "Super Farmer". Jej autorem jest wybitny polski matematyk Karol Borsuk. W tej grze hodujemy zwierzęta na swojej farmie, a stado nam wciąż rośnie. W okolicy grasuje lis i wilk. Trzeba zatem spowodować, by w na farmie był pies, który ochroni zwierzęta. Właśnie w tej grze uczymy się kodowania:

Oto 6 królików możemy wymienić na jedną owcę, a dwie owce na jedną świnkę, a trzy świnki na jedną krowę, a dwie krowy na jednego konia. Chcąc mieć jednego psa potrzebujemy na wymianę jedną owcę. Do tej gry są przygotowane dwie specjalne kostki z wizerunkiem zwierząt domowych, jak i wrogich drapieżników. Trzeba tak grać, by mieć największe i najbezpieczniejsze stado hodowlane na farmie.

Chyba politycy też grają w "Super Farmera", kiedy słyszymy o tym, jak zwalniając jednego dyrektora szkoły można wprowadzić do niej dwóch "swoich" nauczycieli, a za dwóch nauczycieli załatwić etat w delegaturze kuratorium itd. Tylko kto pilnuje "na farmie oświatowej", by wilk nie pożerał owieczek?


środa, 29 marca 2017

List KKHP w obronie traconej samorządności uczelni

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej powraca na scenę polityczną jako ruch społeczny z Listem Otwartym w obronie samorządności uczelni. Przypominam, że Komitet rozpoczął prace na jesieni 2013.

Impulsem pobudzającym do działania grupę doktorantów, wykładowców i studentów z różnych ośrodków była decyzja likwidacji kierunku filozofia na Uniwersytecie w Białymstoku. W lutym 2014 roku grupa ukonstytuowała się jako Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Od ubiegłego roku to środowisko przekształciło się w Stowarzyszenie, a zatem staje się kolejnym podmiotem na mapie NGO walczącym o dobro wspólne.

Zdaniem kierownictwa KKHP Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz współpracujące z nim zespoły ekspertów postulują likwidację samorządności uniwersyteckiej. Kompetencje uczelnianych ciał kolegialnych mają przejąć rady powiernicze, składające się przede wszystkim z zewnętrznych, w tym politycznych, partnerów uczelni. Uzależnienie uczelni od lokalnego biznesu, od samorządów, od polityków to koniec autonomii uczelni.

Działacze tego Ruchu są zdania, że konieczny jest wyraźny głos środowiska naukowego w tej sprawie, żeby uświadomić władzom resortu kluczowe zagrożenia dla środowisk naukowych. Nie chcą dopuścić do przemilczenia tej sprawy, gdyż samorządność uczelniana została wywalczona dzięki strajkom studentów i pracowników naukowych w 1981 r. i jest wielką wartością.


Pragnę przy tej okazji dedykować osobom odpowiedzialnym za politykę akademicką, że właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego tom poświęcony powyższym strajkom, bo chyba zapomina się o tym, o co walczyliśmy w PRL, a co jest ustawicznym przedmiotem zdrady postsolidarnościowych "elit".

List w obronie samorządności uczelni

Jednym z najważniejszych filarów niezależnego społeczeństwa, nowoczesnego państwa i efektywnej gospodarki jest niezależność badań, dyskusji naukowych oraz nauczania. Aby badania przynosiły pożytek państwu, muszą być wolne od bezpośrednich nacisków politycznych i ideologicznych. Ważnym gwarantem niezależności badań naukowych oraz nauczania, chroniącym społeczność akademicką przed naciskami politycznymi jest samorządność uniwersytetów.

Wprawdzie ostateczny kształt ustawy jest jeszcze nieznany, to wyraźnie wyłaniają się jej generalne założenia. Dwa z trzech zespołów rekomendują znaczną redukcję ustrojowej samorządności uniwersytetu, ograniczenie roli Senatów na rzecz rad powierniczych, rezygnację z wyborów rektora przez członków społeczności akademickiej.

Przyjęcie tych rozwiązań byłoby poważnym cywilizacyjnym regresem. Samorządność stanowiła jedną z fundamentów idei uniwersytetu od czasu powstania uczelni akademickich w średniowieczu. Po latach ograniczania jej w czasach PRL została przywrócona dzięki strajkom pracowników naukowych i studentów zrzeszonych w NZS, które umożliwiły dopuszczenie studentów i pracowników do współdecydowania o losie uczelni.

Problemem polskich uczelni nie jest nadmierna demokratyzacja. Uczelnie wymagają zmian, system zarządzania wymaga odpowiedzialnego przemyślenia. Likwidacja samorządności uniwersyteckiej byłaby zarówno sprzeniewierzeniem się samej istocie uniwersytetu, stanowiącej ważne dziedzictwo cywilizacji europejskiej, jak i zaprzepaszczeniem dokonań „Solidarności” i NZS w zakresie demokratyzacji życia naukowego.

Stanowczo zaznaczamy naszą niezgodę wobec planów zakładających wykluczenie studentów i pracowników naukowych z procesu decyzyjnego. Oczekujemy, że ten głos zostanie wzięty pod uwagę w pracach nad ostatecznym kształtem ustawy.

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej


Studenckiej samorządności nie doświadczam w ostatnich latach, toteż List jest przejawem opinii bardziej dojrzałych i świadomych różnych zagrożeń studentów studiów III stopnia, a więc doktorantów. Ci młodsi nie są zainteresowani jakąkolwiek samorządnością, chyba że dotyczącą ich prywatnej kariery. Obym się mylił.


Polakom trzeba najpierw coś odebrać, żeby zaczęli rozumieć, z czego dotychczas nie korzystali lub co lekceważyli skupiając się na własnych interesach. W PRL nie było samorządności, więc sens ówczesnej walki był kluczowy dla odzyskania szeroko rozumianej wolności. Jak się ją już posiadło, to - jak przewidywał ks. prof. Józef Tischner - trudno było ją udźwignąć większości. Słabe kręgosłupy ma młode pokolenie...

wtorek, 28 marca 2017

Komitet Nauk Pedagogicznych obradował w Instytucie Badań Edukacyjnych

W poprzedniej kadencji Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN ówczesny dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych dr hab. Michał Federowicz kierował zaproszenie na wspólne posiedzenie, ale nie było ono przyjmowane ze względu na częściowe włączanie się niektórych zespołów "badawczych" w działania odbiegające od standardów metodologii badań społecznych (szczególnie diagnoza sześciolatków w szkołach podstawowych, badania czasu pracy nauczycieli czy współpracy szkół z rodzicami).

Uczeni-członkowie KNP PAN wielokrotnie w swoich stanowiskach dla MEN, publikacjach i wypowiedziach dawali wyraz niezadowoleniu z prowadzenia diagnoz na zamówienie polityczne, niezależnie od tego, że ten Instytut ma w swoim dorobku przecież bardzo wartościowe pomiary diagnostyczne oraz badania o charakterze stricte naukowym, które są niezwykle ważne i wartościowe tak dla współczesnej pedagogiki szkolnej, dydaktyki, jak i praktyki oświatowej.

Nową kadencję na lata 2016-2019 rozpoczęliśmy zatem jeszcze w lutym br. od pozytywnej odpowiedzi na kolejne zaproszenie Dyrekcji IBE, by spotkać się i skupić na prezentacji wybranych wyników badań pracowników tej instytucji. Z udziałem nowego Dyrektora IBE dr. Piotra Stankiewicza mieliśmy okazję do wymiany poglądów na temat roli badań PISA oraz zwrócić uwagę na niezwykle korzystne dla nauczycieli szkół podstawowych wyniki badań w zakresie uwarunkowań jakości kształcenia na lekcjach matematyki i języka ojczystego.


Chcieliśmy zatem przy tej okazji przekazać b. dyrektorowi Michałowi Federowiczowi wyrazy także naszego zadowolenia z wielu, znakomity projektów, z których wynikami każdy zainteresowany może zapoznać się zaglądając na profesjonalnie prowadzoną stronę tego Instytutu.

Obrady otworzył wczoraj były dyrektor IBE - wiceprzewodniczący KNP PAN, a obecnie przewodniczący Rady Naukowej IBE prof. zw. dr hab. Stefan M. Kwiatkowski (rektor APS w Warszawie) oraz prof. zw. dr hab. Mirosław J. Szymański (obecnie w APS w Warszawie), który moderował zarazem dyskusję. W I części posiedzenia dr hab. Michał Federowicz oraz dr Michał Sitek syntetycznie omówili wyniki Polaków w badaniach międzynarodowych - PISA, TIMSS, PIRLS, ESLC, ICILS, PIAAC. W II części raportów badawczych dr hab. Krzysztof Biedrzycki zrelacjonował wyniki badań dotyczących jakości kształcenia z języka polskiego, zaś mgr Małgorzata Zambrowska z IBE mówiła o umiejętnościach matematycznych polskich uczniów na I, II i III etapie edukacyjnym.

Badania PISA stanowią - niezależnie od wykorzystywania ich przez rządzących do marketingu politycznego - bardzo interesującą mapę porównawczą stanu wykształcenia piętnastolatków na świecie, toteż z zadowoleniem przyjęto informację o tym, że władze MEN wyraziły zgodę na ich kontynuowanie. Słusznie pan dr hab. M. Federowicz wskazywał na to, że nie wszystko w oświacie da się zmierzyć, a być może nawet to, co jest w niej najważniejsze, w ogóle wymyka się badaniom kwantytatywnym. Są to tylko wskaźniki zjawisk znacznie głębszych, a nie obraz rzeczywistości edukacyjnej w kraju uczestniczącym w programie PISA.

Nie ulega też wątpliwości, że polscy eksperci, którzy od lat uczestniczą w zespole PISA przenoszą do Polski niezwykle cenną wiedzę na temat tego, jak należy konstruować zadania egzaminacyjne, by zdiagnozować poziom procesu myślenia naszych uczniów w trakcie rozwiązywania zadań oraz jak je szacować. Referujący nie ukrywał towarzyszących tym pomiarom problemów, dylematów metodologicznych czy związanych z interpretacją danych.


Ta ostatnia zresztą kwestia budziła zawsze krytykę wśród pedagogów, którzy jednak lepiej znają uwarunkowania procesu kształcenia zarówno w środowisku szkolnym, jak i pozaszkolnym, niż socjolodzy, którzy koncentrują swoją uwagę przede wszystkim na konstruowaniu narzędzi pomiaru i poprawności jego przeprowadzenia w kraju.

Tymczasem, jak słusznie przypomniał o tym wczoraj prof. Zbigniew Kwieciński - badania międzynarodowe są wyjałowione z najważniejszych, bo socjo-kulturowych uwarunkowań uczenia się, a więc kapitału kulturowego i ekonomicznego rodziców badanych uczniów, który rzutuje na poziom wiedzy i umiejętności uczniów. Konieczne jest uwzględnienie w reformach szkolnych zmiany koncepcji sprawiedliwości szkolnej, która uwzględniałaby sytuację najsłabszych i najzdolniejszych uczniów.

Pojawiło się pytanie, dlaczego rządzący - w ramach wprowadzanych zmian systemowych w polskim szkolnictwie - nie wyciągają żadnych wniosków z badań międzynarodowych i krajowych, tylko traktują je jako okazję do wydania środków budżetowych dla różnych podmiotów. Konsumpcyjne, częściowo polityczne wykorzystywanie licznych diagnoz - jak wynikało z omówienia kolejnych badań krajowych - jest demotywujące, bowiem w niewielkim stopniu sprzyja naprawie polskiej edukacji.

Badacze IBE mają świadomość tego, że w wyniku różnych projektów diagnostycznych docierali do pewnych umiejętności uczniów czy osób dorosłych z pewnym jedynie przybliżeniem, ale zarazem potrafią wskazać na najsłabsze punkty w edukacji szkolnej. Przed nami stoi poważne zadanie koncentrowania uwagi na najsłabszych uczniach, na tych, którzy mają problemy w uczeniu się, gdyż nie jest prawdą, że w Polsce nie ma analfabetyzmu. Nie został on wyeliminowany ani w PRL, ani w okresie transformacji ustrojowej po 1989 r. Rozwija się analfabetyzm funkcjonalny i półanalfabetyzm.



Najbardziej porażające były dla nas wyniki badań nad wiedzą i umiejętnościami uczniów szkół podstawowych oraz ich nauczycieli czy kandydatów do tej profesji. Być może dla zespołu socjologów i dydaktyków szczegółowych uzyskane przez nich wyniki były czymś zaskakującym, ale dla pedagogów nie stanowią one żadnej nowości. Znamy pewne prawidłowości już od kilkudziesięciu lat, toteż nie w kolejnych danych na temat wad, patologii czy dysfunkcji tkwi szansa na ich wyeliminowanie lub chociażby znaczące zredukowanie, tylko w makropolityce oświatowej formacji rządzących.

Przez ile jeszcze lat będziemy musieli słuchać kolejnych wyników diagnoz, a te będą miały miejsce, że uczniowie mają kłopot m.in. z:

- streszczaniem tekstu, jego interpretacją, samodzielnym pisaniem notatek, odróżnianiem opinii od faktów, odczytywaniem intencji bohatera, argumentowaniem i uzasadnianiem własnego stanowiska, itp.

- wykorzystywaniem mediów elektronicznych w rozwiązywaniu zadań, brakiem umiejętności rozwiązywania tzw. nietypowych zadań.


Katastrofą jest - jak to określono - ortografia i interpunkcja. Nauczyciele są bezradni wobec tego zjawiska. Uczniowie wćwiczani są do bezradności, do wyczekiwania na podyktowanie im przez nauczyciela notatki z lekcji. Poloniści nie potrafią zachęcić uczniów do czytania, a jeśli omawia się lektury, to pomija się w nich takie kwestie egzystencjalne dla dojrzewającej młodzieży, jak: erotyka (66 proc. wskazań braku), problemy dojrzewania, dorosłości (41 proc.) czy konfliktów międzypokoleniowych (29 proc.).

Nie jest dobrze - zdaniem diagnostów z IBE - w kształceniu matematycznym, skoro nauczyciele zadają uczniom prace domowe, ale ich nie sprawdzają, a jeśli już, to nie dokonują analiz błędów. Dominuje metoda "ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje", czyli "róbcie dzieci to, co ja", a więc odwzorowywanie za nauczycielem jedynie słusznego rozwiązania. Pozoruje się na lekcjach pracę zespołową, nie różnicuje tempa pracy uczniów i przeważa nauczanie bazujące na wydawaniu poleceń, a nie pobudzaniu uczniów do samodzielnego, twórczego, elastycznego myślenia.

W podsumowaniu zwróciłem uwagę na to, że tego typu diagnozy są - niestety - oderwane od rzeczywistych uwarunkowań pracy polskich nauczycieli, których łatwo można oskarżać o nieakceptowanie nietypowych rozwiązań zadań, brak rozwijania krytycznego myślenia, posądzać ich o wygodnictwo, przywiązanie do wzorcowych rozwiązań, pozoranctwo, itp.

.

Tymczasem wraz ze zmianą ustroju szkolnego w 1999 r. rozpoczął się proces strukturalnego i merytorycznego niszczenia przez centralne władze oświatowe innowacyjności, kreatywności, elastyczności czy wreszcie odejścia od adaptacyjnego modelu nauczania na rzecz kształcenia konstruktywistycznego, kluczowego dla rozwoju młodych pokoleń w ponowoczesnej rzeczywistości. To nie nauczyciele są winni temu, że szkoły nie są de facto autonomiczne, system jest centralistycznie sterowany tak, jak w PRL, ma charakter nakazowo-rozdzielczy, a ewaluacja służy pozoranctwu i wćwiczaniu do nieuczciwości.

Powrót do poprzedniego ustroju szkolnego tylko pogłębi kryzys w jakości kształcenia dzieci młodzieży. Polska edukacja jest opóźniona o co najmniej trzydzieści lat w stosunku do stanu wiedzy na temat tego, w jaki sposób można i należy kształcić młode pokolenia w glokalnym świecie, żeby traktowały uczenie się jako proces ustawiczny, konieczny i satysfakcjonujący. Właściwie, możemy wrócić do rozpraw naukowych naszych profesorów sprzed lat, także do wyników badań wśród absolwentów ośmioklasowych szkół podstawowych, by tylko osadzić je we współczesnych realiach.

Profesorowie pedagogiki mają zatem co robić, by z jednej strony dalej prowadzić rzetelne badania naukowe, a z drugiej uświadamiać wszystkim podmiotom związanym z edukacją, że drzwi już dawno zostały wyważone. Trzeba tylko umieć przekroczyć próg zostawiając patologie poza drzwiami błędnie utrzymywanego i zarządzanego ustroju szkolnego.

poniedziałek, 27 marca 2017

Periodyczni oszuści akademiccy


Gorąco polecam świetne teksty Emanuela Kulczyckiego dotyczące akademickich oszustów, którzy żerują na wtłoczonej naszemu środowisku konieczności zabiegania o publikowanie artykułów w zagranicznych czasopismach, rzecz jasna znajdujących się na punktowanej liście Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego określanej skrótowo jak pociski zbrojne: A-B i C.

Oszuści periodyczni to tacy, którzy żerują na zdezorientowanych autorach z postsocjalistycznych krajów oferując im rzekomo impaktowany periodyk. Jak pisze E. Kulczycki:

Od wielu lat otrzymujemy na swoje skrzynki mailowe mnóstwo zaproszeń od różnych szemranych czasopism, które właśnie mają trwający nabór i – co często podkreślane – posiadają wyliczone różne „uniwersalne impakt faktory”, są indeksowane na różnych lokalnych listach i bazach, które mają je uwiarygodnić.

Od czasu, kiedy prowadzę „Warsztat badacza”, otrzymałem wiele zapytań o status czasopisma, w którym ktoś właśnie opublikował (niestety bardzo często się zdarza, że naukowcy swój tekst wysyłają do czasopism, które istnieją tylko po to, aby zarabiać pieniądze w drapieżnym modelu).


Dobrze się stało, że ów uczony i zarazem bloger dokonał analizy znajdujących się w wykazie ministerstwa czasopism, które w istocie publikują wszystko, jak leci, bez jakiejkolwiek analizy jakościowej, recenzji, naukowej uczciwości, byle tylko wyciągnąć od autorów opłatę za druk w danym periodyku. Kto jednak tę listę zatwierdził? Kto pracował w naszym resorcie nad wpisaniem periodyków do każdej z list? Może warto sprawdzić nazwiska profesorów i doktorów, którzy zapewnili byt drapieżnym wydawcom (ang. predatory journals publishers)?

Od kilku lat komitety naukowe Polskiej Akademii Nauk zabiegały o to, by Zespół Ewaluacji Czasopism przestał tworzyć wykazy i przyznawać punkty periodykom tylko i wyłącznie na podstawie wypełnionych przez redakcje czy inne podmioty deklaracji! Mam wrażenie, że odbywa się gra fałszywymi kartami z środowiskiem naukowym, która jest podobna do tej, jaka toczy się w Ministerstwie Zdrowia. Tyle tylko, że tam w grę wchodzą miliardy zysków lub strat z tytułu wpisywania na listy leków takich czy innych preparatów.

Kto zatem ma interes w tym, by na Listach czasopism A-B i C znalazły się takie, a nie inne czasopisma bez ich rzeczywistej, merytorycznej weryfikacji? Ilu jeszcze nie tylko drapieżnych, ale przede wszystkim kiczowatych wydawców będzie chronić nasz resort i jego Zespół, skoro nie ma możliwości transparentnego zweryfikowania powodów znalezienia się takich a nie innych czasopism w tych wykazach? Niech pan E. Kulczycki nie obciąża tym patologicznym stanem środowisko naukowe en block, tylko wreszcie dostrzeże, że ten stan wytwarza określone gremium w centrum władzy.

Apelowałem, ale bezskutecznie, by przeprowadzona przez komitety naukowe PAN po raz pierwszy i tylko jeden raz weryfikacja jakościowa periodyków naukowych z powyższych list skutkowała nie tylko podwyższaniem punktacji, ale także wykluczaniem niektórych, a pseudonaukowych czasopism oraz by obniżać punktację tym pismom, których redakcje zaczęły lekceważyć standardy piśmiennictwa naukowego.

Tylko częściowo zgodzę się z E. Kulczyckim, że: "Naukowcy naukowcom ten los zgotowali". Owszem, pod warunkiem, że usytuuje ich najpierw w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego oraz w Zespole Ewaluacji Czasopism. Niestety, ale i tym razem jego analizy potwierdziły fakt psucia się "ryby od głowy".

To nieustanne chwalenie się naukowców reprezentujących nauki przyrodnicze, techniczne, medyczne wysokim indeksem cytowań wymaga jednak większej uczciwości, na którą ich nie stać, bo przecież fakt dopisywania się do publikacji wielu tylko z racji bycia zatrudnionymi w instytutach, a nie rzeczywistego wniesienia osobistego wkładu w powstanie wyników badań i publikacji na ten temat, budzi wśród humanistów uzasadniony dyskomfort etyczny. Złamią się czy już są na tej samej ścieżce klonowania rzekomych twórców?

niedziela, 26 marca 2017

Wspomnienie o twórcy polskiej szkoły edukacji zdrowotnej - prof. Macieju Demelu

Po powrocie z Lublina zastałem list od pani prof. dr hab. Barbary Woynarowskiej z Uniwersytetu Warszawskiego, w którym pisze, że pod koniec stycznia zmarł twórca polskiej szkoły edukacji zdrowotnej oraz nowoczesnej koncepcji wychowania fizycznego - prof. dr hab. Maciej Demel dr h.c. Informację tę otrzymała od Syna zmarłego Profesora - pana Jakuba Demela, u którego w Bieszczadach mieszkał Pan Profesor od 2 lat.

W dn. 6 marca 2017 r. urna z prochami Pana Profesora Macieja Demela została złożona do grobu w Krakowie na cmentarzu Rakowickim. Profesor życzył sobie, aby pogrzeb odbył się tylko z udziałem Rodziny. Uczestniczyło w tym Pożegnaniu dwóch Profesorów - pani prof. Barbara Woynarowska i prof. Henryk Grabowski z AWF w Katowicach.

W lipcu br. Profesor M. Demel skończyłby 94 lata. Piszę o Nim, gdyż doskonale pamiętam z okresu własnych studiów Jego publikacje, które były podstawą kształcenia na kierunku pedagogika, a zapewne i w naukach o kulturze fizycznej. Wprawdzie w Wikipedii znajdziemy podstawowe informacje biograficzne oraz najważniejsze publikacje naukowe i oświatowe tego znakomitego Uczonego, społecznika i edukatora nauczycieli kilku generacji, to jednak warto je w tym miejscu poszerzyć.

Maciej Demel (ur. 26 lipca 1923 w Twierdzy Modlin, zm. 27 stycznia 2017) – polski pedagog, lekarz, profesor nauk o kulturze fizycznej, specjalista w zakresie teorii wychowania fizycznego i pedagogiki zdrowia Cały okres własnej edukacji, a następnie pokonywania kolejnych etapów w karierze naukowej przypadł na PRL.

Maciej Demel najpierw ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie w zakresie wychowania fizycznego (1948), a następnie pedagogiki (1949), zaś w 1952 r. został lekarzem. Od początku swoich studiów był ściśle związany z edukacją w zakresie kultury fizycznej, stąd tak wielostronna była u niego potrzeba wykształcenia. Stopień naukowy doktora nauk humanistycznych otrzymał w 1962, zaś habilitował się na Uniwersytecie Warszawskim w 1965 r. także w dziedzinie nauk humanistycznych. Tytuł profesora nadzwyczajnego nauk o kulturze fizycznej uzyskał jako pierwsze w naszym kraju w 1970 roku, zaś tytuł profesora zwyczajnego w 1979 r.

Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie nadała w 1993 r. temu nestorowi polskiej edukacji zdrowotnej i kultury fizycznej godność doktora honoris causa. Profesor Maciej Demel był w latach 70. XX w. członkiem Komitetu Rehabilitacji, Kultury Fizycznej i Integracji Społecznej przy Wydziale VI - Nauk Medycznych PAN.

Jak wspomina Profesora Barbara Woynarowska:

"Prof. Maciej Demel stworzył i rozwijał przez wiele lat oryginalną, nowoczesną, humanistyczną teorię wychowania fizycznego, traktowanego jako proces przygotowania dzieci i młodzieży do uczestnictwa w kulturze fizycznej w całym życiu. Demelowska koncepcja zakłada ścisły związek wychowania fizycznego i zdrowotnego. Był twórcą koncepcji i podstaw teoretycznych wychowania zdrowotnego w Polsce, twórcą pedagogiki zdrowia, autorem pierwszej w Polsce monografii poświęconej tej subdyscyplinie pedagogiki (1980).

Maciej Demel był najwybitniejszym historykiem ruchu higienicznego w Polsce. Od początku lat 60. XX w. prowadził studia źródłowe nad polskim ruchem higienicznym. W Jego dorobku znajduje się wiele publikacji poświęconych rozwojowi tego ruchu i jego najwybitniejszym twórcom, w tym szczególnie cenne:

Monografie:

• Pedagogiczne aspekty warszawskiego ruchu higienicznego (1864-1914). Monografie Pedagogiczne t. 12. Wrocław, Ossolineum 1964.

• Księga tradycji Polskiego Towarzystwa Higienicznego, chronologia – biografia – topografia. Tom I. Czas niewoli. Problemy Higieny 1986 nr 1.

• Księga tradycji Polskiego Towarzystwa Higienicznego, chronologia – biografia – topografia. Tom 2. Między wojnami. Problemy Higieny 1991 nr 35.

• Z dziejów promocji zdrowia w Polsce tom I i II oraz tom III. Kraków, Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie, Kraków 2000."


Należy ten zbiór poszerzyć o tak kluczowe dla pedagogiki publikacje naukowe, jak:

• Propedeutyka wychowania fizycznego (1965)

• O wychowaniu zdrowotnym (1968)

• Szkice krytyczne o kulturze fizycznej (1973)

• Teoria wychowania fizycznego (1974).

Warto dostrzec niebywały wkład prof. M. Demela w rozwój historii polskiej oświaty, bowiem niezależnie od swoich bezpośrednich form działalności naukowo-badawczej zorientowanych na bieżący stan rozwoju edukacji zdrowotnej w naszym kraju i wychowania fizycznego oraz kształcenia kadr w tym profilu, prowadził znakomite badania biograficzne, w których wykazywał ścisłe związki pedagogiki z medycyną, w tym w zakresie profilaktyki zdrowotnej dzieci i młodzieży.

Był tym, który dał niezwykle silny impuls do rozwoju pedagogice zdrowia. To właśnie jej fundamentem stała się medycyna i teoria wychowania fizycznego. Słusznie wskazywał na to, że pogranicza tych dziedzin wiedzy zostały wprawdzie dostrzeżone w latach 20. XX w., ale miały wówczas charakter działań doraźnych, a nawet marginalizowanych.

W czasie II Kongresu Nauki Polskiej w 1972 r. prof. Maciej Demel przeprowadził wraz z Edwardem Mazurkiewiczem i Hanną Wentlandtową szeroką analizę stanu rozwoju pedagogiki zdrowia, w tym oświaty zdrowotnej upominając się nie tylko o zwiększenie zainteresowania poznawczego tymi sferami nauki i edukacji, ale koniecznego podjęcia działań przez władze kraju, by społeczna służba zdrowia i szkolnictwo państwowe realnie i skutecznie angażowały się w profilaktykę zdrowia, zwalczanie chorób, alkoholizmu, w tym szczególnie prowadzenia szerokiej oświaty zdrowotnej na wsi oraz w zakładach pracy.

Prace naukowe prof. M. Demela przyczyniły się znacząco do rozwoju historii medycyny. Jak wspomniałem, jego badania biograficzne były publikowane w rozprawach poświęconych wybitnym higienistom i lekarzom:

• W służbie Hygei i Syreny. Życie i dzieło doktora Józefa Polaka. Warszawa, PZWL 1964.

• Nauczyciel zdrowia, Zycie i dzieło doktora Stanisława Kopczyńskiego. Warszawa, Nasza Księgarnia 1972.

• Siedem pasji doktora Dobrzyckiego. Warszawa, PZWL 1974.

• Wysoko jak król Zygmunt. Życie i dzieło doktora Stanisława Markiewicza. Warszawa, PZWL 1977.

• Aleksander Landy. Życie i dzieło. Lekcja pedagogiki i medycyny przyszłości. Warszawa, PWN 1982.

Warto sięgać do historii i dokonań tego klasyka polskiej myśli pedagogicznej i medycznej, by dostrzec ogromny wkład prof. Macieja Demela w stan i rozwój kultury fizycznej oraz zdrowotnej - także w czasach nam współczesnych.

sobota, 25 marca 2017

Naukowcy prowokują młodzież!


W sieci krąży List-Apel naukowców - głównie członków rzeczywistych i korespondentów Polskiej Akademii Nauk - zapewne pamiętających czasy PRL, kiedy godnie bronili represjonowanych profesorów w uniwersytetach.

Najpierw przytoczę treść Listu, na którą trafiłem w mediach społecznościowych, a nie na stronie Polskiej Akademii Nauk. Prezes PAN listu nie podpisał, bo przecież zabiega o przekształcenie tej placówki w polski Harvard. Na moim uniwersytecie nikt nie wie o tym Liście. Czyżby był tajny? Chyba już nie, skoro trafił na stronę uwielbianego przez rząd tygodnika Newsweek. Środowisko naukowe nie jest ani jednolite, ani solidarne, ani też wobec siebie uczciwe, więc może to kontynuacja znaku czasu, który wcale nie przeminął?

List - Apel Naukowców jest następującej treści:

„Nasz kraj od ponad 25 lat cieszy się wolnością, o którą walczyły miliony Polek i Polaków. W tym czasie – jako społeczeństwo – odnieśliśmy wiele sukcesów, ale też popełniliśmy wiele błędów. Ostatnie lata to czas przewlekłego sporu politycznego, który wykracza już poza typowe ramy międzypartyjnych dyskusji. Jego efektem są gwałtowne zmiany zachodzące w instytucjach państwa demokratycznego: sądach, prokuraturze, służbie cywilnej i wojsku, a także publicznych mediach. Utrudnia to pracę nad naprawą służby zdrowia, rynku pracy, emerytur, czy szkolnictwa.

My, przedstawicielki i przedstawiciele świata nauki i edukacji, obserwujemy to ze smutkiem i coraz większym niepokojem. Uważamy, że wobec narastającego problemu postprawdy i teatralizacji polityki, a także wobec odrodzenia ruchów antynaukowych i podważania opinii ekspertów, sytuacja jest szczególnie groźna i może doprowadzić do nieprzewidywalnych dla społeczeństwa skutków.

Uważamy, że – niezależnie od opcji politycznych i światopoglądu – trzeba szukać rozwiązań i projektów, które pomogą uczynić Polskę bardziej solidarną, przyjazną dla wszystkich. Potrzebna jest dyskusja nad takim ustrojem Rzeczypospolitej, który będzie rzeczywiście sprawiedliwy i odporny na zmiany nie mające na celu dobra wspólnego. Wypatrujemy zatem pomysłów, które nie będą jedynie przedłużeniem populistycznej gry o władzę, ale zostaną rzetelnie umocowane w najlepszych praktykach innych krajów i w wiedzy naukowej.

Dzisiejsze elity polityczne obarczone są latami złych nawyków. Młodsi, którzy nie mają cennego doświadczenia obalania komunizmu i tworzenia “Solidarności”, nie znają świata, w którym czegoś zrobić się nie da. Są ludźmi bez fałszywych kompleksów, żyjącymi nie tylko w Polsce, ale także w Europie. Dlatego zwracamy się przede wszystkim do nich – do młodego pokolenia działaczy i działaczek politycznych i społecznych. Zacznijcie merytoryczną pracę!

Lata transformacji ustrojowej nie były łatwe. Naprawa kraju wymagała często pospiesznego wprowadzania zmian. Łatwo przy tym o błędy, o pominięcie rzetelnej wiedzy i fachowych analiz. Teraz czas na politykę mądrą, opartą na wiedzy, faktach i doświadczeniu. Trzeba zacząć od razu, niezależnie od poczynań władzy. Reformy należy przecież przemyśleć, mądrze zaplanować i zaprojektować jako całość, stroniąc od pojedynczych zmian, które mogą być wzajemnie sprzeczne.

Zorganizujcie i przeprowadźcie serię debat, konsultacji społecznych i badań, w których – razem z ekspertami i ekspertkami – przygotujecie swoją wizję dla Polski, konkretne projekty i praktyczne rozwiązania. Chcemy Was w tym wesprzeć, ale inicjatywa musi, siłą rzeczy, wyjść od Was. Zadania o których piszemy nie są łatwe. Ale w Młodych nadzieja.”

Inicjatorzy i inicjatorki listu (w porządku alfabetycznym):

Prof. dr hab. Iwo Białynicki-Birula, Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, czł. rzecz. PAN, fizyka

Prof. dr hab. Jerzy Brzeziński, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza, czł. rzecz. PAN, psychologia

Prof. dr hab. Janusz Marek Bujnicki, Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, czł. koresp. PAN, bioinformatyka

Prof. dr hab. Magdalena Fikus, Instytut Biochemii i Biofizyki PAN, biochemia

Dr Piotr Goldstein, nauczyciel, Narodowe Centrum Badań Jądrowych, fizyka

Prof. dr hab. Stanisław Gajda, Uniwersytet Opolski, czł. rzecz. PAN, językoznawstwo

Prof. dr hab. Michał Głowiński, Instytut Badań Literackich PAN, czł. rzecz. PAN, literaturoznawstwo

Prof. dr hab. Paweł Golik, Uniwersytet Warszawski, biologia

Prof. dr hab. Janusz Grzelak, Uniwersytet Warszawski, psychologia

Prof. dr hab. Dariusz Jemielniak, Akademia Leona Koźmińskiego, zarządzanie

dr hab. Joanna Jurewicz, prof. UW, Uniwersytet Warszawski, orientalistyka

Prof. dr hab. Małgorzata Kossowska, Uniwersytet Jagielloński, czł. koresp. PAN, psychologia

Prof. dr hab. Jarosław Kuśmierek, Instytut Biochemii i Fizyki PAN, biochemia

Prof. dr hab. Kazimierz Zbigniew Kwieciński, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika, czł. rzecz. PAN, pedagogika (socjologia edukacji)

Prof. dr hab. Maciej Lewenstein, ICREA (Institucio Catalana de Recerca i Estudo Avaneats) w Barcelonie, fizyka

Prof. dr hab. Mirosława Marody, Uniwersytet Warszawski, czł. rzecz. PAN, socjologia

dr hab. Zbigniew Mikołejko, prof. nzw. Instytut Filozofii i Socjologii PAN, filozofia

Prof. dr hab. Stanisław Mossakowski, Instytut Sztuki PAN, czł. rzecz. PAN, historia sztuki

Prof. dr hab. Ryszard Nycz, Uniwersytet Jagielloński / Instytut Badań Literackich PAN, czł. rzecz PAN, literaturoznawstwo i kulturoznawstwo

Prof. dr hab. Hubert Orłowski, Uniwersytet Adama Mickiewicza, czł. rzecz. PAN, literaturoznawstwo

Prof. dr hab. Piotr Pierański, Politechnika Poznańska, fizyka

Prof. dr hab. Andrzej Rychard, Instytut Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, czł. koresp. PAN, socjologia

Prof. dr hab. Piotr Salwa, Uniwersytet Warszawski, czł. koresp. PAN, literaturoznawstwo

dr hab. prof. PAN Joanna Schiller-Walicka, Instytut Historii Nauki PAN, historia

Prof. dr hab. Jan Strelau, SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny, czł. rzecz. PAN, psychologia

Prof. dr hab. Jerzy Strzelczyk, Uniwersytet Adama Mickiewicza, czł. koresp. PAN, historia

Prof. dr hab. Łukasz Turski, Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, fizyka

Prof. dr hab. Michał Tymowski, Uniwersytet Warszawski, czł. koresp. PAN, historia

Prof. dr hab. Andrzej Walicki, czł. rzecz. PAN, historia idei

Prof. dr hab. Stanisław Waltoś, Uniwersytet Jagielloński, czł. rzecz. PAN, prawo

Prof. dr hab. Piotr Węgleński, Uniwersytet Warszawski, czł. rzecz. PAN, biologia

Prof. dr hab. Jerzy Wilkin, Uniwersytet Warszawski, czł. rzecz. PAN, ekonomia

Prof. dr hab. Bogdan Wojciszke, SWPS Uniwersytet Humanistycznospołeczny, czł. rzecz. PAN, psychologia

Prof. dr hab. Jan Woleński, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania, czł. koresp. PAN, filozofia

Maria Zaborowska-Kuśmierek, nauczycielka fizyki



(...) a karawana władzy jedzie dalej...

Zastanawiająca jest zbieżność tego Apelu z wypowiedzią posła-seniora Kornela Morawieckiego, który wraz z synem - wicepremierem rządu skierował w wywiadzie apel: (...) o reagowanie na wszelkie prywaty w nauce oraz eliminowanie osób, które naruszyły zasady etyczne w tym zawodzie. Chciałbym, aby również politycy zaczęli się tą sprawą interesować."

Nieco wcześniej mówi w tym wywiadzie o konieczności przeprowadzenia lustracji wśród wszystkich naukowców: "Ważne jest oparcie nauki na takich wartościach jak prawda, rzetelność i transparentność. Nie ma rozwoju również bez sprawdzenia, jakie w danym środowisku są powiązania rodzinne czy biznesowe. Niestety w Polsce są instytucje, gdzie niejawne zależności z czasów PRL-u są nadal żywe. To nie jest normalna sytuacja, ponieważ ci ludzie pilnują tylko swojego interesu. Nie widzą tego, że nauka jest konieczna i niezbędna dla rozwoju Polski. Kariera i pieniądze, nie powinny być motorem odkryć naukowych, ale pasja."

Jak widać, czekają nas wszystkich ciekawe czasy i wydarzenia. Historycy nauki będą mieli co badać, tylko czy swoje wyniki opublikują w języku angielskim w czasopismach z listy A? Nie rozumiem, na jakiej podstawie redakcja Newsweeka zamieszczając ów List stwierdza, że uczeni proponują powoływanie naukowych think tank'ów? Istnieje w naszym kraju wiele pozaakademickich, niepublicznych instytutów badawczych, naukowych, które nie są naukowymi sensu stricto, ale wykorzystują wiedzę i metodologię nauk społecznych do weryfikowania zdarzeń czy decyzji politycznych w naszym kraju. Od wielu lat każda formacja partyjna w III RP posiada własny think tank a także młodzieżowe przybudówki. Po co więc młodzi mieliby tworzyć nowe?

Każdy, kto czytał poważne prace z socjologii na temat demokracji partycypacyjnej doskonale wie, że forma konsultacji jest na najniższym szczeblu - po manipulacji i terapii, a zatem zaliczana jest do działań pozornych, które z demokracją i demokratyzacją społeczeństwa niewiele mają wspólnego. Już nawet obecna władza zaczęła uciekać od tej nazwy i formy, stosując klasyczną manipulację (socjotechnikę) i PR-ową terapię wobec obywateli, a nawet operując pojęciem "debata". Zaskakuje zatem budowanie Apelu w potocznym i propagandowym zarazem formacie.

Apel w stylu "Zacznijcie merytoryczną pracę!" w zastanych warunkach makropolitycznych jest naiwny i nie ma szans na spełnienie. Chyba, że implicite w/w naukowcy apelują do młodych, by przeprowadzili rewolucję społeczno-ustrojową, bo już dalej nie da się w tym kraju racjonalnie tworzyć szans na godne życie wszystkich pokoleń?

piątek, 24 marca 2017

Czy czeka nas kolejna symfonia Hirsch-moll?


Każdy, kto chociaż raz uda się na koncert orkiestry symfonicznej do filharmonii, jest w pełni świadom tego, z jakim kunsztem artystycznym spotka się w trakcie muzycznego wydarzenia. Są wśród nas miłośnicy wybranych kompozytorów, których utwory koją ich umęczoną codziennymi sprawami duszę, ale też są i sympatycy, wielbiciele konkretnego dyrygenta czy/i solisty. Najlepsi dyrygenci nie poprowadzą wszędzie i z wszystkimi koncertu, podobnie jak wybitni soliści nie wystąpią w każdym miejscu i z każdym dyrygentem, a tym bardziej z każdą orkiestrą.

Natomiast prawdziwi muzycy zagrają z każdym solistą, który jest wiodącym instrumentalistą w czasie danego koncertu i dadzą się poprowadzić przez każdego dyrygenta. Dla nich jest to wielki zaszczyt i wyróżnienie, a przy tym nie ma znaczenia, jakie są jego/jej cechy osobowościowe, przymioty formalne, statusowe. Jeśli już, to stają się one istotnymi dla początkujących w kontakcie ze sztuką muzyczną słuchaczy. Są być może pierwszym "magnesem" czy powodem do udania się na koncert.

Dla konesera sztuki nie ma to już znaczenia, gdyż najważniejsza dla niego jest muzyka. W minioną niedzielę byłem wraz z organizatorami Festiwalu Nauki w Dąbrowie Górniczej (Wyższa Szkoła Biznesu w Dąbrowie Górniczej) na koncercie Filharmonii Wrocławskiej w Katowicach, w przepięknym gmachu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Artyści sprawili miłośnikom muzyki wyjątkowe przeżycia estetyczne.

W pierwszej części wysłuchaliśmy koncertu wiolonczelowego C-dur Hob.VIIb:1 Josepha Haydna (trzy części: Moderato, Adagio, Allegro molto)w którym jako solista wystąpił Nicolas Altstaedt z Wiednia, zaś w drugiej części - V Symfonii cis-moll Gustava Mahlera. Orkiestrą dyrygował znakomity artysta - pianista i dyrygent, który prowadził koncerty z wieloma zespołami na całym świecie (Nowy Jork, Los Angeles, Tokio, Monachium, Oslo, Toronto, Szanghaj itd.) obecnie wykładowca dyrygentury w Hochschule fuer Musik, Theater und Medien w Hanowerze - Eiji Oue.


Dobry dyrygent daje szansę do efektownego popisu soliście, ale po koncercie dziękuje każdemu muzykowi z osobna, bowiem nie da się uzyskać najwspanialszego efektu bez perfekcyjnej gry każdego muzyka. Burza oklasków po występie sprawia największą satysfakcję wszystkim artystom. Czy dyrygent - profesor szkoły wyższej - musi zastanawiać się nad tym, ile punktów w ocenie parametrycznej zostanie mu zaliczonych do oceny jego twórczej pracy? Czy w którymkolwiek katalogu znajdziemy informację o jego indeksie Hirscha? To byłaby gra fałszywymi nutami.

Ile mamy w uniwersytetach czy akademiach orkiestr czy małych zespołów muzycznych, nawet kwartetów, które tworzą dobra kultury światowej, kontynentalnej czy/i narodowej? Edukacja przecież to kultura. Wciąż nasi politycy o tym zapominają, traktując naukę i kształcenie studentów instrumentalnie, rynkowo, przedmiotowo, a więc doraźnie. To, co dzisiaj jest wytwarzane pod zamówienia ministra, jutro znajdzie się na śmietniku historii. Czy minister nauki i szkolnictwa wyższego jest/może być dyrygentem narodowej orkiestry akademickiej? Nie ma takiej sali koncertowej nigdzie na świecie. Tym bardziej w Polsce.

Czy rektorzy uczelni są dyrygentami? Też nie, bowiem każdy wydział, każda międzywydziałowa jednostka jest odrębną orkiestrą, często in statu nascendi. Czy dziekani i dyrektorzy instytutów są dyrygentami naukowej orkiestry? Wolne żarty, ktoś powie. Jedni grają na siebie, inni nawet nie potrafią utrzymać w ręce batuty, a jeszcze inni nie mają albo solistów, albo dobrych muzyków, albo nastrojonych instrumentów, albo jednego, drugiego i trzeciego, a może i czwartego, a tu niewypowiedzianego.

W orkiestrze nie wystarczy okazać się dyplomem ukończenia jakiejkolwiek szkoły, studiów czy posiadaniem stopnia naukowego doktora, doktora habilitowanego czy tytułu profesora, bo naj-nadzwyczajniej w świecie trzeba chcieć i umieć grać. Tymczasem wielu w zespołach naukowych "orkiestr" ma tylko dyplomy, dopisuje się do czyichś utworów, a co gorsza fałszuje w każdym wykonaniu.

Niektórzy najchętniej jeżdżą po świecie, by rzekomo przygotować się do koncertu, ale nie przywożą do kraju żadnego instrumentu, inspiracji i nie wykonują nowych utworów. Czasami włączają się do międzynarodowych orkiestr, ale tylko po to, by uderzając w talerze perkusyjne robić więcej hałasu, niż wynikałoby to z ich własnej twórczości. Są w "orkiestrach" jednostek akademickich, ale strach ich włączyć do składu, bo z samymi puzonami nie wykona się żadnego utworu.

Co to za dyrygent, który jest jak instrument dęty? Co to za orkiestra, która tak fałszuje, że nawet solista nie jest w stanie użyć współbrzmień czterodźwiękowych, by ukazać dynamiczne możliwości wykorzystania artystycznych środków.

Przed nami tworzone nowe prawo o szkolnictwie wyższym, nauce, a nawet stopniach i tytułach naukowych. Już wyobrażam sobie ten rozmach oraz bogactwo treści i środków. Ciekawe, czy dojdzie dzięki rozpisanej partyturze do przewartościowania dotychczasowych akademickich aksjomatów. Czy nadal będziemy musieli realizować utwory w G-dur w zespołach z rozstrojonymi instrumentami, brakiem solistów i dyrygentami, którzy nie mają swoim orkiestrom nic nowego do zaproponowania? Być może znowu czeka nas III Symfonia Hirsch-moll w przekazie Scopus-dur?


czwartek, 23 marca 2017

Poruszające odwiedziny Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Dąbrowie Górniczej


Pierwszy dzień wiosny był dla mnie szczególną okazją do spotkania się z pedagogami specjalnymi i terapeutami wyjątkowej placówki, jaką jest w Dąbrowie Górniczej Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy.


Wspaniały Gospodarz Miasta - Prezydent Zbigniew Podraza (lekarz medycyny, chirurg), z którym miałem okazję do bezpośredniego spotkania i rozmowy o edukacji oraz samorządowcy Rady Miasta mogą z dumą mówić o tej placówce i dzielić się swoim wielkim sukcesem pedagogicznym, jakim stało się m.in. jej zmodernizowanie do poziomu światowych standardów w zakresie wyposażenia i wykorzystywanej w pedagogicznej pracy myśli oraz metodyki pracy z dziećmi niepełnosprawnymi.


Genialne rozwiązania, troska o estetykę, kulturę organizacyjną pracy diagnostycznej, opiekuńczo-wychowawczej, rewalidacyjnej, terapeutycznej w wymiarze głęboko humanistycznym sprawiają, że przekraczając próg Ośrodka odnosi się wrażenie, jakby było się w zupełnie innym świecie. W świecie, o którym Maria Łopatkowa pisała, że jest przepełniony wartościami humanistycznej orientacji na dziecko i młodego człowieka najbardziej dotkniętego przez los.

Na każdym kroku, w relacjach pracowników z dziećmi i ich rodzicami, między sobą panuje duch homo amans. Nic dziwnego, bowiem Ośrodek nosi imię Jana Pawła II, ale i nawiązuje do pedagogii specjalnej Marii Grzegorzewskiej. Metody pracy z dziećmi i wdrażane projekty przepojone są empatią, autentycznym zaangażowaniem i oddaniem każdego pracownika, by po zajęciach podopieczni mieli poczucie sensu doznań i poszanowania ich godności.

W skład ośrodka wchodzą następujące jednostki organizacyjne:

• Wczesne wspomaganie rozwoju małego dziecka.

• Przedszkole specjalne nr 2 dla dzieci niesłyszących, słabo słyszących, niewidomych, słabo widzących, z niepełnosprawnością ruchową, w tym z afazją, z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera, z niepełnosprawnościami intelektualnymi oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi.


• Szkoła Podstawowa Specjalna nr 1 dla uczniów dzieci niesłyszących, słabo słyszących, niewidomych, słabo widzących, z niepełnosprawnością ruchową, w tym z afazją, z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera, z niepełnosprawnościami intelektualnymi oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi.


• Specjalne Gimnazjum nr 2 dla uczniów dzieci niesłyszących, słabo słyszących, niewidomych, słabo widzących, z niepełnosprawnością ruchową, w tym z afazją, z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera, z niepełnosprawnościami intelektualnymi oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi

• IV Liceum Ogólnokształcące Specjalne dla uczniów dzieci niesłyszących, słabo słyszących, niewidomych, słabo widzących, z niepełnosprawnością ruchową, w tym z afazją, z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera, i oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi.


• Zasadnicza Szkoła Zawodowa Specjalna nr 1 dla uczniów dzieci niesłyszących, słabo słyszących, niewidomych, słabo widzących, z niepełnosprawnością ruchową, w tym z afazją, z autyzmem, w tym z zespołem Aspergera, z niepełnosprawnościami intelektualnymi – upośledzenie w stopniu lekkim oraz z niepełnosprawnościami sprzężonymi o kierunkach:

• Ogrodnik
• Cukiernik
• Monter zabudowy i robót wykończeniowych w budownictwie
• Pracownik pomocniczy obsługi hotelowej


• Szkoła Przysposabiająca do Pracy dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi.

• Zespół Rewalidacyjno - Wychowawczy przeznaczony dla wychowanków z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu głębokim oraz niepełnosprawnościami sprzężonymi.



• Internat

• Specjalistyczny punkt konsultacyjny dla dzieci, rodziców i pedagogów z całego województwa.

Nadrzędnym celem placówki jest stworzenie wychowankom warunków do harmonijnego rozwoju intelektualnego, psychicznego i fizycznego oraz wszechstronne przygotowanie ich do życia i pracy w społeczeństwie.



Życzliwie zazdroszczę pracownikom tego Ośrodka tak znakomitych warunków i wcale się nie dziwię, że ich niezwykle trudna, pełna napięć, wcale nie tak wysoko wynagradzana, a pełna zaskakujących sytuacji praca sprawia im wiele satysfakcji, a zapewne i wzruszeń. Dzieci niepełnosprawne oddają swoją miłość i wdzięczność tak, jak rzadko które przebywające w placówkach opiekuńczo-wychowawczych.
Dziękuję władzom Wyższej Szkoły Biznesu w Dąbrowie Górniczej, które w tym tygodniu prowadzą po raz trzynasty Festiwal Nauki, za umożliwienie mi spotkania się z kadrą tej placówki i zobaczenia w teleekspresowym tempie wycinka jej dokonań.

środa, 22 marca 2017

Co wynika z faktu braku Przewodniczącego Centralnej Komisji?


Kogo to obchodzi, że wybrani przez Zgromadzenie Ogólne Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów dwaj kandydaci, spośród których premier RP miała wybrać jednego na stanowisko Przewodniczącego tego organu, zostali najzwyczajniej w świecie i wbrew obowiązującemu prawo odrzuceni?

Pamiętam tzw. wybory kuratorów oświaty w 2006 r., kiedy ministrem edukacji był Roman Giertych. Wówczas konkurs wygrała nauczycielka wczesnej edukacji z jednej z podłódzkich szkół podstawowych, której w żadnej mierze nie zamierzał uznać i zatwierdzić powyższy minister. Dzisiaj bierze udział w protestach przeciwko łamaniu norm demokratycznego państwa, ale sam dwukrotnie unieważnił konkurs, żeby w ostatecznym rozdaniu politycznym przyjąć w tajnym aneksie do porozumienia koalicji PIS-Samoobrona i LPR zapis:

Pkt.9 – prawo Ministra Edukacji Narodowej do wskazywania kandydatów na kuratorów oświaty

Kto zatem łamał demokrację, niszczył państwo prawa?

Obecnie wracamy do tych "standardów". Władzy nie podoba się kandydat Centralnej Komisji? Nie ma problemu. Od czego jest władza?

Centralna Komisja w dn.15 marca br., a więc w ponad dwa miesiące od wyborów kandydatów, ogłosiła komunikat:

Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów informuje, że obecnie toczy się proces legislacyjny, nowelizujący art. 33 ust. 3 ustawy z dnia 14 marca 2003 r. o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki (Dz.U. z 2016 r. poz. 882 i 1311), przedmiotem którego jest zmiana dotychczasowego sposobu powołania jej Przewodniczącego.

Do czasu zakończenia tej procedury i powołania przez Prezesa Rady Ministrów Przewodniczącego Centralnej Komisji, a tym samym ukonstytuowania się Prezydium Centralnej Komisji, nie będą podejmowane uchwały o których mowa w § 8 Statutu Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów z dnia 4 czerwca 2012 r. (tekst Statutu dostępny w zakładce O nas - Podstawy prawne).


Wyjaśniam, co oznacza paragraf 8, a tym samym jakie sprawy będące przedmiotem obrad i uchwał wszystkich sekcji CK od początku lutego 2017 r. nie są zatwierdzone czy odrzucone przez Prezydium CK, gdyż ono nie działa. Proszę zatem nie mieć pretensji do członków Sekcji CK ani do sił spiskowych, tylko do Pani Premier i ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Prezydium bowiem nie działając, nie załatwia następujących spraw:

- nadawanie jednostkom organizacyjnym uprawnień do nadawania stopni naukowych;

- ograniczanie, zawieszanie i pozbawianie uprawnień do nadawania stopni naukowych (w tym odwołań od uchwał CK w tych kwestiach);

- wskazanie jednostek organizacyjnych właściwych do zakończenia przewodów doktorskich i postępowań habilitacyjnych (...);


Nie zatwierdzane są uchwały Sekcji w sprawach:

- nadawanie stopni naukowych i tytułu naukowego;

- uzupełnianie składu rady właściwej jednostki organizacyjnej (...);

- dopuszczanie do wszczęcia postępowania o nadanie tytułu profesora (...).

Nie wydaje postanowień o wznowieniu postępowania w sprawach nadania tytułu albo stopnia naukowego.

Nie wydaje decyzji o unieważnieniu postępowania w sprawie nadania tytułu albo stopnia naukowego - w zakresie kompetencji Komisji (...);

Nie zarządza przeprowadzenia postępowania wyjaśniającego w przypadku (np. podejrzenia o plagiat);

Nie wydaje decyzji administracyjnej w przedmiocie wyrażenia sprzeciwu lub uchylenia decyzji rektora w sprawie nabycia uprawnień równoważnych uprawnieniom wynikającym z posiadania stopnia naukowego doktora habilitowanego (art.21a);

Nie powołuje Sekcji doraźnej i jej przewodniczącego;

- Nie wykonuje innych zadań i kompetencji przewidzianych w Statucie.

Proszę zatem uzbroić się w cierpliwość, bo paraliż czasami trwa długo, a potem wymaga - jak to w chorobie - długiej rehabilitacji.

wtorek, 21 marca 2017

O myśleniu spiskowym i paranoikach m.in. w szkolnictwie wyższym


Rzecz dotyczy niepozornej objętościowo książki dr Moniki Grzesiak-Feldman pt. "Psychologia myślenia spiskowego" (Warszawa 2016). Jej autorka jest adiunktem w Katedrze Psychologii Społecznej na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Zawsze staram się po przeczytaniu książki dowiedzieć czegoś o jej autorze. Tym razem spotkało mnie smutne przeżycie, bowiem okazało się, że Autorka tej publikacji zmarła w młodym wieku kilka miesięcy temu. Pozostawiła nam jednak studium porównawcze badań psychologicznych, których przedmiotem były psychologiczne mechanizmy i uwarunkowania myślenia spiskowego.

Rzeczywiście, nie było w kraju takiej rozprawy, chociaż różne studia z psychologii społecznej w wąskim zakresie zagadnień z tym związanych są nam bardzo dobrze znane. Psychologia społeczna zawsze należała w badaniach pedagogicznych do kluczowych ze względu na środowisko socjalizacji, wychowania, kształcenia i psychoterapii podmiotów procesu inkulturacji. Jak słusznie zastrzegła się we wstępie, brakowało w naszym kraju polskojęzycznej rozprawy, która stanowiłaby analizę metapsychologiczną i komparatystyczną różnych badań wycinkowych i kompleksowych na powyższy temat.

Badania dr Moniki Grzesiak-Feldman zostały sfinansowane ze środków Narodowego Centrum Nauki w ramach grantu OPUS - "Psychologiczne mechanizmy wiary w teorie spiskowe". Tytuł książki jest zatem - jak można przypuszczać - ostatecznym raportem z jej studiów analityczno-syntetycznych, które wymagały bardzo intensywnych analiz i własnych przekładów światowej literatury naukowej z powyższego zakresu. W tym właśnie upatruję jeden z największych walorów tej publikacji. Trzeba bowiem umieć szukać najbardziej cennych naukowo wyników badań z interesujących uczoną problemów, by następnie dokonać ich rekonstrukcji i porównań.

Drugim walorem tej rozprawy, a w istocie zamysłu badawczego, który został sfinalizowany wygraną w konkursie NCN w 2013 r., jest podjęcie zagadnienia o szczególnym wymiarze społecznym, politycznych i edukacyjnym. Jakże zresztą było i jest ono nadal aktualne, skoro właśnie na myśleniu spiskowym budują swoje działania politycy różnych formacji partyjnych oraz uwikłane w ich inżynierię społeczną propagandowe służby, także media. Recenzentami monografii byli profesorowie psychologii społecznej - Wojciech Cwalina i Mirosław Kofta.

Przed Autorką stało nie lada wyzwanie, bowiem postanowiła wniknąć do świata imponderabilii, a więc najmniej dających się zobiektywizować i uchwycić "mędrca szkiełkiem i okiem" procesów psychospołecznych oraz intrapsychicznych. Zarazem było to niewygodny temat w naszej rzeczywistości, bowiem jego rozwikłanie mogło rodzić przeświadczenie polityków, że oto zostają zdemistyfikowane ich - jakże skrzętnie skrywane przed obywatelami - działania natury socjotechnicznej, ale i historycznej, politycznej czy nawet edukacyjnej.

Jak napisała w "Przedmowie" o tym chodliwym społecznie "towarze" w dzisiejszych czasach:

Gwałtowny przyrost liczby osób wierzących w spiski wydaje się naturalną konsekwencją tragicznych, nierzadko spektakularnych wydarzeń, na przykład ataku terrorystycznego na WTC czy tragicznej śmierci Diany. W polskim dyskursie społecznym wątki spiskowe unaoczniły się szczególnie wyraźnie w związku z katastrofą prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem." (s. 10)

Mamy ciekawą książkę, która pozwala refleksyjnym obywatelom każdego kraju odpowiedzieć sobie na pytanie - "Czy należy/warto/powinno się wierzyć w spiski?"

Osobiście nie jestem zadowolony z tego, jak psycholog usiłuje zdefiniować pojęcie "myślenia spiskowego". Widać, że miała z tym duży problem, skoro tak je opisuje: "Myślenie spiskowe - to postrzeganie świata w kategoriach spisków i knowań, zasadzając się na przekonaniu, że pewna grupa osób zmówiła się potajemnie, aby realizować swoje ukryte i nieprawe cele (Zonis i Joseph, 1994). Tworzenie, podtrzymywanie, akceptowanie teorii spiskowych może prowadzić do powstawania i utrwalania się stereotypów spiskowych." (s. 21).

W pracy pojawiają się pokrewne powyższemu fenomen, jak stereotyp spiskowy, teoria spiskowa (przekonanie spiskowe), mentalność spiskowa i paranoja polityczna. Jednak w podsumowaniu prezentowanych pojęć przyjęła następujące przejawy myślenia spiskowego:

- dotyczące zdarzeń (spiskowe wyjaśnienia zdarzeń),

- dotyczące grup (myślenie spiskowe o grupach, stereotyp spiskowy),

- dotyczące ogólnych mechanizmów rządzących światem
. (s. 24)

w odniesieniu do każdego wskaźnika znajdziemy w tej książce przykłady wyników badań, głównie zagranicznych, ale także krajowych, w wyniku których możemy z pewnym prawdopodobieństwem nabyć przeświadczenia o powodach wiary i akceptowania różnych teorii spiskowych. Jedno przekonanie nakręca następne tak, że ludzie zaczynają już bezmyślnie wierzyć we wszystko, co ma jakiekolwiek znamiona jakiegoś i czyjegoś spisku.

Każdy z prezentowanych wyników badań osadziła w konkretnych realiach naszego codziennego życia, stąd spiskowe myślenie obejmuje także takie kwestie, jak szczepienia ochronne, wiarygodność medialnych wiadomości, reklam, kryzysów finansowych, wpływu różnych nacji na politykę, porwań osób, czyjejś nadwładzy, inwigilacji obywateli itp.
Zdaniem M. Grzesiak-Feldman wiara w spiski, knowania pozwala radzić sobie "zaczadzonym" mentalnie nimi "(...) z poczuciem, alienacji i wyobcowania ze społeczeństwa oraz z poczuciem ich bezsilności. Co więcej, upraszcza skomplikowany świat, dostarcza poręcznych wyjaśnień dla pojawiających się trudności i problemów oraz pozwala na rozładowanie uczucia wrogości". (s. 44)

Nie będę w tym miejscu referował książki, gdyż warto ją przeczytać, by wyciągnąć wnioski do własnych badań czy codziennych przemyśleń na temat zachodzących, także w naszym społeczeństwie, podziałów i konfliktów społecznych.

Dla pedagogów praca ta jest o tyle ważna, że zobowiązuje nas do jeszcze większych wysiłków na rzecz kształcenia i wychowania emancypacyjnego (w duchu kantowskim), oświecenia prowadzącego do autonomii społeczno-moralnej jednostek, by miały jak najwyższy poziom kontroli podmiotowej i poczucie sprawstwa.

Nasi wychowankowie powinni być przygotowani do odbioru informacji medialnych, w tym szczególnie memów na portalach społecznościowych, by potrafili odróżniać prawdę od fałszu, hipostazowanie od indoktrynacji. Młodzież w ponowoczesnym świecie musi umieć racjonalnie postrzegać rzeczywistość i być odporną na wszelkie odchylenia od tych procesów. "Postrzeganie samego siebie jako osoby mniej lub bardziej moralnej przekłada się na poziom gotowości do spiskowania, ta zaś bezpośrednio na wiarę w teorie spiskowe" (s. 82)

Warto zapoznać się w tej pracy z koncepcją prawicowego autorytaryzmu, w klimacie którego najczęściej pojawia się spiskowe myślenie. Powierzenie bowiem kierowniczych stanowisk autorytarianom staje się nie tylko konfliktogenne, ale i staje się siłą napędową toksycznych społecznie wydarzeń.

W szkolnictwie wyższym, podobnie jak w każdym hierarchicznym środowisku społecznym, spotykamy osoby, które cierpią na paranoję, a więc mające poczucie bycia prześladowanymi. Wszelkie swoje niepowodzenia, szczególnie w zakresie awansów naukowych, uzasadniają rezultatem czyjegoś spisku. Im właśnie dedykuję jeszcze jeden z interesujących wniosków z tej publikacji, bo - niestety - są tacy paranoicy akademiccy, którzy jeżdżą na kanapowe konferencje, by dać upust swoim imaginacjom:

(...) w paranoi, jak i w myśleniu spiskowym człowiek jest w stanie logicznie argumentować, broniąc swoich urojeniowych przeświadczeń, jednocześnie nie potrafiąc przyjąć do wiadomości dowodów przeczących istnieniu spisków. (s. 112)

poniedziałek, 20 marca 2017

Dyrektorskie podglądactwo w WC


W „Preambule“ do opracowanego przed kilkudziesięciu laty przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli - Kodeksu Etyki Nauczycielskiej stwierdza się już w pierwszym zdaniu: Kodeks Etyki Nauczycielskiej jest wezwaniem do wszystkich nauczycieli, aby w życiu i pracy zawodowej kierowali się zasadami moralnymi, prawdą i dobrem.

Jak się okazuje, o etyce nauczycieli nie stanowią żadne kodeksy, prawa, wewnątrzszkolne regulaminy, ustawy czy rozporządzenia, gdyż te brane są pod uwagę jedynie w sytuacjach krytycznych, kiedy już dojdzie do oczywistego naruszenia norm moralnych, obyczajowych czy prawnych. Nie ma lepszej kamery jak oko i serce człowieka, ale... jak chce się koniecznie wyzbyć poczucia odpowiedzialności za własne zaniechania, niedbalstwo, brak koniecznego zaangażowania i uczciwości lub nie zamierza się przestrzegać norm społecznych, to sięga się po narzędzia, instrumenty, przedmioty, które niejako "zdejmują" z pedagogów profesjonalne i kulturowe podejście do procesów opiekuńczych, dydaktycznych, wychowawczych itp.

Maria Dudzikowa trafnie nazywa model szkoły opartej na nieufności, podglądactwie, dehumanizacji stosunków międzyludzkich mianem „scholaptykon" (Pomyśl siebie… . Minieseje wychowawcy klasy, Gdańsk: GWP 2007, s. 58). Szkoła jest doskonałym poligonem doświadczalnym dla sprawujących władzę, bowiem ta instytucja nie jest dla uczniów, ale dla jej dysponentów, by za jej pośrednictwem wytwarzali istoty posłuszne [pedagokracja].

"Scholaptykon" jest zaistnieniem w szkole mniej jawnych, niejako „dyskretnych” form karania i nadzorowania uczniów, by za ich pomocą można było „wytwarzać” jednostki społecznie użyteczne i dostępne (widzialne, „przezroczyste”) dla władzy. W proces dyscyplinowania włącza się nie tylko hierarchiczność nadzoru, sankcje normalizujące, ale i gromadzenie informacji o jednostkach, którymi można odpowiednio manipulować i wywierać na nie presję, by podporządkowały się zamiarom władzy.

Jak pisał Michel Foucault dyscypliny nie należy utożsamiać ani z samą instytucją, ani z jej aparatem kierowniczym, ile z pewnym typem władzy, metodą jej sprawowania, która obejmuje cały zestaw narzędzi, technik, sposobów stosowania, by osiągać zamierzone cele. Uczeń staje się w szkole obiektem, który można uformować, wyprodukować, wytresować krok po kroku. Zaplanowany przymus wobec niego pozwala wniknąć w jego osobowość, wyzwolić w nim nieustanną gotowość do posłuszeństwa i wyrobić niezbędne ku temu nawyki.

Przywołany niedawno Raport NIK dotyczący bezpieczeństwa i higieny w szkołach wykazał, że w niektórych gimnazjach zamontowano monitoring nawet w toaletach. Nie dotyczyło to zapewne toalet dla nauczycieli. Dyrekcji Publicznego Gimnazjum nr 1 w Puławach w niczym nie przeszkadzał fakt, że kamery rejestrowały oddawanie czynności fizjologicznych przez chłopców.

Jak stwierdziła: Zamontowanie kamery w tym miejscu nie było błędem. Niedopatrzeniem było tylko to, że obraz z nich obejmował także pisuary. Dostęp do monitoringu miało kilka osób, między innymi dyrektor, portier i inspektor BHP. Ciekawe, że dyrekcja ma dobre samopoczucie. Śmierdząca sprawa.




niedziela, 19 marca 2017

Stanowiska w sprawie wolności słowa na polskich uczelniach państwowych


Polskie uniwersytety są wciągane - zdarza się, że wbrew własnej woli i/lub akceptacji środowiska naukowego - do wojny polsko-polskiej między formacją rządzącą a opozycją. Każdy pretekst jest dobry, byle tylko każda ze stron mogła wykazać, że "coś jest nie tak z wolnością słowa" w przestrzeni uniwersyteckiej.

Co ciekawe, zawsze dochodzi do tego typu zaognień, kiedy przedmiotem czyjegokolwiek wykładu gościnnego ma być kwestia o charakterze światopoglądowym, aksjonormatywnym. Znakomicie się do tego nadaje. Mieliśmy falę ideologicznych debat o charakterze granicznym przez cały okres III RP, a dotyczących cielesności, seksualności, tożsamości, paramedycyny, parapsychologii, religijności, roli ideologii i partyjnych interesów różnych podmiotów, itp.

Co zmieniała się władza w kraju z prawicowej na lewicową, z lewicowej na liberalną, z liberalnej na prawicową czy populistyczno-konserwatywną, to mieliśmy natychmiast przełożenie na zmiany kadrowe w centrum władzy, a w ślad za tym na zmiany w organach centralnych i finansowaniu badań naukowych.

* Jedna formacja polityczna zarządziła lustrację naukowców, to szybko lewica wykorzystała wszelkie możliwe triki, by to zablokować i poprzestać jedynie na kadrach kierowniczych uczelni państwowych. Tym samym w szkolnictwie prywatnym znakomicie mają się byli SB-cy i funkcjonariusze PZPR w togach, także marcowych docentów.

* Jak poprzednia władza krytykowała członkostwo w Polskiej Komisji Akredytacyjnej m.in. księdza doktora habilitowanego, który uzyskał habilitację na Słowacji, a nadal kreuje wizerunek rzekomego socjologa w naukach i ośmiela się dalej jeździć po kraju z zespołami akredytującymi jakość kształcenia na kierunkach studiów, tak następna przymknęła na to oko i wręcz uważa, że nie ma w tym naruszenia przynajmniej dobrych obyczajów w nauce. Tylko czekać, jak zmieni się treść dokumentów MNiSW w zakresie etyki.

* Dziwnym trafem czy jednak politycznym zobowiązaniem cieszyły się największą popularnością i przychylnością recenzentów Narodowego Centrum Nauki raz - tematy badawcze osadzone w paradygmacie "gender study", innym razem w nauce społecznej Kościoła katolickiego. Kilka miesięcy temu dzwonił do mnie jeden z profesorów z zapytaniem, czy nie mam jakiegoś znajomego księdza profesora, a nawet może być doktor, który zgodziłby się na włączenie go do zespołu badawczego, bo teraz ponoć... Odpowiedziałem, że ludzkimi duszami "nie handluję".

Ileż to uroczystości uniwersyteckich było nasycanych obecnością czołowych postaci świata polityki, w najbardziej partyjniackiej formule, a organizowanych tuż przed wyborami samorządowymi, parlamentarnymi czy prezydenckimi. Tego jakoś nikt nie podważa, nie kwestionuje publicznie, bo przecież obecność byłych czy obecnego prezydenta lub posła czy przedstawiciela władzy państwowej w murach uczelni traktowana jest jako honor. Słusznie, bo to władze uczelni zapraszają, a nie są im narzucane przez pozaakademickie środowiska spotkania z jakimiś ekspertami.

Wykłady gościnne jednych specjalistów były zrywane albo przez bojówki narodowców, albo lewacko-anarchistyczne. Uczelnie państwowe stały się zatem - szczególnie w ostatnich kilkunastu latach - świetnym terytorium do załatwiania spraw, które z nauką wcale nie musiały mieć wiele wspólnego. Ba, nawet wówczas, kiedy miały, bo gość był uczonym, często wysokiej, a nawet światowej renomy, to i tak były kwestionowane przez wrogów jej/jego biografii, uznawanych wartości, światopoglądu itp.

No i mamy z ostatniej chwili aż trzy stanowiska:

1) Pani Rebecca Kiessling, prawnik i działaczka pro-life, prezes organizacji „Save the 1" z Michigan poczuła się urażona, że odwołano czy uniemożliwiono jej spotkanie się z młodzieżą i wykładowcami Uniwersytetu Warszawskiego oraz Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ponoć dotyczyło to tez innych uczelni. Środowiska studenckie flagowych w naszym państwie uczelni złożyły petycję, aby uniemożliwić jej wygłoszenie wykładu. No i został on odwołany.

Jak mówiła w wywiadzie zdumiona takim potraktowaniem ją przez władze uczelni pani Kiessling: "Jest nie do pomyślenia, aby podobna sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych. Zakładałam, że w Polsce także istnieje wolność słowa, a przecież społeczeństwo amerykańskie jest o wiele bardziej liberalne niż polskie, a mimo to, takie sytuacje się nie zdarzają. Z drugiej strony, dzięki tym protestom moja wizyta uzyskała dodatkowy rozgłos. Z chęcią wysłałabym tym osobom bukiet kwiatów z wdzięczności, bo dzięki nim, mam o wiele większy rozgłos i większe możliwości oddziaływania."

2) W obronie Amerykanki i wolności słowa w uniwersytetach wystąpił minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin:

Z niepokojem i smutkiem przyjąłem informację, że władze kilku polskich uniwersytetów wydały zakaz zorganizowania w swoich murach wykładu Pani Rebecki Kiessling – amerykańskiej prawniczki i działaczki ruchu pro-life.

Misją uniwersytetu jest dążenie do prawdy. Droga zaś do niej to dialog, ścieranie się przeciwstawnych, racjonalnie uzasadnionych stanowisk, szacunek dla wolności myśli i pluralizmu. Z przykrością muszę stwierdzić, że decyzję władz wspomnianych uniwersytetów odbieram jako zaprzeczenie tych wartości. Konstytucyjna zasada autonomii uczelni służy poszerzaniu wolności badań naukowych oraz wolności słowa. Powinna być gwarancją dla szerokich swobód, a nie narzędziem do ich ograniczania.

W polskich uczelniach zdarzają się wykłady, konferencje czy pokazy artystyczne, które przekraczają najbardziej elementarne tabu zachodniej cywilizacji, a w istocie uderzają w ogólnoludzkie wartości. Niezależnie od tego, na jak ciężką próbę wystawia to moje poczucie smaku i zmysł prawdy, konsekwentnie wstrzymywałem się od interwencji – w duchu szacunku dla autonomii uczelni i wolności akademickiej. Trudno jednak, bym milczał, gdy zasadom tym sprzeniewierzają się – w mojej ocenie – ci, którzy powołani są do roli ich strażników.

Jest to dla mnie tym bardziej nie do zaakceptowania, że w przypadku wykładu Pani Kiessling mamy do czynienia nie z prezentacją argumentów na rzecz któregoś ze stanowisk skrajnych, lecz z obroną najprostszej wartości: ludzkiego życia. Z poglądami Pani Kiessling można się zgadzać lub nie, lecz zabranianie ich artykułowania jest niczym innym jak cenzurą.

Liczę, że środowisko akademickie przyjmie moje słowa jako głos w obronie fundamentalnej dla uniwersytetu zasady wolności myśli i słowa, a także jako wyraz troski, by polskie uczelnie nie zostały poddane ideologicznemu dyktatowi. Jednocześnie dziękuję wszystkim, zwłaszcza organizacjom studenckim, za jasne wyrażenie sprzeciwu wobec praktyki, która niszczy ducha prawdy.


3) Wkrótce okazało się, że prawda ma różne oblicza. Na stanowisko ministra odpowiedzieli rektorzy powyższych uczelni:

Po zapoznaniu się ze „Stanowiskiem ministra nauki dotyczącym wolności słowa na polskich uczelniach”, opublikowanym na stronie internetowej Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, przypuszczamy, że Pan Premier nie znał okoliczności oraz motywów wizyty Pani Rebekki Kiessling w Polsce. Nie została ona zaproszona na nasze uczelnie przez organizacje studenckie i nie miała brać udziału w debatach o charakterze akademickim, podczas których doszłoby do wymiany różnorodnych argumentów.

Pani Kiessling na swojej stronie internetowej otwarcie informuje, że odwiedza Polskę na zaproszenie Instytutu na rzecz Kultury Prawnej „Ordo Iuris”, po to aby swoimi wystąpieniami wesprzeć ten Instytut w dążeniach do wykreślenia z ustawy uchwalonej w 1993 roku możliwości legalnego przerwania ciąży w przypadku, gdy jest ona wynikiem gwałtu.

W środowisku akademickim musimy odróżniać działalność jawnie lobbystyczną służącą zmianie ustawodawstwa od debaty akademickiej, której fundamentami są krytyczne rozważania i wymiana poglądów. Czyniąc właściwy użytek z niezbędnej Uniwersytetom autonomii – niezależnie od bieżących mód, trendów czy układów politycznych – oddzielamy oparte o naukową metodę ścieranie się stanowisk od nieakceptowalnej w murach uczelni propagandy.

Nie możemy nie odnieść się również do fragmentu stanowiska, w którym Pan Premier daje do zrozumienia, że nasze Uniwersytety były w przeszłości miejscami wydarzeń „przekraczających najbardziej elementarne tabu zachodniej cywilizacji, a w istocie uderzających w ogólnoludzkie wartości”. Uznajemy ten osąd za bardziej publicystyczny niż merytoryczny, a nade wszystko – nieuzasadniony.


Ciąg dalszy tego typu sporów o poprawność polityczną czy światopoglądową nastąpi.


sobota, 18 marca 2017

Bezpieczne 24H w szkole i w związku z edukacją



Do przygotowania dzieci i młodzieży na czyhające ich w świecie (u-)rządzonym przez ludzi dorosłych niebezpieczeństwa, zagrożenia nie potrzeba ani ministra edukacji, ani dyrektora jakiegokolwiek departamentu czy pełnomocnika rządu do tych spraw, gdyż szkoły publiczne - jeśli tylko ich kadry same tego chcą - mogą suwerennie kreować proces kształcenia, wychowania czy podejmować działania profilaktyczne na rzecz bezpieczeństwa podopiecznych przez 24 godziny na dobę.


Trzeba tylko umieć budować w szkole i w związku z edukacją szkolną wspólnotę środowiskową na rzecz bezpiecznej edukacji i życia naszych dzieci w związku z ich powinnością uczęszczania do szkoły. Można powołać radę szkoły, można poszerzyć wachlarz działań rady rodziców tak, by najbardziej kompetentni wśród nich mogli wspierać społeczność szkolną swoimi umiejętnościami, wiedzą, doradztwem czy nawet poprowadzeniem zajęć warsztatowych dla uczniów.


Jak rodzic jest ekonomistą, pracuje w banku czy jakiejś firmie, gdzie odpowiada za rzetelność i uczciwość rozliczeń finansowych, to może przecież spotkać się raz w roku z uczniami, by uczulić ich np. na niebezpiecznych oszustów, wyłudzających pieniądze np. od ich babci czy dziadka oczekujących w domu na powrót bliskich. Mogą opowiedzieć uczniom o tym, na co zwracać uwagę, by nie zostać oszukanym przez oszustów finansowych, itp.

Zapewne w gronie uczniów każdej szkoły znajdzie się rodzic czy członek rodziny, który ma związek z policją, strażą pożarną czy służbami ratownictwa medycznego, a to już wystarczy, by włączyć takiego profesjonalistę do tego, aby w jak najbardziej wiarygodny sposób podzielił się z dziećmi czy młodzieżą szkolną swoimi umiejętnościami w zakresie ochrony czy ratowania życia, profilaktyki czy właściwego reagowania na realne zagrożenia.


Tak stało się w Szkole Podstawowej Nr 2 w Tuszynie, której dyrekcja wraz z gronem nauczycielskim postanowiła poświęcić cały dzień nie tylko uczniom, ale właśnie i ich rodzicom, lokalnym służbom pomocowym, socjalnym, medycznym, a nawet leśniczym itp. na to, by nie tylko rozmawiać o czyhających na wszystkich niebezpieczeństwach, ale też uczyć si ę właściwego reagowania na nie, radzenia sobie z tym, co mogłoby nagle zaskoczyć i uniemożliwić racjonalne działanie.

W dniu przedwczorajszym pojawili się w tuszyńskiej szkole najlepsi eksperci, bo o przestępczości mówili uczniom i prowadzili z nimi interaktywne warsztaty policjanci z Powiatowej Komendy Policji w Koluszkach. O zagrożeniach w lesie, kiedy może pojawić się pożar lub coś nas skusi, by zerwać nieodpowiedni grzyb mówili leśnicy, ale i strażacy.


O tym, jak radzić sobie z własnymi emocjami, lękami, niepokojami czy problemami w uczeniu się mówili rodzice-psycholodzy, terapeuci czy pedagodzy, ale zwracali tez uwagę na to, by nie tylko koncentrować się na tym, co złe, negatywne, ale i umieć cieszyć się życiem, mieć dobry humor.


Wreszcie w jednej z sal lekcyjnych uczniowie różnych klas, rotacyjnie ćwiczyli umiejętności poruszania się rowerem w trudnych warunkach, przechodzenia przez ruchliwą arterię drogową czy poznawali znaki drogowe oraz możliwości wzywania służb ratunkowych. Jak się okazało, w jednym z warsztatowych modułów dzieci uczyły się nie tylko o tym, jak żyć zdrowo, odżywiać się właściwie, ale i dbać o własną kondycję fizyczną.

Cały dzień trwały warsztaty, zajęcia z udziałem profesjonalistów, także nauczycieli i wychowawców tej szkoły, która ma znakomite wyposażenie do zajęć z wykorzystaniem mediów elektronicznych (w większości klas są tablice interaktywne, które zostały zakupione przez ... rodziców!). Nic dziwnego, ze uczniowie dowiadywali się o konieczności zachowania bezpieczeństwa w przestrzeni wirtualnej.


Wrażenie zrobiło włączenie w roli ekspertów-edukatorów absolwentów tej szkoły, a będących już gimnazjalistami czy licealistami. Ze względu na nabyte przez nich umiejętności np. w ratownictwie medycznym, działalności wolontariackiej czy w umiejętnościach sportowych, mogli błysnąć przed młodszymi i pozytywnie popisać się przed nimi. Młodsi chętnie uczą się od niewiele od nich starszych koleżanek czy kolegów, a tak rozumiane partnerstwo rówieśnicze skutkuje trwałością wiedzy.

Wydawałoby się, że sześcioletnia szkoła podstawowa nie wymaga aż tak "zmasowanej" i zróżnicowanej formy uczulania na istniejące czy potencjalne zagrożenia w codziennym życiu. Jednak tak nie jest. W czasach otwartości, płynnej rzeczywistości, zmieniających się reguł życia i władz nie wiemy, co jeszcze może nas zaskoczyć. Nauczyciele świetnie poradzili sobie z pozaszkolnym chaosem dzieląc się z dziecięcymi duszami i umysłami fundamentalnymi także w ich życiu wartościami oraz wzmacniając ich praktyczne umiejętności.


Właśnie lokalnie, autonomicznie i we wspólnocie społecznej tworzy się skuteczną edukację, bo odpowiadającą na rzeczywiste potrzeby i oczekiwania konkretnego środowiska uczniowskiego i rodzicielskiego. Dzieci nie są własnością państwa czy szkoły, gminy czy parafii, zaś szkoła publiczna jest po to, by wspierała rodziców w procesie wychowawczym ich dzieci. Szkoły publiczne muszą być dla dzieci, by mogły godnie żyć i realizować się w zgodzie z własnym potencjałem rozwojowym oraz uzyskanymi kompetencjami i wykształceniem.