Habilitacja - manipulacja



Centralna Komisja Do Spraw Stopni i Tytułów wymaga jako urząd zmian. Akademicy nie zdają sobie sprawy z tego, że profesorowie wybierani w tajnych wyborach do składu Centralnej Komisji nie są urzędnikami, ani też nie mogą ponosić odpowiedzialności za braki, zaniechania czy błędy popełniane przez etatowych pracowników tego organu, gdyż nie mają na nie wpływu.

O patologiach - z jakimi spotykamy się dzięki aktywności w tym organie - dyskutowaliśmy w grudniu, pod koniec kadencji i rację mieli niektórzy z zabierających wówczas głos, że urząd - a nie członkowie CK - jest źródłem właściwych, koniecznych i prawidłowo przeprowadzanych analiz, kontroli czy interwencji, ale także sam staje się w niektórych okolicznościach powodem działań bezprawnych czy też legitymizujących bezprawie. To powinno się zmienić, by państwo nie było teoretyczne, a tak ważny organ stał jednak na straży uczciwości w postępowaniach awansowych, a nie sprzyjał matactwom - niestety - niektórych nauczycieli akademickich.

Konieczne jest przywoływanie pewnych kazusów, by studiujący prawo mieli opisy przypadków, które są wysoce kształcące. Oto jeden z nich (jedynie dane personalne i instytucjonalne są zmienione, by nie zostały zidentyfikowane):

Habilitant przedłożył do oceny publikacje, wśród których wyróżnił monografię naukową odpowiadającą rozprawie habilitacyjnej oraz pozostałe rozprawy, wśród których znalazła się wydrukowania praca doktorska, kilka artykułów będących także częścią tej dysertacji i jeszcze kilka artykułów, w tym trzy recenzje wydawnicze. Jeden z negatywnych recenzentów pisze, że zgromadzony przez doktora dorobek naukowy ilościowo mieści się granicznie w wymaganiach stawianych przez tego recenzenta.

Zamiast napisać uczciwie, rzetelnie, że ten dorobek jest miałki, lichy, wątły sili się ów recenzent na "dobrego wujka" , toteż każdy sąd oceny jest w swej treści dwoisty: z jednej bowiem strony wykazuje implicite, że habilitant nie spełnia wymogów, z drugiej zaś tak to formułuje explicite, by była podstawa do negatywnej konkluzji, a nie raniła habilitanta wprost. Przykład:

- zaprezentowana i przedłożona do recenzji twórczość habilitanta wzmaga jedynie apetyt na kolejne jeszcze bardziej pogłębione i warsztatowo bardziej dopracowane studia". Zgodnie z prawdą recenzent stwierdza implicite: rozprawy habilitanta są pozbawione warsztatu i teoretycznie powierzchowne.

- problematyka poruszona przez habilitanta powinna zostać mocniej zakorzeniona w naukowym dyskursie na forum krajowym i międzynarodowym, bowiem publikuje on na łamach czasopism około-dyscyplinarnych, a nie w ramach swojej dyscypliny naukowej. Prawda jest taka, że publikacje habilitanta są potoczne, nie mają związku z naukowym dyskursem ani w kraju, ani poza granicami. Co ciekawe, habilitant reprezentuje dyscyplinę naukową, która już w swej istocie wymaga umiędzynarodowienia badań, ale jak ktoś jest lokalnym kacykiem partyjnym, to nie ma czasu na naukę;

- mamy do czynienia z bardzo dobrze zapowiadającym się badaczem problematyki X, a to zobowiązuje do wypracowania rzetelnego i metodologicznego poprawnego systemu diagnostycznego i operacyjnego". widzimy wyraźnie, że ów recenzent jednoznacznie, choć skrycie stwierdza, że habilitant nie przeprowadził rzetelnych badań, bo nie potrafi posługiwać się metodologią swojej dyscypliny.

Recenzent dalej pisząc: "Oczywiście powyższe uwagi nie dyskwalifikują całokształtu dorobku, ale zdecydowanie wywołują wspomniany niedosyt. W podsumowaniu recenzji, której wcześniejsze uwagi - jako jego niedosyt - pisze ów profesor, że dorobek habilitanta jest skromny, przyczynkarski, brakuje w nim pogłębionych studiów w przedmiocie badań, ponadto habilitant ogranicza się do krótkich artykułów w czasopismach lokalnych a prywatnych szkół wyższych, a rozprawa habilitacyjna podejmuje "świeży na rynku" temat.

Do monografii habilitacyjnej recenzent też ma zastrzeżenia. Habilitant napisał ateoretyczną rozprawę, o fatalnej strukturze treści, słabo jest wyeksponowany do badan model eksplanacyjny pozwalający na usystematyzowanie i prawidłowe metodologicznie weryfikowanie hipotez.

Na koniec recenzent stwierdza, że habilitant nie zasługuje na uzyskanie stopnia naukowego doktora habilitowanego. W komisji habilitacyjnej jest także przekonanie, że nie należy wnioskować o habilitację dla tej osoby. Rada Wydziału przychyla się do stanowiska komisji habilitacyjnej i odmawia nadania stopnia doktora habilitowanego. Członkowie Rady w 2/3 głosów negatywnych potwierdzają, że komisja miała rację w rozpoznaniu żenującego poziomu "osiągnięć naukowych" habilitanta.

Co robi habilitant? Odwołuje się nie do Centralnej Komisji - chociaż taki jest wymóg prawny - tylko do Rady Wydziału, a ta w bardzo krótkim czasie zmienia swoje stanowisko i sama, bez odesłania dokumentacji do CK przyjmuje uchwałę o nadaniu stopnia dra hab.

To oczywiste, że zostało naruszone prawo. Od czego jednak mamy prawników? Od tego, żeby zmanipulować dalszy tok procedur CK, którego uchwała zobowiązywała do wycofania z obiegu prawnego dyplomu tego habilitowanego już "specjalisty".

Habilitant, który ma w NSA wsparcie rodzinne, kieruje pozew przeciwko CK do WSA (to podlega NSA) i jeszcze tego samego dnia (sic!) sędziowie, którzy dla innych spraw nie mają takiego przyspieszenia ani nie wykazują tak pilnej potrzeby załatwienia ich spraw, przyjmuje uchwałę utrzymującą w mocy nadanie przez Radę Wydziału tego stopnia naukowego.

Wszystko zostało dobrze zaplanowane. Sprawa trafiła do sądu w okresie, kiedy CK już nie obraduje (okres wakacyjny) a profesorowie są już na urlopach. Tym samym CK nie składa apelacji, bo kiedy odpowiedzialni za to wracają z urlopów, jest już po terminie, a więc wyrok WSA upełnomocnia się. Habilitowana osoba "załatwiła" sobie habilitację.

Ktoś musiał wiedzieć, jaki wybrać termin na sądowy pozew, żeby zagwarantować sobie sukces. Takich dziur w sicie polskiego prawa i urzędów państwowych jest wiele, ale najgorsze są "dziury" w kulturze osób uczestniczących w tym procederze. To, że taki habilitowany nikogo i niczego dobrego nie nauczy, nie ma znaczenia. W nauce jest pełno takich osób z importu, ale i z wewnątrzkrajowej "produkcji".

Co z tego, że profesorowie - członkowie CK przeprowadzili rzetelne studium tego przypadku i głosowali za koniecznością naprawy błędu, jaki został popełniony przez członków Rady Wydziału. Nikt nie docieka, dlaczego jakimś dziwnym trafem, po kilku tygodniach, nagle członkowie Rady zmienili front i postanowili tej osobie nadać stopień doktora habilitowanego?

Co z tego, że Sekcja CK dostrzegła ów wyłom w praktyce akademickiej jednej z jednostek? Polak potrafi obejść każde prawo. Od tego ma też sędziów i adwokatów.