sobota, 25 lutego 2017

Co się dzieje w szkolnych świetlicomatach?



Wchodzę do szkoły podstawowej, by odebrać dziecko ze świetlicy - pisze jeden z rodziców - a tam totalny chaos. W małym pomieszczeniu przebywa czterdziestka dzieci w różnym wieku, z różnych klas, które słuchają piosenek z gatunku disco polo. Ta tandeta rozbrzmiewa z taką siłą, a teksty są tak prymitywne, że aż dziwię się, kto na to pozwala?!

Czyżby już tak nisko upadła kultura kształcenia i wychowania? Czy rzeczywiście opiekujący się dziećmi strażnicy szkolni - bo trudno nazwać ich pedagogami - uwierzyli Jackowi Kurskiemu, że warto promować w szkołach ten prymitywizm pseudoartystyczny? Można im jeszcze puścić Marylkę Rodowicz, bo jest jak w PRL - na topie. Dzieci utworzą w parach wozy kolorowe i pojadą szkolnymi korytarzami ... .

To nie ma już w szkołach publicznych nauczycieli, którzy mieliby profesjonalne przygotowanie do pracy właśnie w tego typu przytułkach, przechowalniach, poczekalniach szkolnych? Trzeba włączać im taką tandetę, by powtarzały bezmyślnie "majteczki w kropeczki itd." ciesząc się i głupkowato radując z tego faktu?

Zaraz ktoś napisze, że to wszystko jest winą rządów Platformy Obywatelskiej i PSL. Owszem, JEST, bo to ministrzyca J. Kluzik-Rostowska utrzymała w szkołach publicznych "karciane godziny", czyli zezwoliła na to, by każdy nauczyciel, któremu brakuje kilku godzin do pensum, dorabiał je w świetlicy, a reszta godzin przypadła pozostałym w ramach "godzin karcianych".

Rzecz jasna, nazwa tego pseudopedagogicznego rozwiązania pochodziła od nowelizacji Karty nauczyciela, stąd "godziny karciane", ale życie dopisało ich drugie znaczenie, a mianowicie "granie z dziećmi fałszywymi kartami" (to za Januszem Korczakiem). Czym bowiem jest, jak nie szulerstwem, zobowiązywanie matematyków, geografów czy polonistów do tego, by sprawowali w szkolnych świetlicach rolę niekompetentnych dozorców?

Godziny karciane stały się okazją do wewnątrznauczycielskich rozgrywek, szlemików, ale i blefowania. Przyszły rządy PIS-u i godziny zniknęły, ale problem pozostał. Na wszystkim i na wszystkich trzeba oszczędzać, więc nie ma potrzeby zatrudniania pedagogów o specjalności opiekuńczo-wychowawczej w świetlicach szkolnych. Wystarczy postawić tam kogokolwiek (w sensie statystycznym, z całym szacunkiem dla każdego specjalisty), by pilnował, żeby dzieci i on/ona przetrwały do momentu odbioru osobowej "paczki" z "paczkomatu", czyli świetlicomatu.

17 komentarzy:

  1. Dobrze, ze został pokazany ten mechaniizm. Bo czy nie dzieje sie podobnie w niby-właczającej edukacji dzieci niepełnosprawnych? Zamiast pedagogów specjalnych, jako współorganizatorów procesu dydaktycznegp, coraz częściej zatrudnia sie asystentów nauczycieli - bo taniej (z godzin Kodeksu Pracy, nie Karty Nauczyciela). Wpadnie pan od wf-u do dziecka z autyzmem czy niesłyszacego dorobić brakujące godziny. Dodatkowy nauczyciel jest? Jest. A że się tak samo nie zna na autyzmie czy głuchocie, jak nauczyciel prowadzący - to już niestotne. Inkluzję przeciez mamy! Będzie jak ze świetlicami

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozumiem, że inkluzja polega na "włączaniu" wszystkich do wszystkiego niezależnie od kompetencji. A prawda jest taka, że rodzice często pracują do 17-18 i oczekują, że szkoła do tego czasu przypilnuje dzieci. A kto pilnuje? - ja proponuję, że najtaniej wyniesie dozorca - w końcu jest od dozoru :)
    A, że młodzi słuchają bądź czego? - a tam, nabijają sobie strukturę osobowości prostymi rytmami, jak twierdzą znawcy tematu. Bo dorośli im w tym czasie pozostawiają wolną rękę i oni tak "na własną rękę" się kształtują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli aytosocjalizacja

      Usuń
    2. ... jak najbardziej. Nic się samo nie dzieje. a autosocjalizacja jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym. Socjalizacja jest w grupie, a nie samodzielnie. Po drugie grupa, która sama wyznacza normy, do których się adaptuje, to często zarzewie niedostosowania społecznego, a nie socjalizacji do życia w społeczeństwie.

      Usuń
  3. Karciane godziny (hallówki - od wynalazczyni wspólnie z Broniarzem z ZNP) nie były(!) CZĘŚCIĄ pensum tylko DODATKIEM(obowiązkowym!) do niego!!! Co nie zmienia wymowy tekstu - uwaga jest gwoli ścisłości ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobnie rzecz się ma w klasach I -III gdzie na godzinki i nadgodzinki z muzyki, plastyki itd. wpadają "specjaliści" po 10 -miesięcznych podyplomowkach, kompletnie nieprzygotowani do pracy z młodszymi dziećmi. Na zajęciach dzieją się cuda kompletnie niezwiązane z innymi treściami. Tu też podziękowania Katarzynie Hall za kolejną niedorzeczność.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkolny apel. Wszyscy zebrali się już w sali gimnastycznej. Pani dyrektor otworzyła uroczystość. Wychodzi chór i zaczyna.... śpiewać? Dzieci bezgłośnie poruszają ustami a muzyka idzie z... odtwarzacza.

    OdpowiedzUsuń
  6. Szanowni Państwo, włączę się w dyskusję, bo mowa o muzyce m.in. W klasach I-III według obowiązującej podstawy, tej starej, jak i tej nowej, prowadzenie muzyki można powierzyć nauczycielowi specjaliście (na marginesie dodam, że moim zdaniem ktoś po dyplomówce II semestralnej bez wcześniejszej specjalistycznej edukacji muzycznej muzykiem nie jest). Niestety dyrektorzy z tej możliwości nie korzystają, gdyż to zabiera godzinę już i tak okrojonego pensum nauczyciela nauczania zintegrowanego. Więc muzykę prowadzi pan/pani lic/mgr pedagogiki (wczesnoszkolnej itp.), który/która na studiach uczyła się jak nauczać muzyki 30 lub 60 godzin. Ponadto uczelnie zrezygnowały z egzaminów wstępnych z tzw. "zdolności", dlatego nieszczęśliwie dla naszych dzieci muzyki musi uczyć ktoś, kto nie słyszy, nie śpiewa, nie gra i nie lubi aktywności muzycznej. Dlatego - i tu komentarz do kolejnej wypowiedzi - obowiązki nauczyciela przejmują odtwarzacze... Z wyrazami szacunku. Alicja DB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mądry i potrzebny głos w sprawie nauczania muzyki w klasach I -III ! Moja koleżanka po studiach magisterskich z nauczania początkowego, wcześniej po SN ie z muzyki i średniej szkole muzycznej w klasie fortepianu musiała oddać "muzykę" koledze historykowi po II semestralnej podyplomówce z muzyki. Przed zaborem -dzieci tańczyły, śpiewały, występowały publicznie. Obecnie najczęściej przepisują z tablicy zapisy nutowe. Krysia

      Usuń
  7. Sorry, ale rodzic chyba się urwał z choinki. W szkole od lat dzieją się przedziwne rzeczy. Nauczyciele od lat liczą raczej na przetrwanie niż pracę, tak z dziećmi, jak i rodzicami. Nauczyciele źle uczą, przykład - wszechobecne korepetycje z wielu przedmiotów. Rodzice nie mają pojęcia o wychowywaniu dzieci i nie pozwalają rodzicom , przykład - krnąbrne, agresywne i chamskie dziecko i takiż samo zachowanie rodzica "walczącego" o swoje "niewinne" dziecię. Coś z tym trzeba zrobić. Nauczyciele stają się dziwnie niekompetentna kastą, podobną do wielu innych w naszym kraju. I proszę nie mówić, że mało zarabiają, bo to inna kwestia. (za skróty myślowe przepraszam).

    OdpowiedzUsuń
  8. Problem ze świetlicami jest nie rozwiązały go kolejne ministerki, choć Kluzik-Rostkowska odgrażała się że trzeba skończyć z tymi przechowalniami. Uprzejmie donoszę, że w warszawskich podstawówkach migawki ze szkolnych świetlic identyczne jak w liście rodzica.30 dzieci siedzi ciało przy ciele na matach (innej aktywności nie można wykonać ze względu wielkości salki) w pomieszczeniu przypominającym więzienna celę i przeczekują do przyjścia wybawiciela-rodzica. Zimą sytuacja stała się nie do zniesienia bo ze względu na alarm smogowy nie można dzieci nawet przewietrzyć na boisku. Świetliczanką jest co prawda Pani od plastyki której brakuje godzin do etatu w klasach starszych to dostała godzinki z dziećmi świetlicowymi, ale ta przynajmniej próbuje dzieci zająć jak ma pomieszczenie odpowiednie jakąś aktywnością plastyczną.
    Problem jest poważny bo spora część dzieci z klas i-iii spędza na świetlicach więcej czasu niż na regularnych zajęciach kształcenia zintegrowanego, więc ten czas muszą powinny spędzić wartościowo, a tu ani odpocząć, ani się pobawić ani czegoś nowego nauczyć. Smutne

    OdpowiedzUsuń
  9. A u nas świetlica to stacja rozrządowa: dzieci po zajęciach w klasie zaczynają świetlicowe: po obiedzie są zajęcia z różnych programów europejskich (pamiętaj kto na jakie), z godzin "karcianych" (rozwijanie uzdolnień itp.- pamiętaj kto kiedy), zajęcia płatne przez rodziców (angielski, taekwondo, judo, joga, tańce, szachy, robotyka i co tam komu jeszcze gra - pamiętaj kto kiedy, bo rodzice przecież płacą) a potem przychodzi dyrektor na hospitację zajęć świetlicowych 1 godzina zegarowa minimum i pokaż człowieku jak pracujesz jako kolejarz na stacji przesiadkowej). Nie mówiąc już że w jednej grupie świetlicowej są uczniowie z podejrzeniem i ADHD, autyzm, mutyzm, obcokrajowcy, z niedosłuchem i niepełnosprawnością sprzężoną. Powodzenia specjalistom.

    OdpowiedzUsuń
  10. A zapomniałam: w świetlicy pracują nauczyciele - wychowawcy świetlic na pełnych etatach (nie ma "karcianych nauczycieli") i też chcą realizować swoje innowacje i projekty świetlicowe.

    OdpowiedzUsuń
  11. Korzystanie z opieki świetlicowej generuje różne dziwactwa. W Wigilię w ramach dyżuru świetlicy pojawił się wcześnie rano dziadek uczennicy, bo jak stwierdził "pali się światło co dostrzegł z okna mieszkania więc przyszedłem zobaczyć czy ktoś popilnuje moje wnuki bo wytrzymać z nimi w domu nie można". Przyprowadził za pół godziny wnuka i jego kuzynkę z innej miejscowości. Dzieci bez jedzenia siedziały do 15.

    OdpowiedzUsuń
  12. Pracowałam w świetlicy przed laty, dzieci jak dzisiaj było sporo, nawet 80 na jednej sali, pełniącej też funkcję jadalni. Ale do pomyślenia nie było, żeby nie prowadzić żadnych zajęć. Wiele czasu spędzaliśmy też na polu, na boisku szkolnych, niezależnie od pogody.Głównym problemem było jednak sprawdzanie obecności: kto kiedy kończy zajęcia, gdzie i z kim wychodzi, przecież do toalety też musi wyjść, jak widzę minęło 30 lat i nic się nie zmieniło, tylko jeszcze większe dziadostwo....

    OdpowiedzUsuń
  13. Znam szkoły, w których świetlica jest miejscem kreatywnego rozwoju (warsztaty origami itp.). Znam nauczycieli, którzy dobrowolnie rezygnują z nauczania swojego przedmiotu, by wnieść życie do świetlicy. Znam i taką w dużym wielkopolskim mieście, w której nauczycielka stosuje STOPERY do uszu a kilkadziesiąt Dzieci ma w zamian 1 komputer!
    Na studiach pedagogicznych uczyłam się jak odczarowywać mit przechowywalni/poczekalni. Nadal uważam, że w świetlicach tkwi potencjał i ... wyzwanie.
    M.

    OdpowiedzUsuń
  14. Z pustego i Salomon nie nalał. Mrowiących się dzieci odwrotnie proporcjonalnie do środkow finansujących bieżącą działalność świetlic. Materiały do prac plastycznych kosztują a klientami świetlic są dzieci ktorym nie ma kto kredek kupić. Gry planszowe dewastowane po jednym użyciu. Rozdane do pracy plastycznej kartki lądują w koszu po jednej kresce "bo proszę pani chcę od nowa". Przedszkola pobierają opłaty za pobyt dziecka po obiedzie a w szkołach publicznej standardy niepubliczne mają się zadziać od chęci.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.