piątek, 10 lutego 2017

Co nam szykują naukowcy z Uniwersytetu SWPS?

Mamy wreszcie trzecią propozycję ZAŁOŻEŃ DO USTAWY REGULUJĄCEJ SYSTEM SZKOLNICTWA WYŻSZEGO, która określana jest jako „Ustawa 2.0”, a została opracowana w Uniwersytecie SWPS pod kierunkiem prof. dr hab. Huberta Izdebskiego (b. sekretarza Centralnej Komisji).

Dokument ma cztery rozdziały: Potrzeba i cel regulacji; Istota proponowanych rozwiązań (stanowiącego streszczenie propozycji przedstawionych w całym dokumencie); Zakres projektowanej regulacji i zasadnicze kwestie wymagające uregulowania, Skutki proponowanych rozwiązań.

Po raz kolejny potwierdzono znaną już diagnozę m.in. Komitetu Socjologii Polskiej Akademii Nauk z 2015 o fatalnym stanie troski dotychczasowych rządów o naukę i szkolnictwo wyższe, co sprawia, że zajmuje ona wciąż (...) niską pozycję w hierarchii priorytetów rozwoju naszego kraju, chociażby w wymiarze wielkości nakładów przeznaczanych na tę sferę w budżecie państwa.(s.8)

Koncentracja poprzednich władz na masowym kształceniu studentów, „wolnej amerykance” w sektorze szkolnictwa prywatnego, pomijanie koniecznego wzmacniania finansowania badań naukowych skutkowało przeregulowaniem rzekomej troski o jakość proces kształcenia i jej zaniedbaniem w sferze polityki kadrowej oraz naukowej w uczelniach publicznych.

Zmiana w 2011 r. w procedurach awansowych na stopień doktora habilitowanego sprawiła, że nastąpiło (...) gwałtowne zwiększenie liczby uzyskiwanych habilitacji (co nie musiało łączyć się z zachowaniem ich poziomu, nie mówiąc o jego podwyższeniu), a skutkiem pośrednim - uruchomienie procesu poszukiwania sposobu dalszego ułatwienia uzyskiwania habilitacji zamiast pogłębionej refleksji na temat systemu awansów naukowych. (s.10)

Autorzy tego projektu nie zostawiają przysłowiowej „suchej nitki” na zamierzeniach i ich realizacji w okresie rządów PO i PSL”:

do realizacji powziętego zamysłu przystąpiono […] w sposób powierzchowny i mechaniczny”, skutkiem czego „już nie tylko mizeria finansowa, lecz również decyzje resortu, wręcz wymuszające epigonizm i mimetyczne reakcje przystosowawcze, wreszcie swoiste mody środowiskowe prowadzą do tego, iż dokonujemy intelektualnej autokolonizacji, sami się prowincjonalizujemy, potwierdzając – posługując się językiem postkolonialistów – że centrum dostarcza teorii, a peryferie – materiału badawczego, case studies>”(s.12)

Co gorsza, nowelizacja ustaw w trakcie realizacji tej polityki (…) była wręcz przykładem nieprzestrzegania zasady prawidłowej legislacji. Nazbyt wiele we wprowadzonych przez nią przepisach było niedookreśleń, lapsusów i luk, co dodatkowo utrudniało skorzystanie z tych rozwiązań, które można było uznać za pozytywne. (tamże)


Idea zmian bliższa jest międzynarodowym przemianom, które określane są mianem posthumboldtowskiego uniwersytetu. Ten zaś musi stawać się „przedsiębiorczy” w sferze kształcenia (a to oznacza próby dostosowywania się do rynku pracy) i w sferze nauki32, starając się być oferentem usług: odpowiednio edukacyjnych (w dużym stopniu praktycznych, zawodowych) i badawczych (przede wszystkim stosowanych).(s.18)

To model neoliberalnej ideologii, która ma wymusić wyższą efektywność a niższą kosztochłonność we wszystkich funkcjach założonych uczelni publicznych. Jak piszą autorzy:

Zamiast korzystania z tradycyjnej drogi: badania podstawowe dostarczają materiału do badań stosowanych, a wyniki tych z kolei są komercjalizowane, oczekuje się wyników szybkich i skonkretyzowanych, nadających się do komercjalizacji i komercjalizowanych. (s.19).

Autorzy projektu nie szukają innych rozwiązań, tylko dostosowują go do megatrendów, przy pełnej świadomości ich nieskuteczności i pozornej efektywności w aplikacji w innych krajach, by zapewnić jak największą produktywność polskiego systemu szkolnictwa wyższego w ramach realizacji zasady autonomii szkół wyższych.

Produktywność wyraża się w przejściu od skoncentrowania się na ilości (studentów, kadry, publikacji itd.) do orientacji przede wszystkim na jakość we wszystkich trzech kierunkach – rodzajach misji uczelni wyższych, tj. w kształceniu, w badaniach naukowych i we współpracy z otoczeniem, przy założeniu odpowiedniej stabilności normatywnych punktów wyjścia. (s. 23)

Tym samym drodzy uczeni-rodacy: czas wstać i iść do pracy! Do produkcji! Czas wyrwać polską naukę z przeciętności, a nie da się tego uczynić, jeśli będziemy zajmować się kształceniem studentów. Od tego – zapewne – mają być prywatne szkoły wyższe, które dzięki zmianie mogą spokojnie przetrwać na rynku dostarczając społeczeństwu półanalfabetyczne produkty, oczywiście z wyłączeniem Uniwersytetu SWPS, bo ten zapewne kształci i prowadzi badania na światowym poziomie.

Ustawa 2.0 ma zapewnić takie zróżnicowanie pozycji szkół wyższych, by nie deprecjonowało ich kształcenie praktyczne – a zarazem, by najsilniejsze naukowo uczelnie mogły skoncentrować się na funkcji badawczej, także jednak w powiązaniu z realizacją trzeciej misji uczelni.

(…) Ustawa 2.0 ma tworzyć warunki do nawiązywania ścisłych relacji szkół wyższych z przedsiębiorcami w dziedzinach kształcenia personelu, wspólnych badań, rozpowszechniania i popularyzowania wiedzy, wdrażania innowacyjnych rozwiązań – zawierać mechanizmy premiujące uczelnie realizujące usługi na rzecz innowacyjnej gospodarki, także z wykorzystaniem środków finansowych z budżetu Unii Europejskiej. (s. 24)

Być może dla nauk ścisłych, technicznych, medycznych tego typu nowa misja będzie wartościową zmianą. Dla humanistyki i nauk społecznych oznacza ona totalną zapaść, która odbije się na rozwoju polskiej kultury i rozwoju społeczeństwa. Polska przestrzeń publiczna, społeczna dla aplikowania wyników ich badań jest zakleszczona w centralistycznym, w tym ideologicznym sterowaniu, toteż żadne placówki oświatowe nie będą zamawiać na wydziałach pedagogicznych czy nauk społecznych w uniwersytetach badań lub projektów wdrożeń innowacji i eksperymentów, bo te były, są i będą niepożądane przez centrum.

Ani Ministerstwo Edukacji Narodowej, ani samorządy terytorialne, ani przedszkola czy szkoły publiczne nie będą zamawiać w uniwersytetach ekspertyz czy innych produktów innowacyjnych, gdyż polityka oświatowa ma charakter dyrektywny, reprodukcyjny, antyinnowacyjny. Nawet, gdyby było inaczej, to budżety placówek oświatowych są tak niskie, że nie będzie ich stać na jakiekolwiek wydatki akademickie, naukowe.

Tym samym na reformie 2.0 mają skorzystać tylko niektóre dziedziny nauk. Pozostałe mają produkować pod ocenę parametryczną jednostek i do awansów naukowych wyniki badań podstawowych, ale państwo nie ma zamiaru za to płacić. Generalnie, można nawet powiedzieć, że dość niebezpieczne jest przyjmowanie zleceń eksperckich od władzy, bo ta może być rozliczona przez obecną opozycję w kolejnej kadencji, a naukowcy będą oskarżani za udział w wytwarzaniu prorządowych produktów (często i gęsto zresztą bubli, nie tylko prawnych).

Jest też w tym projekcie zachęta do zapewnienia własnej uczelni, którą reprezentują autorzy powyższego projektu dalszego zasysania środków publicznych:

Szkołom wyższym powinno się – w ramach ich autonomii – zapewnić znacznie szersze niż obecne prawne możliwości współdziałania, także w układzie: szkoły publiczne – szkoły niepubliczne Współdziałanie w formach instytucjonalnych (nie tylko związków uczelni, ale i wspólnych jednostek organizacyjnych, także dla celów kształcenia, zwłaszcza interdyscyplinarnego oraz na poziomie studiów doktoranckich) następowałoby pod nadzorem ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego, z uwzględnieniem, w odniesieniu do składników majątkowych uczelni publicznych, kompetencji Prezesa Prokuratorii Generalnej RP. (s.34)

Nie wnikam w tym miejscu w kwestie zarządzania szkołami wyższymi, zakres ich autonomii czy typologię. Natomiast interesuje mnie kwestia projektowanych zmian w awansach naukowych. Zespół prof. H. Izdebskiego jest za pozostawieniem Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów, przy czym, wskazuje na możliwość połączenia jej z Komitetem Ewaluacji Jednostek Naukowych. A czemu wyłącza się z tego PKA, skoro ten organ też kontroluje uczelnie pod kątem jakości kształcenia i uprawnień kadrowych w zakresie np. studiów III stopnia? Połączyłbym ten organ jeszcze z Prokuratorią Generalną RP, żeby był większy zakres eliminowania korupcji, nadużyć i łamania prawa w uczelniach.

Nie jest zrozumiałe traktowanie w równorzędny sposób uprawnień w zakresie kształcenia (z wyjątkiem kształcenia ustawicznego) z uprawnieniami w zakresie nadawania stopni naukowych. Nie ma bowiem potrzeby, by do kształcenia na kierunku socjologia trzeba było spełnić te same wymogi kadrowe, jak do uprawnień np. w zakresie nadawania stopnia naukowego z socjologii. Projektodawcy zaś piszą:

Uprawnienia te są realizowane poprzez podstawową jednostkę organizacyjną (wydział) szkoły, wskazaną we wniosku o uzyskanie tych uprawnień, a w razie posiadania uprawnień – w akcie organu szkoły wyższej wskazanym w tym celu w statucie. Ustalone ustawowo „minima kadrowe” odnoszą się do tego wydziału. (...) „Minima kadrowe” wymagane do uzyskania i posiadania uprawnień do nadawania stopnia doktora oraz stopnia doktora habilitowanego, od 1990 r. częściowo obniżone mimo znacznego zwiększenia liczby samodzielnych pracowników naukowych – powinny być znacznie podwyższone (s. 54)

Podoba mi się propozycja, by stopnie naukowe (oraz, jak dotychczas, tytuł naukowy) były (...) dla ułatwienia interdyscyplinarności, nadawane – w razie zachowania obecnego podziału na obszary, dziedziny i dyscypliny – w dziedzinach, a nie w dyscyplinach. W razie natomiast dojścia do – zdecydowanie koniecznej – komasacji dziedzin i dyscyplin, można by zachować dotychczasową regułę nadawania ich w zakresie wyznaczonym przez dyscypliny (która by w dużej mierze odpowiadałby obecnej dziedzinie).

Nareszcie profesor filozofii historii czy socjologii mógłby z racji prowadzonych przez siebie badań nad edukacją być zaliczany do minimum kadrowego w ramach uprawnień do nadawania stopni naukowych z pedagogiki. Prof. Kudrycka zniszczyła interdyscyplinarność swoim nonsensownym rozporządzeniem o obszarach, dziedzinach i dyscyplinach nauk. Słusznie zatem piszą autorzy tego projektu:

„Usztywnieniu” podziału, obecnie narażonemu na dalsze niekorzystne rozdrobnienie, służyć może ustawowa enumeracja obszarów, dziedzin i dyscyplin naukowych (i odpowiednio w zakresie sztuki). Niezależnie od samoistnej potrzeby podwyższenia „minimum kadrowego”, powyższe zmiany (przyznawanie stopni w dziedzinach albo komasacja dziedzin i dyscyplin) same z siebie wymagają odpowiedniego podwyższenia „minimów kadrowych”. Obok spełnienia tego wymogu, uzyskanie i utrzymywanie uprawnień do nadawania stopni powinno łączyć się z posiadaniem odpowiedniej kategorii naukowej w zakresie danej dyscypliny(s.55)

Absolutnie rację ma prof. H. Izdebski, że do „minimum kadrowego” wymaganego dla celów nadawania stopni naukowych nie powinno się wliczać osób mających uprawnienia równoważne habilitacji (art. 21a ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki). Tu ministerstwo z czasów PO i PSL wprowadziło ścieżkę do poważnych nadużyć, które są trudno wykrywalne. Szczególnie rektorzy szkół prywatnych, ale i uniwersytetów zatrudniają właśnie dla tych celów doktorów , którzy rzekomo mają wybitny status naukowy poza granicami kraju. Tyle tylko, że nikt w tamtych krajach tego nie potwierdza, ale odpowiednie pisma i certyfikaty są dla ich potrzeb wytwarzane przez znajomych.

Uprawnienia powinny być przyznawane jedynie tym uczelniom, które będą - poza spełnieniem wymogu „minimum kadrowego”, posiadać w danym zakresie (dyscyplinie) kategorii naukowej „A+” lub „A”. Rzecz jasna, przewiduje się czas na dostosowanie czyli ew. odzyskanie kategorii A przez te uczelnie, które w tegorocznej ocenia spadną do kategorii B, bo z C to się chyba już nie podniosą.

Słusznie – jeśli przyjąć pozostawienie CK – wskazuje się na konieczność wzmocnienia uprawnień tego organu. CK bowiem nie ma (…) ogólnych uprawnień organu wyższego stopnia (w rozumieniu Kodeksu postępowania administracyjnego), w szczególności stwierdzania nieważności decyzji rad uprawnionych jednostek rażąco naruszających prawo. (s. 57) Tymczasem zakres patologii w powyższym zakresie w ostatnich latach wzrósł bardzo poważnie, gdyż jednostki uniwersyteckie, politechniczne czy medyczne w walce o pozyskanie czy utrzymanie minimum kadrowego przeprowadzały postępowania habilitacyjne - wg moich szacunków - w min. 10 proc. - z rażącym naruszeniem prawa.

Tu CK nie miało możliwości unieważnienia tych uchwał, a o pewnych przypadkach jeszcze napisze odrębnie, niezależnie od tego, o czym pisze co miesiąc w „Forum Akademickim” red. Marek Wroński. Proces wycofywania uprawnień takim jednostkom trwa długo, a i wewnątrz CK są czynniki go opóźniające.

Wreszcie jest też wątek związany z tytułem profesora, który zdaniem projektodawców: powinien nadal istnieć i powinien być nadawany przez Prezydenta RP, co jednak oznacza, że jest szczególnym wyróżnikiem uznania osiągnięć akademickich, a nie, jak to się stało w praktyce, kolejnym szczeblem awansowym; (...) stopień naukowy także powinien pozostać instytucją rangi państwowej, a nie tylko dystynkcją w ramach danej jednostki organizacyjnej; umożliwia (s. 99) (…)

Biorąc pod uwagę aktualny stan w sferze uprawnień do nadawania stopni oraz skutków korzystania z tych uprawnień, należy przyjąć, że w krótkim czasie obecny system: dwa stopnie naukowe i jeden tytuł naukowy powinien zostać utrzymany – jednakże z następującymi uzupełnieniami:

* należy zrezygnować z ustawowego wymogu uzyskania habilitacji jako warunku samodzielności naukowej i dydaktycznej w stosunku do osób posiadających doktorat naukowy (w razie przyjęcia poniżej rozwiniętej propozycji wprowadzenia dwóch kategorii doktoratów i po faktycznym wystąpieniu takich doktoratów) – wymóg habilitacji, ale rozumianej jako veniam legendi w danym zakresie i w danej szkole (jako warunek zatrudnienia albo zatrudnienia na dalszy okres lub na czas nieokreślony) w stosunku do określonych stanowisk wprowadziłaby sama szkoła wyższa;

* o ile by nie doszło albo zanim by doszło do rezygnacji z ogólnego wymogu habilitacji, konieczne jest dokonanie istotnych zmian w odniesieniu do habilitacji: ze względu na potrzebę odchodzenia od „poszufladkowania” nauki, powinna ona obejmować dziedzinę, a nie tylko, jak obecnie, dyscyplinę naukową; nie można jej przeprowadzać w jednostce, w której zatrudniony jest habilitant;

* należy odejść od modelu postępowania pisemnego poprzez wprowadzenie obowiązku wystąpienia habilitanta przed radą właściwej jednostki (w szkołach wyższych radą wydziału wyznaczonego przez szkołę) lub komisją habilitacyjną, w tym z referatem na temat jego podstawowych osiągnięć naukowych; potrzebne jest wzmocnienie pozycji komisji habilitacyjnej w stosunku do rady jednostki przeprowadzającej postępowanie habilitacyjne, aby nie mogły mieć miejsca, występujące obecnie, przypadki nadania stopnia przez radę mimo negatywnej, nawet jednogłośnej, opinii komisji habilitacyjnej; postępowanie nie może dotyczyć pracownika danej szkoły wyższej lub członka danej rady
; (s.100)

Jest wreszcie podtrzymana od dawna zresztą sugerowana przez prof. H. Izdebskiego propozycja wprowadzenia dwóch doktoratów – zawodowego i akademickiego, gdzie po tym ostatnim nie byłoby potrzeby ubiegania się o habilitację, by w przyszłości zostać profesorem.

No i na koniec: nie podoba mi się stwierdzenie:” W sytuacji zawsze ograniczonej ilości środków na naukę i kształcenie nie może być dopuszczone jakiekolwiek marnotrawstwo” (s. 104), gdyż jego autorzy wyraźnie upełnomocniają rząd(-y) do reprodukowania nędzy finansowej w szkolnictwie wyższym.

7 komentarzy:

  1. Żadne reformy sektora wiedzy ogółem w Trzeciej Rzeczypospolitej Polskiej nie przykryją postępującej degradacji owego sektora po 4 czerwca 1989 r., a związanej z nędzą finansową.Z każdym rokiem pieniędzy jest coraz mniej, i gdyby nie fundusze strukturalne Unii Europejskiej, to faktyczne nakłady na naukę wyniosłyby 0,3% PKB.Dzięki funduszom UE wynoszą 0,43% PKB, ale średnia unijna na sektor B+R to 2% PKB.Niemcy, Szwecja, Dania, Finlandia przeznaczają aż 3% PKB.Także z czym do ludzi panie wicepremierze, ministrze nauki Jarosławie Gowin? Chciałoby się powiedzieć przez łzy rozpaczy.Zamiast pieniędzy mamy od 28 lat tylko reformy, reformy, reformy, reformy i coraz mniej pieniędzy.Na pewno zostaniemy potęgą naukową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Przedmówcą. Wszyscy chcieliby, żeby polska nauka była "umiędzynarodowiona"; oczekuje się efektów w postaci artykułów za 30,40, 45 punktów, ale nikt nie bierze pod uwagę, w jakich warunkach pracuję naukowcy na Zachodzie. W nas niepopularne jest tworzenie zespołów - nie nagradza się wspólnych wysiłków; w ocenie pracowniczej punkty się dzielą, a przy procedurze awansowej liczy się dorobek indywidualny. Jak więc, bez środków finansowych i współpracowników, partnerów, bez wsparcia ze strony organów kierowniczych, publikować wyniki badań wprowadzonych na próbach kilkuset czy kilkutysięcznych? To już od dawna przypomina, przywołany przez Panią Profesor Dorotę Klus-Stańską w kontekście dydaktyki, taniec św. Wita (pląsawicę Huntingtona).

      Usuń
    2. W USA na edukację przeznacza się 400 mld rocznie, to prawie równowartość całego PKB naszego nieszczęśliwego kraju.

      Usuń
    3. Referentka ze średnim wykształceniem pracująca w urzędzie gminy ma wyższą pensję niż doktor a niekiedy nawet niż samodzielny pracownik naukowy.
      My też musimy jeść, kupić co jakiś czas garnitur i mieć pieniądze na zagraniczne kontakty naukowe. A tu bieda aż piszczy. Nasze środowisko jest wyjątkowo bierne, skłócone i zatomizowane. Przykre!!!

      Usuń
    4. http://www.rynekpracy.pl/artykul.php/typ.1/kategoria_glowna.136/wpis.680
      Skąd takie rozbieżności? 1.5% aa tu 0.43%?

      Usuń
  2. A Prezes czyli Premier i Prezydent Rzeczypospolitej w jedynym, mówi odnośnie reformy edukacji, że "nic nikomu złego się nie stanie".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jakim jednym? Wszyscy, którzy twierdzą, ze się nic nie tyle złego, ale nawet gorszego nie stanie, mają rację.

      Usuń