czwartek, 19 stycznia 2017

Gorzki posmak egzaminacyjnej sesji


Moi studenci wciąż chcą pisać prace dyplomowe o sprawach oczywistych, łatwych, które nie wymagają studiowania literatury z różnych dyscyplin naukowych. Wydaje im się, że w ten sposób napiszą pracę i o niej zapomną, a ta zresztą i tak wyląduje w archiwum, do którego nikt więcej nie zajrzy. Dobrze, że jeszcze są jakieś konkursy na najlepsze prace magisterskie o takiej czy innej problematyce, to może post factum uda się niektórym z nas wypromować najzdolniejszych studentów, dla których prowadzenie badań naukowych było wielką przygodą intelektualną i społeczną.

Młodzi wolą pisać o agresji, przemocy, uzależnieniach od alkoholu, narkotyków, dopalaczy, seksu, albo o tak oczywistych rolach zawodowych jak kurator sądowy, nauczyciel, wychowawca itp., tylko że nic z tego nie wynika ani dla nich samych, ani dla nauki, ani też dla praktyki. Tymczasem życie biegnie torem wyznaczanym nie tylko przez funkcje założone różnych instytucji, środowisk, stowarzyszeń czy związków wyznaniowych, ale także stymulowanym przez bieżące wydarzenia polityczne, społeczne, glokalne.

Oni jednak tego świata nie monitorują. Nie oglądają reportaży, telewizyjnej publicystyki, nie czytają prasy - ani tej codziennej, ani też fachowej. Na książki czasu nie mają, bo ciekawi ich przede wszystkim to, jakie jest minimum lektur koniecznych do napisania pracy dyplomowej czy egzaminacyjnej. Po co szukać, ślęczeć, studiować, śledzić, rejestrować, skoro można przepisać gotowca, streścić czyjś tekst i .. po robocie.

W ponad trzystuosobowej grupie spotkałem się z ok. jedną trzecią prac mających charakter rzeczywiście autorski, twórczy, potwierdzający ich zainteresowanie wybranym problemem i poszukujących jak najlepszych i najciekawszych środków do jego wizualizacji. Pozostali - ctrl+C i ctrl+V. Zapewne zarabiają na tym jeszcze jakieś pseudoakademickie firmy, które oferują za "przystępną" cenę gotowce dla analfabetów kulturowych.

Nie będę bawił się w detektywa Rutkowskiego, bo szkoda na to mojego czasu. Oszukują przecież samych siebie, a nie mnie. W rzeczy samej to oni będą nicością w środowisku wymagającym profesjonalnej aktywności. Chyba, że pójdą do pracy politycznej - w Sejmie, Senacie, biurze jakiegoś posła czy senatora, do partii lub samorządu, gdzie wystarczy dyspozycyjność, bezmyślność, lojalność i konformizm. Politycy będą takich potrzebowali do noszenia teczek, parzenia kawy, naklejania znaczków na listy czy robienia im zakupów. Sami zaś zatrudnią z pieniędzy podatników ekspertów, którzy przygotują im uzasadnienie dla każdej decyzji.

11 komentarzy:

  1. Ach...przypomniał mi Pan Profesor studia i pisaną prace licencjacką... Czy dla nauki była wartościowa? Nie wiem. Jednak w moim życiu rodzinnym jak najbardziej będzie. Mąż po kilku latach na własnej działalności wpada powoli w pracocholizm, mamy 6leniego synka więc pora odświeżyć moją prace:"Wychowanie do czasu wolnego" ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście podstawowe dylematy Seminarzystów brzmią: ile stron oraz ile pozycji powinna zawierać praca licencjacka. Umiejętność planowania opanowana do perfekcji ... Duch dociekliwości poznawczej zanika ...
    :(
    M.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutne to ale i prawdziwe Panie Profesorze. Niestety często winę za taką sytuację ponoszą władze uczelni i niektórzy wykładowcy. Osobiście zapytałem w kilku grupach studentów IV roku pedagogiki(I MU) jednego z uniwersytetów na wschodzie Polski, kto z nich kupił na własność jakąś książkę naukową w czasie studiów, na ok. 300 osób "przyznało" się do tego ok. 20. Obecne studia, to studia "xero". Znam przypadek także ze wschodu Polski, że samodzielny pracownik nauki został zwolniony dyscyplinarnie, bo polecał studentom książki własnego autorstwa.
    Jaki ma sens pisanie prac dyplomowych pod kierunkiem uczonych z Ukrainy i Słowacji, jeśli nie znają języka polskiego. Przecież takim "promotorom" można wcisnąć każdy kit. Prace pod ich kierunkiem często są napisane (przepisane) takim językiem, że nawet system antyplagiatowy uznaje je za oryginalne.
    Słyszałem o przypadku, że kilka lat temu, jeden z uczonych ukraińskich przejął (powierzono mu) całą grupę licencjacką po promotorze Polaku na swoje seminarium magisterskie. Byłe dyplomantki były bardzo zadowolone z nowego "promotora" (z radością informowały o tym "starego promotora"), gdyż przedstawiały mu swoją pracę licencjacką po kawałku jako pracę magisterską, on na wszystko mówił "charoszo" i przeszło.
    Rektorzy, Ministerstwo nie dostrzegają problemu albo nie chcą dostrzegać, no bo jak można tolerować sytuację, gdy w minimum kadrowym samodzielnych pracowników jest pięciu Ukraińców i Słowaków do tego ze słabą znajomością, bądź brakiem znajomości języka polskiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Smutne jest to, lecz prawdziwe. Byle kasa, byle dudki itd., itp...

      Usuń
  4. Ale czy nasze zajęcia odwołują się do świata, który chcielibyśmy zobaczyć w pracach studentów? Czasami podczas sesji, słucham studentów powtarzających na korytarzu na głos czytane z notatek stwierdzenia i przenoszę się do Fahrenheit 451 (1966). Czy wykładowcy, którzy oczekują coś więcej nie są marginesem obiektów nie zamienionych jeszcze w nosorożce (E. Ionesco)?

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdyby istniały konkretne możliwości wyróżnienia studentów rzetelnie traktujących naukę - np oferty pracy dla takich - wtedy wyglądałoby to pewnie inaczej... Tymczasem nawet ambitne prace, najwyższe recenzje i odkrycia naukowe nie gwarantują otrzymania jakiejkolwiek pracy - nie tylko na uczelni... Z tytułem doktora w szkole pracę trudno dostać... Być może dyrektorzy obawiają się takich hospitować, mając samemu tytuł mgr...Łatwiej więc się nie wyróżniać, być biernym, ale pokornym i wiernym, bez własnego zdania... Homo sovieticus pełną gębą!

    OdpowiedzUsuń
  6. Obawiam się, że oszukiwanie ma tu większy zakres:
    - oszukują wykładowców: oczywistość;
    - oszukują państwo: studiowanie jest dotowane przez państwo takimi metodami jak atrakcyjniejsze składki czy możliwość zaliczenia studiów do czasu pracy w przypadku emerytury, państwo też wynagradza studiowanie dając dłuższy urlop;
    - oszukują późniejszych pracodawców: to ma spory potencjał, bo w przypadku takich projektantów płacimy za niekompetencję w wysokich cenach w przetargach czy też płacimy w ofiarach. Najśmieszniejsze, że parcie na wyższe wykształcenie to w bardzo dużej mierze robienie dobrze pracodawcom nieuświadamiającym sobie faktu, że potrzebują wykwalifikowanych pracowników a niekoniecznie pracowników z dyplomem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ogólnie zgadzam się Pana Profesora gorzkim podsumowaniem o oszukiwaniu samego siebie i braku ambicji na podjęcie trudniejszego tematu.

    Jednak uważam, że to co Pan Profesor bierze za przyczynę niskiego poziomu szkolnictwa wyższego jest wg mnie skutkiem tegoż. "Ryba psuje się od głowy" - ta nieśmiertelna zasada ma zastosowanie również tutaj. Kadra często równie mało ambitna (oczywiście nie dotyczy do wszystkich pracowników danej jednostki), niezaznajomiona dobrze z materiałem (i krępująca się tego przyznać!), niepotrafiąca doradzić, pokierować i zmobilizować studenta sprawia, że studenci chcą obejść "system" możliwie najmniejszym nakładem pracy, ponieważ nie traktują studiów jako czasu formacji intelektualnej i przygody, ale jako przykrą konieczność. Działają racjonalnie, tyle że w oparciu o błędne przesłanki. Jeśli spojrzeć z dalszej perspektywy, to okaże się, że studenci są znakomitym papierkiem lakmusowym sensowności kierunku reform w szkolnictwie wyższym oraz poziomu nauczania (zarówno gdy chodzi o moralność, mądrość jak i maniery przekazywane przez kadrę pracowników). Nie bronię studentów - ponieważ patologiczne przypadki należy tępić - ale niczego się nie wskóra z tej 'partykularnej' perspektywy.

    Tak to wyglądało z grubsza na matematyce i filozofii, które studiowałem (i ukończyłem).

    Pozdrawiam serdecznie,
    Jacek

    OdpowiedzUsuń
  8. ale tych "wspaniałych" studentów opinia o nauczycielu jest uważana za jedynie słuszną przez cała władzę uczelnianą; no, może nie zawsze całą;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie jeden ze studentów przesłał mi swoja pracę na zaliczenie z oceną. Przekleił cały artykuł, jaki znalazł w Internecie na określony temat i podpisał się pod nim, jak pod własnym.
    Co z takim studentem? Zgłosić do komisji dyscyplinarnej? Czy wstawić mu dwóję? Jak teraz oszukuje, to jakim będzie pedagogiem , kiedy opuści mury uczelni?

    Ania

    OdpowiedzUsuń
  10. Czy cała wina leży po stronie studentów? Skoro przez kilkanaście lat ich wcześniejszej edukacji uczeni byli konformizmu i niewychylania się, to trudno się dziwić, że na końcówce tylko nielicznym z nich udaje się wznieść na wyżyny twórczego zainteresowania światem.

    ak

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.