czwartek, 31 marca 2016

Gdzie była pani minister edukacji?


Ostatni komunikat na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej wywołał zamieszanie wśród uczniów przygotowujących się do egzaminów zewnętrznych: do sprawdzianu dla szóstoklasistów po szkole podstawowej, egzaminu gimnazjalnego i matury.

Nieustannie pytają, gdzie była pani minister Anna Zalewska - na warszawskiej Białołęce czy w warszawskiej Białołęce? Powinni z tym pytaniem zwrócić się do prof. M. Bralczyka lub J. Miodka. Temat jednak wydał się ciekawy na blogowe spotkanie, bowiem każdy, kto wrzuci do internetowej wyszukiwarki treść: "w Białołęce" oraz "na Białołęce" , to spotka się z prawie tysiącem linków, w których ma miejsce ortograficzna dwoistość.



Ktoś strapiony jest dziś, nawet wielce
Bo niedługo egzamin go czeka
A on nie wie: na... czy w... Białołęce?
gdyż nieczynna już jest biblioteka.

Wrzuca w sieć zapytanie w rozterce,
gdyż na stronie MEN sam przeczytał:
„ministra była na Białołęce…”
a on uważał, że „w”, więc zapytał.

Bardzo szybko miał moc odpowiedzi
że ktoś na Białołęce coś zbroił,
więc w Zakładzie Karnym posiedzi
w Białołęce. Niech nikt się nie boi.

Tam jest nawet Dom Samotnej Matki
która śle do zakładu w podzięce
paczkę fajek i jakieś manatki,
bo chłop siedzi w ZK w Białołęce.

Ktoś jej pracę da na Białołęce
gdzie na kasie zarobi ze stówkę.
Żaden szef nie chce płacić jej więcej,
w Białołęce nikt nie spadł na główkę.

Tam na szczęście jest także klinika,
w której leczy się ludzi na serce,
zaś kiedy w mieście życie zanika,
jest jeszcze cmentarz na Białołęce.


Ciekawe, kto pisze tak nonsensowne komunikaty typu: "– Obecnie mamy do czynienia z dramatycznie pogłębiającym się niżem demograficznym – podkreśliła Minister Anna Zalewska. – Będę zachęcać organy prowadzące do współpracy, aby wyeliminować ze szkół system dwuzmianowy".

Treść tej wypowiedzi sugeruje, że samorządy z własnej woli wprowadziły dwuzmianowość, toteż trzeba je teraz zachęcić do tego, żeby zrezygnowały z ciemiężenia uczniów, szczególnie tych najmłodszych. Chyba Szkoła Podstawowa Nr 355 w Warszawie nie jest szkołą dwuzmianową? Dlaczego akurat w tej szkole trzeba było o tym rozmawiać?

Inna rzecz, że - jak mawia red. Jan Pospieszalski - rozmawiać warto. Tym bardziej warto, że organizatorem spotkania pani minister była Fundacja "Pistacja", która została zarejestrowana w październiku 2015 r. Czyżby trzeba było dać środki na rozruch? Jeśli tak, to proponuję, by zakładać fundacje i liczyć na ofertę zorganizowania dyskusji z udziałem pani minister. Taka promocja, o ile dobrze pamiętam, została skrytykowana, kiedy na początku swojej misji w resorcie edukacji Katarzyna Hall odwiedziła niepubliczną szkołę na podwarszawskiej lub w podwarszawskiej miejscowości.

Czytam zatem dalej prasowy komunikat MEN:

Minister Anna Zalewska dziękując uczestnikom za spotkanie, podkreśliła, że każdy głos w trwającej dyskusji na temat zmian w systemie edukacji jest bardzo ważny. – Każdy uczeń zasługuje na dobrą szkołę i dobrze przygotowanego nauczyciela. Zmieniając system oświaty liczymy na państwa opinie i propozycje – dodała szefowa MEN.

Nie wynika z treści tego komunikatu, ile było głosów w dyskusji i czego one dotyczyły? Czy w ogóle ktoś tam zabrał merytorycznie głos, poza powitaniem gości? Przybyli do szkoły: "przedstawiciele władz dzielnicy Białołęka, parlamentarzyści, reprezentanci lokalnych stowarzyszeń, instytucji, rodzice i nauczyciele z Białołęki i okolic."

To jeszcze jedno pytanie: Czy obradowali na sali gimnastycznej czy w sali gimnastycznej? :)







środa, 30 marca 2016

Kryzys szkoły czy potoczność pedagogii Jespera Juula?

Bądź przewodnikiem wilczego stada. O pełnym miłości przywództwie w rodzinie - to tytuł najnowszej książki duńskiego autora Jespera Juula, która właśnie ukazała się w Niemczech. Zapewne i ten "quasi - poradnik" dla rodziców zostanie wkrótce przetłumaczony na język polski, skoro na naszym rynku mamy już dziewięć książek tego autora, a mianowicie: Agresja - nowe tabu?; Być mężem i ojcem; Kryzys szkoły; Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie?; NIE z miłości. Mądrzy rodzice - silne dzieci; Przestrzeń dla rodziny; Twoja kompetentna rodzina. Nowe drogi wychowania; Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej? i Uśmiechnij się! Siadamy do stołu.

Nie jesteśmy liderem w krajach UE, jeśli chodzi o zdumiewającą fascynację wydawców tymi publikacjami, bo przewodzą tu Niemcy, ale niewątpliwie znajdujemy się w czołówce. Ciekawe, że książki dość banalne, powierzchowne, pisane z pozycji refleksyjnego rodzica, przyuczonego terapeuty stają się rzekomo bestsellerami. Jak świat światem zawsze byli pisarze-publicyści, którzy mają potrzebę dzielenia się swoimi ideami czy doświadczeniami ze społeczeństwem, a to, czy ono je przyjmie już nie ma dla nich takiego znaczenia. W tym jednak przypadku ma, skoro powstał w 16 krajach ruch afirmatorów pedagogii Jespera Juula pod nazwą Family-Lab. Są wśród wielbicieli jego poglądów Polacy, którzy powołali w tym celu Fundację Familylab Polska

Ciekaw jestem, czego uczą lub na co uwrażliwiają swoich "klientów", skoro poglądy Juula nie mają żadnego ukonstytuowania ani we współczesnej psychologii, ani tym bardziej w psychoterapii. Być może jego popularność sprzyja temu, by realizować własne, a wyuczone w toku studiów podejścia terapeutyczne, które nie mają przecież właściwego źródła, natomiast zawsze dobrze brzmią. Polacy bowiem od wieków, choć swój język i kulturę mają, uwielbiają powoływać się na obce "autorytety", a być może wyposzczeni w okresie socjalizmu wierzą, że wszystko, co zachodnie, jest od krajowego lepsze. Dlaczego nie sięgają po publikacje i praktyki polskich psychoterapeutów, którzy naprawdę mają co do powiedzenia i zaoferowania Polakom?

Jak zajrzymy do księgarń, to niemalże wszystkie (szczególnie na dworcach kolejowych i w hipermarketach) mają dział "Poradniki", "Dla rodziców", "Opieka nad dzieckiem", "Literatura popularnonaukowa", w którym znajdziemy także przekłady Jespera Juula. Ten autor czyta głównie samego siebie i siebie powiela na różne sposoby, pełniąc rolę super-eksperta od wychowywania dzieci. Stał się więc męską super-nianią. Powód tego sukcesu jest oczywisty - pisze łatwo, lekko i przyjemnie, okraszając swoje spostrzeżenia, opinie, poglądy fragmentami dialogów z czasów, kiedy prowadził terapię rodzinną. Zna się zatem na wszystkim, co wiąże się z wychowaniem, a przynajmniej tak mu się wydaje.

Nic dziwnego, że i polska wersja skupionych wokół jego nazwiska młodych absolwentów studiów różnej maści - od pedagogiki, poprzez kulturoznawstwo aż po psychologię wykreowała okazję do prowadzenia różnego rodzaju kursów, szkoleń, terapii, które dotyczą rodziny, komunikacji, problemów egzystencjalnych itp. Terapeutą nie jestem, ale nauczycielem i owszem, toteż odniosę się do książeczki Duńczyka poświęconej tej instytucji. O tym, jak być przewodnikiem wilczego stada w rodzinie - zdaniem Jespera Juula - napiszę wkrótce.

Opublikowana ostatnio w naszym kraju książeczka pt. "Kryzys szkoły", w niemieckim wydaniu miała tytuł: "Szkoła w zawale. Co moglibyśmy uczynić, żeby dzieciom, rodzicom i nauczycielom było lepiej", nie wstrząsnęła ani opinią publiczną, ani nauczycielami, a tym bardziej uczniami czy ich rodzicami. Nie ulega jednak wątpliwości, że tego typu literaturę lubią czytać studenci studiów licencjackich, bo nie męczy ich umysłów, nie operuje terminologią naukową, nie odwołuje się do żadnych prawidłowości, zasad, struktur czy procesów, które naukowcy już opisali, wyjaśniali a nawet weryfikowali empirycznie.

Gabinetowa perspektywa oglądu szkoły jest w książeczce Juula przerysowana, a na dodatek jeszcze zbanalizowana. Jak każda wiedza potoczna, która jest wyprowadzana z własnej praktyki zawodowej, doświadczeń rodzicielskich czy profesjonalnych, ale unikająca wglądu w rzeczywiste uwarunkowania edukacji szkolnej, tak i autorstwa tego pedagoga staje się wyabstrahowaną chmurą idei, marzeń czy pomysłów. W tym przypadku mamy do czynienia z tworem luźnych, publicystycznych i częściowo także osobistych refleksji. Szerzej pisałem o tym w książce pt. "Innowacyjność w zarządzaniu edukacją" wydanej przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli Twórczych pod red. Leszka Pawelskiego w Szczecinku.

Duński terapeuta mówi o kryzysie szkoły tak, jakby to ona sama w sobie była źródłem wszystkich dziecięcych nieszczęść. Sam jednak sobie zaprzecza, kiedy najpierw pisze: „Większość tak zwanych problemów z nauką u dzieci nie ma nic wspólnego ze szkołą” (s. 26), aby kilka stron dalej stwierdzić (a jest to wyróżnione nawet w ramce): „Nie powinniśmy już dłużej przechodzić do porządku dziennego nad tym, że współczesna szkoła niszczy integralność tak wielu osób”. (Tamże, s.35) To nawet nie jest eseistyka, tylko potoczność do granicy wytrzymałości na banał.

Autor kreuje swoją narracją sądy typu: „Pewna matka powiedziała mi kiedyś…”, „Myślę, że większość dorosłych przeżywa…”, „Wydaje mi się, że…” , „Dzisiaj najczęściej jest tak, że…”, „Wielu nauczycieli twierdzi, że…” itp. Zastanawiam się, czy rzeczywiście jest tak źle w duńskiej edukacji akademickiej, skoro po wielokroć duński autor zarzuca nauczycielom, że nie zostali czegoś nauczeni, do czegoś przygotowani, nie posiadają określonych umiejętności itd.

Juul dzieli się z nami banalnymi pytaniami typu: Czy szkoła ma tylko uczyć czy także wychowywać? Kto odpowiada za dzieci – rodzice czy szkoła? Czym jest dzisiaj psychologia szkolna, skoro w Niemczech ponad połowa uczniów ma poważne problemy adaptacyjne? Padają jednak demagogiczne argumenty w stylu: Jeśli spojrzymy na statystyki, to okaże się, że osiemdziesiąt procent najbardziej kreatywnych ludzi , którzy odegrali ważną rolę w życiu społecznym, naukowym czy politycznym, miało wielkie problemy w szkole. Byli dyslektykami albo wręcz nie dokończyli edukacji szkolnej.(Tamże, 23-24).

Nie przywołuje w tym przypadku żadnych danych źródłowych, nie powołuje się na jakiekolwiek badania naukowe Kim są ci najbardziej kreatywni i ilu ich de facto jest w Danii czy w Polsce w wymienionych grupach społecznych, a zarazem spełniających antyszkolne kryterium? Nie ulega wątpliwości, że autor coś czytał, skoro przywołuje jakieś badania każąc nam wierzyć, że miały one miejsce i warto się na nie powoływać. Tyle tylko, że nie podaje nawet żadnego nazwiska, źródła czy chociażby roku i miejsca ich realizacji. Ma nam wystarczyć przekaz typu: „Badacze zajmujący się szkoła doszli do wniosku, że…”. Są w tej książeczce wywiady Juula z jego znajomymi np. szwajcarskim psychologiem szkolnym, założycielem szkoły prywatnej w Hamburgu czy odpowiedzi na pytania jakichś rodziców, którzy prawdopodobnie byli z nim na jakimś spotkaniu autorskim czy prelekcji.

Poglądy Juula w tym sensie rozczarowują, że są pełne potocznych banałów typu: „bądźcie po stronie dziecka”, „mówcie mu, że je kochacie” itp. To jest dobre do kalendarza z wyrywanymi kartkami albo do memów. Dla mnie, jako afirmatora i badacza edukacji alternatywnej w świecie, już poprzedzające treść książki motto zapowiadało coś fascynującego. Juul pisze bowiem: „Nauczyciele, uczniowie i rodzice powinni razem wyjść na ulice i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi”.

Pojawia się pytanie, do kogo Duńczyk kieruje powyższy imperatyw? Chyba nie do społeczności zamieszkującej w jego kraju, który określany jest mianem „edukacyjnej wyspy powszechnej szczęśliwości”? Czytając powyższą publikację możemy powrócić do emancypacyjnych westchnień, by w państwie przywrócono (…) poczucie jednakowej godności wszystkim uczestnikom systemu szkolnego.(s. 12) Tylko czy teza o utracie godności jest prawdziwa? Czy może jest to rzucony na wiatr pogląd, który nie znajduje powszechnego potwierdzenia w realiach naszego życia?

Podchodząc do tego filozoficznie, z perspektywy chociażby personalistycznej, nikt nie jest w stanie pozbawić człowieka jego własnej godności, o ile jest on w stanie świadomie o nią samemu się zatroszczyć zgodnie z wolną wolą (mamy w Polsce przykłady zachowania godności przez ludzi uwięzionych, katowanych, maltretowanych przez oprawców w okresie hitleryzmu czy stalinizmu itd.)

Juul ma jednak na uwadze kryzys szkoły spowodowany nie tylko rozkręconą przez polityków rywalizacją uczniów o jak najwyższe osiągnięcia szkolne, ale także wpływami komercyjnych firm globalnych, które uczyniły sobie z rzekomo naukowych badań międzynarodowych niezły biznes. Duńczyk ma tu na uwadze diagnozy PISA i pyta czy rzeczywiście chcemy tresować własne dzieci jak szczury do posłusznego wykonywania rozkazów? „Dzisiejsza szkoła do złudzenia przypomina fabrykę z pionierskich czasów industrializacji. (…) Pytanie tylko, czy nasze społeczeństwo rzeczywiście potrzebuje dzieci, które funkcjonują jak posłuszni robotnicy i robią wszystko, co szef każe?” (Tamże, s. 16)

wtorek, 29 marca 2016

Nowy - międzyuczelniany kierunek studiów - "Rewitalizacja miast"


Nareszcie zaczyna się w szkolnictwie publicznym ruch zmian we właściwym kierunku. Uniwersytet Łódzki i Politechnika Łódzka powołują z nowym rokiem akademickim 2016/2017 wspólny kierunek studiów - "REWITALIZACJA MIAST".

Przed Świętami Wielkanocnymi w Art_Inkubatorze w Fabryce Sztuki w Łodzi został podpisany w tej sprawie przez władze miasta - Prezydent m. Łodzi Hannę Zdanowską oraz rektorów w/w uczelni - prof. Włodzimierza Nykiela i prof. Stanisława Bieleckiego list intencyjny. Tym samym zostanie uruchomiony unikatowy w skali kraju międzyuczelniany kierunku studiów magisterskich o profilu praktycznym – rewitalizacja miast.

Jak informuje Biuro prasowe UŁ:

Rewitalizacja to temat bardzo złożony, który obejmuje kwestie nie tylko urbanistyczne, ale również ekonomiczne i społeczno-kulturowe. Nowy kierunek studiów pozwoli studentom na interdyscyplinarne i wszechstronne podejście do zagadnienia rewitalizacji. Utworzenie w Łodzi takiego kierunku to m.in. odpowiedź na potrzeby miasta, które wdraża od lat programy rewitalizacyjne.

Program nowych studiów obejmie m. in. zajęcia z aktywizacji i partycypacji społecznej, gospodarki miejskiej, technologii budowlanych, architektury i urbanistyki, marketingu i planowania społecznego, tożsamości i dziedzictwa kulturowego miast. Studenci zyskają wiedzę i umiejętności dotyczące właściwego kształtowania procesów rewitalizacyjnych.

Studia przygotują wysokiej klasy koordynatorów i zarządców obszarów rewitalizacji, posiadających wszechstronną wiedzę i praktyczne umiejętności dotyczące kompleksowej odnowy obszarów zdegradowanych. Profesjonalna kadra pozwoli w przyszłości na sprawne kreowanie i wdrażanie programów rewitalizacyjnych w Łodzi, regionie i kraju.

W ramach kierunku Rewitalizacja studenci będą mogli wybrać jedną, z trzech ścieżek edukacyjnych: ekonomiczno-gospodarczą albo społeczno-partycypacyjną opracowywane przez Uniwersytet Łódzki oraz architektoniczno-budowlaną opracowywaną przez Politechnikę Łódzką.


Z nowym rokiem akademickim interdyscyplinarne i transdyscyplinarne studia będzie mogło podjąć 60 osób. Zwracam uwagę na to, że łódzka pedagogika ma w tym przedsięwzięciu swój znaczący udział.

poniedziałek, 28 marca 2016

Rozpoznać głosy ptaków czy ptaki po ich głosie?


Piękno ptasiego śpiewu nie jest tak łatwo słyszalne w mieście - wielkim i małym. Natomiast na jego obrzeżach, na wsi, w czasie wędrówki przez pola, lasy i łąki można usłyszeć dźwięki ptaków, chociaż nie zawsze jesteśmy w stanie je zidentyfikować.

Kto tak śpiewa? Bocian, kukułka, sójka, jaskółka, wróbel czy gil? Kto tak stuka w lesie? Na Wielkanocne Święta - jak co roku - przyjechał do mnie przyjaciel z Niemiec wraz z synami. On sam jest z wykształcenia nauczycielem przedmiotów matematyczno-przyrodniczych, autorem wielu książek, które traktują o kulturze przyjaźni w relacjach międzyludzkich, a więc o postpedagogice. Jego synowie zadziwiają taktem, skromnością, ale i poczuciem własnej wartości i godności. Miło obcować z rodziną, której członkowie darzą się autentyczną miłością, wzajemnym szacunkiem i wspomagają w różnych dziedzinach życia.

Hubertus - bo tak ma na imię tłumaczony także na język polski autor wielu książek z zakresu postpedagogiki (von Schoenebeck) - przywiózł mi najnowszą książkę Jespera Juula. Trochę mnie to zaskoczyło, bo ma ona niewiele wspólnego z jego podejściem do świata, do życia i relacji rodzice-dzieci, a przy tym nie jest to książka naukowa, tylko pedagogiczna popkultura. Zapewne wkrótce odwołam się do tej publikacji, bo autor ten został obwołany bestselerowym pisarzem. Nic dziwnego, wystarczy dobra, tzn. kosztowna kampania reklamowa i wciśnie się społeczeństwu niskiej jakości treść.

Zainteresowało mnie natomiast urządzenie, z którym przyjechali jego synowie, uczniowie szkoły podstawowej. Ma ono kształt dużego, wiecznego pióra, które w rzeczy samej jest skanerem z wgranym oprogramowaniem do ... wysłuchania głosów ok. 350 ptaków żyjących na terenie Europy i przemieszczających się po niej w zależności od pory roku. Do tego skanera została zakupiona książka-przewodnik po świecie ptaków, z prezentowaną w nim ich charakterystyką oraz miejscem stacjonowania. Wystarczy zbliżyć wspomniany skaner do symbolu ptaka, a usłyszymy jego naturalny śpiew.

Fenomenalne. Oto, jak rozwijają się w krajach uwolnionych od światopoglądowych sporów politycznych dzieci, gdzie szkolnictwo jest zdecentralizowane, a nauczyciele mogą suwerennie rozstrzygać o tym, w jaki sposób kształcić swoich uczniów, jakie wykorzystać pomoce dydaktyczne, by zajęcia były dla nich ciekawe i głęboko zapadające w pamięć. Koszt skanera to niecałe 100 zł. za to jego funkcje są niezwykle bogate. Może bowiem być też wykorzystywany do słowników i podręczników języków obcych, do prowadzenia zajęć dwujęzycznych, a więc stawać się dydaktycznym GPS-em po świecie dźwięków i znaczeń otaczającej nas kultury.

W Polsce zaś będziemy dotować "badziewne" książeczki, kolorowanki, zeszyciki, puzzle, które naszych dzieci już nie rajcują. To nie są środki adekwatne do coraz częściej poza szkołą cyfrowo warunkowanych umysłów. Co z tego, że nauczycielka przedszkola wychodzi z dziećmi swojej grupy codziennie na spacer, skoro nie jest w stanie powiedzieć im, co to za ptak śpiewa w pobliżu? Czasami zatrzyma się przy naszym ogródku i opowie im o tym, jakie kwitną w nim kwiaty. A ptaki śpiewają dla nieznających ich gatunku i rodzaju.

Nasunęłą mi się jeszcze jedna refleksja. Ptaki w Polsce śpiewają. Dzieci - niestety, nie (z wyłączeniem harcerzy i wszelkiej maści nielicznych juź zespołów).

sobota, 26 marca 2016

Wielkanocne radości i nadzieje



Jak pisze JM Rektor i profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie ks. dr hab. Bogusław Milerski - Wielkanocne Święta są zawsze czasem wspólnym, czasem spotkań i pojednania. Ostatnie wydarzenia zewnętrzne podważyły ideę wspólnoty ponad podziałami. Dlatego tak ważne są świadectwa tego, że taka wspólnota jest możliwa i praktykowana. Jeżeli chcielibyście zobaczyć taki obraz wspólnego życia, to JM zaprasza na stronę:

http://www.tvp.pl/religia/programy-ekumeniczne/programy-redakcji-ekumenicznej/wideo/korytarze/24357959

Tegoroczne Święta Wielkanocne przeżywamy w Jubileuszowym Roku Miłosierdzia.

Przekazuję zatem najserdeczniejsze życzenia, byśmy przeżywając ten czas wpatrywali się w paschalne wydarzenia z radością obecności naszych Rodzin, Bliskich i Przyjaciół. Niechaj ten okres pozwoli spojrzeć na życie z optymizmem i nadzieją.

Pochylmy z pokorą nasze umysły i serca, by móc patrzeć z odwagą w przyszłość, a zarazem by móc dostrzec przejście z niewoli Zła do wolności Dobra. Niech to, co miało być porażką, stanie się początkiem zwycięstwa.

Życzę wszystkim dużo zdrowia i sił, by świąteczne dni przyniosły pokój, którego dziś tak bardzo potrzebujemy w obliczu różnych zagrożeń i niepewności jutra w naszym codziennym życiu.


Dzielę się życzeniami, które nadeszły drogą elektroniczną, by wzmocniły wspólnotę ludzkich serc, dusz i umysłów:

* spokojnych, radosnych i bardzo słonecznych Świąt Wielkanocnych. Niech będą wolne od wszelkich trosk i niepokoju, przepełnione miłością, nadzieją i wiarą.


* zdrowia, spokoju i wiele radości w rodzinnym gronie ze słońcem w tle;


* radości, odwzajemnianej życzliwości i aby stały się one źródłem wzmacniania duchowej struktury intelektu. Niech Zmartwychwstanie, które niesie odrodzenie (w zwątpieniu), napełnia sens życia zrozumieniem innych, jasnością umysłu i dystansem do siebie oraz innych.

* rodzinnych, pogodnych i spokojnych obchodów Świąt Wielkanocnych.
http://mojmac.pl/2016/03/23/wroaccessible16-prof-jan-miodek-teatr-modrzejewskiej/


* wszystkiego Dobrego na czas świąt dla Pana i Pana Bliskich w aurze źródłowego doświadczenia subiektywnie rozpoznawanych i przeżywanych egzystencjalnych sensów i znaczeń im przynależnych i domniemywanych:)

* dużo zdrowia i spokoju wewnętrznego, co w tej otaczającej nas atmosferze zaczyna mieć ogromne znaczenie. Życzę, aby Bóg przemienił Wam każde poczucie bezradności w nadzieję i aby smutek i niepokój zastąpiła Boża radość.
Wszelkiego Dobra


* Niech Zmartwychwstały Jezus Chrystus błogosławi, a w trudach codzienności darzy zdrowiem, siłami i ludzką życzliwością. Niech radość Wielkiej Nocy napełnia serce wiarą, nadzieją i pokojem.
Błogosławionych Świąt Wielkiej Nocy i zmartwychwstania z Jezusem do nowego życia.

* Požehnané sviatky plné nádeje a milosti prinášajú Vám zdravie, šťastie, samé radosti.

* K tomu korbáč, vodu, kraslíc moc, zase je tu Veľká noc. S láskou


* odrodzenia, nadziei i miłości, a także spokojnych i dobrych chwil w rodzinnym gronie. Alleluja!

* Surrexit Dominus de sepulcro qui pro nobis pependit in ligno

Drodzy bracia i siostry w Rzymie i na całym świecie, dobrych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego!

Z jakże wielką radością głoszę Wam: Chrystus zmartwychwstał! Chciałbym, aby ta wieść dotarła do każdego domu, każdej rodziny, zwłaszcza tam, gdzie jest najwięcej cierpienia, […] aby dotarła ona do wszystkich serc, bo tam Bóg pragnie zasiać tę Dobrą Nowinę: Jezus zmartwychwstał, jest nadzieja dla Ciebie, nie jesteś już pod panowaniem grzechu, zła! Zwyciężyła miłość, zwyciężyło miłosierdzie!
(papież Franciszek, Orędzie Wielkanocne 2016).


* krásné svátky jara a božího požehnání, proměn života v jeho nekonečnosti bohatosti, Vám a celé Vaší rodině s hlubokou pokorou


* głębokiego przeżycia Triduum Paschalnego oraz wielu łask płynących z Tajemnicy Zmartwychwstania!

* radości, pokoju wewnętrznego oraz chwili wytchnienia w gronie rodzinnym.


* Šťastie, zdravie, smiechu veľa,

* „Gdzie się podział krzyż? - Stał się nam bramą ” Cyprian Kamil Norwid

Miłości, co nie umiera,
Nadziei, co nie zawodzi,
Wiary, co góry przenosi

Na radosne święta Zmartwychwstania Pańskiego AD 2016


* życzenia wyrażone słowami Papieża Franciszka: „Miłosierdzie Boże zawsze zwycięża! Przyjmijmy łaskę zmartwychwstania Chrystusa! Pozwólmy, by odnowiło nas Miłosierdzie Boga, pozwólmy, aby Jezus nas kochał, pozwólmy, by moc Jego miłości przemieniła także nasze życie. I stańmy się narzędziami tego miłosierdzia, kanałami, przez które Bóg może nawadniać ziemię, by strzec całego stworzenia. Prośmy więc Zmartwychwstałego Jezusa, który przemienia śmierć w życie, aby otworzył przed nami przyszłość nadziei. Chrystus jest naszym pokojem, niech prowadzi was wszystkich i całą ludzkość po drogach sprawiedliwości, miłości i pokoju”.

Alleluja!


Wielkanoc 2016

Umieranie: (Mariusz Dembiński)

Wznoszenie się duszą odcieleśnianej bojaźni
W przestwór tchnienia spiętrzany upławem uczuć,
Kojonych spowalnianym biciem osierocanego serca,
Ku zwątpieniu z westchnieniem wyciszenia.

Tam:
Obejmując krzyża prężną posturę,
Po którym spływał przetaczany męką czas,
Cisza spowiła szelest Jego zwątpienia,
Karmiąc Wielkanocą pokutę dla mas.

Tutaj:
Po twarzach błąkają się zgliszcza doznawanych wspomnień,
Wśród których i zaorane pola ponurych wieczorów
Spędzanych w objęciach rodziców strwożonych jesienną mgłą.
Obok nich piętrzą się błotne fale laguną morskiego spojrzenia
W kolorycie ciemnej słomy przepoconej walką o lepsze facjaty.
A wśród nich On! – z błyszczącymi oczami w ciemnym zaułku dnia -
Ku któremu zwracają się poszarpane cienie z ich zachodzących słońc,
W poszukiwaniu ukochanych rąk, - dotyk zwątpienia z ponadludzkiego śladu.




piątek, 25 marca 2016

Terroryści nie czytają poezji


Wydawnictwo UMCS w Lublinie oraz Zarząd Okręgu Lubelskiego Związku Literatów Polskich wydało najnowszy tom poezji wybitnego psychologa Stanisława Leona Popka. To jest kolejny tom poezji polskiego uczonego, który został przepięknie wydany. Zbiór dzieli się na dwie części: "Utwory nowe" i "Ze starej szuflady", zaś także i ta publikacja została wzbogacona ślicznymi akwarelowymi krajobrazami ziemi lubelskiej, które wyszły spod pędzla artysty w ostatnich latach.

Książka trafiła do mnie w dniu terrorystycznego ataku islamskich bojowników w Brukseli, kiedy po raz kolejny zadawaliśmy sobie pytanie, dlaczego człowiek człowiekowi zgotował taki los? Jak pytał przed kilkudziesięciu laty Bogdan Suchodolski: "Dlaczego ludzie są tak mali, skoro człowiek jest tak wielki?"

Zacząłem lekturę od pierwszego wiersza, który został napisany 31 sierpnia 2014 r. a nosi tytuł: "Rozmyślania w cieniach mistrzów".

Odczytuję w nim strofy, których fragment przytaczam w tym miejscu, by zachęcić nie tylko miłośników poezji do sięgnięcia po kulturę wysoką, bo jestem pewien, że sięgną po kolejne dzieło tego twórcy, ale także by wyrazić wdzięczność za słowa o wyjątkowej mocy duchowej i ekspresyjnej zadumy nad światem oraz ludzkim życiem.

(...)
Człowiek co pewien czas
zarzuca powróz na szyję
i wciska ostrogi
w drgające ciała,
wszystkiemu co żyje.
Głodny nienawiścią
wiesza sznury szubienic,
aż po pułap gwiazd
i jednym strzałem
pragnie zgładzić świat.
Prócz siebie.
Oto mamy Złoty Wiek,
a w nim obłąkane pragnienia,
nienasycone żądze krwi
i modły na kolanach
przed Panem,
aby przeszedł na naszą stronę.
Bieleją wilcze kły
w fałszywym uśmiechu.
Świat zatoczył koło
do czasów dzikości.

(s. 5-6)

Trawestując introspekcyjny wiersz S.L. Popka pt. "Piszę" mogę potwierdzić, że Profesor tworzy dla myślących, ale i dla światła własnej duszy. Pisze, bo to jest jego oddychanie, to puls jego życia, jego ziemskie trwanie (s. 7-8).

Warto, by nauczyciele mowy ojczystej skorzystali z wiersza pt. "MOJA OJCZYZNA", którego słowa niezwykle trafnie odsłaniają prawdę o Rzeczypospolitej Polskiej doby neoliberalnej transformacji, gdzie:
(...)
Teraz wolna,
ale człowiek człowiekowi wilkiem,
bo każdy z osobna
buduje własną Wieżę Babel
.
(s. 10)

Otrzymaliśmy piękny dar poezji, która osadzona na strunach dziejów świata i nauk wydaje niepowtarzalne dźwięki spragnionego trwania twórcy na przekór intelektualnej pustki, cierpieniom, lękom, sensowi trwania, wbrew złudzeniom, próbom wycofania się w przeszłość czy doświadczania upiornego zapętlenia. Jakże pięknie dzieli się z nami pięknem wrażliwego poznania świata.

czwartek, 24 marca 2016

(Nie-)skuteczność nauczania metodologii badań społecznych studentów pedagogiki


Przeglądając naukowe periodyki przypomniałem sobie artykuł socjolog Uniwersytetu Zielonogórskiego i jego profesor Ewy Narkiewicz-Niedbalec oraz dr Edyty Mianowskiej pod powyższym tytułem. Swoje doniesienie z badań opublikowały w Roczniku Lubuskim (2012 tom 38, część 2).

Autorki przeprowadziły wśród studentów nauk pedagogicznych w swojej uczelni sondaż, mający na celu sprawdzenie, czy nauczanie metodologii badań społecznych jest skuteczne? Same zapewne prowadziły kształcenie w tym zakresie, a zatem i diagnoza miała spełnić istotną rolę w rozpoznaniu i ewentualnym skorygowaniu tego procesu. Informacja zwrotna na temat efektów kształcenia powinna mieć właśnie taki, indywidualny charakter, by prowadzący zajęcia mieli świadomość tego, jakie są słabe punkty, a z czym ich studenci najlepiej sobie radzą.

Inna rzecz, że kiedy prowadzimy egzaminy, także testowe, to ich wynik jest także dla nas miarą nie tylko skuteczności uczenia się (studiowania) akademickiej młodzieży, ale także klarowności naszych zajęć. Prowadzący seminaria dyplomowe - głównie magisterskie, bo już nie piszę o doktoranckich, najlepiej przekonują się o jakości metodologicznego wykształcenia studentów. Tu są dopiero "schody", kiedy magistranci już w czasie pierwszych zajęć zaczynają od tego, co i jak będą badać, nie mając jeszcze za sobą porządnej kwerendy i merytorycznej analizy literatury przedmiotu.

Zapisane w KRK efekty kształcenia są świetne na papierze, ale wymagają przede wszystkim większych nakładów finansowych na to, by móc uzyskać jak najwyższy poziom metodologicznych kwalifikacji u studentów. Tymczasem oni mają najczęściej najtańszą formę zajęć, czyli wykłady, a rzadko ćwiczenia warsztatowe i zadania, wymagające samosprawdzenia własnych kompetencji. Co gorsza, nie ma już w ogóle nie tylko na pedagogicznych studiach tzw. terenowych obozów naukowych, w trakcie których młodzi ludzie uczyliby się zespołowego prowadzenia badań zgodnie z przyjętym modelem teoretycznym i wystandaryzowanymi narzędziami badań.

Pomiar zielonogórskich socjologów był niczym innym jak testem wiadomości i umiejętności. Odnotowano w badaniu poprzecznym w grupie dwóch roczników - kilkunastoprocentowy spadek poziomu wiedzy i umiejętności w przypadku zastosowanego testu w trudniejszej wersji i kilkuprocentowy spadek przy zastosowaniu łatwiejszego testu. Oceniano wiedzę i umiejętności w trzech kategoriach: "poniżej przeciętnej", "przeciętnej" i "powyżej przeciętnej". Można jedynie się domyślać, że ta pierwsza oznaczała de facto niezdolność do prowadzenia jakichkolwiek badań społecznych.

Dane są porażające, bowiem wynika z nich, że "poniżej przeciętnej" była wiedza z zakresu metodologii badań u 76,7% studentów, zaś ich umiejętności w tej kategorii obejmowały 77,1% studentów. Wiedzę ogólną z metodologii ogólnej nauk poniżej przeciętnej miało 66,4% studentów. To są realne efekty (braku)wykształcenia.

środa, 23 marca 2016

Indeksowane na liście MNiSW czasopisma punktowane


Każdy, kto przejrzy resortowy wykaz czasopism punktowanych, zorientuje się, że w ramach własnej dyscypliny naukowej niewielka ich część, ale jednak, została wprowadzona przez KEJN w wyniku tylko i wyłącznie biurokratycznego podejścia do tego procesu. W innych kwestiach resort szkolnictwa wyższego nie jest tak liberalny i jednak żąda jakościowych dowodów, a nie tylko wypełnionych przez zainteresowanych formularzy. Ileż w nich jest fałszywych danych, tego już nikt nie weryfikował?

Kwalifikowanie przez nawet najwybitniejszych ekonomistów czy socjologów wraz z naukoznawcami zgłoszonych przez redakcje czasopism tylko i wyłącznie na podstawie wypełnionych przez nie formularzy, bez sprawdzenia ich zawartości sprawia, że w naszym kraju mamy do czynienia m.in. z listą punktowanych czasopism obrotem surowców wtórnych i marnych zarazem.

Oto jedna z warszawskich wyższych szkół prywatnych chwali się, że jej czasopismo jest indeksowane na liście czasopism punktowanych MNiSW, toteż każdy opublikowany na jego łamach tekst będzie mógł być odnotowany w jednostce oceniającej jego autora. Tyle tylko, że opublikowanie na łamach takiego periodyku tekstu jest w rzeczy samej, kiedy dojdzie do oceny jakości osiągnięć naukowych osoby przez recenzentów w ramach postępowania habilitacyjnego czy tym bardziej na tytuł naukowy profesora, osłabieniem szans na awans.

Zwracajcie państwo uwagę na to, kto jest redaktorem naczelnym takiego pisma, bo może się okazać, że jakiś docent, który w oficjalnej bazie naukowców nie wykazuje się ani jedną publikacją, ba, nie wiadomo, na jakiej podstawie posługuje się statusem docenta. Chyba, że co do centa wylicza mu się płace, bo o jego doktoracie też niczego się nie dowiemy.

Dalej, zobaczcie, kto publikuje na łamach takiego pisma? Czy nie jest ono tylko i wyłącznie "gazetką ścienną" dla pracowników tej szkółki prywatnej, której właściciel, a czasami i rektor miał czy ma poważny problem z prawem, w tym z etyką własnej pracy akademickiej? Wystarczy wrzucić do wyszukiwarki nazwisko, by przekonać się, że publikowanie własnego tekstu w piśmie obok postaci niegodnych, świadczy o tym, że upełnomocniamy nie wartość własnych dokonań, ale jej brak u finansujących pismo.

Wreszcie, warto zobaczyć, czy aby w danym piśmie nie występują teksty w 90% pracowników szkoły wyższej je wydającej. Co z tego, że otrzymam kilka punktów, skoro stracę własną pozycję naukową wpisując się w "śmietnik pseudonaukowych tekścideł"?

Doprawdy, drodzy pedagodzy, jeśli zależy wam na publikowaniu wyników własnych badań, to nie czyńcie tego w pismach, które radykalnie obniżą ich jakość. Mam nadzieję, że KEJN wprowadzi wreszcie ujemną ocenę periodyków i zdejmie z listy te, które hańbią świat naukowych czasopism.

Powstają nowe periodyki. Nie są jeszcze w wykazie punktowanych czasopism. Mają za to bardzo interesujące teksty.

wtorek, 22 marca 2016

O podzwonnym dla intelektualistów


Brytyjski profesor socjologii Frank Furedi wyłożył przed kilku laty w jednej ze swoich książek tezę o zaniku roli intelektualistów w ponowoczesnym świecie, która nie ma żadnego potwierdzenia w badaniach socjologicznych czy psychologicznych, ale jawi się jako bardzo atrakcyjnie brzmiąca teza.

Świat nauki okazał się - jego zdaniem - uległy wobec presji polityki, bezosobowej siły rynku (jego „niewidzialnej ręki”) oraz instytucji publicznych obniżając własne standardy na rzecz instrumentalnego i filisterskiego podejścia do życia. Wynika to z internalizacji przez ludzi wolnych zawodów, jaki mi są akademicy i artyści, kultury schlebiania, w wyniku której zastąpili własną autonomię, elitarność pójściem na łatwiznę przez podporządkowanie się zewnętrznym naciskom. Zdradzili zatem uniwersytety i szkoły obniżając standardy wymagań wobec swoich studentów czy uczniów znudzonych realiami własnej edukacji.

W pewnej mierze przyczynił się do upadku autorytetu nauki i uczonych relatywizm wiedzy, która traci swój obiektywny status, skoro może być podawana w wątpliwość i porównywana z wieloma innymi jako jej równie zasadnymi. Z pewnością odkąd kształcenie akademickie nie może rościć sobie prawa do tego, by być ścieżką wiodącą do prawdy, jego znaczenie uległo zmianie (F. Furedi,2008, s. 11).


Podważanie autorytetu nauki zyskało już aprobatę także w naszym społeczeństwie, skoro w sprawach edukacji może być ekspertem każdy, kto tylko uczęszczał do szkoły lub ma w wieku obowiązku szkolnego dziecko albo wnuczka. Naukowcy potrzebni są władzy do upełnomocnienia własnej ignorancji, by dzięki nim obywatele nie dociekali już istoty i sensu podejmowanych decyzji politycznych.

Wystarczy zatrudnić w każdej agendzie rządowej specjalistę od public relations, czyli od manipulowania danymi, by ten przywoływał właściwych dla pozbawionej podstaw naukowych decyzji swoich przełożonych. Nie jest dla niego ważne, jaką ma przekazać społeczeństwu informację, gdyż tę musi sprzedać tak jak handluje się na rynku towarami. Jak słusznie pisze Furedi: Takie przekształcenie w produkt pozbawia wiedzę istotnej wartości i znaczenia: jako towar dostarczany przez domokrążców spod znaku ekonomii wiedzy staje się w istocie karykaturą samej siebie. Dlaczego? Dlatego, że bez związku z Prawdą wiedza nie ma żadnego istotnego znaczenia. Staje się pojęciem abstrakcyjnym, czymś, co łatwiej przekazywać, niż cenić i co można przetworzyć tak, by zyskało jak najbardziej przeciętny kształt. (tamże, s. 13)

Nauka ma być użyteczna dla społeczeństwa a kształcenie ogólne dla rynku pracy stając się wartościami heterotelicznymi. Kto dzisiaj będzie pracował naukowo dla poszukiwania Prawdy, skoro prowadzenie badań wymaga koniecznych nakładów finansowych, a ich dysponentami są politycy, którzy uzależniają dostęp do środków od spełnienia instrumentalnych oczekiwań władzy.

Nauki społeczne mają służyć inżynierii społecznej, socjotechnice władztwa politycznego, ekonomicznego, ale i edukacyjnego. Każda próba wyjścia poza obowiązujące w państwie standardy czy kanon prędzej czy później prowadzi na margines, do wykluczenia czy rezygnacji z projektu badawczego czy wdrożeniowego. Odkąd bowiem istota nauczania i sztuki przestała mieć sens społeczny, standardy zaczęły podlegać negocjacjom i łatwo podporządkowywały się celom pragmatycznym. (tamże, s. 20)

Nauczyciel akademicki poddawany jest nieustannemu dewaluowaniu jego misji, profesjonalizmu, wartości czasu i nakładu pracy, inwestycji w siebie, traci na znaczeniu, także dlatego, że można na nim zaoszczędzić. Uczeni są zbytecznym kosztem, obciążeniem dla podatników, budżetu państwa, zmarnowaną inwestycją.

Sprzyja to nie tylko negatywnej motywacji, ale i obniżaniu standardów własnej pracy przez część kadr, skoro i tak nie docenia się ich roli. Patologiom akademickiego świata można byłoby poświęcić poważne studium badawcze, tylko po co, skoro naruszyłoby to tzw. interes społeczny, a więc (prze-)trwanie tysięcy osób zbytecznie zatrudnionych w szkolnictwie wyższym?

niedziela, 20 marca 2016

Nie pozbawiajcie uczniów telefonów komórkowych w czasie lekcji
















(źródło: FB_IMG_1458295090017.jpg)



Dziennik The Guardian już jakiś czas temu informował o 20 sposobach wykorzystania przez nauczyciela w toku zajęć szkolnych uczniowskich tabletów (smartfonów, ipodów).

Niektóre aplikacje są odpłatne, ale większość jest dostępna bezpłatnie, toteż nauczyciele mogliby je wykorzystać do zaktywizowania uczniów w procesie uczenia się. Stąd apel do nauczycieli, by nie zabierali uczniom telefonów komórkowych, smartfonów czy tabletów, nie odkładali ich do skrzyneczek, na których tylko zarobi producent-rzemieślnik, bo stracą na tym przede wszystkim ich podopieczni. Chyba, że szkoła nie jest dla uczniów?

A zatem drodzy nauczyciele - w trakcie lekcji, wraz z uczniami:

1. wykorzystujcie wirtualne "360°-video" do zwiedzania i poznawania zagranicznych miejscowości czy nawet podmorskich wraków;

2. fotografujcie i nagrywajcie filmy, czy to na temat osiągnięć naukowych czy z klasowego show artystycznego. Odpowiednie aplikacje pozwalają na przycinanie filmów, dodawanie filtrów czy napisów.

3. komponujcie własną muzykę. Istnieje ogromna ilość aplikacji, które są dostosowane do wieku dzieci czy nawet konkretnych instrumentów muzycznych.

4. nagrywajcie muzykę lub inne audio (np. radiowe show), odpowiednie aplikacje pozwalają na ich opracowywanie.

5. wykorzystujcie rozpracowane i interaktywne wskazówki z klipów wideo, web-owe hiperłącza czy fotografie w ramach aplikacji. Można tak opracować wycieczkę terenową i referat z historycznych wydarzeń.

6. wykorzystujcie tabletowe wersje gier. Popularną AngryBirds można zastosować na lekcjach matematyki, odkrywać czy weryfikować dzięki nim prawa fizyki, pisać o nich opowiadania lub je opracowywać artystycznie.

7. przenieście digitalne treści do realnego świata; za pomocą aplikacji możecie wyświetlać - przenosić grafikę lub inne treści na plakaty, drzwi czy inne obiekty;

8. piszcie blog klasowy, a tabletowa aplikacja ułatwi wybór formy i posłuży komunikacji między uczniami.

9. testujcie uczniów za pomocą formularzy internetowych. Uczniowie mogą rywalizować o najszybciej udzieloną odpowiedź czy sami kontrolować własne odpowiedzi w trakcie powtarzania materiału.

10. poznawajcie świat i kraj za pośrednictwem internetowych map w 3D, za pomocą fotografii i przewodników.

11. urozmaićcie czytanie za pomocą aplikacji z funkcją czytania na głos lub czytania interaktywnego.

12. studiujcie sklepienie niebieskie, aplikacja sprzyja oglądaniu gwiazdozbiorów także za dnia.

13. posłuchajcie zagranicznej stacji radiowej.

14. opracujcie sobie nowoczesną formę gromadzenia dokumentów uczniowskich, a aplikacja pomoże w ich klasyfikowaniu, nauczyciel może je lekko korygować czy uzupełniać o nowe dane, zaś wgląd do tego mogą mieć także rodzice.

15. wykorzystujcie web-kamerę do obserwowania online klasowej przestrzeni czy w razie potrzeby do nawiązania kontaktu ze szkołą partnerską poza granicami kraju.

16. nagrajcie własne wideo, aplikacje pomogą w jego opracowaniu, także dźwiękowym.

17. stwórzcie własny komiks lub książkę.

18. twórzcie modele 3D z fotografii obiektów, względnie pozwólcie aplikacji na ich opracowanie.

19. dokonujcie tłumaczeń słów czy fraz w dowolnym języku obcym.

20. opanujcie podstawy programowania w formie zabawowej.

sobota, 19 marca 2016

Świetlica dla absolwentów szkół wyższych


Wiele osób kończących wyższe studia ze stopniem magistra czy magistra inżyniera staje przed dylematem, co ma dalej robić? Odsetek zdezorientowanych, niedojrzałych, sfrustrowanych, źle wykształconych na własną odpowiedzialność magistrów różnej maści chciałby jeszcze odroczyć decyzję w sprawie dalszego losu.

Do pracy iść im się nie chce, bo adekwatnej do wykształcenia nie ma w ofertach pracy. Wyjadą do Irlandii czy Szkocji ci, którym jest wszystko jedno, czy będą magazynierami w wielkich hurtowniach, sprzątaczami ulic lub nocnych barów, ochroniarzami, ogrodnikami czy opiekunami starszych lub schorowanych osób. Obowiązuje tu zasada, że w kraju takiej pracy by nigdy nie podjęli, ale w Anglii... za funty? Czemu nie? Niech się wstydzi ten, kto widzi. Ojczyzna ich nie potrzebuje.

Sami nie są zdolni do stworzenia sobie miejsca pracy, założenia jakiejś firmy, bo prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu jest poniżej 50%. Wystarczy poczytać psychologię, by wiedzieć, że przy takim poziomie przewidywania sukcesu nikt firmy nie założy, chyba że jest frajerem, ma za dużo kasy od bogatych rodziców, albo z "szarej strefy". Tylko wówczas może pozwolić sobie na rozrzutność. Tak niski poziom szans na osiągnięcie celu nie jest dla początkujących, bez grosza przy duszy i bez własnego pomysłu czy chociażby spadającego jabłka na głowę.

Rządy kolejnych formacji politycznych - lewicowe, liberalne i prawicowe zapewniły im świetlicę, i to też nie wszystkim, tylko niektórym, a stały się nią instytuty lub wydziały uniwersyteckie, na politechnikach czy w akademiach (także nielicznych wyższych szkołach niepublicznych), które mają prawo do prowadzenia studiów doktoranckich. Budżetowe środki wsparcia dla tego poziomu studiów są niskie, toteż młodym absolwentom, często bardzo utalentowanym, zdolnym i pełnym energii do pracy twórczej daje się akademickopodobną pracę, za niskie stypendium oczekując od nich, że wciągu czterech lat przygotują i obronią rozprawę doktorską.

Jeśli zatem traktuje się studia doktoranckie jako jeszcze jeden poziom studiów akademickich, z obowiązkowymi zajęciami, z których muszą rozliczyć się ich zaliczeniem, zdaniem egzaminów, gdzie mają obowiązkową praktykę dydaktyczną (a więc zakłada się, że będą w przyszłości kształcić studentów), a na końcu czteroletniego okresu mają przedłożyć dysertację doktorską i ją obronić, to jest to nie do końca sprzyjająca temu zadaniu praktyka.

Czytałem wiele rozpraw doktorskich, sam wypromowałem czternastu doktorów nauk humanistycznych/społecznych z pedagogiki, ale tylko trzech uczęszczało na studia doktoranckie. Pozostali pracowali w uniwersytecie na ośmioletnim etacie asystenckim, albo byli bezrobotnymi lub pracownikami oświaty, dzięki czemu mieli dużo czasu na własną pracę naukowo-badawczą. Jeśli chcemy, by miała ona jak najwyższy poziom, to nie można ujmować je w tak sztywne i krótkie ramy czasowe (w naukach humanistycznych i społecznych) tylko dlatego, gdyż żaden historyk wychowania, pedagog ogólny, specjalny czy społeczny nie posiada tak jak lekarz medycyny czy weterynarz całego sztabu pomocniczego - techników, laborantów, pracowników administracji, których rolą jest wykonywanie zadań instrumentalnych w ramach rozwiązywanego przez młodego naukowca problemu.

Humaniści i badacze społeczni muszą swoją pracę badawczą - we wszystkich jej zakresach np. od kwerendy literatury, studiów porównawczych, analiz literatury, konceptualizacji badań itd. - realizować sami, chyba że są członkami zespołów badawczych, w których podział treściowy zadań pozwala na wyodrębnienie merytorycznie autorskich części. Co im zatem pozostaje? Studia doktoranckie, które są z jednej strony korepetycjami z naukoznawstwa, metodologii badań, szansą na konsultacje z promotorem, ale zarazem redukcją ich własnego czasu na wykonanie tego, czego nikt inny za nich nie zrobi. Akademicy wymagają, zadają, oceniają, a uczelnie coś płacą, co nie jest jednak warunkiem do prowadzenia samodzielnego życia osoby dorosłej, a doktorat mają pisać "po drodze", przy okazji, w międzyczasie.

Raport NIK z ubiegłego roku, który ponownie odgrzewają media, nie ma w tym sensie żadnej wartości poznawczej, skoro stwierdza się w nim, że studia doktoranckie nie są w pełni skutecznym sposobem kształcenia kadry naukowej a w ostatnich latach odsetek doktorantów, którzy uzyskali stopień naukowy doktora wynosi ok. 41 proc. Jeśli traktujemy doktorat jako kolejną pracę dyplomową, nieco lepszą (większą objętościowo?) pracę magisterską, to rzeczywiście skuteczność studiów jest niska.

Zapomina się jednak o tym, że od naukowców-promotorów oczekuje się jak najwyższego poziomu dysertacji doktorskich ich podopiecznych, a więc nie można formułować pokontrolnego wniosku na zasadzie rozczarowania czy może nawet rozrzutności władz jednostek akademickich, które prowadzą takie studia, bowiem to by oznaczało, że musielibyśmy albo pisać z doktorantami (lub za nich) ich prace doktorskie, albo radykalnie obniżyć poziom rozpraw. Cieszmy się zatem, że chociaż 41% kończy studia doktoranckie w terminie i z obronioną rozprawą doktorską.

piątek, 18 marca 2016

Trwa "wojna" na pozory oświatowej debaty


Niestety, po zmianie władzy politycznej w naszym kraju szkolnictwo pozostało w kleszczach partiokracji. Nic się tu nie zmieni dopóty, dopóki edukacja nie stanie się dobrem ponadpartyjnym, interesem wszystkich Polaków, a więc DOBREM WSPÓLNYM. Nie pomogą temu żadne konsultacje, gdyż i tak władza zrobi to, co będzie uważała za stosowne, bo taki jest ustrój szkolny w naszym państwie. Taki, to znaczy centralistyczny, jak w PRL.

Wątpię zatem w dobre zmiany, chociaż nie twierdzę, że obecne kierownictwo resortu edukacji ma złą wolę czy jakąś szczególną niekompetencję. Ze względu na utrzymany przez rządzących centralizm państwowy (ideologia etatyzmu) utrzymuje się władztwo partyjne m.in. w oświacie, a dzieci i młodzież stają się jego zakładnikami. Duch homo sovieticus umościł się w gmachu na Szucha 25 i nie zamierza stamtąd wyjść. Tym samym niemalże codziennie będziemy otrzymywali newsy o kolejnych świetnych pomysłach zmian w szkołach od września: a to, że nie będzie jakiegoś egzaminu, a to, że do innego coś się doda, kolejnemu coś się odejmie itp., itd. Szkoła niesie z sobą takie bogactwo form, metod i technik działania, że właściwie codziennie minister edukacji mógłby ogłaszać jakąś zmianę, rzecz jasna - dobrą.

W społeczeństwach otwartych, pluralistycznych żadna władza usiłująca sterować edukacją w strategii "top-down" nie ma najmniejszych szans na samorealizację, gdyż zderzy się ze ścianą oporu tych, którzy tej władzy nie akceptują, nie szanują, a częściowo też nienawidzą. Dotyczy to każdej władzy - lewicowej, liberalnej czy konserwatywnej. Przez ponad 27 lat transformacji politycy nie nauczyli się jeszcze, że w wyniku wyborów mają sprawować władzę nad państwem, ale nie nad duszami jego obywateli i ich dzieci, a tym bardziej profesjonalnie przygotowanych do pracy z nimi nauczycielami.

Muszę przyznać, że śmiesznie prowadzona jest oświatowa wojna na górze, w formie tzw. regionalnych debat oświatowych, w których obie strony: rządzący i opozycja przerzucają się pozoranctwem, głoszeniem tez, idei, argumentów, które w żadnej mierze nie przekładają się na rzeczywistość, a co gorsza, są wobec niej, jak i wewnętrznie, sprzeczne. Marnowane są ludzkie siły, kapitał społeczny i pieniądze, bo przecież to także kosztuje. Ci ludzie spotykają się we własnym gronie, wśród popleczników własnych interesów lub sfrustrowanych ofiar szeroko pojmowanej przemocy, by prowadzić pseudo dialog, pseudo debatę.

Oto ministra edukacji narodowej organizuje do końca czerwca wojewódzkie konferencje/debaty oświatowe, które mają w każdym z regionów zajmować się jakąś cząstką polskiej edukacji. Nie ma w tym ani merytorycznej, ani strukturalnej logiki. Ot, wypuszczone jak balony w powietrze hasełka centralistycznej władzy, która musi podtrzymać w społeczeństwie potrzebę jej utrzymywania i finansowania. Jej działalność nie zmienia jednak istoty nauczania-uczenia się dzieci oraz młodzieży w przedszkolach i szkołach, gdyż o tym decydują nauczyciele, a nie którykolwiek minister, dyrektor departamentu, kurator oświaty czy jego wizytator.

Podobnie czyni opozycja. Organizuje w każdym z województw własne kontr-debaty, włączając do udziału w nich lewicowy Związek Nauczycielstwa Polskiego i skompromitowanych liderów PO i PSL, którzy swoją niekompetencją, arogancją władztwa w minionych latach mogą już tylko wspominać ośmiorniczki, finansowane ze środków UE bardzo kosztowne delegacje i konsumpcję tych środków dla "swoich" i znajomych królika. Rzeczywiście, zostali brutalnie odcięci od publicznej kasy, więc teraz muszą w swoich regionach utyskiwać na zło centrum edukacyjnego władztwa.

Psy szczekają, a karawana jedzie dalej...

czwartek, 17 marca 2016

Życie po śmierci, czyli pozytywnej resocjalizacji ciąg dalszy



Prof. dr hab. Marek Konopczyński - Rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie - nie po raz pierwszy zaskakuje środowisko polskiej resocjalizacji odmiennym, bo głęboko osadzonym w kategorii budowania imperium humanum (określenie z pedagogiki Bogdana Suchodolskiego) czy "cywilizacji miłości" (idea św. Jana Pawła II) podejściu do osób skazanych za dokonaną zbrodnię.

Jakiś czas temu pisałem o inicjatywie, która zyskała ogromny oddźwięk w amerykańskiej sieci wirtualnej, związanej z jego projektem resocjalizacyjnym w Polsce pt. TATUAŻE WOLNOŚCI. W ub. roku we wrześniu wspomniałem o inicjatywie prof. M. Konopczyńskiego na rzecz przywracania do życia b. więźniów, a w tym przypadku rzecz dotyczyła autora wierszy - Sylwestra Kurowskiego, które pisał w okresie pobytu w więzieniu.

Dzisiaj pojawił się w Internecie klip filmowy o kolejnej akcji, tym razem podjętej wspólnie z Polskim Czerwonym Krzyżem. Nosi ona tytuł: Czy łatwiej jest odebrać życie, czy je uratować?

Wydaje się, że przysłówek "łatwiej" jest nieadekwatny do ludzkiego bytowania w świecie, bo przecież niczyje życie nie jest łatwe, a odebrać je można komuś w mgnieniu sekundy. To pytanie ma jednak moralny wymiar, introspekcyjny, wymagając od nas odpowiedzi na pytanie o poczucie własnego sprawstwa, o świadomość nieodwracalności pozbawienia kogoś życia lub możliwego przywrócenia komuś zdolności do życia.

To, że może mi być łatwiej, w sensie lżej, bez obciążenia własnego sumienia i cierpienia innych, z poczuciem autentycznej satysfakcji obdarzenia kogoś czymś, co jest niemierzalne i niewymienne, ma naprawdę głęboki sens. Ufam, że ci ludzie będą mieli szansę zadośćuczynienia już nie własnej ofierze, bo to jest niemożliwe, ale komuś, kto tego mógłby się po nich nie spodziewać, a jednak doświadczyć daru życia dzięki ich interwencji, pomocy. To pozwoliłoby środowisku ich życia, ale i im samym, dostrzec w odrodzenie własnej godności, poczucie własnej wartości i sensu życia.

Nie wiem, czy jest to przypadkiem, czy celowym zamiarem, ale pojawienie się tej akcji w Roku Miłosierdzia jest czymś obiektywnie niewytłumaczalnym, natomiast duchowo w pełni zrozumiałym. Kto jednak, poza teologami czy katolickimi publicystami, czytał wydany w Polsce przekład Papieża Franciszka "O miłosierdziu"? Po obejrzeniu tego krótkiego spotu warto sięgnąć i do tego dzieła.

Życie jest darem, który może ulec chwilowemu lub całkowitemu osłabieniu czy nawet zatrzymaniu w różnych jego momentach, wymiarach i zakresach. Sytuacje graniczne, których doświadcza dziecko czy osoba dorosła stają się chwilowym uświadomieniem jego kruchości lub mocy, trwałości lub niepewności, wartości lub bezsiły. Nie wystarczy współczesnej pedagogice poprzestanie na aspekcie formalnym prawa. Wierność normom prawnym, jak dowodzą tego dzieje kolejnej już dekady XXI w., w trakcie której znowu umierają, giną i cierpią miliony dzieci na świecie, nie wystarcza.

Trzeba zacząć budzić ludzkie sumienia, które są często uśpione oraz wchodzić coraz głębiej w serce Ewangelii, gdzie ofiary ludzkiej przemocy są uprzywilejowane przez Boże miłosierdzie. Jak pisze Jego Świętobliwość Papież Franciszek: Słowa Jezusa, które nawiązują do proroka Ozeasza – „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary(6.6)" – są bardzo znaczące w tym kontekście. Jezus potwierdza, że od tej pory reguła życia Jego uczniów będzie oparta na prymacie miłosierdzia. (Franciszek, Miłosierdzie to imię Boga. Rozmowa z Andreą Torniellim, przeł. Joanna Ganobis, Kraków: Wydawnictwo ZNAK 2016, s. 163)

To w takich sytuacjach okazuje się, kim tak naprawdę są ci, z którymi dotychczas żyliśmy, spotykaliśmy się, realizowaliśmy określone zadania czy role. To na granicy faktów i fikcji rozpoznawane są realia i potencjalne możliwości naszego istnienia, jego sensu czy głęboko skrywanych przed sobą lub innymi nadziei lub marzeń, choć te jeszcze spełnić się nie mogą. Można wierzyć w to, że jeśli tym razem udało się pokonać barierę istnienia, to, choć jesteśmy osłabieni, wzmocni nas w tym, czego dotychczas być może tak wyraźnie nie docenialiśmy.

środa, 16 marca 2016

Koniec turystyki habilitacyjnej na Słowację


Publicznie dziękuję wicepremierowi polskiego rządu oraz ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego dr. Jarosławowi Gowinowi za doprowadzenie do końca tego, co zamiatała pod dywan Platforma Obywatelska i PSL w czasie swoich rządów, a mianowicie do zablokowania handlowego szlaku turystycznego na Słowację, gdzie część pseudonaukowców "załatwiała" sobie tzw. habilitację w ramach stworzonej w 2005 r. rozbieżności prawnej między naszymi państwami. Komunikat MNiSW brzmi następująco:

Dziś wicepremier Jarosław Gowin i ambasador Słowacji Dušan Krištofik podpisali Umowę między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Słowackiej o zmianie umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Republiki Słowackiej o wzajemnym uznawaniu okresów studiów oraz równoważności dokumentów o wykształceniu i nadaniu stopni i tytułów uzyskanych w Rzeczypospolitej Polskiej i Republice Słowackiej, sporządzonej w Warszawie dnia 18 lipca 2005 r.
Zmienią się zasady regulujące wzajemne uznawanie wykształcenia między Polską a Słowacją.

Dzisiejsza umowa będzie podstawą do wzajemnego uznawania okresów studiów i równoważności dokumentów o wykształceniu, jak świadectwa maturalne czy dyplomy ukończenia studiów wyższych. Na jej podstawie uznane zostaną też stopnie naukowe uzyskane w Polsce i na Słowacji do poziomu doktora. Umowa wejdzie w życie pierwszego dnia miesiąca następującego po wymianie odpowiednich not dyplomatycznych pomiędzy obydwoma państwami.


Skandaliczny w następstwie zastosowań dokument o rzekomo równoważnym wykształceniu Polaków i Słowaków podpisał w 2005 r. w imieniu ówczesnego rządu prezes Polskiej Akademii Nauk prof. Michał Kleiber. Zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że otworzył ścieżkę dla nieuczciwych, nierzetelnych nauczycieli akademickich, którzy mieli skorzystać na odmienności wymogów prawnych, by wwieźć do kraju rzekomo równoważny dyplom doktora habilitowanego.

To ci nieuczciwi, unikający lub niezdolni do pracy naukowo-badawczej, często wyłudzający na podstawie własnej pracy doktorskiej tytuł naukowo-pedagogiczny docenta z kierunku kształcenia, a nie z dyscypliny naukowej, spowodowali, że to polska strona musiała udowodnić, jak haniebne były praktyki w tym zakresie i wstydzić się z tego powodu za część naszych kadr akademickich. Podobny problem mają Czesi, bowiem ci, tak, jak niektórzy Polacy, także urządzili sobie wyjazdy po słowackie habilitacje. W ich kraju, z dorobkiem na niskim poziomie naukowym, nie mieliby żadnych szans zostać docentami czy profesorami.

Na tym kłamstwie, cwaniactwie części polskich kadr stracili uczciwi naukowcy, wysokiej klasy specjaliści, dla których wyjazd na Słowację nie wiązał się z żadnym szalbierstwem, tylko wynikał z uczciwie prowadzonych badań naukowych i współpracy międzynarodowej. Dla nich ścieżka kariery nie zostanie jednak zamknięta, bowiem jeśli tak jest, że ich dorobek jest znaczący, to po powrocie do kraju będą mogli z łatwością, bez żadnych problemów nostryfikować dyplom docenta czy tytuł profesora przed wybraną p[rzez siebie jednostką naukową z odpowiednimi uprawnieniami.

Z tego, co jest mi wiadome, to już niektórzy Polacy, mający rzeczywiście własny dorobek naukowy na poziomie polskiej habilitacji, dokonali jego rewaloryzacji i poddali się postępowaniu habilitacyjnemu w naszych uniwersytetach czy akademiach. Nie muszą się wstydzić tego, że mają dyplom docenta nie z dyscypliny naukowej, tylko jakiejś jej cząstki w ramach kierunku kształcenia i ... nic więcej.

Nauka nie rozwija się na podstawie zaświadczeń wydawanych przez nierzetelną urzędniczkę resortu nauki i szkolnictwa wyższego. O jakości badań naukowych i rozwoju kadr akademickich nie decydują czyjeś dyplomy, tylko wyniki ich rzeczywistych osiągnięć naukowych. Nareszcie zakończył się proces pozoranctwa, kupczenia dyplomami i tym samym niszczenia podstaw rozwoju nauk w naszym kraju oraz kształcenia młodych kadr naukowych.


Nie ukrywam, że miałem już dość nieustannych skarg, pretensji, listów anonimowych pedagogów z różnych uniwersytetów w naszym kraju (tak bardzo bali się o ujawnienie ich nazwisk), którzy wskazywali na konkretnych przykładach doktorów habilitowanych ze słowackim dyplomem, ale przysłowiową "słomą" w głowie, wzmacnianą arogancją czy pełnioną funkcją kierowniczą. To właśnie dla nowej generacji w polskiej nauce komitety naukowe PAN upominały się przez ostatnie osiem lat o zamknięcie turystycznego szlaku.

Z biegiem lat wyjdą na jaw wszystkie kulisy tak haniebnego procesu, który ponoć został uruchomiony dla żony jednego z czołowych polityków w naszym kraju. Jestem przekonany, że polskie służby specjalne dysponują pełnymi dowodami w tych sprawach, o których naukowcy nie mają nawet "zielonego pojęcia" sądząc o przypadkowości zawarcia porozumień międzyrządowych.

Do czego to podobne, żeby kraje przynależące do Unii Europejskiej zawierały bilateralne porozumienia ponad europejskimi regulacjami, tworząc jakieś wyjątki, które są nie tylko odstępstwem od praw państw narodowych, ale także etyki akademickiej.

Jak zbić kapitał społeczny na małych szkołach w środowiskach wiejskich?



Nie brońmy sześciolatków przed szkołą pozwalając im dojrzewać w przedszkolach, tylko zacznijmy zmieniać szkolnictwo w Polsce tak, by każde dziecko, bez względu na wiek, mogło w nim realizować swój potencjał rozwojowy, optymalizować najmocniejsze strony własnej osobowości, a zarazem radzić sobie z tymi słabymi, by nie wykluczały go w przyszłości z życia społecznego, profesjonalnego i zawodowego.

Po przeczytaniu artykułu Piotra Skury w „Głosie Nauczycielskim” pt. „Reforma w rynsztoku” uzyskałem jedynie potwierdzenie tego, o czym wiemy od kilku lat, ale tak upartyjnione władze samorządowe, jak i rządzący z PO i PSL czynili wszystko, by fakty okradania przez niektórych biznesmenów budżetu polskiej oświaty nie były upubliczniane.

Nie tylko edukacja domowa stała się dla wąskiego grona przedsiębiorczych menedżerów okazją do drenowania publicznych środków pod pozorem troski o zapewnienie rodzicom prawa do nieposyłania dzieci do szkoły, a tymczasem realizując ich potrzeby, wyciągali z budżetów gmin przez ostatnie lata miliony złotych z tytułu dotacji oświatowej na każdego ucznia.

To jednak b. ministra edukacji Katarzyna Hall z PO zapewniła prawne podstawy praktyki prywatyzacyjnej w szkolnictwie publicznym, w wyniku których powstawały jak grzyby po deszczu różnego rodzaju fundacje, stowarzyszenia i zgłaszały się po kasę państwową via budżet samorządowy, by wprawdzie „ratować” od upadku, zamknięcia „małe szkoły” w środowiskach wiejskich, ale przy okazji powiększać kapitał prywatny zaradnych biznesmenów.

Takim okazał się wójt gminy Iwanowice, który oddał niemalże wszystkie szkoły publiczne zespołom prowadzonym przez dyrektorów (jako osoby fizyczne prowadzącego działalność gospodarczą). Świetnie urządzili się ci "nauczyciele" wypłacając sobie za tę działalność przywódczą miesięcznie pensje w wysokości między 16 a 31 tys. zł.

To nie jest tylko kwestia braku nadzoru państwowego i samorządowego nad prowadzeniem szkół de facto publicznych, ale bezczelne uwłaszczanie się nielicznych, by kosztem jakości kształcenia egoistycznie zaspokajać własne potrzeby kosztem dzieci i młodzieży z środowisk o szczególnych potrzebach edukacyjnych. Wyrównywanie szans odbywało się pod szyldem prowadzonej szkoły.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby dyrektorzy szkół i nauczyciele zarabiali 16 czy 31 tys. zł., ale pod jednym warunkiem, że prowadzone przez nich szkoły będą światowym standardem w ruchu szkół eksperymentalnych, wymagających nie tylko absolutnie nowych technologii, modeli i sposobów pracy z uczniami, ale także generatorami innowacyjności w kształceniu i wychowywaniu młodych pokoleń. Warto zapłacić za coś oryginalnego, ponowoczesnego, ale nie za „szambo” – o jakim pisze lokalna prasa.

Niedawno ukazała się książka Krystyny Marzec-Holki (profesor Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielskiego w Bydgoszczy i Wydziału Nauk Pedagogicznych Akademii pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie) pt. „Kapitał społeczny a wspólnoty wiejskie w obronie „małych szkół”. Przykład województwa kujawsko-pomorskiego” (Bydgoszcz 2015, ss. 335), w której Autorka pokazuje zupełnie inny rodzaj kapitału od powyższego.

Skupia się na problemie likwidacji publicznych szkół wiejskich z małą liczbą uczniów, które były prowadzone przez samorządy niewydolne ekonomicznie, ale w wyniku zaangażowania sił społecznych – rodziców i mieszkańców lokalnych społeczności – zostały uratowane. Tu mamy do czynienia z rekonstrukcją i empiryczną diagnozą form obrony jakości edukacji w środowiskach wiejskich, by zachowań ostatnie już instytucje lokalnej kultury.

Uczona przeprowadziła badania jakościowe, analizując debaty medialne i lokalnych samorządów w wybranych gminach województwa kujawsko-pomorskiego w latach 2011-2012, by wykazać, że nawet w tak trudnych warunkach możliwe było solidarne upomnienie się małych wspólnot o to, by nie likwidowano szkoły dla ich dzieci. Przedmiotem badania były zatem zasoby społeczne tych środowisk, które niejako kapitalizowały się w momencie pojawienia się jawnego zagrożenia likwidacji szkoły.

W tym projekcie peryferyjność zostaje odkryta jako niepowtarzalna wartość, której nie wolno niszczyć w imię wąsko pojmowanych oszczędności natury ekonomicznej. Finlandia, której piętnastolatkowie uzyskują najwyższe noty w międzynarodowych badaniach osiągnięć szkolnych budowała swoją edukacyjną potęgę właśnie na dowartościowaniu i utrzymaniu peryferyjnych szkół, by te były jak najbliżej dzieci i wzmacniały ich rozwój na miejscu, bez straty czasu wolnego, jakże koniecznego do regeneracji sił i zdrowia psychicznego.

To właśnie wyrwanie młodych pokoleń z ich lokalnej przestrzeni społeczno-kulturowej kosztuje państwo znacznie więcej, gdyż musi pokrywać koszty radzenia sobie z nawarstwiającymi się patologiami, które są następstwem zdegradowania tradycyjnej kultury moralnej. Im dalej ma uczący się od miejsca zamieszkania, tym większa jest nie tylko anonimowość jego postaw i zachowań, ale także maleje w relacjach międzyludzkich poziom wzajemnego zaufania, osłabiane są więzi lokalnej solidarności i wzajemności oraz powiększa się zakres pogardy dla prawdy i prawdomówności.

Erozja kapitału społecznego w Polsce jest wynikiem m.in. niszczenia lokalnych wspólnot przez wydziedziczanie kulturowe i zamykanie przedszkoli oraz szkól publicznych. Znowu łatwiej jest na wsi kupić wódkę niż książkę, upić się w remizie niż kulturalnie bawić w szkole. Duńczycy, Niemcy mieli taki sam problem, kiedy pojawiał się niż demograficzny, ale nie likwidowali szkół, tylko instalowali w nich do zajęć popołudniowych, dla osób dorosłych i starszych ludowe uniwersytety.

Skutkiem zamykania małych szkół wiejskich jest m.in. konieczność dowożenia ich do innej placówki (tym samym są one wyłączone z zajęć pozaszkolnych i pozalekcyjnych), alienacja kulturowa, oderwanie dzieci od lokalnej tradycji, kultury, wartości, wzmacniane sytuacyjnie poczucie niższości i nasilanie się stresu negatywnego u dzieci dowożonych do szkoły, ograniczony kontakt rodziców z nauczycielami szkolnymi dziecka, zagrożenie bezpieczeństwa i zdrowia w wyniku oczekiwania na przyjazd szkolnego autobusu, a często konieczności dojścia do miejsca zbiórki itp.

Krystyna Marzec-Holka prezentuje w swojej rozprawie mikro monografie małych szkół, które zostały uratowane. Nie wiemy, czy ich dyrektorzy też zarabiają 31 tys. zł miesięcznie, ale z prowadzonych w szkołach obserwacji, wywiadów z nauczycielami, uczniami i ich rodzicami wynika, ze wszyscy są zadowoleni. Co ważne, nie tylko uratowano, ale i wzmocniono kapitał normatywny rodzinny, sąsiedzki, poziom zaufania i obywatelskiego zaangażowania.

Dzięki tym badaniom wiadomo, że zasoby małej szkoły są wielokroć wyższe, niż rzekome zyski ekonomiczne w wyniku ich likwidacji. Służą one całej społeczności wsi eliminując syndrom tzw. „pustej szkoły”, a więc placówki, która koncentrując wysiłki na zadaniach dydaktycznych, pozostałe ogranicza do minimum, jest wyrwana z lokalnego kontekstu i nie znajduje możliwości animowania środowiska poza ściśle wyznaczonym podstawowym środowiskiem (ograniczona czasem pobytu dzieci w szkole), przeznaczonym na realizację obowiązkowych zadań. (s. 298)

To dziwne, że PSL jako współrządząca przez tyle lat partia władzy dopuściło do kulturowej zdrady własnych środowisk. Czas to naprawić i radykalnie zmienić politykę oświatową państwa wobec środowisk, które są skarbnicą wartości narodowych i kryją zasoby wielu utalentowanych dzieci i młodzieży.

wtorek, 15 marca 2016

W Olsztynie aż huczy, a wokół Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego tylko cisza wyborcza


Nie w każdej uczelni publicznej wybory stają się przedmiotem skargi do ministra nauki i szkolnictwa wyższego, zanim te zostaną w ogóle rozstrzygnięte. Tak się jednak dzieje w "moim" Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Podobno została zmieniona ordynacja wyborcza jako załącznik do statutu uczelni (Uchwała Nr 706 Senatu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie z dnia 24 kwietnia 2015 roku) w taki sposób, że o tym, kto ma de facto rozstrzygać o wyborze rektora zadecydował Senat w składzie, który nie odpowiada właściwej strukturze elektorskiej. Został bowiem powołany przez Senat kończącej się kadencji.

Nie wiedziałem, o co tu chodzi, więc próbowałem odnaleźć właściwe dokumenty w BIP-ie UWM. Pracowników tego Uniwersytetu trudno jest o cokolwiek zapytać, gdyż albo boją się mówić, albo sami nie wiedzą, o co tu chodzi. Kiedy jednak usiłowałem znaleźć kontrowersyjne dokumenty, otwierały się różne teksty, w tym także nieaktualne.

Z tego, co mi wiadomo, to zmieniono zasady wyboru rektora na nową kadencję, a to w taki sposób, że zmieniono grono elektorów. Obecny Senat UWM sam sobie nadał takie uprawnienia, chociaż był wybierany cztery lata temu. W ciągu ostatnich trzech tygodni uzupełniano jego skład jeszcze na obecną kadencję, bo wygasły mandaty trzem senatorom. Pojawia się zatem pytanie, jaka jest wiarygodność podejmowanych wcześniej uchwał?

Obecnie skład elektorów jest następujący: 78 - to członkowie senatu kadencji 2012 - 2016, 42 - to obecnie wybrani elektorzy na poszczególnych wydziałach oraz w środowisku studenckim. Tylko ci w rzeczy samej posiadają status elektorów w ramach wyborów rektora w tym roku. Sporo jest na ten temat informacji na portalu "Debata", o którym pracownicy mówią, że jest jedynym źródłem ujawniania wątpliwych czy niezrozumiałych dla pracowników naukowych decyzji obecnych władz UWM.

Ktoś napisał skargę do byłej minister nauki i szkolnictwa wyższego prof. dr. hab. Leny Kolarskiej-Bobińskiej, ale ta nie odpowiedziała na anonim. Natomiast przypomniał sobie o nim Departament Szkolnictwa Wyższego i Kontroli, który zwrócił uwagę ministrowi na nieprawidłowości w przeprowadzeniu wyborów rektora w UWM.

Zareagował na to obecny wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin pisząc list do JM Rektora UWM w Olsztynie - prof. dr. hab. Ryszarda Góreckiego (b. senatora PO). Pismo pana ministra trafiło pocztą elektroniczną do wszystkich członków senatu oraz komisji wyborczej, a dalej już zostało opublikowane na łamach elektronicznej gazety "Debata".

Zdaniem Adama Sochy - autora tekstu na temat tej sytuacji - "Na 600 profesorów i doktorów habilitowanych i 1500 doktorów nie znalazł się nikt odważny, by stanąć w szranki z urzędującym rektorem i przedstawić swoją wizję olsztyńskiej universitas. Jedyne, na co odważyła się jakaś grupa pracowników, to wysłanie anonimowej skargi do ministra nauki i szkolnictwa wyższego na uchwałę Senatu UWM praktycznie uniemożliwiającą przeprowadzenie demokratycznych wyborów rektora".

Może po prostu nikomu nie chce się podejmować ryzyka zarządzania tak wielką uczelnią w sytuacji, gdyż prof. R. Górecki był już przez trzy kadencje rektorem, a więc ma doświadczenie w tym zakresie?

Z listu min. J. Gowina wynika, że jeśli obecny rektor i zarazem jedyny kandydat do jednoosobowego organu władzy wykonawczej nie dokona zmiany w prawie wyborczym, może to zakończyć się konfliktem z centrum władzy, która nie godzi się na takie rozwiązanie. Jak pisze min. J. Gowin - wybory odbywają się z naruszeniem prawa, co prowadzi "(...) wprost do finału narażającego dobre imię uczelni i etos nauczycielski".

poniedziałek, 14 marca 2016

Co gach, to zamach


W 1980 r. przyszła na świat w kraju Lecha EDUKACJA, zrodzona z matki Polki i homo sovieticusa. Początkowo miała się dobrze, pomimo tego, że niemalże wszystko miała na kartki - pieluchy, szampon Bebiko, ser żółty, kakao, mleko, cukier a nawet wyroby czekoladopodobne. Nic dziwnego, że musiała od czasu do czasu żywić się szczawiem i mirabelkami. Na szczęście jej ojciec, zawodowy listonosz zakochał się w młodej SOLIDARNOŚCI.

EDUKACJA przeżywała jego zdrady, ale nie miała świadomości, że on rozstał się z jej matką-POlką i przy okrągłym stole uzgodnił podział majątku. Przez wiele lat żyła w ułudzie, że wszystko jest w porządku. Dobrze, że chociaż nadano jej numer PSL, dzięki któremu jej posag został właściwie zabezpieczony. Ona jednak tęskniła za swoim prawdziwym ojcem.

Z biegiem lat EDUKACJA przechodziła najróżniejsze kryzysy rozwojowe. MEN jej matki zmieniał się kilkanaście razy, a każdy następny był bardziej agresywny zadając jej cios z lewej czy z prawej strony. Każdy kolejny MEN miał inne wykształcenie - historyk, astronom, prawnik, elektrotechnik, marksistowski socjolog, matematyk, fizyk, filozof i dziennikarz. EDUKACJA już nie wiedziała, jak się zachowywać.

Na co jeden MEN pozwalał, drugi jej tego zabraniał, co kolejny skracał, następny wydłużał, gdy jeden był skąpy, to następny rozrzutny. Każdy miał inne oczekiwania wobec EDUKACJI - kiedy jeden MEN wprowadził religię do szkoły, to następny tego zabraniał, a nawet zachęcał do świeckości. Był też taki genderowiec, który postanowił kształcić ją seksualnie, ale już kolejny MEN potraktował tę sferę jako tabu.

Właściwie prawie każdy MEN-ski ojczym EDUKACJI czynił wszystko, by jej nowy dom miał centralne (u)rządzenie. EDUKACJA żyła jednak nadzieją, że jej naturalny ojciec wróci do matki i znowu będą RAZEM. Niestety, mamie podobała się NOWOCZESNA forma związków partnerskich, niezobowiązujących.

Przez ostatnich 27 lat, wciąż młoda, o niezwykłej urodzie EDUKACJA, wzrastała i żyła w (s)pokoju, w poczuciu zakłócanej zmianami szczęśliwości. Zmianie ulegały przecież treści, struktury i jej własny ustrój. Jej troską było głównie wyrównywanie szans edukacyjnych, o czym miały świadczyć wytwarzane co kilka lat PISA-nki.

PO pewnym czasie złe duchy, diabły i potwory sprawiły, że EDUKACJA zaczęła zapadać na zdrowiu psychofizycznym. Zdaniem s(pis)kowców jej kondycja była coraz gorsza, gdyż stawała się z każdym MEN-em jej matki bardziej agresywna. Nic dziwnego, że zdarzały się jej niewłaściwe zachowania, wkładanie nauczycielowi kosza na głowę, wzorowanie się na teletubisiach czy próby popełnienia samobójstwa.

POdobno znowu jakiś zamachowiec spiskuje przeciwko niej, by dokonać skutecznego zamachu. Ten niebezpieczny osobnik ośmielił się zaatakować EDUKACJĘ wykorzystując swoje wyborcze zwycięstwo! EDUKACJA zaś, jak to kobieta, nie potrafi bronić się przed kolejnym MEN-em, gdyż jest mało asertywna, nieuzbrojona, bezbronna, submisyjna, zaś spiskowiec jest uzbrojony po zęby. Bezwzględnie atakuje EDUKACJĘ, by ta uległa jego nowym (po)żądaniom.

Zbliża się wiosna, a więc pora roku, wraz z którą rodzi się nadzieja na nowe. Może zdarzyć się tak, że matka znowu zakocha się w kimś innym, w jakimś rycerskim MEN-ie, który sprawdził się na polu kilkunastu bitew wojewódzkich. Te ponoć są prowadzone pod sztandarem "Zamach na edukację. Stop!" EDUKACJA przyzwyczaiła się, że co gach, to zamach.

sobota, 12 marca 2016

Berliński szczyt o nauczycielstwie



Po co minister edukacji pojechała do Berlina na "Szczyt o zawodzie nauczyciela"? Na to pytanie obywatele nie znajdą odpowiedzi w publicznie dostępnych źródłach. Politycy uwielbiają określenia na wspólne bankiety i ukryte przed społeczeństwem ustalenia mianem SZCZYTU. Tymczasem szczytem jest brak informacji na ich temat. Na stronie MEN czytamy:

Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska wzięła udział w szczycie poświęconym zawodowi nauczyciela w Berlinie.
Dwudniowy szczyt (International Summit on the Teaching Profession/ISTP) zorganizowały: Stała Konferencja Ministrów Edukacji i Kultury Republiki Federalnej Niemiec (KMK), Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz tzw.„Międzynarodówka Nauczycielska” (Education International – EI) – ogólnoświatowa organizacja zrzeszająca związki zawodowe pracowników sektora edukacji i nauki.

Tematem przewodnim berlińskiego spotkania było uczenie się nauczycieli w kontekście ich rozwoju zawodowego oraz tworzenie warunków do zapewnienia wysokiej jakości nauczania oraz najlepszych efektów uczenia się. Ideę przewodnią spotkań „na szczycie” jest stworzenie płaszczyzny debaty ministrów edukacji oraz przedstawicieli nauczycielskich związków zawodowych na temat zawodu nauczyciela."


Ciekaw jestem, jak ta płaszczyzna debaty była stworzona i co z niej wynika dla polskiego szkolnictwa, a raczej dla polskich nauczycieli? Czy przy kolacji z ośmiorniczkami udało się pani minister dogadać z szefem Związku Nauczycielstwa Polskiego na temat tego, jak dalej manipulować naszym środowiskiem, by czegoś je pozbawić, a coś mu dodać, czy może ustalano przy deserze warunki nowelizacji ustawy Karta Nauczyciela? Czy do tego był potrzebny wyjazd do Berlina? Czy pani Anna Zalewska zabrała na Szczycie głos, a jeśli tak, to w jakiej sprawie? A może ktoś jej nie dopuścił do głosu?

To ciekawe, że ministrowie edukacji uwielbiają jeździć na zagraniczne SZCZYTY, natomiast pomijają krajowe. Zresztą, kto im takowy zorganizuje, skoro i tak władza nie przyjedzie? Wznoszenie na światowe szczyty nic nie znaczących konferencji ministrów zaczęło się w Nowym Jorku w 2011 r., a więc od kadencji Katarzyny Hall, a w 2012 r. miało ponownie miejsce w Nowym Jorku - chyba tylko po to, by miała okazję odwiedzić to miasto Krystyna Szumilas lub jeden z jej zastępców. Natomiast w 2013 r. ów SZCZYT odbył się w Amsterdamie. Zapewne rozważano tam kwestie (de-)legalizacji marihuany (?). Natomiast Joanna Kluzik-Rostkowska lub jeden z jej zastępców mogła polecieć do Wellington w Nowej Zelandii w 2014, a w rok później do Banff w Kanadzie.


Ubiegłoroczny Szczyt, który miał miejsce w kraju pachnącym żywicą, dotyczył zagadnienia: Schools for 21st-Century Learners: Strong Leaders, Confident Teachers, Innovative Approaches.

Annie Zalewskiej przypadła w tym roku na debatę stolica Niemiec. Chyba ze względu na potrzebę przypomnienia przedstawicielom związków zawodowych z różnych stron świata naszego udziału w obaleniu berlińskiego muru. Szkoda, że taki pobyt i treść konferencji otacza mur milczenia.

piątek, 11 marca 2016

Zmarła andragog prof. Eugenia Anna Wesołowska


Polska pedagogika straciła Profesor, która przez pół wieku była filarem toruńskiej szkoły naukowej andragogiki. W dn.8 marca br. zmarła bowiem emerytowana już em. prof. Wydziału Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, b. kierownik Zakładu Edukacji Ustawicznej i Pedagogiki Porównawczej - Eugenia Anna Wesołowska.

W ostatnich latach prof. E. Wesołowska zatrudniona była w dwóch wyższych szkołach niepublicznych. Najdłużej - w okresie emerytalnym - pracowała w Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica w Płocku, gdzie pełniła funkcję prorektora, prodziekana i kierownika katedry. Ostatnim miejscem jej zatrudnienia była Koszalińska Wyższa Szkoła Nauk Humanistycznych.

portal "pedagogika pracy" odnotowuje w krótkim biogramie:

WESOŁOWSKA Eugenia Anna, ur. 8.11.1929 roku w Wereszczynie. W 1977 r. obroniła pracę doktorską i pracowała w Instytucie Programów Szkolnych w Warszawie jako sekretarz naukowy, a w latach 1981–1990 kierowała Zakładem Kształcenia Dorosłych tego Instytutu. Następnie podjęła pracę na Wydziale Humanistycznym w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 1991 r. otrzymała stopień naukowy doktora habilitowanego, zaś tytuł naukowy profesora otrzymała w 1996 roku.

Profesor Anna Wesołowska jest współtwórczynią kwartalnika "Edukacja Dorosłych", a także pierwszej w Polsce serii wydawniczej "Biblioteka Edukacji Dorosłych". W swoich publikacjach podejmowała zagadnienia obejmujące nie tylko edukację dorosłych, ale także pedeutologię, dydaktykę, pedagogikę pokoju i pedagogikę porównawczą.


Do najważniejszych rozpraw tej Autorki zalicza się:

* Problemy dydaktyczne i wychowawcze w szkołach dla pracujących (Warszawa 1985);

* Uczestnicy procesu dydaktycznego (Toruń 1994);

* Społeczeństwo ludzi wykształconych? – społeczne uwarunkowania edukacji (przekł. i oprac., Warszawa 1997);

* Edukacja dorosłych w erze globalizmu - materiały IV Zjazdu PTP Sekcja II (red. nauk., Płock 2002).

Panią Profesor poznałem w Łodzi w 1993 r. na Międzynarodowej Konferencji "Edukacja dorosłych w sytuacji przemian na tle porównawczym", którą zorganizowała na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego prof. dr hab. Olga Czerniawska. Na ponad dziesięć lat przed integracją Polski z Unią Europejską toruńska andragog przedstawiała zadania, jakie wówczas stały przed oświatowcami i badaczami, a mianowicie:

1. prowadzenie interdyscyplinarnych badań stanu świadomości społecznej, wiedzy o dokonujących się przemianach i warunkach życia, które kształtują autentyczne potrzeby edukacyjne, obejmując nimi różne środowiska populacji ludzi dorosłych, bez względu na wiek, miejsce życia czy inne uwarunkowania. (...)

2. Edukacja dorosłych - jej treści , formy organizacyjne i metody pracy musi być (zwłaszcza w Europie Środkowo-Wschodniej) ściśle związana z życiem społeczeństwa, z jego autentycznymi potrzebami , z rozwijającymi się procesami ekonomicznymi i społecznymi, z systemem politycznym, z lokalnymi warunkami czy specyfiką regionów. (...)

3. Wraz z rozwojem i zachodzącymi przemianami w otaczającym świecie edukacja dorosłych winna wprowadzać nowe treści kierunki kształcenia , modernizować proces dydaktyczny. (...)

4. Poszukiwanie optymalnych rozwiązań organizacyjnych i metodycznych w edukacji dorosłych , tworzenia nowych struktur kształcenia , krótszych, obliczonych na różnych uczestników procesów edukacyjnych, nastawionych na indywidualne sterowanie swoją nauką przez uczących się , odejście od formuły encyklopedyzmu w nauce, opartej głównie na metodach pamięciowych, na rzecz indywidualnych poszukiwań i wyborów (...);

5. Stworzenie - nieistniejącego np. w Polsce - systemu informacji służącej kształceniu dorosłych, jako podstawowego elementu warunkującego edukację.
(...). (Edukacja dorosłych a problemy integracji Europy, s. 170-171)


Upłynęły 23 lata od ukazania się tego tekstu, a ówczesne problemy edukacji dorosłych nadal są aktualne. Prof. Eugenia Wesołowska prowadziła niezwykle interesujące badania biograficzne w paradygmacie badań jakościowych i ilościowych. Dla mnie fascynująca była Jej analiza badań pięciu pokoleń na przykładzie jednej rodziny w Polsce. Przedstawiła ją w czasie kolejnej z międzynarodowych konferencji andragogicznych w Łodzi, która miała miejsce w Łodzi pod koniec września w 2000 r. na UŁ. Ówczesna debata poświęcona była drogom edukacyjnym i ich biograficznym wymiarom.

Ten pasjonujący poznawczo problem wymagał zbadania i sporządzenia biogramów 439 osób reprezentujących pięć generacji, począwszy od urodzonych w latach 1849-1873 poprzez grupy urodzonych w latach: 1875-1897; 1903-1926; 1926-1956 po urodzonych w latach 1957-1975.

Z tak pieczołowicie prowadzonych badań wynikało, że polska rodzina okazała się na przestrzeni dziejów: liczna, robotniczo-chłopska, przemieszczająca się ze wsi do miasta, pracująca głównie w zawodach wymagających pracy fizycznej, podejmująca się kursowego doskonalenia zawodowego, podwyższającą swoje wykształcenie z pokolenia na pokolenie, o malejącej dzietności w kolejnych generacjach, gdzie podstawowym źródłem utrzymania była w najstarszych pokoleniach praca na roli, a w młodszych - pomoc finansowa rodziców oraz gdzie osiągane sukcesy i klęski dotyczyły najbliższej rodziny. (Drogi edukacyjne pięciu pokoleń - na przykładzie jednej rodziny w Polsce, w: "Drogi edukacyjne i ich biograficzny wymiar", red. E. Dubas. O. Czerniawska, Warszawa: 2002, s. 123)


Z okazji 50-lecia pracy pedagogicznej i naukowej akademicy z całego kraju spotkali się na Wydziale Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu, by przekazać Profesor tom studiów pt. "Andragogiczne wątki, poszukiwania, fascynacje" pod red. Ewy Przybylskiej - pierwszej wypromowanej przez Profesor doktor, która oczekuje już tylko na nominację profesorską.


To tylko dowód na to, jak wielkim cieszyła się szacunkiem, uznaniem oraz jak znakomicie potrafiła wspierać młodych naukowców w ich drodze do akademickiego awansu. Każdy, kto zajmuje się andragogiką, powinien zajrzeć do rozpraw prof. Eugenii Wesołowskiej, które zostały wykazane w powyższym tomie.

Pogrzeb odbędzie się 14 marca o godz. 15.30 na Cmentarzu Północnym w Warszawie. Polscy andragodzy łączą się w bólu z rodziną i bliskimi zmarłej Profesor.