wtorek, 29 listopada 2016

Wywiadówka


Młodsza córka zapytała mnie, co to znaczy, że idę do szkoły na wywiadówkę? Odpowiedziałem, że jest to spotkanie nauczyciela-wychowawcy klasy z rodzicami wszystkich uczniów. Dawniej na tego typu zebrania rodzice byli wzywani, a dzisiaj są na nie zapraszani. Kultura.

W poprzednim ustroju w domach nie było telefonów, bo czekało się na uzyskanie zgody na zainstalowanie aparatu i otrzymanie numeru nawet 10 lat (sic!). Taki ludzki był ten socjalizm, który nadal reprezentują niektórzy politycy w naszym Sejmie. W PRL nie można było zadzwonić do szkoły czy nauczyciela, by zapytać o stan osiągnięć szkolnych dziecka lub umówić się na bezpośrednią rozmowę.
Trzeba było dotrzeć do szkoły i rozmawiać z kadrą pedagogiczną w czasie, który jej odpowiadał.

Nauczyciele mieli jednak jeszcze dodatkowy obowiązek pedagogicznego kształcenia (czytaj - indoktrynowania) rodziców, czyli ich pedagogizowania. Być może niektórzy politycy, ale i uczeni innych dyscyplin tkwią jeszcze w tamtej epoce sądząc, że nadal tak jest lub być powinno.

Dzisiaj jednak mamy piękne czasy! Szkoła, jej pedagogiczny personel już nie wzywa rodziców na wywiadówkę, nie zmusza do udziału w rzekomej rozmowie, tylko zaprasza w swoje progi tych, którzy mają na to czas i ochotę. Wprawdzie jeszcze nie we wszystkich placówkach ma to miejsce, bo są takie szkoły gimnazjalne czy średnie II stopnia, w których wychowawca sprawdza listę obecności rodziców na zebraniu.

Szczególnie sprawdzanie obecności rodziców staje się dla nich krępujące, kiedy na domiar wszystkiego siedzą w ławkach, w których na co dzień są ich dzieci. Musi jeszcze upłynąć trochę czasu zanim dyrekcje szkół i nauczyciele zrozumieją, że wiek XX jest już za nami i nie ma sensu tworzyć i podtrzymywać modusu władztwa w relacjach z rodzicami. Dziwne, że jeszcze nie dotarło mentalnie do wszystkich nauczycieli, że to oni są dla naszych dzieci i dla nas, a nie na odwrót. Warto przeczytać Konstytucję III RP i Ustawę o systemie oświaty!

Dzisiaj wywiadówki bezpośrednie zostają częściowo wypierane przez tzw. wywiadówki wirtualne. Są nimi elektroniczne dzienniczki, do których dostęp mają mieć tylko rodzice (otrzymują specjalny kod dostępu), by przeczytać w dogodnym dla siebie momencie systematycznie zamieszczane przez wychowawcę i innych nauczycieli informacje na temat osiągnięć szkolnych dziecka oraz uwagi dotyczące jego postawy wobec uczenia się, koleżanek i kolegów z klasy, w stosunku do nauczycieli, zachowania w szkole itp. W takim dzienniczku odnotowane są informacje na temat nieobecności dziecka w szkole, w tym także tych, które nie zostały usprawiedliwione przez rodziców.

Nowe technologie znalazły swoje zastosowanie w szkolnej edukacji przerzucając ciężar odpowiedzialności za treść komunikatów, informacji na nauczycieli, a szczególnie na wychowawcę klasy. To oni muszą regularnie zamieszczać w wirtualnym dzienniczku najnowsze informacje, komentować zaistniałe w klasie czy w szkole wydarzenia, przekazywać rodzicom komunikaty, a nawet wysyłać dodatkowe wiadomości e-mailem, bo - ja się okazuje - niektórzy rodzice w ogóle nie korzystają z nowoczesności z bardzo różnych powodów np. braku dostępu do sieci, braku sprzętu, nieumiejętności obsługiwania wirtualnej aplikacji, braku czasu, zainteresowania dzieckiem itp.

Wzajemna komunikacja między nauczycielami a rodzicami za pomocą wewnętrznego systemu przesyłania wiadomości właściwie czyni zebrania face to face nonsensownymi, gdyż wychowawca klasy nie jest w stanie przekazać rodzicom więcej danych czy informacji od tych, jakie możliwe są do zakomunikowania droga elektroniczną. Chyba, że ma pomysł na zupełnie inną formę spotkań bezpośrednich.

Ba, jeśli szkoła dysponuje rozbudowanym oprogramowaniem wirtualnych wywiadówek, to poza dwukierunkowym przekazem informacji (rodzice także mogą tą drogą komunikować się z nauczycielami) możliwe jest także uruchomienie wirtualnej interakcji, zainicjowanie wideokonferencji, wprowadzenie forum dyskusyjnego czy nawet czatu. Tego typu rozwiązania sprzyjają pośredniej, ale mimo wszystko wizualnej komunikacji nauczyciela z rodzicami czy rodziców między sobą.

Im więcej danych otrzymują rodzice drogą elektroniczną, tym bardziej zbyteczne okazują się tradycyjne wywiadówki lub trwają one bardzo krótko, gdyż rodzice dysponują już większością danych o swoim dziecku, o programie kształcenia, wymaganiach lub osiągnięciach czy jego zachowaniach.

Kiedy otrzymuję zaproszenie na wywiadówkę do szkoły, to pojawia się pytanie - po co mam do niej jechać, tracić czas na dojazd, na uczestniczenie w zebraniu, w czasie którego przekazywane informacje można byłoby równie dobrze przesłać korespondencją seryjną do każdego rodzica via dziennik wirtualny?
Jak się okazuje, nie wszyscy rodzice są wirtualnie aktywni, toteż wolą raz w semestrze przyjść do szkoły, wysłuchać, zanotować i wrócić do domu.

Nauczyciel-wychowawca ma okazję do bezpośredniego poznania rodziców, skomentowania w czasie odczytywania listy obecności (co za tradycja?): "że córka jest do pani podobna jak dwie krople wody". Niektórzy rodzice dowiadują się, że wprawdzie jeszcze ani razu nie zalogowali się w e-dzienniku, ale za to ich dziecko "odwiedziło" tę strefę ponad 300 razy. Ciekawe, skąd miało kod dostępu?

Nie mogę narzekać. Mnie podobają się bezpośrednie wywiadówki szkolne (kontaktowe), a nie wirtualne, bo przynajmniej mogę poznać wychowawcę czy innych nauczycieli mojego dziecka. Inna rzecz, że nic z tego dla zmiany jakościowej nie wynika. Kiedy bowiem rodzice zaczęli narzekać na jedną z nauczycielek, która jest prawdopodobnie mocno wypalona zawodowo a dzieci przeszkadzają jej w pracy, to na obliczu uroczej wychowawczyni wymalowała się obawa, jak ma o tym powiedzieć koleżance z pokoju nauczycielskiego?

Czy można zwrócić uwagę innemu nauczycielowi, że jego postawa jest dla rodziców i uczniów oburzająca? Czy wypada? A może wychowawca klasy powinien tylko delikatnie zasugerować rodzicielski niepokój, byle tylko ta pani nie wpadła w szał i nie "wykosiła" całej klasy? Śmieszno i straszno!

Rzeczywiście, gdyby to było zapisane w e-dzienniku, to być może wychowawca musiałby przekazać stanowisko rodziców dalej, a tak, to może, ale nie musi. Śladu nie będzie. Rodzice zaś pogadali, ponarzekali i rozeszli się do domów.

Zapewne nie wiecie, że minister edukacji Anna Zalewska też musi chodzić na wywiadówki ... do Prezesa partii, który ją osadził na tym stanowisku. Ostatnio zadeklarowała dla TVN24: "mam wsparcie prezesa". Nie ujawniła jednak, czy wywiadówka była face to face, czy wirtualna.


16 komentarzy:

  1. Heh, również dostałem "zaproszenie", czy raczej powiadomienie, o wtorkowej wywiadówce syna. Żona w pracy, zatem nie ma jak się wymigać, bo "trzeba" przecież iść, choć się nie ma ochoty ponownie zasiąść w szkolnej ławce. Dlaczego polscy Cieszynianie posyłają swe dzieci do czeskich szkół? Bo nie ma tam religii, a jest sporo darmowych zajęć pozalekcyjnych i inna atmosfera? Może gdyby było tak w wiejskiej szkole syna, to ten chętnie do niej chodziłby? A tak robi dużo, aby jego noga tam jak najrzadziej stanęła. Czy nauczycielka tego lub tamtego przedmiotu zna jego zainteresowania i odwołuje się do nich, przekazując rzekomo ważne, (bo przecież) ministerialnie ustalone treści? Itd. Generalnie nie tylko synowi nie chce się chodzić do takiej szkoły, jak i jego ojcu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Poruszył Pan Profesor bardzo istotną kwestię - ze spotkań face to face z wychowawcą nic dla zmiany jakościowej nie wynika. Chodzę od 12 lat na wywiadówki do swoich dzieci i rzadko kiedy udało się po spotkaniach z wychowawcą skutecznie wyegzekwować pewne merytoryczne innowacje np. zmianę podręcznika, stylu nauczania, sposobu organizacji klasy. Skutkowały tylko i wyłącznie "pisma", "noty" w ostateczności "skargi do kuratorium" (straszaki). W kraju nie ma demokracji to jak może być w szkole, nie nauczyliśmy się skutecznie negocjować, uzgadniać różne stanowiska, cały czas przekaz jest jednostronny: Pani Dyrektor "zarządziła to", "Pani Dyrektor kazała wdrożyć to", Nigdy żaden z wychowawców moich dzieci nie napomknął o możliwości powołania Rady Szkoły.Zebrania są po to by pozbierać datki, podpisać "głupawe zgody" na udział dziecka w konkursie (nawet gdy z własnej inicjatywy się na ten konkurs zgłosiło), ponarzekać, już nawet żadnej inicjatywy nie chce się zgłaszać bo wiadomo, ze nic to nie zmieni. I to nie jest wina nauczycieli tylko kwestia zarządzania szkołą
    Jednak widać pewne światełko nadzieli w pokoleniu osób 30 +,teraz ma małe dzieci , jest bardzo zaangażowane w ich wychowanie, bardzo roszczeniowe czy wymagające, dobrze wykształcone, zorganizowane na portalach społecznościowych lub poprzez emaile grupowe, mam nadzieję, o teraz to się oddolnie może zacząć dziać, współczuję tylko nauczycielom bo nie zawsze zdają sobie sprawę z istnienia takich nieformalnych grup rodzicielskich (nacisku) i krążących w nich szczegółowych opisach postępowania wychowawcy czy niektórych nauczycieli.
    Wielu też rodziców Librus zwolnił z jakiejkolwiek aktywności na rzecz klasy niestety

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja mama w latach czterdziestych docierała do szkoły odległej o kilkanaście kilometrów - samodzielnie idąc drogą przez las (również zimą) oraz dojeżdżając część trasy pociągiem, choć była dzieckiem. To wydaje się nieprawdopodobne, ale zobaczcie to - jak dzieci z chińskiej mniejszości Nuosu docierają do swojej szkoły
    http://wiadomosci.onet.pl/swiat/chiny-wspinaczka-do-szkoly-po-800-metrowej-drabinie/z1e04x

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze!
    Myli się Pan co do kwestii obecności rodziców w kontekście Librusa. Oczywiście oceny mają na bieżąco, ale, szczególnie ostatnie 3 ministry Tuska zadbały o to, żeby rodzic MUSIAŁ przyjść osobiście przynajmniej na znaczną część spotkań klasowych rodziców.
    Mnie, dla przykładu, całe PIERWSZE (a więc najważniejsze!) spotkanie z rodzicami zajmuje wymagana przepisami biurokracja - rodzice muszą OSOBIŚCIE dostać i podpisać deklaracje o udziale dziecka w religii/etyce/obu/niczym i deklaracje(masowe) rezygnacji z zajęć WDŻ. Muszą dokonać (w trybie TAJNYM) wyboru rady klasowej i szkolnej rady rodziców(rodzice zapracowani - nikt się specjalnie nie pali!), podpisać zgody na wyjazd integracyjny. I tak mijają 2,5 godzinki i jest 20.30. Na rozmowę o najważniejszym - dzieciach/licealistach czasu brak ... :-(

    OdpowiedzUsuń
  5. Do wypowiedzi z godz. 6.30
    Jak Pan/Pani wyobraża sobie demokrację w szkolę? Za styl nauczania czy sposób organizacji klasy odpowiedzialny jest nauczyciel i to on o tym decyduje, a nie rodzice. To nauczyciel pracuje z dziećmi i to jest jego działka, a nie rodziców. Owszem może wziąć pod uwagę opinie czy zdanie rodziców, ale ostateczna decyzja i tak będzie należała do niego, bo to jego zawód i to on ponosi odpowiedzialność za to co robi. Roszczeniowość dzisiejszych rodziców daje światełko w tunelu???? No przepraszam, ale raczej nie, wprost przeciwnie, nie wnosi nic dobrego.
    Do wypowiedzi z 12.43
    Bez urazy, ale co przeżycia Pani/Pana mamy czy sytuacja w Chinach ma wspólnego z dzisiejszym tematem? Bo niby naszym dzieciom jest za dobrze i trzeba to zmienić na gorsze, żeby je zahartować może??

    Co do samych wywiadówek - moje dzieci co prawda nie chodzą jeszcze do szkoły, ale wydaje mi się jednak, że nic nie jest w stanie zastąpić spotkania twarzą w twarz. Ja osobiście bardzo lubię chodzić na spotkania z nauczycielkami w przedszkolu, gdzie podczas rozmowy, możemy wymienić swoje uwagi na temat moich dzieci. Nie ma to jak kontakt osobisty i normalny dialog, gdzie obie strony mogą się swobodnie wypowiedzieć. Oczywiście to tylko moje zdanie i nikogo nie zmuszam do chodzenia na spotkania czy wywiadówki. E-dziennik uważam za pomocną i bardzo użyteczną rzecz, no ale nic nie zastąpi normalnego, realnego kontaktu na linii rodzic-nauczyciel.
    Maciek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sprawie demokracji w szkole, jasne że to od nauczyciela zależy tylko i wyłącznie co się dzieje w klasie (niestety już małe dziecko potrafi to ze szczegółami i z rozbrajająca szczerością opowiedzieć i włos się jeży na głowie) dlatego trzeba pamiętać, że uczniowie i rodzice też mają prawo podpowiadać rozwiązania merytoryczne (dotyczące procesu wychowania i uczenia się) pewnie, że nie mogą się za to brać osoby nie mające pojęcia o systemie edukacji (słyszałam jak niejeden rodzic był przekonany że w szkole publicznej obowiązuje relacja klient-sprzedawca)
      Dlaczego jednakże nie można powiedzieć nauczycielowi rutyniarzowi, że od 10 lat każe czytać te same lektury daje ten sam test sprawdzający znajomość przeczytanej lektury (zdarza się młody rodzić miał tę sama wychowawczynię co jego dziecko, proszę pamiętać że w szkołach pracują kobiety/mężczyźni 60+, że nigdy nie ustawił/ła ławek tak by można było popracować w grupach, że nie potrafi przygotować interesującej prezentacji tylko "realizuje" podręcznik.Dlaczego nie mogę zapytać czy ten konkurs jest dla rodzica czy dla dziecka, dlaczego ja mam przygotowywać dziecko do każdego konkursu (chyba że mnie to kręci),
      Dziś w dobie edukacji całożyciowej, realizowanej poza tradycyjna szkołą rodzic może naprawdę sporo wiedzieć o sposobach uczenia się i nauczania, (rodzicami są psychologowie, lingwiści, nauczyciele różnych innych przedmiotów itp., lekarze, urzędnicy, pracownicy instytucji kultury) dlaczego nie mam prawa na zebraniu zasugerować,że może by tak Pani od przyrody choć jeden raz wyszła na zajęcia terenowe pokazała żywa sikorkę a nie na obrazku, dlaczego nie mogę zapytać dlaczego na angielski jest tyle kolorowania a niewiele konwersacji. Dlaczego nie mogę zaproponować by system zastępstw za notorycznie chodzących na zwolnienia lekarskie nauczycieli był sensowniejszy. Widzę przecież w Librusie kogo ciągle nie ma, nie mam prawa protestować przeciwko tym nieobecnościom?
      Niestety w polskiej szkole jest garstka pasjonatów, wielu nauczycieli czeka byle przetrwać od przerwy do przerwy.
      Przyszły trudne czasy dla słabych nauczycieli pozorowania nie da się tak łatwo ukryć przed bardzo dobrze wykształconym młodym pokoleniem rodziców. Sami zdobyli ciężką pracą i wyrzeczeniami dyplomy to od nauczycieli oczekują dobrej roboty.

      Po prostu rodzic ma prawo patrzeć nauczycielowi na ręce ufać ale jednocześnie miec prawo sugerowania pewnych rozwiązań

      Usuń
  6. Spotkanie twarzą w twarz bywa konieczne. Czasami dopiero wtedy dowiaduję się o prawdziwych przyczynach problemów dziecka, o życiu rodziny. Po czymś takim czuję się jak ksiądz po pierwszopiątkowej spowiedzi wiernych. Nie jest mi z tym dobrze, ale skoro taka terapia pomaga rodzicom i może pomóc dziecku, to dlaczego nie słuchać tych zwierzeń? Czasami czuję się za mało przygotowana do tej funkcji....

    OdpowiedzUsuń
  7. "Bez urazy, ale co przeżycia Pani/Pana mamy czy sytuacja w Chinach..." itd.
    Wbrew pozorom ma, na zasadzie swoistej antytezy. Teraz dzieci nie mają takiej motywacji (wiedzy), jak w Chinach czy po wojnie. Mają sporo ułatwień, ale też bardziej domagają się nie tyle wiedzy serwowanej w szkole, co równego (demokratycznego) traktowania. Szkoła nie ma czasu dla ucznia i jego uwag, pytań, wątpliwości i potrzeb, nie zna jego zainteresowań, nie oferuje demokracji, jak Pan sam napisał, i dlatego wzbudza tyle niechęci młodszych rodziców i samych dzieci. Autorytarne wychowanie wzmacnia autorytarne społeczeństwo, demokratyczne - demokratyczne. Jak mamy skończyć z niechcianymi skutkami autorytarnego nauczania: prześladowaniami, wojnami i ludobójstwem, gdy oferujemy wciąż odgrzewany pruski kotlet sprzed 300 lat?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale ja nie uważam, że rodzic ani uczeń nie mają prawa głosu, tylko że i tak ostateczna decyzja będzie należała do nauczyciela. Rodzic wszystko może powiedzieć nauczycielowi, takie ma prawo i z tym się zgadzam, sam na pewno będę brał pod uwagę głos rodziców, tyle że i tak w ostateczności to ja podejmę decyzję. Przecież jeżeli od kilku, kilkunastu rodziców usłyszę jakiś komunikat, to na pewno wezmę go pod uwagę (kończę dopiero studia), ale z drugiej strony nie mogę się sugerować wszystkim co powie rodzic. To że wielu rodziców jest wykształconych, nie ma nic wspólnego z ich wiedzą na temat wychowania, nauczania czy chociażby psychologii rozwojowej. Oczywiście nie możemy generalizować, ale moim zdaniem naprawdę mało ludzi ma jakąkolwiek wiedzę w tym obszarze, poza tym co "dostali" w prezencie od swoich rodziców, a z tym najczęściej jest krucho (mówiąc delikatnie).

    Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wychowania autorytarnego, naprawdę, chyba największym wrogiem na całym swoim roku :) ale nadal nie rozumiem, co to ma wspólnego z Pani/Pana mamą? Motywacja a raczej jej brak, to moim zdaniem, zasługa samych rodziców (oraz niektórych nauczycieli), którzy niszczą ją w zarodku u swoich dzieci. Czy to poprzez nadmierne ambicje, zbyt duże wymagania lub też totalny brak zainteresowania swoim dzieckiem.
    Maciek

    OdpowiedzUsuń
  9. Motywacja, żeby zadziałała, musi wynikać z wnętrza, z autentycznej potrzeby dziecka. Można w tym trochę pomóc, ale też łatwo to zniszczyć, zwłaszcza przez przymus. Dlatego zmuszanie dzieci do nauki nie przynosi dobrych skutków, a na tym opiera się współczesna szkoła, na przymusie, niestety... Wychowuje się dzieci w przekonaniu,że nie można funkcjonować bez przymusu, a zatem z własnej woli. Według przekazów medialnych dzieci w Chinach, a kiedyś w komunizującej się Polsce zdawały się wierzyć, czy też dały się przekonać, że szkoła jest dobrodziejstwem, dzięki któremu zmieni się ich życie, a świat będzie sprawiedliwy - zapewni to komunizm, a może inny autokratyczny system. Podległy więc indoktrynacji. Jednak współcześnie dzieci nie dają się przekonać takim argumentom, zwłaszcza że szkoła nie jest już najważniejszym dostarczycielem wiedzy. Jeśli (szkoła) ma przetrwać, musi spełnić inne funkcje, bardziej powiązane z wychowaniem (moralnym), jednak jest zupełnie niewydolna w tym zakresie. Nie potrafi autentycznie zainteresować się dzieckiem, nie dostrzega też, że propagując przemoc czyni mu wiele zła... (choć wciąż posługuje się argumentem o dobru dziecka. Żadna reforma tu nie pomoże, chyba że deskolaryzacja... trzeba zupełnie przebudować priorytety... jednak nie ma kto tego zrobić, gdyż władza jest indolentna, chroni tylko samą siebie, zupełnie nie zwracając uwagi na czujące, myślące, współczujące i będące blisko podjęcia odpowiedzialności za swe działania dzieci... Gorzej, że nauczyciele pomagają w ich tłamszeniu... Nie bez kozery Autor bloga w tak wielkim stopniu oddał swe serce edukacji alternatywnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci w PRL, zwłaszcza wczesnym, podobnie jak w II RP nikt nie musiał indoktrynować do nauki. Wyedukowanych było mało, a KAŻDY rok nauki więcej(wtedy dbano by nie był zmarnowany!) oznaczał AWANS zarówno materialny jak i społeczny - WARTO było się uczyć. Dziś PAPIERY z maturą czy magisterium DOSTAJE praktycznie każdy (studiuje i kończy 50% populacji, w szkołach maturalnych jest ok.90%!). Wartościowe posady i miejsce w społeczeństwie nie zależy już od FORMALNEGO wykształcenia, a od układów odziedziczonych po rodzicach, miejsca zamieszkania i zdobytych w 99% extra(nie w szkole!) i za ekstrakasę DODATKOWYCH umiejętności ... :-( Dzieci też to wiedzą ...

      Usuń
    2. I tutaj zgadzamy się w 100 % :) tylko szkoła szkołą, a jeszcze większym problem, jest moim zdaniem, współczesna rodzina. No ale tu można pisać i pisać, a i tak odbiegliśmy znacząco od tematu wywiadówek :) pozdrawiam
      MAciek

      Usuń
  10. No cóż, byłem dziś na wywiadówce syna. Musiałem dwa razy podpisać się na listach obecności, wychowawczyni i dyrektorce. Szkoła nie ma jak dotąd elektronicznego dzienniczka ucznia, wersje próbne odrzucono rzekomo jako źle działające, ale może dawały zbyt duży wgląd w pracę poszczególnych nauczycieli... Mikołajki ustalono na 25 zł, dzieci porozumiały się, co każde chciałoby otrzymać... Wychowawczyni skarżyła się, że nie radzi sobie z rosnącą agresją dzieci, "dziwnymi" formami zachowań, jak bieganie na przerwie, malowanie ciała długopisem, próby traktowania nauczycieli jak rówieśników bez szanowania, czy zwracania uwagi na ich doświadczenie życiowe, jedzenie na lekcji, chodzenie w niezasznurowanych butach, domaganie się wyjścia do WC już na początku lekcji, rozmawianie, nieodrabianie lekcji, wielokrotne domaganie się tłumaczenia procedury wykonania danego ćwiczenia, przepychanki itd., itp.
    Ponoć coś ma pomóc monitoring szkoły? Nauczyciele muszą krzyczeć, stawiać punkty "ujemne", straszyć dzieci, gdyż inaczej wszystko by się rozleciało... Rodzice wyrazili zdziwienie systemem oceniania zachowania z punktami ujemnymi i dodatnimi za niepożądane i pożądane wg szkoły zachowania, przedmiotowym traktowaniem swoich pociech przez niektórych nauczycieli, brakiem wspomnianego dzienniczka elektronicznego, ogromem pracy domowej, padł nawet postulat, aby nie zadawać dzieciom w piątki tej pracy...
    Dyrektorka zaprezentowała rodzicom uroczystość z pieśniami patriotycznymi na Dzień Niepodległości w wykonaniu uczniów szkoły, a zbierając podpisy uczestników zebrania ogólnego chciała mieć dowody na poinformowanie rodziców o wdrażaniu reformy. Mała szkoła wiejska przetrwa, wszak tak zapewniła sama minister, przetrwa również jako szkoła podstawowa obecne jedyne gimnazjum w gminie, wrócą przedmioty szkolne jak za starych lat, dzieci będą pisały egzamin ósmoklasisty...
    Syn zapytał podczas powrotu, tato podobało ci się przedstawienie, bo denerwowałem się przed swoim wystąpieniem. Podobało się, a jakże, synu. A zwłaszcza wykonanie pieśni "Rozkwitały pąki białych róż..." przez dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W szkole pracuje pokolenie nauczycieli wychowanych w poprzednim systemie, w tamtej szkole najważniejsze było posłuszeństwo, poddaństwo i obowiązkowe apele ku czci. Główną metodą wychowawczą są kary. Szkoła jest nadal opresyjna.
      Słyszę identyczne jak Pan (wpis 23.30) skargi nauczycieli na rzekomą "agresję" chłopców klas szóstych np. niestosownym jest granie plastikową butelką na korytarzu w czasie przerwy, spotkania w toalecie na przerwie, odzywanie się na lekcji lub rozmawianie na lekcji to już po prostu przestępstwo,uwagi zapisane w dzienniczku są dowodem braku kompetencji wychowawczych nauczycielek (w większości to niestety kobiety pracują w podstawówkach. Cała nadzieja w młodym pokoleniu nauczycieli

      Usuń
  11. wpis 21.44 - dziwne nieco sformułowanie - indoktrynować do nauki - problem jednak leżał nie w przekonaniu dzieci, że warto się uczyć (bo to zapewnia awans społeczny czy materialny), ale jakie treści przekazywano w tym procesie (nauczania), co oferowała wówczas szkoła... w oparciu o przymus.
    Dziś tak samo działająca szkoła nie zapewni wskazanych awansów... ale być może rozwinięcie pomijanych cech osobowości byłoby przydatne w radzeniu sobie w ponowoczesnym świecie... zatem szkoła wymaga radykalnej zmiany.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wywiadówka! W ponad mojej 30-letniej pracy to bardzo ważne dla mnie spotkanie z rodzicami. Szkoda, że coraz więcej czasu poświęcam na sprawy formalne typu zbieranie podpisów rodziców na różnych listach.Takie są wymogi udziału szkoły w różnych programach, zgody rodziców na wycieczki dziecka itp.. To biurokracja wkłada na nauczyciela ten sztywny gorset. Zebrane podpisy są nieodzowne ..... bo nauczyciel zapoznał, poinformował, przekazał.... a rodzic przyjął do wiadomości. Cieszę się, że wprowadzony w mojej szkole dziennik elektroniczny, nie zastąpił tradycyjnej "wywiadówki" i rodzice przychodzą na spotkanie z wychowawcą bardzo licznie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń