piątek, 9 września 2016

Okno życia na niedźwiedzią przysługę recenzentów wydawniczych


Natrafiłem na książkę, której pewnie nie przeczytałbym ze względów naukowych, gdyż jej autorka reprezentuje odmienną od moich subdyscyplinę badań pedagogicznych - hybrydalną pedagogikę opiekuńczo-wychowawczą i społeczną, ale zaintrygował mnie tytuł: OKNA ŻYCIA W SYSTEMIE OPIEKI NAD DZIEĆMI (Warszawa, 2015). Jest to zatem kolejna, po monografii z pedagogiki prenatalnej Doroty Kornas-Bieli, kluczowa dla humanizacji naszego życia publikacja naukowa.

Autorką jest adiunkt na Wydziale Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie - dr BEATA KRAJEWSKA, a zatem nastąpiło znakomite powiązanie jej własnych zainteresowań poznawczych, a być może także pedagogicznych i społecznikowskich z środowiskiem akademickim, które m.in. troskę o dzieci ma wpisaną w swoje założone funkcje. Gratuluję Autorce znakomitego pomysłu przyjrzenia się nowemu fenomenowi w polskiej przestrzeni opiekuńczo-wychowawczej.

Nie było do tej pory tego typu socjopedagogicznego studium rozwiązania, które istnieje w naszym kraju w instytucjonalnym wymiarze już dziesięć lat! Właśnie dlatego sięgnąłem po tę książkę, by dowiedzieć się o formie pracy opiekuńczo-wychowawczej, o której co jakiś czas donoszą media publiczne czy regionalne. Byłem przekonany do momentu lektury, że takie "okna" istnieją w naszym kraju od lat.

Tymczasem pierwsze "okno życia" - jak pisze B. Krajewska - powstało dopiero w 2006 r., a zatem gdyby tylko jedno spełniło swoją funkcję, to mielibyśmy uratowane 10 ludzkich istnień. Jak wynika z treści tej książki, takich "okien" jest w naszym kraju więcej. Do końca 2014 r. powstało ich w 55 miastach w Polsce łącznie 60, w tym aż 54 działa pod patronatem CARITAS.

Do tego czasu uratowano dzieci, które - być może - nie miałyby szans na godną egzystencję w naszym codziennym świecie życia. Wolę takie dane, niż te, którymi epatują media informujące o kolejnym zamordowanym, porzuconym w lesie czy pozostawionym na ulicy przez "matkę" noworodku. Krajewska zaś swoją rozprawą otwiera okno dla nauk społecznych i humanistycznych, by ich przedstawiciele włączyli się w nurt diagnoz i badań aplikacyjnych.

W dobie troski o budowanie kapitału społecznego, zachęcania młodych ludzi do wolontariatu, rozwijania wrażliwości społecznej na ludzkie dramaty - "okna życia" stają się nie lada wyzwaniem. Są one także społecznym i moralnym zobowiązaniem dla osób rozumiejących potrzebę wspomagania samotnych, porzuconych czy wykorzystanych kobiet, które z różnym nastawieniem i emocjami "oczekują" na przyjście "ich" dziecka na świat.

W pełni jest dla mnie zrozumiała, oczywista pomocniczość i zaangażowanie Kościoła, by nie tylko doraźnie poprawiać los kobiet, które samotnie wychowują dzieci, ale także pomóc tym porzuconym, pozostawionym sobie z często skrywanym dramatem w godnym (prze-)życiu. "Okno życia" jest zatem darem nie tylko dla nowonarodzonych dzieci, ale także dla ich naturalnych matek.

Jak pisze B. Krajewska:

(...) w świetle nauki Kościoła cierpienia dzieci powinny być dla chrześcijan zobowiązaniem do zaangażowania się na rzecz poprawy ich losu. Zaangażowanie to przejawia się m.in. troską o życie poczęte, jak też wsparciem dla samotnych matek, czego dopełnienie, swoiste przedłużenie stanowią okna życia. (s. 111)

Nie przypuszczałem, bo i nie śledziłem sporów na ten temat, że w Polsce "okna życia" stanowią jedną z wielu - a ostro krytykowanych - form pomocy społecznej. Z tej książki dopiero dowiedziałem się, że lewicowi uczeni (np. M. Środa) postrzegają tę formę jako zbyteczną, gdyż to państwo powinno zatroszczyć się o takie rozwiązania, w wyniku których nikt nie będzie musiał/chciał porzucać dzieci. Walka z obecnością w przestrzeni publicznej Kościoła ma zatem różne swoje oblicza.

Książka ma pięć rozdziałów, z których pierwsze cztery stanowią erudycyjny wgląd w analizowane zjawisko. Dowiadujemy się bowiem o miejscu okien życia w systemie (czy on w ogóle istnieje?) opieki nad dziećmi - rozdz. I, potem otrzymujemy historyczny przegląd porzucania dzieci w toku dziejów - od starożytności po czasy współczesne - rozdz. II; genezę i ewolucję okien życia w aktualnej rzeczywistości - rozdz. III i przymioty oraz następstwa pozostawiania dzieci w oknach życia - rozdz. IV.

Może kogoś razić stylistyka, nadmierna (pewnie nieco asekuracyjna) cytowalność niekoniecznie potrzebnych tu pedagogów, struktura narracji, ale nie można powiedzieć, że autorka nie wie, o czym pisze. Wprost odwrotnie. Widać ogrom przestudiowanych lektur, a zatem i jej erudycję, niemalże perfekcyjną znajomość problematyki. Chociaż nie jestem pewien, czy pedagodzy społeczni nie mogliby jeszcze dodać innych źródeł.

Ciekaw jestem, jak wygląda sytuacja porzucanych noworodków w innych krajach. Czy też tworzy się "okna życia" (Life Window)? Jak dla mnie jest to piękna, głęboko humanistyczna idea i forma rozwiązania problemu egzystencjalno-społecznego czy nawet socjalno-ekonomicznego. Analizom prawnym poświęciłbym zupełnie odrębny podrozdział, żeby nie umknęła czytelnikom tu bardzo interesująca, normatywna wykładnia owej formy pomocowej.

Zdecydowanie najsłabszy jest w tej książce ostatni rozdział pt. "Okna życia w perspektywie społecznej" - głównie ze względów metodologicznych. Gdyby to była praca dyplomowa, to nie budziłoby to niczyich wątpliwości. Natomiast w rozprawie naukowej wymaga się od jej autora poprawnej metodologicznie konceptualizacji badań i profesjonalnego ich przeprowadzenia, zgromadzenia danych, zestawienia, opisu i interpretacji.

Tego, niestety, tu zabrakło o co mam pretensje nie tyle do Autorki, bo w końcu wydała książkę za przyzwoleniem dwóch samodzielnych pracowników naukowych. Życzliwe przyklepanie recenzentów wydawniczych czyjegoś projektu wydawniczego jest zdradą nie tylko nauki, ale przede wszystkim samego autora. Jak można szkodzić komuś przyzwalając na opublikowanie rozdziału, który wymagał radykalnej korekty i uzupełnień. W ten sposób robi się największą krzywdę młodym uczonym, którzy w końcu mają prawo wierzyć, że skoro doktor habilitowany zaakceptował wydanie książki, to może spać spokojnie.

Zawarta w tytule ostatniego rozdziału kategoria "perspektywy społecznej" jest bardzo szeroka, toteż nie ulega wątpliwości, że badaniami można byłoby objąć różne podmioty - księży, wolontariuszy, służby socjalne, matki, a nawet polityków czy samorządowych działaczy. Przed pedagogami zatem jest ważny krok w kontynuowaniu i poszerzaniu terenu i podmiotów badań.

Drodzy profesorowie, doktorzy habilitowani. Jak nie znacie się na metodologii badań empirycznych, jak nie macie zielonego o nich pojęcia, to nie piszcie pozytywnych recenzji, bo ośmieszacie siebie i krzywdzicie młodych. Apeluję, by skończyć z niedźwiedzią przysługą! Powinniście przeprosić autorkę za wydanie książki, bo to Wy odpowiadacie za jej treść i jakość.

Być może powinna zająć się takimi postawami i zdradą uczonych Komisja Etyki. Zapewne nastąpi coś takiego w przyszłości - za 50 lat. A tymczasem będziecie pisać o etyce badań naukowych? Piszę o tym, bo w trakcie zbliżającej się wielkimi krokami XXX Letniej Szkoły Młodych Pedagogów Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN będziemy prowadzić warsztaty i wykłady z metodologii badań pedagogicznych i nauk społecznych. Niektórym samodzielnym pracownikom naukowym przydałyby się korepetycje.

Wyrażam nadzieję, że ta rozprawa stanie się punktem wyjścia do dalszych, już znacznie lepiej skonstruowanych badań naukowych, a jej wydawniczy recenzenci zadośćuczynią autorce, by nie była osamotniona w zmaganiach z problemami, które są kluczowe także dla jej nie tylko akademickiego życia.

3 komentarze:

  1. Okna życia dawniej istniały przy regularnych sierocińcach i przytułkach. Nazywało się to "foundling wheel" i miało konstrukcję pozwalającą wsunąć zawiniątko, przesunąć wgłąb i zadzwonić nie będąc widzianym.

    Natomiast współczesne okna życia to zjawisko bardzo młode, pierwsze powstały pod koniec lat 90. w Afryce i Niemczech.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chciałabym odnieść się do jakości tej rozprawy, o której Pan profesor pisze. Podam przykład Irlandii. Tutaj nie publikuje się żadnej pracy doktorskiej czy magisterskiej. Studia można ukończyć nie majàc matury, a doktorat zrobić nie majàc tytułu magistra. Koleżanka z mojej uczelni została doktorem w wieku 24 lat. Wykladowcà można zostać już majàc ukończone studia licencjackie, które sà na dwóch poziomach level 7- bez możliwości kontynuowania studiów na poziomie magisterskim, level 8- z możliwościà kontynuowania studiów na poziomie mgr. Promotorem pracy licencjackiej jest osoba majàca tytuł licencjata, mgr- majàca tytuł mgr, a doktorskiej- majàca tytuł dr :-) Swojà przygodę z doktoratem rozpoczęłam w 2008 roku w jednej z irlandzkich uczelni. Miałam dwie promotorki dr z Nowej Zelandii i dr z Irlandii. Obie miały różne wizje na temat mojej pracy i brak wiedzy pedagogicznej. Nasze drogi rozeszły się w 2012 roku, kiedy to obie udały się na emeryturę. Mojà promotorkà został moja koleżanka, która w grudniu 2011 obroniła pracę doktorskà. Poddałam się. W uczelni, w której studiowałam prace mgr czy dr pisało się do biblioteki uczelnianej, a nie do publikacji. Nie ma tutaj takiego zwyczaju. Pedagogika, badania empiryczne to bardzo młode zjawiska w Irlandii. Uważam, iż poziom nauczania w Polsce w porównaniu do Irlandii jest nadal na dość wysokim poziomie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dziękuję za ten wpis - i to poparty tak konkretnym przykładem, bo problem męczy mnie od dawna. Przepuszczanie w procesie wydawniczym książek przez nieodpowiedzialną, nierzetelną recenzję jest jednym z najgorszych obyczajów naukowych. Już nie mówię o potrzebie ochrony czytelnika, czy o kompromitowaniu wydawnictw (które przecież w dobrej wierze przyjmują te recenzje jako ocenę specjalistów), ale o ty, co robi się samemu autorowi czy autorce książki. Przecież są oni zainteresowani nie tylko "zaliczeniem" wydania publikacji (tak myślę), ale także i obiektywną oceną naukową swojej pracy. Co więcej, mają prawo, być przekonani, że praca pozytywnie oceniona przez recenzentów (samodzielnych pracowników naukowych) może posłużyć im w staraniu się o awans naukowy, prawda? Gdyby autor czy autorka takiej książki wystąpili np. o habilitację, do kogo należałoby mieć pretensje o ewentualne fiasko postępowania? Zapoznałam się z książką i w zupełności zgadzam się z Autorem Blogu, zarówno w kwestii interesującego tematu książki, jak i żenującego poziomu ostatniego rozdziału. Wiedziona ciekawością zapoznałam się też z nazwiskami recenzentów wydawniczych, ze zdumieniem odkrywając uznanych w środowisku naukowym badaczy, w tym osobę, która robiła doktorat w Instytucie Badań Edukacyjnych, jak również osobę duchowną. Dlaczego więc książka w takim kształcie mogła znaleźć się w szanowanym wydawnictwie? Drodzy Akademicy: większa odpowiedzialność za słowo - lepsza nauka.


    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.