piątek, 3 czerwca 2016

MAGISTERKĘ KUPIĘ


To tytuł książki Beaty Bielskiej, która została wydana przez Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu z podtytułem: "Sprzedawanie i kupowanie prac dyplomowych jako element studenckiej kultury nieuczciwości". Dzięki temu, że publikacja jest dostępna w open access, zainteresowani mogą zapoznać się z jej treścią. Wystarczy odnaleźć ją na stronie Wydawnictwa Naukowego UMK i ściągnąć w formacie pdf.

Przede wszystkim polecam ten tytuł promotorom prac dyplomowych, nie tylko magisterskich, ale także licencjackich, gdyż rynek ich "produkcji" rozwinął się w naszym kraju z wyjątkową bezczelnością i cynizmem czarnego biznesu. Jak pisze w rozbudowanej merytorycznie "Przedmowie" recenzent tej pracy (nie ma podpisu):

Dla autorki kluczowa jest jednak identyfikacja tych mechanizmów świata społecznego, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają uruchomienie mechanizmów merytokratycznych w instytucjonalnej przestrzeni polskiej akademii. Bielska wprowadza w swojej pracy pojęcie „kultura studenckiej nieuczciwości”, ale dostrzega zdecydowanie szerszy kontekst zjawiska: „powszechnie rozpoznawana studencka kultura nieuczciwości może być analizowana jako element szerszej całości – kontynuacja uczniowskiej kultury nieuczciwości, poprzedzenie bądź współistnienie z pracowniczą kulturą nieuczciwości czy w ogóle obywatelską kulturą nieuczciwości w Polsce” (s. 19).

Jak to bywa najczęściej z rozprawami socjologów, politologów czy psychologów jako przedstawicieli nauk pogranicza dla pedagogiki, a zatem i z autorami najczęściej niewspółdziałającymi z pedagogami, w tym przypadku nie zostały pominięte w kwerendzie literatury przedmiotu rozprawy pedagogiczne, co należy wyeksponować jako wskaźnik być może zachodzących zmian w zakresie analiz interdyscyplinarnych interesujących badacza fenomenów. Przedmiotem jej zainteresowań poznawczych pani Bielskiej stało się szerokie rozumienie ludzkiej skłonności do autokłamstwa, którego przejawem w toku edukacji akademickiej staje się m.in. przedkładanie do sfinalizowania własnych studiów quasiautorskiej pracy dyplomowej.

Mamy tu do czynienia z pozorowaniem przez studentów zalet, których oni nie posiadają, a przedłożony przez nich wytwór działania nie zgadza się z tym, co rzeczywiście wiedzą i potrafią. Jest to przykład działania intrapsychicznie użytecznego, które ma przynieść korzyść przede wszystkim kończącemu studia jako kłamcy. Kupiona praca dyplomowa stanowi taką formę wyrazu, która ze swej istoty sugeruje prawdę, bowiem jednostka ukrywa przed weryfikującymi jej kompetencje prawdziwą naturę.

Fenomen samozakłamania tak "studiujących" osób wycisza u nich sumienie na rzecz poszukiwania usprawiedliwienia dla własnego postępowania wbrew obowiązującym normom moralnym. Jakże charakterystyczna jest dla tego typu zaangażowania reakcja w stylu: „inni też tak postępują; przecież skoro są firmy, to znaczy, że jest na nie przyzwolenie, a więc moja sytuacja nie jest wyjątkowa” (to uśrednianie swej odpowiedzialności moralnej) lub kwestionowanie norm („nie ma w tym nic złego”). Skutkiem kłamstwa jest deformacja siebie. Osoba kupująca pracę dyplomową działa zatem na swoją "korzyść", gdyż dzięki temu uzyskuje dobro, którego być może by nie uzyskała, gdyby musiała sama je wytworzyć.

Nie muszę tego zagadnienia rozwijać w tym miejscu. Interesujące jednak jest to, jak szeroki jest zakres i poziom tej nieuczciwości akademickiej, która sprowadza się do podtrzymywanego przez studentów samozakłamania, by osiągać merytorycznie i metodologicznie nieuzasadnioną korzyść. Zamawianie i kupowanie rozpraw jest od początku transformacji gospodarczej i ustrojowej RP także w polskim szkolnictwie wyższym kłamstwem konwencjonalnym, które wpisuje się w strefę obyczajową a polega na pewnej umowie społeczno-biznesowej.

Nie jest to jednak tylko polska przypadłość, gdyż firmy oferujące pisanie za studentów "ich" prac dyplomowych są w krajach nam ościennych, toteż środowisko uczonych i władze resortu nauki i szkolnictwa wyższego skupiło się przede wszystkim na tym, by nie było ich wielokrotnego upowszechniania. Temu ma przeciwdziałać system antyplagiatowy. Nauczyciele akademiccy są równie wobec tego zjawiska bezradni, jak i przyzwalający na jego istnienie. Wspomniana konwencja uprawnia niejako część studentów do kłamania przy założeniu, że jest ona powszechnie w naszym kraju akceptowana przez władze. Policja nie ściga przecież osób, które prowadzą firmy "produkujące" prace dyplomowe.

Otwierając w roku akademickim seminarium dyplomowe uprzedzam studentów, żeby nie korzystali z usług tego typu firm, bez względu na to, jaki byłby zakres rzekomej, a odpłatnej pomocy z ich strony. Poziom dewiacji osiągnął już tak wysoki pułap, że coraz więcej młodzieży ucieka w gotowce, które są przygotowywane przez niekompetentnych pisarczyków. Przygotowują oni nawet fałszywe dane o rzekomo przeprowadzonych badaniach empirycznych, co powinno spotkać się z weryfikacją promotorów i kierowaniem - w przypadku rozpoznania fałszerstwa - spraw do komisji dyscyplinarnych.

Co gorsza, zamiast koncentrować się na tym, co jest ciekawego, wartościowego, poznawczo nowego w przygotowywanej przez magistranta rozprawie, niektórzy już na wstępie zakładają, że mają do czynienia z oszustami, cwaniakami unikającymi jakiegokolwiek wysiłku. Trudno bowiem określić takim mianem zapłacenie za usługę. Odnoszę wrażenie, że wraz z masowością kształcenia akademickiego wzrasta przyzwolenie na nieuczciwość, nierzetelność udziału w procesie autoedukacji młodych ludzi, byle tylko mieć "święty spokój".

7 komentarzy:

  1. Panie Profesorze,

    Swym wpisem zainspirował mnie Pan do pogoooooglania na poruszony temat. Pogooooglałem sobie i się przeraziłem, że bezczelność i to tak ogromnej ilości firm oferujących pisanie prac: licencjackich, magisterskich i doktorski jest wyjątkowa. Te firmy wraz ze zleceniodawcami w świetle reflektorów dokonują oszustw. Te firmy to zorganizowane grupy oszustów(przestępcze?)! Pytam, gdzie jest nasze państwo, gdzie jest minister nauki i szkolnictwa wyższego?

    Każda praca (jej treść) od licencjackiej w górę powinna znajdować się w ogólnodostępnym przez internet centralnym rejestrze i każda z nich powinna zostać poddana odpowiedniej analizie. Myślę, że wielu studentów informatyki, ale i nie tylko, byłoby chętnych do tworzenia różnych algorytmów namierzających m.i. plagiaty.

    Problem ww. oszustw(przestępstw?) jest do rozwiązania a przynajmniej do istotnego ograniczenia skali tej patologii - wystarczy tylko chcieć. Czyżby nasze władze państwowe nie chciały tego problemu rozwiązać dlatego, aby ich pociechy mogły skorzystać z dobrodziejstwa pisania im „prac” przez firmy a później po linii partyjnej załatwiać im ciepłe posadki w różnych instytucjach państwowych?

    Przypuszczam też, że i niektóre uczelnie – kombinaty nastawione na bylejakość - nie są zainteresowane rozwiązaniem tego problemu. Tak czy nie?

    Przypuszczam również, że i niektórzy opiekunowie naukowi tych prac też nie są zainteresowani rozwiązaniem problemu. Tak czy nie?

    Tego typu oszustwa powinny z mocy prawa być przestępstwem. – są już, czy jeszcze nie?
    Jeżeli jeszcze nie są, to powinno się natychmiast taką regulację ustanowić.

    Bogdan Stępień

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdyby na studia szły osoby, które faktycznie nadają się na wyższe studia, takie firmy nie miałyby po prostu klientów. Niestety, mieszkając na osiedlu akademickim śmiem twierdzić, że większość studentów przyszła się na studia pobawić (i tylko pobawić). W takiej sytuacji nie ma czasu na pisanie pracy dyplomowej...

    OdpowiedzUsuń
  3. Na wielu Wydziałach Pedagogicznych polskich uczelni nie wprowadzono obowiązku poddawania prac dyplomowych sprawdzaniu przez system antyplagiatowy, a co dopiero mówić o jakiejkolwiek rzetelnej kontroli recenzenckiej czy promotorskiej. Niektórzy doktorzy szczycą się tym, że mają chętnych 25 osób na seminarium licencjackie i nie odmawiają nikomu bez względu na profil własnych zainteresowań naukowych a owoce takich przeludnionych grup seminaryjnych marne.
    Jeśli chcemy aby student po 3 latach rzetelnie i samodzielnie przygotował pracę to jeśli spojrzeć na jego umiejętność pisania jakiegokolwiek dłuższego tekstu, zwłaszcza studentów studiów niestacjonarnych, trzeba z nim zacząć pracę u podstaw już na pierwszym roku na proseminariach, ale który wydział przeznaczy na to pieniądze ....

    OdpowiedzUsuń
  4. Unknown ma racje, ale - twierdzę, że - tylko w niewielkiej części, bo o tym, czy dany delikwent powinien uzyskać tytuł licencjata czy magistra, to nie jego chęć szczera i zasobność jego portfela powinna o tym decydować, a kadra naukowa uczelni – która głównie odpowiedzialna jest za masową produkcję bubli edukacyjnych, już nie tylko, o których mowa wyżej, ale również: doktorów, doktorów habilitowanych, ….

    Dzięki powyższemu, polskie uczelnie w rankingach światowych plasują się już na pozycja 500+.

    Bogdan Stępień

    ps. Dlaczego Wy tu tak ciągle anonimowo? To jakaś sprawa wstydliwa?

    OdpowiedzUsuń
  5. Do Anonimowy 3 czerwca 2016 12:56:

    Jest taka piosenka - Kabaretu Elita:
    „Oj, naiwny, naiwny, naiwny,
    Jak dziecko we mgle, …”
    to tak w nawiązaniu do
    „…jeśli spojrzeć na jego umiejętność pisania jakiegokolwiek dłuższego tekstu, zwłaszcza studentów studiów niestacjonarnych, trzeba z nim zacząć pracę u podstaw już na pierwszym roku na proseminariach, …”

    Podsumowanie:
    Oj, naiwny, naiwny, naiwny,
    że da się coś z tym zrobić.

    Bogdan Stępień

    OdpowiedzUsuń
  6. A czy Najlepiej Wyszkolony Na Świecie, Najbardziej Honorowy i Z Pewnością Nielękliwy pierwszy pilot w Locie Założycielskim religii smoleńskiej też nie sfałszował jakiejś dokumentacji dotyczącej wylatania jakichś godzin czy odbycia jakichś szkoleń?
    *
    No ale "my o tym nie mówimy". My mamy władzę do zdobycia i takimi rozpraszającymi uwagę atakami niemiecko-rosyjskich agentów pod żydowskim kierownictwem nie będziemy się zajmowali.
    Podobnie jak stroną techniczną katastrofy w Mierosławcu. O tamtej drugiej lepiej zresztą zapomnieć jak najszybciej. A nuż znajdzie się jakaś będąca agentką wiadomych służb wdowa po lotniku, która zacznie przypominać sposób w jaki ją po Mierosławcu potraktował gen. Błasik. Po nam to?
    *
    Niech sobie jacyś naiwni Kanadyjczycy wypisują książki pt. "An Astronaut's Guide to Life on Earth: What Going to Space Taught Me About Ingenuity, Determination, and Being Prepared for Anything". My sumować doświadczeń po katastrofie promu kosmicznego nie musimy bo żadnego promu nie mieliśmy.
    *
    I nigdy mieć nie będziemy, tak nam dopomóż (tu z litości nie wpiszę nazwisk-epitetów a dzisiejszych pisrydzykowych autorytetów)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety problem kupowania prac jest bardzo poważny... coraz więcej jest promujących kupowanie prac...na szczęście coraz więcej uczelni korzysta z programów antyplagiatowych (z mniejszą lub większą skutecznością), i na szczęście czekają nas zmiany w ustawie dotyczące szkolnictwa wyższego. Na nieszczęście zmiany potrwają jeszcze kilka lat, a do tej pory możemy jedynie liczyć na to, że rektorzy wezmą sobie do serca słowa prof. Marka Wrońskiego, że "Nawet 30% prac naukowych może być plagiatem" i zaczną rzetelnie je sprawdzać, a obronione prace przesyłać do ORPD (Ogólnopolskiego Repozytorium Prac Dyplomowych), aby ukrócić proceder sprzedawania i kupowania prac.

    Dorota W.

    OdpowiedzUsuń