środa, 25 maja 2016

Polityczna uległość nauczycieli



Niepokojący jest stan niskiej świadomości politycznej wśród nauczycieli w społeczeństwach nadrabiających opóźnienia w nowoczesności. W odróżnieniu od krajów zachodniej demokracji, gdzie w zdecydowanej większości system edukacyjny jest całkowicie zdecentralizowany, to właśnie nauczyciele i zatrudniający ich dyrektorzy autonomicznych pod względem administracyjnym i pedagogicznym przedszkoli czy szkół są aktywnymi podmiotami politycznymi w lokalnych środowiskach.

Świadomość polityczna nie musi przekładać się na zaangażowanie partyjne, ale stwarza podstawy do rozumienia procesów politycznych, które bezpośrednio rzutują na kondycję m.in. placówek oświatowych. Pojęcie polityczności jest jednak w krajach byłego obozu socjalistycznego ujmowane pejoratywnie lub w wąski sposób jako członkostwo i aktywność w partii politycznej.

To prawda, że istotą polityki jest władza, sprawowanie rządów, ale dla dobra publicznego, a nie osobistego. Nie możemy zatem uciekać od odpowiedzi na pytanie, jak i komu ta władza służący. Czy jest nam obojętne to, co czynią rządzący ze sferą publicznej edukacji? Czy jest ona publiczną, jeśli obywatele, w tym także najbardziej kompetentni przedstawiciele profesji dla danej sfery życia, nie mają lub nie chcą mieć nic do powiedzenia?

Tym samym pojawia się pytanie, czy nauczyciele powinni interesować się polityką w szerokim tego słowa znaczeniu z punktu widzenia jedynie korzyści prywatnych, czy także ze względu na wykonywaniem przez nich zawodu zaufania publicznego? Czy nie wystarczy, jak w czasie wyborów udadzą się do odpowiedniej komisji, by zagłosować na kandydata preferowanej partii politycznej?

Po co mieliby jeszcze myśleć kategoriami politycznymi o własnej profesji i jej uwarunkowaniach? Otóż, zdaniem profesora Jana Průchy z Czeskiej Akademii Nauk, nauczyciele są tą grupą zawodową, która najsilniej z wszystkich pozostałych grup zawodów zaufania publicznego (np. policja, straż, służba zdrowia, służba więzienna) przejawia najwyższy poziom uległości wobec władzy (tak tej najbliższej, a więc w stosunku do dyrektorów placówek, jak i stanowionej przez rządzących). Ponadto, można wywieść z tego i na podstawie obserwacji wydarzeń oświatowych w naszym kraju przypuszczenie, że im niższy jest poziom edukacji, tym wyższy jest wśród jego nauczycieli poziom uległości.

Zapewne znajdziemy na tę hipotezę potwierdzenie chociażby w tym, nauczyciele których grup zawodowych są najbardziej aktywni w przestrzeni publicznej, kiedy MEN kieruje do całego środowiska projekty nowelizacji ustaw czy rozporządzeń. Najbardziej krytyczni i walczący są nauczyciele ogólnokształcących szkół ponadgimnazjalnych i zawodowych, natomiast najsłabiej i najrzadziej wyrażają swoje niezadowolenie czy afirmują własne potrzeby nauczyciele edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej.

Kiedy resort edukacji zmienia po raz kolejny podstawę programową wychowania przedszkolnego widzimy, że niewielu jest w tej grupie pedagogicznej pedagogów, którzy byliby gotowi do podjęcia dyskusji, nie wspominając już o jakimkolwiek proteście czy przekazaniu własnych propozycji. Natomiast z reformą programową dla szkół ponadgimnazjalnych poprzednia władza nie miała tak łatwo, gdyż po stronie nauki i kultury jawnie stanęli sami nauczyciele. To oni nie zgodzili się na cięcia w ramowych planach kształcenia i na zasady prowadzenia egzaminów zewnętrznych.

W wysoko rozwiniętych krajach Europy Zachodniej żadna władza centralna nie byłaby w stanie przeprowadzić tego typu operacji, gdyż natrafiłaby na merytoryczny opór samych nauczycieli. Inna kwestia, że w tych państwach nie ma centralizmu oświatowego, tylko jest decentracja władzy. To oświeceni, wykształceni nauczyciele najlepiej wiedzą, jak diagnozować, jak kształcić, wychowywać czy sprawować opiekę nad dziećmi czy uczniami. Nikomu nie przyszłoby do głowy potraktować ich tak, jakby byli dziećmi bez własnego rozumu.

Polityczna infantylizacja nauczycieli przedszkoli jest zatem pochodną i następstwem odgórnego traktowania ich przez władze oświatowe oraz pomniejszania rangi ich pracy przez media. Zatrudnienie w przedszkolu mężczyzny na stanowisku nauczycielskim budzi sensację albo co najmniej podejrzenie o jakąś patologię. Nauczyciele (przed-)szkolni mają być tak, jak ich dzieci, mili, posłuszni i grzeczni, gdyż oni tak, jak i ich podopieczni nie mają głosu w sprawach polityki oświatowej państwa.

Tę sytuację wykorzystują działacze związkowi, którzy pod pozorem troski o sprawy kadrowe w oświacie przejmują od i za nauczycieli polityczne zainteresowanie reformami oświatowymi, by tym samym zachować przywileje dla własnej nomenklatury. Tak władze polityczne państwa, jak i związkowcy są zainteresowani tym, by nauczyciele nie wtrącali się do rządzenia, w tym do podejmowanych przez polityków decyzji.

Jeśli rozwiązania są dobre dla dzieci, to nie ma problemu. Gorzej, kiedy są one ewidentnie szkodliwe, toksyczne, to wówczas powinno mieć znaczenie, kto i o co walczy, a czemu się przeciwstawia. Politykowanie nie powinno być kojarzone z nieuprawnionym wtrącaniem się nauczycieli (także przedszkolnych) w sprawy polityki rządzących oświatą.

W państwie demokratycznym to właśnie 0obywatele i profesjonaliści powinni wykazywać się zaangażowaniem na rzecz bycia liderami zmian edukacyjnych w swoich placówkach, nowatorami pedagogicznymi, a jeśli nie chcą lub nie potrafią, to przynajmniej umiejętnością zabiegania w środowiskach władzy czy otoczeniu społecznym na rzecz możliwej ich realizacji. Jest to szczególnie ważne w państwach demokratycznych, w których dopuszcza się możliwość oddolnego inicjowania i wprowadzania przez nauczycieli do przedszkoli i szkół ich autorskich innowacji czy eksperymentów pedagogicznych.

7 komentarzy:

  1. Jest dużo racji w tym, co Pan Profesor pisze. Badania o charakterze jakościowym, które przeprowadziłam wśród nauczycieli (szkół różnych szczebli) pokazują, że ulegają oni siłom dominującym w polu edukacyjnym. Chociaż zauważają na przykład bezsens wprowadzanych nieustannie nowych uregulowań centralnych lub ich permanentną korektę, która w ich oczach nie służy szkole, to jednak wypełniają nakazane im dyrektywy. Naciskani przez dyrektorów szkół, na których również wywierana jest presja „z góry” – przez lokalne władze samorządowe (np. presja wysokich wyników uczniów w egzaminach zewnętrznych) – nie widzą innej alternatywy. W ich przekonaniu, chcąc zachować pracę, należy skrupulatnie realizować to, co nakazane. Owo przekonanie jest dodatkowo wsparte poczuciem braku pewności oraz obawą o utratę zatrudnienia, rodzącą się w oparciu o nauczycielskie odczytania tego, co ich otacza (zauważany kryzys w zatrudnianiu nauczycieli oraz praktyki ograniczania istniejących nauczycielskich miejsc pracy) oraz czego doświadczają one i inni nauczyciele na co dzień (np. degradacja nauczyciela lub jego szykanowanie z powodu niskich wyników uczniów w testach).
    Mając świadomość, że chociaż wyników moich badań nie można uogólniać, chciałabym jednak zaznaczyć, że pokazują one sytuacje zawodowe konkretnych nauczycieli, odczytywane przez nich w kategoriach opresyjności. Polityka i władza jest postrzegana przez nich jako siła zewnętrzna, której nie warto i nie sposób się przeciwstawiać. Można powiedzieć, że rozpoznając swoje miejsce wśród zdominowanych, nie widzą szansy na własne zaistnienie w tej przestrzeni w innym charakterze (np. osoby współtworzącej tą przestrzeń) – nie pytałam o to wprost, ale na podstawie interpretacji wywiadów można stwierdzić, że badane osoby ze swojej perspektywy nie widzą szans na demokratyzację edukacji, doświadczając na co dzień dominacji, traktowania „z góry” oraz nacisku.
    Jeśli mogę wyrazić tu swoją opinię, to chciałabym jeszcze dodać, że sytuacja ta nie ma szansy na zmianę, dopóki zarządzanie oświatą będzie związane ze sprawowaniem dyrektywnej władzy nad podmiotami osadzonymi w polu edukacyjnym.
    Małgorzata Zalewska-Bujak

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Profesorze! Nie tylko zgadzam się z Pańskim zdaniem, że "świadomość polityczna nie musi przekładać się na zaangażowanie partyjne" ale twierdzę z całą stanowczością nauczyciela i wychowawcy z ponad 20 letnim stażem, po złych doświadczeniach w szkole w ciągu ostatnich paru lat, że świadomość polityczna to jedno a zaangażowanie partyjne powinno wykluczać pracę z uczniami, a zwłaszcza sprawowanie funkcji dyrektora. W mojej miejscowości to byli nauczyciele zajmują najwyższe stanowiska w urzędach powiatowym i gminnym, przeskakując ze "stołka na stołek". Dyrektor mojej szkoły jest zaangażowany w działalność polityczną do tego stopnia, że istnieje podejrzenie, iż nie realizuje podstawy programowej w klasach, które uczy - tak często opuszcza lekcje w związku z pełnionymi funkcjami politycznymi. Od kiedy w szkole pojawiła się polityka uczniowie na tym tracą. Bo cóż nowe okna i cieplejsze pomieszczenia jeśli widzą, że stanowiska są rozdawane wg klucza partyjnego a nie według kompetencji i doświadczenia. To ich demoralizuje, uczy drogi przez życie "na skróty"... W imieniu tych odważnych z mojego grona, którzy nie boją się o utratę posady i nie należą do tych "infantylnych" dziękuję za ten dla nas bardzo ważny głos Pana Profesora. Czujemy się bezsilni, gdyż część nauczycieli ma obawy odezwać się w słusznych sprawach ze względu na to, że ich współmałżonkowie czy dzieci pracują w miejscowych urzędach. Choć to w państwie demokratycznym brzmi niewiarygodnie ale takie są fakty. Chciałabym doczekać się czasów, gdy zaangażowanie polityczne będzie uniemożliwiało pracę w charakterze nauczyciela. Jako wychowawca starałam się zawsze zachęcać moich wychowanków do pójścia na wybory, ale nigdy nie narzucałam swoich wizji i przekonań. Najważniejsze co staram się im wpoić, to poczucie odpowiedzialności. Sama czuję się odpowiedzialna nie tylko za przygotowanie moich uczniów do egzaminów, studiów czy wykonywania zawodu ale i za ich wychowanie a widzę, że demoralizuje ich podział wsród nauczycieli na tych "za i przeciw" dyrektorowi. A odnośnie zmian w oświacie - nie mogą pojawiać się z częstotliwością trzęsień ziemi w Japonii- muszą być wypracowywane przez doświadczonych pedagogów, ludzi kompetentnych, a nie politycznych karierowiczów. Pozdrawiam!Nauczcyielka z prowincji

    OdpowiedzUsuń
  3. Szanowny Panie Profesorze,
    Czy nie jest tak, że bierność nauczycieli wywołuje powszechna rynkowa nowomowa polityków i ekonomistów, którzy uważają, że stosowanie zasad zarządzania publicznego(New Public Management) podnosi jakość oświaty? Interesujące byłoby przyjrzenie się taktykom wprowadzania do pracy szkół i przedszkoli normy ISO 9001, dotyczącej standaryzacji systemu zarządzania jakością w organizacjach.Ktoś płaci firmom, które przygotowują placówkę do certyfikacji,szkolą menadżera oświaty (dyrektora), a potem zasoby ludzkie (nauczycieli), aby służyły interesariuszom (przedszkolaki,uczniowie, rodzice). Język ekonomii w odniesieniu do systemu oświaty jest nieadekwatny i nieprecyzyjny, pozwala za to ukryć rzeczywisty cel- oszczędności rządu na oświacie.Nauczycielom przedszkola odbiera się przywileje w "białych rękawiczkach"-niepubliczne placówki przedszkolne, ratujące deficyt miejsc,nie chcą słyszeć o Karcie Nauczyciela,oferując 8-10 dzień pracy,nierzadko z sobotami.Śledząc losy naszych absolwentów wiemy, że są to obecnie jedyne miejsca pracy dla nauczycieli przedszkola.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze!
    Żeby była dyskusja potrzebne są DWIE strony, a dyskusją z nauczycielami i ich opiniami biurokracja oświatowa (ani pedagodzy "akademiccy":-(!) nigdy nie była zainteresowana Potrzebne jest też forum odpowiednio nagłośnione, tymczasem media akurat nauczycieli o kwestie dotyczące edukacji pytają (na tle dziennikarzy i polityków oraz medialnych akademickich celebrytów od wszystkiego etc.) najrzadziej!! Chyba, że się który jakoś SAM przebije do opinii ale to rzadkość. Od "reformy" Handkego, wprowadzonej na siłę i BEZ dyskusji właściwie wszystkie zmiany wprowadzano BEZ pytania nauczycieli o zdanie, a ich sporadycznie pojawiające się głosy 'mało apologetyczne" kwitowano oskarżeniami o konserwatyzm, lenistwo, niekompetencję itp. itd. W czym akurat celowały ostatnie panie ministry i ich alter ego ... ;-)
    Pozdrawiam
    Włodzimierz Zielicz

    OdpowiedzUsuń
  5. Może czas najwyższy, by nauczyciele sami zadbali o swoją niezależność i prawo do wywierania wpływu na politykę oświatową? Ostatnie 27 lat chyba jest najlepszym dowodem na to, że brak powołania samorządu zawodowego nauczycieli jako jedynej suwerennej, bo niezależnej od związków zawodowych (te mają swoje interesy, by finansować cwaniaków z nomenklatury związkowej z budżetu państwa) i partii politycznych. Może czas zaprotestować przeciwko upartyjnieniu edukacji? Trudno, by rządzący chcieli sami zrezygnować z przywilejów i obsadzania partyjnymi kumplami nonsensownych stanowisk w MEN i kuratoriach oświaty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Może czas najwyższy, by nauczyciele sami zadbali o swoją niezależność i prawo do wywierania wpływu na politykę oświatową?<
      A tak konkretnie? Kosy na sztorc czy koktaile Mołotowa przygotować??? ;-) Bo to o tym dbaniu to się łatwo mówi ... ;-)
      Pozdrawiam
      W.Z.

      Usuń
  6. Pisałem o tym w książce, gdzie wyjaśniam now how zamieściłem projekt ustawy o samorządzie zawodowym nauczycieli.

    OdpowiedzUsuń