poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Kolejna pseudopedagogiczna książka o szkole


Dzisiejszy wpis dotyczy przetłumaczonej przez Andrzeja Lipińskiego książeczki niemieckiego profesora doktora nauk medycznych, psychiatry i psychoterapeuty - Joachima Bauera pt. Co z tą szkołą? Siedem perspektyw dla uczniów, nauczycieli i rodziców (Słupsk: Dobra Literatura 2015, ss. 151). Autor nie jest pedagogiem, a szkołę zna z własnego dzieciństwa, jak wielu polityków, którzy chcą ją reformować. Można zatem powiedzieć - niewłaściwy autor na niewłaściwym miejscu.

Teraz czekam na odpowiedź ze strony polskich czytelników tej publikacji w wykonaniu nauczycieli, nawet kultury fizycznej, żeby napisali książkę pod tytułem: Co z tą psychiatrią? Siedem perspektyw dla chorych, lekarzy i dyrekcji NFZ. W ten sposób nareszcie psychiatrzy i neurolodzy dowiedzą się, jak organizować pomoc medyczną, a nawet terapię chorym psychicznie.

Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby nauczycielki przedszkoli zaczęły pisać książki z zakresu pediatrii a pedagodzy społeczni z geriatrii. Koniecznie należy te dzieła przetłumaczyć na język niemiecki i wydać w dużym nakładzie informując na obwolucie, że są one bestselerami światowymi. W ten sposób nastąpi właściwe nie tylko umiędzynarodowienie nauki, ale i będzie miała miejsce jej właściwa interdyscyplinarność.

Niektóre zdania z książek psychiatrów o szkole i nauczycieli o psychiatrii można właściwie uczynić na mocy porozumień autorskich tożsamymi, bo w końcu jedni i drudzy „leczą” ludzkie dusze, a w każdym razie usiłują wywrzeć na nie jakiś wpływ. Oto np. kiedy Joachim Bauer pisze: “Dzieci są żywymi istotami, których przeżycia i zachowania podlegają prawom neurobiologii”, to przecież jak ulał pasuje ten pogląd do powyższej książki, jak i podręcznika z psychiatrii czy medycyny klinicznej. W końcu dzieci martwe nie są w stanie przeżyć i ich zachowania nie podlegają prawom neurobiologii.
Książka w oryginale ma tytuł: Lob der Schule, czyli pochwała szkoły.

Autor już w rozdziale 1 pt. Zrozumieć uczniów - “neurobiologia szkoły” stwierdza, że jest to książka popularnonaukowa dotycząca szkoły (s.7) Tym samym przyznaje, że równie dobrze książkę tego gatunku literackiego na temat psychiatrii czy neurobiologii może napisać ktoś, kto nie ma medycznego wykształcenia. On w końcu popularyzuje naukę obcą, w każdym razie jemu nie swoją, ale za to z zadęciem i misją. Zdaniem Bauera (…) najważniejsze jest to, co dzieje się w umysłach uczniów – ich rozum, kreatywność, motywacja kooperacja, czyli dynamiczne procesy, z których każdy ma swoje neurobiologiczne podłoże. (s.7)

Neurobiolog tak bardzo postanowił (…) wesprzeć uczniów, rodziców, nauczycieli oraz tych wszystkich, którym dobro młodych ludzi i całego system leży na sercu”, że postanowił dostarczyć im praktycznych wskazówek pomocnych w przygotowaniu gruntu, na którym mogą rozwijać się takie wartości, jak umiłowanie życia, motywacja I radość uczenia się. (s. 8-9) Zdaniem Bauera nauczyciele nie posiadają odpowiedniej wiedzy na temat motywacji uczniów do zdobywania wiedzy, gotowości uczniów, nauczycieli i rodziców do współpracy oraz zdolności uczniów i nauczycieli do kształtowania takich relacji, które będą fundamentem dobrego nauczania i uczenia się. (s. 9)

Czyżby? Skąd czerpie wiedzę na ten temat? Z rękawa, z sufitu? Nie. On to wie z neurobiologii, że “Motywacja, kooperacja w działaniu i kształtowanie dobrych relacji to element oparte na procesach neurobiologicznych. Stąd wniosek, będący zarazem nowym punktem wyjścia, że rzeczywiście potrzebna jest dziś “neurobiologia szkoły”. (tamże)

Proponuję pedagogom, by zaczęli pisać książki o scholaryzacji neurobiologii, bo w końcu psychiatria i neurobiologia też mają związek z uczeniem się. Bauer przyznaje wprawdzie: Neurobiologia nie ma monopolu na interpretowanie zjawisk, nie rości sobie też prawa do wypowiadania się w imieniu wszystkich dziedzin nauki. To oczywiste, że w kwestii szkoły muszą zabierać głos przedstawiciele wielu dyscyplin. (s. 9-10). Jednak nie obejdzie się bez ekspertów w zakresie dydaktyki – stwierdza dalej, ale już tego nie tłumaczy. Jego zdaniem (…) w wielu krajach stan system edukacji jest w stanie katastrofalnym, i chociaż to fakt powszechnie znany, praktycznie nic się nie zmienia”(s.11) On wie, że byłoby lepiej, gdyby dzieci nie uzyskiwały biegłości w zabijaniu wrogów wirtualnych grach i gdyby szkoły przygotowywałyby je do życia, tzn. wiary w siebie, wewnętrznej motywacji, solidnej wiedzy oraz kompetencji społecznych I emocjonalnych. (s.11)

Nie wiem, czy autor naczytał się artykułów na ten temat w Der Spiegel czy w Die Zeit lub Allgemeine Frankfurter, ale dobór argumentów jest na poziomie naszego, średnio rozwiniętego licealisty. Tak więc Bauer – bez przywołania wyników jakichkolwiek badań naukowych (o tym, że własnych nie ma, dowiadujemy się z każdą, kolejną stroną jego tekstu) – stwierdza już w tytule rozdziału 1, że: Dziecko to nie segregator biurowy. Gdyby czytał Paulo Freire, to wiedziałby, że już przed nim ktoś określił ten styl kształcenia uczniów edukacją bankową. Oczywiście, powtórki są chwalebne, tyle tylko że u Freire krytyka szkoły prowadziła do naukowej wizji jej alternatywy oraz praktycznych rozwiązań.

Przywoływane przez Bauera neurobiologiczne podstawy motywacji i samozaparcia nie są odwołaniem do własnych badan naukowych, tylko przywołaniem ogólnikowych tez na ten temat. Wiemy, że brak poczucia własnej wartości może przynosić u dziecka fatalne skutki, ale nie u każdego. Ciekawe, że ów neurobiolog zbadać tego nie chciał tylko powtarza za innymi znane od kilkudziesięciu lat przesłanki. Kiedy pisze o znaczeniu wzorców wychowawczych z perspektywy neurobiologii (uczenie się przez naśladowanie), to także nie chwali się swoimi odkryciami naukowymi, tylko opowiada poglądy psychologa Alberta Bandury sprzed pół wieku. Zachwyca się osiągnięciami innych neurobiologów na temat lustrzanych neuronów, podczas gdy w Polsce mamy bardzo dobre badania eksperymentalne psychologa KUL na ten temat prof. Piotra Francuza.

Zapewne zaskoczy to psychologów i socjologów, że dla Bauera identyfikacja jest zmianą osobowości człowieka pod wpływem kontaktów z innymi ludźmi. Jak sądzę, nie przysporzyłoby mu takie stwierdzenie sukcesu na egzaminie z podstaw psychologii. Autor porównuje w podrozdziale pt. „Dzieci rozpoznają swój potencjał w oczach dorosłych” wzajemne relacje dorosłych z dziećmi do „dwukierunkowej trasy o dużym natężeniu ruchu”.(s. 27) Ba, „dziecko – jeśli ma wokół siebie osoby będące dla niego autorytetami – wrasta w swego rodzaju „tunel” wizji i wyobrażeń dotyczących jego osoby. Nie znajdując w swoim najbliższym otoczeniu takiego :tunelu przyszłości” , dziecko nie wie, którędy ma iść” (s. 28)

Agresja zaś jest w świetle przywołanych tu badań amerykańskiej neuropsycholog Noami Eisenberger odpowiedzią na ból fizyczny i psychiczny, który został zarejestrowany przez osobę w mózgu. Mózg ludzki koduje każdy rodzaj doświadczeń, także brak akceptacji ze strony innych, dlatego w dzieciach kumulują się skutki wszelkich form zaniedbania, poniżania i przemocy” (s. 33).

Mamy wreszcie rozdział pt. "Szkoła – miejsce budzące zgrozę czy „szklarnie przyszłości”. Tytuł idealnie pasuje do polskiej kultury, bowiem przywołuje socjalistyczną ideę Stefana Żeromskiego budowania szklanych domów. Tu autor sięga do metafory szkoły jako ogrodu, w której ptaki toczą swoje walki o życie, gdzie „całe stada ptaków są zastraszane nie przez jednego, lecz przez kilka sokołów jednocześnie”. (s. 39)

Bauer proponuje nauczycielom kilka zasad pedagogicznych - zasadę hydrauliczną, plastyczną i rezonansową. Ta pierwsza to „czarna pedagogika”, a więc przymusu, przemocy, dyscyplinowania, niszczenia w dziecku chęci do uczenia się, czasami konieczna. Ta druga to kształcenie przez regularne powtarzanie danej umiejętności, no i trzecia zasad dotyczy uruchamiania lustrzanego odbicia w mózgu dziecka generując w nim motywację do uczenia się i pomagając mu „przetrwać trudne i długie etapy jego edukacyjnej ścieżki”.(s. 41)

Autor recenzowanej książeczki jest zwolennikiem rozbudzania radości życia przez muzykę i ruch. Absolutnie słusznie, bo warto zarażać dzieci muzykowaniem, śpiewaniem, ale i ruchem oraz sportem. Z tym ostatnim jest nieco gorzej, bo – jak ten autor stwierdza - w Niemczech, w odróżnieniu od Polski, dzieci nie mają wf, gdyż zamykane są sale sportowe ze względu na ich zły stan techniczny. Nic nowego, ale za to napisane z rodzicielską troską przesłanie o to, by dzieci miały po szkole więcej zajęć artystycznych czy sportowych. Proponuje zatem tworzenie szkół całodziennych jako „szklarni przyszłości”.

Jako żywo widzimy tu źródło projektu, który rok temu prezentował Robert Kwaśnica jako całodziennej szkoły ogólnokształcącej. Jak pisze Bauer – ten model jest alternatywą na włączenie dodatkowych zajęć pozalekcyjnych i pozaszkolnych do podstawy programowej i organizacji pracy szkół publicznych. „Szkoła musi stać się edukacyjnym „biotopem”, inspirującym miejscem dla uczniów, nauczycieli i rodziców, przestrzenią bogatych doznań kulturalnych, laboratorium kształcenia – „szklarnią przyszłości”.(s. 49)

Jest wreszcie rozdział poświęcony nauczycielom, pod takim zresztą tytułem. Otwiera go motto z wypowiedzi amerykańskiego Nauczyciela Roku 1998 Philipa Biglera, a nie jakiegoś wybitnego nauczyciela z Niemiec. Jak widać neurobiolodzy niemieccy też wolą amerykańskie wzory. Brzmi ono: Być nauczycielem – to być wiecznym optymistą”. (s. 52) W tym rozdziale Bauer walczy z nieuzasadnionymi oskarżeniami w prasie i przez polityków pod adresem nauczycieli, jakoby byli „nierobami”, skoro średni tygodniowy czas ich pracy wynosi więcej niż w Polsce, bo aż 51 godzin. Tajemnicą ich sukcesów jest… nie mózg, na którym Bauer ponoć się zna, tylko dobry kontakt z uczniami.

Dużo jest w tej książce potocznej wiedzy na temat utrzymywania balansu we wspomnianych powyżej relacjach, empatii, a nawet uczulenia na komunikację niewerbalną. Za jakimś nauczycielem McCourtem cytuje jego diagnozę: „Ci, którzy wykształcili nas na nauczycieli, to zamknięci na swoich uniwersytetach profesorowie. Oni nigdy nie widzieli żadnej szkoły od wewnątrz, a to, co wygłaszają, jest czystą filozofią, mało przydatną w praktyce” (s. 60).

Teraz już wiemy, dlaczego neurobiolog tak chce pouczać nauczycieli z pozycji tego, który ich rozumie, chociaż sam akurat idealnie pasuje do grona powyższych wykładowców uniwersyteckich, skoro w szkole nie pracował, a się mądrzy. Nie mogło zabraknąć w tym rozdziale części poświęconej relacjom nauczycieli z rodzicami. „Ich współpraca ma służyć przede wszystkim dobru dziecka” (s. 62).

Tu autor raczej narzeka na rodziców, którzy nie chcą odwiedzać szkoły własnego dziecka i podejmować rozmów z nauczycielami na temat jego problemów. Proponuje zatem, by nauczyciele odwiedzali ich w domu lub jeśli nie chcą, to niech czynią to wyszkoleni do tych zadań pracownicy socjalni. Istnieje wiele sposobów na bycie dobrym nauczycielem, ale tego już nie rozszerza, bo przecież, jak pisze, że są, to musi mieć rację.

Ciekawy jest natomiast fragment dotyczący syndromu „odurzenia poczuciem obowiązku”, który został opisany na podstawie badań psychiatry Huberta Tellenbacha. Wskazuje on na konieczność umiejętnego regulowania przez nauczycieli gotowości do poświęceń i silnej identyfikacji z własnym zawodem z umiejętnością nabierania wobec nich właściwego dystansu, a tym samym źródła siły i odporności psychicznej na stres. Negatywny i obciążenia zawodowe. W kraju mamy znakomite badania, którymi kieruje Jacek Pyżalski, więc lepiej sięgnąć do realnych diagnoz, a nie normatywnych westchnień niemieckiego autora

Rozdział 4 dotyczy wyboru zawodu i kształcenia nauczycieli. Mam nadzieję, że tego nie przeczytają nasi politycy oświatowi, bowiem pierwsze zdanie brzmi: „Kto już na samym początku studiów pedagogicznych myśli przede wszystkim o stałej i dobrze płatnej posadzie nauczyciela, ten w ogóle nie powinien wybierać tego zawodu!” (s. 80). Jak ktoś ma wątpliwości, czy nadaje się do tego zawodu, to niech przetestuje siebie kwestionariuszem, który opracował profesor Schaarschmidt z Uniwersytetu w Poczdamie(szkoda, że go nie zamieszcza w aneksie).

Jeśli to ma być droga właściwa do podjęcia decyzji, to gratuluję. Ciekawe, czy dla kandydatów na neurobiologów i psychiatrów też są takie autotesty? Jego kolega po fachu – jak przyznaje - Manfred Spitzer – postuluje przeniesienie uniwersytetów do szkół. Sądzę, że tym śladem powinno przenieść się wydziały medyczne do szpitali, a oddziały psychiatryczne do zakładów psychiatrycznych. Teraz rozumiem, że Bauer pozazdrościł popularności koledze Spitzerowi i wypisuje tego samego typu banały, by wzmocnić konto w banku z tytułu honorariów.

Rzeczywiście, co rozdział, to jest coraz banalniej i gorzej. Jeśli w Niemczech tak się leczy, jak pisze o szkole, to cieszę się, że jestem w Polsce. Wydałem 32,90 zł na tę książczynę i nie żałuję, bo widzę, jak na niskim poziomie znalazła się edukacyjna publicystyka autorstwa rzekomych ekspertów. Ufam, że studenci pedagogiki sięgając po tę publikację, zrozumieją, że nie nadaje się ani do studiów komparatystycznych, ani do zrozumienia szkoły, ani też swoistości nauczycielskiego zawodu. Bezkrytyczne przywoływanie jej w pracach naukowych powinno skutkować ich negatywną opinią.

Gdyby ktoś doświadczył bólu po przeczytaniu tej książki, to niech się nie martwi. Autor wydał kolejny tytuł właśnie poświęcony tak przykremu stanowi doznań.

7 komentarzy:

  1. Panie Profesorze,
    warto pisać o kiepskich książkach, aby nie "nabierać się" na tytuł.
    Mam dwa krótkie pytania:
    1. Kto napisał (jeśli ta informacja jest w książce) recenzję wydawniczą?
    2. Czy jest i kto jest autorem wstępu do wydania polskiego?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten przekład nie ma ani recenzenta ani redaktora naukowego (pedagogicznego). Nie znajdziemy w nim wstępu od polskiego wydawcy.

    OdpowiedzUsuń
  3. W zasadzie szkoda czasu na komentowanie tego typu emocjonalnych, pseudonaukowych wpisów. Zastanawiające jest tylko, skąd u części polskich profesorów taka awersja wobec popularyzatorów wiedzy naukowej z obszaru niemieckojęzycznego. Zastanawiający jest również brak publikacji polskich naukowców przybliżających aktualny stan wiedzy (nie tylko w dziedzinie edukacji). Pachnie to typowym dla naszego społeczeństwa dystansem „wtajemniczonych” do „nieświadomych”. Albo po prostu zwykłym brakiem umiejętności mówienia prostym językiem o rzeczach ważnych. A przede wszystkim brakiem elementarnej świadomości, że wiedza naukowa to dobro wspólne całego społeczeństwa, a generujący ją naukowcy mają moralny i społeczny obowiązek dzielenia się z nią w sposób przystępny i zrozumiały dla wszystkich, których ich rozpoznania w mniejszym lub większym stopniu dotyczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać anonimowy ekspert nie stracił czasu, skoro przeczytał i napisał pseudonaukowy komentarz wpisując się w stylistykę autora książki. Taki kicz zdarza się nie tylko w Niemczech. W USA czy Wlk. Brytanii jest tego pełno, ale to nie znaczy, że muszę się tym bezkrytycznie zachwycać.

      Usuń
    2. Wiedza naukowa o człowieku nie jest wiedza do wykorzystania, chyba że ktoś namiętnie uprawia coaching, trzeba tylko naukę umiejętnie popularyzować a ta książka jak mniemam ma być dla nauczycieli - ludzi wykształconych , naprawdę nam nie potrzeba rad w stylu telewizji śniadaniowej, to urąga naszej inteligencji.
      Niestety wszelkie firmy szkoleniowe, dokształcające nauczycieli oferują im taką intelektualną strawę bazują na takiej wiedzy - prosto, miło i bez wysiłku przekazywane są "recepty" , gotowe rozwiązania w stylu supr niani, ciekawe czy lekarzy w Polsce też tak "szkolą"?

      Usuń
  4. Jestem nauczycielem od 25 lat.Czytałam książkę , byłam na wykładzie Bauera. Cudowny człowiek , pozytywnie nastawinony do świata i ludzi w przeciwieństwie do Pana Profesora :-(. Był Pan kiedyś jednym z moich autorytetów pedagogicznych , teraz jest Pan największym autorytetem wśród malkontentów pedagogicznych :-(......smutne.....przydałoby się doczytać kilka zdań z tej książki na temat pozytywnej krytyki :-). Ech Panie Profesorze , co Panu świat zrobił , że wszystko widzi Pan w czarnych kolorach ???? No, ale podobno rozumienie jest trudne , dlatego większość ludzi ocenia !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać, nie rozumie pani krytyki naukowej. Krytyka literacka nikogo nie dziwi, nie bulwersuje niezależnie od tego, czy ktoś jest osobowościowo miły, wspaniały, czarujący. Tylko w edukacji nie wolno krytykować, bo tego nauczono panią w szkole. I tak już zostało. Ja świat widzę na szczęście w różnych kolorach, ale krytyka naukowa nie jest od palety barw, tylko od treści. Na tym polega różnica między nami.

      Usuń