sobota, 19 marca 2016

Świetlica dla absolwentów szkół wyższych


Wiele osób kończących wyższe studia ze stopniem magistra czy magistra inżyniera staje przed dylematem, co ma dalej robić? Odsetek zdezorientowanych, niedojrzałych, sfrustrowanych, źle wykształconych na własną odpowiedzialność magistrów różnej maści chciałby jeszcze odroczyć decyzję w sprawie dalszego losu.

Do pracy iść im się nie chce, bo adekwatnej do wykształcenia nie ma w ofertach pracy. Wyjadą do Irlandii czy Szkocji ci, którym jest wszystko jedno, czy będą magazynierami w wielkich hurtowniach, sprzątaczami ulic lub nocnych barów, ochroniarzami, ogrodnikami czy opiekunami starszych lub schorowanych osób. Obowiązuje tu zasada, że w kraju takiej pracy by nigdy nie podjęli, ale w Anglii... za funty? Czemu nie? Niech się wstydzi ten, kto widzi. Ojczyzna ich nie potrzebuje.

Sami nie są zdolni do stworzenia sobie miejsca pracy, założenia jakiejś firmy, bo prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu jest poniżej 50%. Wystarczy poczytać psychologię, by wiedzieć, że przy takim poziomie przewidywania sukcesu nikt firmy nie założy, chyba że jest frajerem, ma za dużo kasy od bogatych rodziców, albo z "szarej strefy". Tylko wówczas może pozwolić sobie na rozrzutność. Tak niski poziom szans na osiągnięcie celu nie jest dla początkujących, bez grosza przy duszy i bez własnego pomysłu czy chociażby spadającego jabłka na głowę.

Rządy kolejnych formacji politycznych - lewicowe, liberalne i prawicowe zapewniły im świetlicę, i to też nie wszystkim, tylko niektórym, a stały się nią instytuty lub wydziały uniwersyteckie, na politechnikach czy w akademiach (także nielicznych wyższych szkołach niepublicznych), które mają prawo do prowadzenia studiów doktoranckich. Budżetowe środki wsparcia dla tego poziomu studiów są niskie, toteż młodym absolwentom, często bardzo utalentowanym, zdolnym i pełnym energii do pracy twórczej daje się akademickopodobną pracę, za niskie stypendium oczekując od nich, że wciągu czterech lat przygotują i obronią rozprawę doktorską.

Jeśli zatem traktuje się studia doktoranckie jako jeszcze jeden poziom studiów akademickich, z obowiązkowymi zajęciami, z których muszą rozliczyć się ich zaliczeniem, zdaniem egzaminów, gdzie mają obowiązkową praktykę dydaktyczną (a więc zakłada się, że będą w przyszłości kształcić studentów), a na końcu czteroletniego okresu mają przedłożyć dysertację doktorską i ją obronić, to jest to nie do końca sprzyjająca temu zadaniu praktyka.

Czytałem wiele rozpraw doktorskich, sam wypromowałem czternastu doktorów nauk humanistycznych/społecznych z pedagogiki, ale tylko trzech uczęszczało na studia doktoranckie. Pozostali pracowali w uniwersytecie na ośmioletnim etacie asystenckim, albo byli bezrobotnymi lub pracownikami oświaty, dzięki czemu mieli dużo czasu na własną pracę naukowo-badawczą. Jeśli chcemy, by miała ona jak najwyższy poziom, to nie można ujmować je w tak sztywne i krótkie ramy czasowe (w naukach humanistycznych i społecznych) tylko dlatego, gdyż żaden historyk wychowania, pedagog ogólny, specjalny czy społeczny nie posiada tak jak lekarz medycyny czy weterynarz całego sztabu pomocniczego - techników, laborantów, pracowników administracji, których rolą jest wykonywanie zadań instrumentalnych w ramach rozwiązywanego przez młodego naukowca problemu.

Humaniści i badacze społeczni muszą swoją pracę badawczą - we wszystkich jej zakresach np. od kwerendy literatury, studiów porównawczych, analiz literatury, konceptualizacji badań itd. - realizować sami, chyba że są członkami zespołów badawczych, w których podział treściowy zadań pozwala na wyodrębnienie merytorycznie autorskich części. Co im zatem pozostaje? Studia doktoranckie, które są z jednej strony korepetycjami z naukoznawstwa, metodologii badań, szansą na konsultacje z promotorem, ale zarazem redukcją ich własnego czasu na wykonanie tego, czego nikt inny za nich nie zrobi. Akademicy wymagają, zadają, oceniają, a uczelnie coś płacą, co nie jest jednak warunkiem do prowadzenia samodzielnego życia osoby dorosłej, a doktorat mają pisać "po drodze", przy okazji, w międzyczasie.

Raport NIK z ubiegłego roku, który ponownie odgrzewają media, nie ma w tym sensie żadnej wartości poznawczej, skoro stwierdza się w nim, że studia doktoranckie nie są w pełni skutecznym sposobem kształcenia kadry naukowej a w ostatnich latach odsetek doktorantów, którzy uzyskali stopień naukowy doktora wynosi ok. 41 proc. Jeśli traktujemy doktorat jako kolejną pracę dyplomową, nieco lepszą (większą objętościowo?) pracę magisterską, to rzeczywiście skuteczność studiów jest niska.

Zapomina się jednak o tym, że od naukowców-promotorów oczekuje się jak najwyższego poziomu dysertacji doktorskich ich podopiecznych, a więc nie można formułować pokontrolnego wniosku na zasadzie rozczarowania czy może nawet rozrzutności władz jednostek akademickich, które prowadzą takie studia, bowiem to by oznaczało, że musielibyśmy albo pisać z doktorantami (lub za nich) ich prace doktorskie, albo radykalnie obniżyć poziom rozpraw. Cieszmy się zatem, że chociaż 41% kończy studia doktoranckie w terminie i z obronioną rozprawą doktorską.

4 komentarze:

  1. Większość z tych, którzy potrzebują świetlicy po skończeniu "studiów" jest po prostu wychowankami 16 lat spędzonych w świetlicy publicznej edukacji, która nigdy nie wymagała (a często wręcz tępiła) jakąkolwiek samodzielność i odpowiedzialność za własny los. Po 16 latach wykonywania prostych poleceń nie umie się robić niczego innego, niż wykonywać najprostsze polecenia ("pokoloruj drwala").
    Bierność poznawcza i przerost samooceny to właśnie to, co w miarę skutecznie wytworzyła w nich "nowoczesna" dydaktyka szkolna i pseudouczelniana.
    Nie dziwmy się więc, że chcą wrócić do bezpiecznej i bezstresowej świetlicy.

    A że zmywanie garnków za 1000 euro miesięcznie (czy jeszcze lepiej 1000 funtów) jednak jest lepsze od zmywania garnków za 1000zł miesięcznie, to inna sprawa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Profesorze,

    w samo sedno! Dziś znowu myślałam, co dalej, gdy skoczę studia III stopnia. Wiele przyczyn niestety niezależnych od doktoranta staje mu na drodze, np. zmiany opiekunów, program i jego realizacja przez prowadzących "z rozmaitymi obciążeniami paradygmatycznymi" oraz innymi... Cóż, wciąż jednak wierzę w ideę uniwersytetu, która mnie na studia przywiodła, chcę w nią wierzyć, gdziekolwiek znajdę swoje miejsce. Być może naiwnie, lecz jakie życie miałoby sens, gdyby nie idea...

    Z poważaniem,

    AR

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak sie poczyta zyciorysy bylych i obecnych wybitnych profesorow (zarowno z humanistyki jak i politechniki) to u wiekszosci doktorat byl po 7-10 latach od wejscia w sciezke asystencka.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale przecież sama procedura rekrutacji na studia doktoranckie daje szeroką możliwość zwłaszcza młodym ludziom, często zaraz po studiach...badania naukowe też tylko dla młodych doktorantów do 35 rż...a starsi? ci z naprawdę dużym doświadczeniem i bagażem wiedzy nie tylko teoretycznej a przede wszystkim praktycznej...

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.