środa, 30 marca 2016

Kryzys szkoły czy potoczność pedagogii Jespera Juula?

Bądź przewodnikiem wilczego stada. O pełnym miłości przywództwie w rodzinie - to tytuł najnowszej książki duńskiego autora Jespera Juula, która właśnie ukazała się w Niemczech. Zapewne i ten "quasi - poradnik" dla rodziców zostanie wkrótce przetłumaczony na język polski, skoro na naszym rynku mamy już dziewięć książek tego autora, a mianowicie: Agresja - nowe tabu?; Być mężem i ojcem; Kryzys szkoły; Nastolatki. Kiedy kończy się wychowanie?; NIE z miłości. Mądrzy rodzice - silne dzieci; Przestrzeń dla rodziny; Twoja kompetentna rodzina. Nowe drogi wychowania; Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej? i Uśmiechnij się! Siadamy do stołu.

Nie jesteśmy liderem w krajach UE, jeśli chodzi o zdumiewającą fascynację wydawców tymi publikacjami, bo przewodzą tu Niemcy, ale niewątpliwie znajdujemy się w czołówce. Ciekawe, że książki dość banalne, powierzchowne, pisane z pozycji refleksyjnego rodzica, przyuczonego terapeuty stają się rzekomo bestsellerami. Jak świat światem zawsze byli pisarze-publicyści, którzy mają potrzebę dzielenia się swoimi ideami czy doświadczeniami ze społeczeństwem, a to, czy ono je przyjmie już nie ma dla nich takiego znaczenia. W tym jednak przypadku ma, skoro powstał w 16 krajach ruch afirmatorów pedagogii Jespera Juula pod nazwą Family-Lab. Są wśród wielbicieli jego poglądów Polacy, którzy powołali w tym celu Fundację Familylab Polska

Ciekaw jestem, czego uczą lub na co uwrażliwiają swoich "klientów", skoro poglądy Juula nie mają żadnego ukonstytuowania ani we współczesnej psychologii, ani tym bardziej w psychoterapii. Być może jego popularność sprzyja temu, by realizować własne, a wyuczone w toku studiów podejścia terapeutyczne, które nie mają przecież właściwego źródła, natomiast zawsze dobrze brzmią. Polacy bowiem od wieków, choć swój język i kulturę mają, uwielbiają powoływać się na obce "autorytety", a być może wyposzczeni w okresie socjalizmu wierzą, że wszystko, co zachodnie, jest od krajowego lepsze. Dlaczego nie sięgają po publikacje i praktyki polskich psychoterapeutów, którzy naprawdę mają co do powiedzenia i zaoferowania Polakom?

Jak zajrzymy do księgarń, to niemalże wszystkie (szczególnie na dworcach kolejowych i w hipermarketach) mają dział "Poradniki", "Dla rodziców", "Opieka nad dzieckiem", "Literatura popularnonaukowa", w którym znajdziemy także przekłady Jespera Juula. Ten autor czyta głównie samego siebie i siebie powiela na różne sposoby, pełniąc rolę super-eksperta od wychowywania dzieci. Stał się więc męską super-nianią. Powód tego sukcesu jest oczywisty - pisze łatwo, lekko i przyjemnie, okraszając swoje spostrzeżenia, opinie, poglądy fragmentami dialogów z czasów, kiedy prowadził terapię rodzinną. Zna się zatem na wszystkim, co wiąże się z wychowaniem, a przynajmniej tak mu się wydaje.

Nic dziwnego, że i polska wersja skupionych wokół jego nazwiska młodych absolwentów studiów różnej maści - od pedagogiki, poprzez kulturoznawstwo aż po psychologię wykreowała okazję do prowadzenia różnego rodzaju kursów, szkoleń, terapii, które dotyczą rodziny, komunikacji, problemów egzystencjalnych itp. Terapeutą nie jestem, ale nauczycielem i owszem, toteż odniosę się do książeczki Duńczyka poświęconej tej instytucji. O tym, jak być przewodnikiem wilczego stada w rodzinie - zdaniem Jespera Juula - napiszę wkrótce.

Opublikowana ostatnio w naszym kraju książeczka pt. "Kryzys szkoły", w niemieckim wydaniu miała tytuł: "Szkoła w zawale. Co moglibyśmy uczynić, żeby dzieciom, rodzicom i nauczycielom było lepiej", nie wstrząsnęła ani opinią publiczną, ani nauczycielami, a tym bardziej uczniami czy ich rodzicami. Nie ulega jednak wątpliwości, że tego typu literaturę lubią czytać studenci studiów licencjackich, bo nie męczy ich umysłów, nie operuje terminologią naukową, nie odwołuje się do żadnych prawidłowości, zasad, struktur czy procesów, które naukowcy już opisali, wyjaśniali a nawet weryfikowali empirycznie.

Gabinetowa perspektywa oglądu szkoły jest w książeczce Juula przerysowana, a na dodatek jeszcze zbanalizowana. Jak każda wiedza potoczna, która jest wyprowadzana z własnej praktyki zawodowej, doświadczeń rodzicielskich czy profesjonalnych, ale unikająca wglądu w rzeczywiste uwarunkowania edukacji szkolnej, tak i autorstwa tego pedagoga staje się wyabstrahowaną chmurą idei, marzeń czy pomysłów. W tym przypadku mamy do czynienia z tworem luźnych, publicystycznych i częściowo także osobistych refleksji. Szerzej pisałem o tym w książce pt. "Innowacyjność w zarządzaniu edukacją" wydanej przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli Twórczych pod red. Leszka Pawelskiego w Szczecinku.

Duński terapeuta mówi o kryzysie szkoły tak, jakby to ona sama w sobie była źródłem wszystkich dziecięcych nieszczęść. Sam jednak sobie zaprzecza, kiedy najpierw pisze: „Większość tak zwanych problemów z nauką u dzieci nie ma nic wspólnego ze szkołą” (s. 26), aby kilka stron dalej stwierdzić (a jest to wyróżnione nawet w ramce): „Nie powinniśmy już dłużej przechodzić do porządku dziennego nad tym, że współczesna szkoła niszczy integralność tak wielu osób”. (Tamże, s.35) To nawet nie jest eseistyka, tylko potoczność do granicy wytrzymałości na banał.

Autor kreuje swoją narracją sądy typu: „Pewna matka powiedziała mi kiedyś…”, „Myślę, że większość dorosłych przeżywa…”, „Wydaje mi się, że…” , „Dzisiaj najczęściej jest tak, że…”, „Wielu nauczycieli twierdzi, że…” itp. Zastanawiam się, czy rzeczywiście jest tak źle w duńskiej edukacji akademickiej, skoro po wielokroć duński autor zarzuca nauczycielom, że nie zostali czegoś nauczeni, do czegoś przygotowani, nie posiadają określonych umiejętności itd.

Juul dzieli się z nami banalnymi pytaniami typu: Czy szkoła ma tylko uczyć czy także wychowywać? Kto odpowiada za dzieci – rodzice czy szkoła? Czym jest dzisiaj psychologia szkolna, skoro w Niemczech ponad połowa uczniów ma poważne problemy adaptacyjne? Padają jednak demagogiczne argumenty w stylu: Jeśli spojrzymy na statystyki, to okaże się, że osiemdziesiąt procent najbardziej kreatywnych ludzi , którzy odegrali ważną rolę w życiu społecznym, naukowym czy politycznym, miało wielkie problemy w szkole. Byli dyslektykami albo wręcz nie dokończyli edukacji szkolnej.(Tamże, 23-24).

Nie przywołuje w tym przypadku żadnych danych źródłowych, nie powołuje się na jakiekolwiek badania naukowe Kim są ci najbardziej kreatywni i ilu ich de facto jest w Danii czy w Polsce w wymienionych grupach społecznych, a zarazem spełniających antyszkolne kryterium? Nie ulega wątpliwości, że autor coś czytał, skoro przywołuje jakieś badania każąc nam wierzyć, że miały one miejsce i warto się na nie powoływać. Tyle tylko, że nie podaje nawet żadnego nazwiska, źródła czy chociażby roku i miejsca ich realizacji. Ma nam wystarczyć przekaz typu: „Badacze zajmujący się szkoła doszli do wniosku, że…”. Są w tej książeczce wywiady Juula z jego znajomymi np. szwajcarskim psychologiem szkolnym, założycielem szkoły prywatnej w Hamburgu czy odpowiedzi na pytania jakichś rodziców, którzy prawdopodobnie byli z nim na jakimś spotkaniu autorskim czy prelekcji.

Poglądy Juula w tym sensie rozczarowują, że są pełne potocznych banałów typu: „bądźcie po stronie dziecka”, „mówcie mu, że je kochacie” itp. To jest dobre do kalendarza z wyrywanymi kartkami albo do memów. Dla mnie, jako afirmatora i badacza edukacji alternatywnej w świecie, już poprzedzające treść książki motto zapowiadało coś fascynującego. Juul pisze bowiem: „Nauczyciele, uczniowie i rodzice powinni razem wyjść na ulice i zaprotestować przeciwko obecnemu systemowi szkolnemu. Jeśli kiedyś do tego dojdzie, wstanę i pójdę razem z nimi”.

Pojawia się pytanie, do kogo Duńczyk kieruje powyższy imperatyw? Chyba nie do społeczności zamieszkującej w jego kraju, który określany jest mianem „edukacyjnej wyspy powszechnej szczęśliwości”? Czytając powyższą publikację możemy powrócić do emancypacyjnych westchnień, by w państwie przywrócono (…) poczucie jednakowej godności wszystkim uczestnikom systemu szkolnego.(s. 12) Tylko czy teza o utracie godności jest prawdziwa? Czy może jest to rzucony na wiatr pogląd, który nie znajduje powszechnego potwierdzenia w realiach naszego życia?

Podchodząc do tego filozoficznie, z perspektywy chociażby personalistycznej, nikt nie jest w stanie pozbawić człowieka jego własnej godności, o ile jest on w stanie świadomie o nią samemu się zatroszczyć zgodnie z wolną wolą (mamy w Polsce przykłady zachowania godności przez ludzi uwięzionych, katowanych, maltretowanych przez oprawców w okresie hitleryzmu czy stalinizmu itd.)

Juul ma jednak na uwadze kryzys szkoły spowodowany nie tylko rozkręconą przez polityków rywalizacją uczniów o jak najwyższe osiągnięcia szkolne, ale także wpływami komercyjnych firm globalnych, które uczyniły sobie z rzekomo naukowych badań międzynarodowych niezły biznes. Duńczyk ma tu na uwadze diagnozy PISA i pyta czy rzeczywiście chcemy tresować własne dzieci jak szczury do posłusznego wykonywania rozkazów? „Dzisiejsza szkoła do złudzenia przypomina fabrykę z pionierskich czasów industrializacji. (…) Pytanie tylko, czy nasze społeczeństwo rzeczywiście potrzebuje dzieci, które funkcjonują jak posłuszni robotnicy i robią wszystko, co szef każe?” (Tamże, s. 16)

3 komentarze:

  1. Nie sposób nie zgodzić się z Autorem. Warto jednak przy tym wspomnieć, że w pisarstwie okołopedagogicznym istnieje jeszcze jeden typ publikacji, dużo bardziej moim zdaniem szkodliwy (Pan Profesor pisał zresztą o tym jakiś czas temu). O ile bowiem autorzy większości poradników dość luźno podchodzą do kwestii badań naukowych, to inna grupa autorów (takich jak np. M. Spitzer) za punkt honoru stawia sobie poparcie każdego swojego poglądu wiedzą umocowaną empirycznie. Książki typu "Cyfrowej demencji" zyskują tym samym status "naukowych", bo opartych na wynikach "obiektywnych" badań, które w rzeczywistości są zbiorem luźnych, niepowiązanych ze sobą danych, dobieranych przez autora według własnego widzimisię. Autorom wszelakiej maści poradników pop-edukacyjnych zarzucić można wiele, ale przynajmniej nie wysilają się oni aż tak bardzo, by nadać swoim książkom pozory naukowości.

    doktorant DSW

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie profesorze, trafiłam na Pana post ze znacznym opóźnieniem, ale ponieważ odwołuje się Pan do założonej przeze mnie organizacji, pozwolę sobie skomentować Pana wpis.
    (ze względów technicznych skomentuję go w dwóch częściach)

    To, co bezpośrednio skłoniło mnie do napisania tego komentarza, to pytania, które zadaje Pan w poście:

    Ciekaw jestem, czego uczą lub na co uwrażliwiają swoich "klientów", skoro poglądy Juula nie mają żadnego ukonstytuowania ani we współczesnej psychologii, ani tym bardziej w psychoterapii. Być może jego popularność sprzyja temu, by realizować własne, a wyuczone w toku studiów podejścia terapeutyczne, które nie mają przecież właściwego źródła, natomiast zawsze dobrze brzmią. Polacy bowiem od wieków, choć swój język i kulturę mają, uwielbiają powoływać się na obce "autorytety", a być może wyposzczeni w okresie socjalizmu wierzą, że wszystko, co zachodnie, jest od krajowego lepsze. Dlaczego nie sięgają po publikacje i praktyki polskich psychoterapeutów, którzy naprawdę mają co do powiedzenia i zaoferowania Polakom?

    Spróbuję odpowiedzieć na nie po kolei: czego uczymy naszych klientów? Niczego, po prostu nie zajmujemy się uczeniem. Na co uwrażliwiamy (dziękuję za to określenie, jest bardzo trafne)? Uwrażliwiamy ich na samych siebie. Naszym zadaniem jest inspirowanie - nie przekonywanie, nie ocenianie, po prostu pokazywanie naszej perspektywy (zakotwiczonej w doświadczeniu Jespera Juula i naszym, osobistym, ale także w wiedzy) i zachęcanie klientów do poznawania samych siebie, do poszukiwania własnych sposobów wyrażania swojej miłości/zaangażowania/troski. Myśli Pan, że to może być szkodliwe? 
    Co do ukonstytuowania poglądów Juula we współczesnej psychologii - zaskoczyło mnie, że Pan go nie dostrzega. Psychologia Gestalt, egzystencjalna, fenomenologiczna - to podstawy myśli Jespera Juula. 
    Zastanawia mnie też, na jakiej podstawie ocenił Pan, że podejścia terapeutyczne, które studiowałam podczas mojej edukacji akademickiej „nie mają właściwego źródła, a dobrze brzmią”?? I skąd czerpie Pan wiedzę o tym, że przy wyborze lektur kierujemy się narodowością? A jeśli by tak było, w czym studiowanie tekstów polskich psychoterapeutów miałoby być lepsze od studiowania Rogersa, Perlsa, Satir, Yaloma, Frankla? Jakie nazwiska proponowałby Pan w zamian? Jeśli Korczaka, chętnie zgodzę się na dołożenie go do kanonu (nawet jeśli nie był psychoterapeutą). I jak poradzić sobie w sytuacji, że najlepsze polskie ośrodki psychoterapeutyczne też od czasu do czasu wrzucają na Fb cytat z Juula??

    c.d.n.

    OdpowiedzUsuń
  3. c.d.

    Dodam dla równowagi, że podoba mi się Pana (domyślny) postulat, aby to, o czym pisze Juul badać i poddawać naukowej obróbce. My nie zamierzamy tego robić - nie do tego powołaliśmy Fundację, karkołomne wydaje mi się też stworzenie dobrych wskaźników do konstruktu „autentyczność”, ale z przyjemnością zobaczyłabym wyniki badań prowadzonych w klasie, w której wychowawca przejmuje osobistą (w miejsce społecznej) odpowiedzialność za swoje zachowania - to łatwiej zbadać, można wychwycić istotę zjawiska. My śledzimy zmianę na jednostkowych przykładach, za jej wyznaczniki przyjmując subiektywne relacje nauczycieli i uczniów, czasem rodziców. Jak Pan się orientuje, wszystkie nasze postulaty opieramy na autentycznym kontakcie między ludźmi. I tu pojawia się szereg wyzwań natury metodologicznej: liczba zmiennych pozwalających dogłębnie zbadać istotę relacji między ludźmi jest nieznana - próba stworzenia odpowiednich wskaźników za każdym razem stanowi uproszczenie istoty kontaktu. Zrealizowane z rozmachem przedsięwzięcie Bandlera i Grindera polegające na skodyfikowaniu zachowań tak efektywnych terapeutów jak Virginia Satir, Milton Erickson czy Fritz Perls i uczynieniu z nich skutecznych metod pracy terapeutycznej nie powiodło się. To fenomen jednostek pozwolił im osiągać takie a nie a nie inne rezultaty, ich naśladowcy posługujący się technikami wypracowanymi na podstawie obserwacji najlepszych bywają - owszem - skuteczni w pewnych wąskich obszarach, ale nikt z nich nie wyrósł na drugą Virginię Satir.
    Nie znaczy to, że uważam, że należy porzucić myśl o prowadzeniu badań w tym zakresie, postuluję jedynie zasadę mocno ograniczonego zaufania do ich wyników. Jak wiemy, metodologia badań naukowych zmienia się wraz z rozwojem samej nauki i to, co kiedyś uznane było za naukowe, po piętnastu latach bywa dyskwalifikowane jako nienaukowe z aktualnego punktu widzenia - wciąż identyfikujemy nowe zmienne, których nie uwzględniono 15, 10 czy 5 lat temu.
    Pana propozycja opierania wszystkich postulatów pedagogicznych na wynikach badań naukowych jest dla mnie zrozumiała, jednak sprzeciwianie się temu, że ktoś może dzielić się swoim doświadczeniem i swoimi przemyśleniami, już nie. Przygnębiający jest dla mnie taki poziom braku zaufania, który nie pozwala ludziom kierować się własnym zdrowym rozsądkiem. Gdyby działania każdego z nas (mówię o tych strategicznych, np. sposobie pracy nauczyciela, nie o spontanicznych reakcjach) oparte były tylko na wynikach dostępnych badań, nie zachodziłby żaden rozwój - zgodzi się Pan chyba ze mną? Jeśli chcemy zmienić coś na lepsze, musimy podejmować ryzyko wdrażania nowych rozwiązań. A skoro nowych, to jeszcze nie zbadanych. Z drugiej strony dziś jest już tylu nauczycieli pracujących zgodnie z postulatami Juula (niekoniecznie znających choćby jego nazwisko), że nawet w Polsce można już zrobić badania skuteczności tego podejścia. Familylab nie jest instytutem badawczym, ale może Pan zechciałby się przyjrzeć temu krytycznie? 
    Podsumowując, chciałabym podkreślić, że nie aspirujemy do bycia naukowcami, tak samo jak Jesper Juul podkreśla, że nie uważa się za eksperta w dziedzinie edukacji czy wychowania. Myślę jednak, że fakt, iż jego książki trafiają do tak wielu osób, może być zastanawiający - być może warto zadać sobie pytanie, co w ich lekturze znajdują tysiące ludzi (w tym pedagogów) zamiast piętnować ich lekkomyślność?


    Temat absolutnie uważam za niewyczerpany, więc jeśli byłby Pan zainteresowany kontynuowaniem, proponuję raczej rozmowę niż wymianę komentarzy na blogu.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Tamara Kasprzyk, wiceprezes Fundacji Familylab Polska

    Ps. Będąc osobą, która niestety nie czyta w jęz. niemieckim, z niecierpliwością czekam na Pana recenzję książki „Być przewodnikiem wilczego stada”.

    OdpowiedzUsuń