środa, 16 marca 2016

Jak zbić kapitał społeczny na małych szkołach w środowiskach wiejskich?



Nie brońmy sześciolatków przed szkołą pozwalając im dojrzewać w przedszkolach, tylko zacznijmy zmieniać szkolnictwo w Polsce tak, by każde dziecko, bez względu na wiek, mogło w nim realizować swój potencjał rozwojowy, optymalizować najmocniejsze strony własnej osobowości, a zarazem radzić sobie z tymi słabymi, by nie wykluczały go w przyszłości z życia społecznego, profesjonalnego i zawodowego.

Po przeczytaniu artykułu Piotra Skury w „Głosie Nauczycielskim” pt. „Reforma w rynsztoku” uzyskałem jedynie potwierdzenie tego, o czym wiemy od kilku lat, ale tak upartyjnione władze samorządowe, jak i rządzący z PO i PSL czynili wszystko, by fakty okradania przez niektórych biznesmenów budżetu polskiej oświaty nie były upubliczniane.

Nie tylko edukacja domowa stała się dla wąskiego grona przedsiębiorczych menedżerów okazją do drenowania publicznych środków pod pozorem troski o zapewnienie rodzicom prawa do nieposyłania dzieci do szkoły, a tymczasem realizując ich potrzeby, wyciągali z budżetów gmin przez ostatnie lata miliony złotych z tytułu dotacji oświatowej na każdego ucznia.

To jednak b. ministra edukacji Katarzyna Hall z PO zapewniła prawne podstawy praktyki prywatyzacyjnej w szkolnictwie publicznym, w wyniku których powstawały jak grzyby po deszczu różnego rodzaju fundacje, stowarzyszenia i zgłaszały się po kasę państwową via budżet samorządowy, by wprawdzie „ratować” od upadku, zamknięcia „małe szkoły” w środowiskach wiejskich, ale przy okazji powiększać kapitał prywatny zaradnych biznesmenów.

Takim okazał się wójt gminy Iwanowice, który oddał niemalże wszystkie szkoły publiczne zespołom prowadzonym przez dyrektorów (jako osoby fizyczne prowadzącego działalność gospodarczą). Świetnie urządzili się ci "nauczyciele" wypłacając sobie za tę działalność przywódczą miesięcznie pensje w wysokości między 16 a 31 tys. zł.

To nie jest tylko kwestia braku nadzoru państwowego i samorządowego nad prowadzeniem szkół de facto publicznych, ale bezczelne uwłaszczanie się nielicznych, by kosztem jakości kształcenia egoistycznie zaspokajać własne potrzeby kosztem dzieci i młodzieży z środowisk o szczególnych potrzebach edukacyjnych. Wyrównywanie szans odbywało się pod szyldem prowadzonej szkoły.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby dyrektorzy szkół i nauczyciele zarabiali 16 czy 31 tys. zł., ale pod jednym warunkiem, że prowadzone przez nich szkoły będą światowym standardem w ruchu szkół eksperymentalnych, wymagających nie tylko absolutnie nowych technologii, modeli i sposobów pracy z uczniami, ale także generatorami innowacyjności w kształceniu i wychowywaniu młodych pokoleń. Warto zapłacić za coś oryginalnego, ponowoczesnego, ale nie za „szambo” – o jakim pisze lokalna prasa.

Niedawno ukazała się książka Krystyny Marzec-Holki (profesor Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielskiego w Bydgoszczy i Wydziału Nauk Pedagogicznych Akademii pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie) pt. „Kapitał społeczny a wspólnoty wiejskie w obronie „małych szkół”. Przykład województwa kujawsko-pomorskiego” (Bydgoszcz 2015, ss. 335), w której Autorka pokazuje zupełnie inny rodzaj kapitału od powyższego.

Skupia się na problemie likwidacji publicznych szkół wiejskich z małą liczbą uczniów, które były prowadzone przez samorządy niewydolne ekonomicznie, ale w wyniku zaangażowania sił społecznych – rodziców i mieszkańców lokalnych społeczności – zostały uratowane. Tu mamy do czynienia z rekonstrukcją i empiryczną diagnozą form obrony jakości edukacji w środowiskach wiejskich, by zachowań ostatnie już instytucje lokalnej kultury.

Uczona przeprowadziła badania jakościowe, analizując debaty medialne i lokalnych samorządów w wybranych gminach województwa kujawsko-pomorskiego w latach 2011-2012, by wykazać, że nawet w tak trudnych warunkach możliwe było solidarne upomnienie się małych wspólnot o to, by nie likwidowano szkoły dla ich dzieci. Przedmiotem badania były zatem zasoby społeczne tych środowisk, które niejako kapitalizowały się w momencie pojawienia się jawnego zagrożenia likwidacji szkoły.

W tym projekcie peryferyjność zostaje odkryta jako niepowtarzalna wartość, której nie wolno niszczyć w imię wąsko pojmowanych oszczędności natury ekonomicznej. Finlandia, której piętnastolatkowie uzyskują najwyższe noty w międzynarodowych badaniach osiągnięć szkolnych budowała swoją edukacyjną potęgę właśnie na dowartościowaniu i utrzymaniu peryferyjnych szkół, by te były jak najbliżej dzieci i wzmacniały ich rozwój na miejscu, bez straty czasu wolnego, jakże koniecznego do regeneracji sił i zdrowia psychicznego.

To właśnie wyrwanie młodych pokoleń z ich lokalnej przestrzeni społeczno-kulturowej kosztuje państwo znacznie więcej, gdyż musi pokrywać koszty radzenia sobie z nawarstwiającymi się patologiami, które są następstwem zdegradowania tradycyjnej kultury moralnej. Im dalej ma uczący się od miejsca zamieszkania, tym większa jest nie tylko anonimowość jego postaw i zachowań, ale także maleje w relacjach międzyludzkich poziom wzajemnego zaufania, osłabiane są więzi lokalnej solidarności i wzajemności oraz powiększa się zakres pogardy dla prawdy i prawdomówności.

Erozja kapitału społecznego w Polsce jest wynikiem m.in. niszczenia lokalnych wspólnot przez wydziedziczanie kulturowe i zamykanie przedszkoli oraz szkól publicznych. Znowu łatwiej jest na wsi kupić wódkę niż książkę, upić się w remizie niż kulturalnie bawić w szkole. Duńczycy, Niemcy mieli taki sam problem, kiedy pojawiał się niż demograficzny, ale nie likwidowali szkół, tylko instalowali w nich do zajęć popołudniowych, dla osób dorosłych i starszych ludowe uniwersytety.

Skutkiem zamykania małych szkół wiejskich jest m.in. konieczność dowożenia ich do innej placówki (tym samym są one wyłączone z zajęć pozaszkolnych i pozalekcyjnych), alienacja kulturowa, oderwanie dzieci od lokalnej tradycji, kultury, wartości, wzmacniane sytuacyjnie poczucie niższości i nasilanie się stresu negatywnego u dzieci dowożonych do szkoły, ograniczony kontakt rodziców z nauczycielami szkolnymi dziecka, zagrożenie bezpieczeństwa i zdrowia w wyniku oczekiwania na przyjazd szkolnego autobusu, a często konieczności dojścia do miejsca zbiórki itp.

Krystyna Marzec-Holka prezentuje w swojej rozprawie mikro monografie małych szkół, które zostały uratowane. Nie wiemy, czy ich dyrektorzy też zarabiają 31 tys. zł miesięcznie, ale z prowadzonych w szkołach obserwacji, wywiadów z nauczycielami, uczniami i ich rodzicami wynika, ze wszyscy są zadowoleni. Co ważne, nie tylko uratowano, ale i wzmocniono kapitał normatywny rodzinny, sąsiedzki, poziom zaufania i obywatelskiego zaangażowania.

Dzięki tym badaniom wiadomo, że zasoby małej szkoły są wielokroć wyższe, niż rzekome zyski ekonomiczne w wyniku ich likwidacji. Służą one całej społeczności wsi eliminując syndrom tzw. „pustej szkoły”, a więc placówki, która koncentrując wysiłki na zadaniach dydaktycznych, pozostałe ogranicza do minimum, jest wyrwana z lokalnego kontekstu i nie znajduje możliwości animowania środowiska poza ściśle wyznaczonym podstawowym środowiskiem (ograniczona czasem pobytu dzieci w szkole), przeznaczonym na realizację obowiązkowych zadań. (s. 298)

To dziwne, że PSL jako współrządząca przez tyle lat partia władzy dopuściło do kulturowej zdrady własnych środowisk. Czas to naprawić i radykalnie zmienić politykę oświatową państwa wobec środowisk, które są skarbnicą wartości narodowych i kryją zasoby wielu utalentowanych dzieci i młodzieży.

3 komentarze:

  1. Cała Hall - lobbystka edukacyjnych wydrwigroszy ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, przypadki wyłudzania, kradzieży, świadomego zawłaszczania czy prywatyzacji szkół w małych wspólnotach lokalnych, są karygodne, zgoda. Ale da Pan Profesor głowę, że 100% takich zmian, które się dokonały, było złych? Nie trzeba wiele szukać, aby znaleźć przypadki, że przejęcie przez stowarzyszenie czy fundację autentycznie pomogło szkole i ją rozwinęło (jeśli potrzeba, proszę bardzo mogę tu przytoczyć). I na pewno w takich szkołach nie ma pensji czy nagród, o jakich Pan pisze. Jest Pan za demokratyzacją oświaty, a czy organizowanie się stowarzyszeń w obronie szkoły i przejmowanie za nie odpowiedzialności, nie jest właśnie też przykładem demokratyzacji, zwiększania odpowiedzialności lokalnej wspólnoty za los szkoły? Można wyśmiewać każdy pomysł, ale przy okazji można też zniszczyć to, co powstało dobrego. I szkoda, że Pan z racji pełnionej funkcji, nie stara się prezentować bardziej wyważonego stanowiska. I nie mówię tu o prywatnych inicjatywach pani Hall, bo to zupełnie inny casus. Żeby nie było, nie prowadzę żadnej z takich szkół, ani nie planuję przejęcia :-) Ale wiem, że są w Polsce dobre szkoły prowadzone przez stowarzyszenia i fundacje, które przejęły po samorządzie publiczną placówkę. Jest ich bardzo dużo, tylko trzeba chcieć to zobaczyć!

    OdpowiedzUsuń
  3. To anonimowy przeczytał tylko fragment mojego wpisu a warto czytać całość. Właśnie po to pokazałem książkę prof. K. Marzec-Holki, by zajrzał Pan do niej i przekonał się o dobrych rozwiązaniach. Tych jest w kraju więcej. Chyba,że anonimowy lubi hejtować,to strzelił kulą w płot.

    OdpowiedzUsuń