poniedziałek, 1 lutego 2016

Lutowa polityka oświatowa

Kontynuuję cykl wspomnień, rekapitulacji, przywołań zdarzeń i decyzji politycznych, jakie miały miejsce tym razem w lutym 2015 roku. Być może u wielbicieli i beneficjentów tamtego okresu poruszy ich sumienia, jeśli w ogóle nimi się kierują, a obecną władzę ostrzeże przez szalbierstwem, nieodpowiedzialnością, ignorancją lub arogancją. To, co było dobre, niech wzmacnia poczucie sensu dokonań takich czy innych podmiotów edukacji.

* Luty 2015 r. otworzył problem rzekomego dyskryminowania w polskich przedszkolach i szkołach dzieci-wegetariańskich. Media uwielbiają generalizacje, toteż wytworzyły klimat zagrożenia dla nierespektowania przez organizatorów żywienia dzieci ich kulinarnych standardów i przyzwyczajeń.

Niektórzy dyrektorzy przedszkoli i szkół postanowili ułatwić sobie życie, toteż przyjęcie do placówki poprzedzali obowiązkowym wypełnieniem ankiety z deklaracją na temat wegetarianizmu po to, by nie przyjmować kłopotliwych w żywieniu "klientów". Znaleźli się też wśród nich ortodoksi, którzy żądali zaświadczenia lekarskiego dotyczącego wege-dzieci. Powinien reagować na takie działania organ prowadzący, ale zajęty był profitami po wyborach samorządowych. Rodzice pisali więc skargi do MEN, dzięki czemu ów urząd poczuł się dowartościowany.

* W związku z wypowiedzią pewnej zwycięstwa w jesiennych wyborach do Sejmu minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej, że jedną z pierwszych jej decyzji jako szefowej MEN powinna być ustawa zastępująca Kartę nauczyciela, do powołanego przez związki górnicze i rolnicze Międzyzwiązkowego Komitetu Protestacyjno-Strajkowego podłączył się - tymczasem ostrzegawczo i deklaratywnie - Związek Nauczycielstwa Polskiego, który zdecydowanie sprzeciwiał się zamiarom likwidacji nauczycielskiej ochrony, gdyż zdestabilizowałoby to status zawodowy nauczycieli w Polsce.

Minął rok. Ciekawe, co w MEN kombinują i jakie ma strategie przetrwania nie tylko ten "socjalistyczny" urząd, ale i socjalistyczny związek?

*Wchodzi w życie wymuszona wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego nowelizacja ustawy o systemie oświaty (która to już po 1991 r.?), w której skonkretyzowano zadania organów prowadzących szkoły i placówki oświatowe oraz rolę dyrektorów w kształceniu uczniów ze specjalnymi potrzebami. Zmiana miała pomóc dzieciom ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, by wyrównać ich szanse edukacyjne. Tymczasem wyrównała straty w budżetach samorządowych, które kasę na niepełnosprawne dzieci wydały na swoje cele.

Jedyną korzyścią społeczną było zastąpienie w treści ustawy stygmatyzującego dzieci określenia - upośledzeni umysłowo terminem niepełnosprawni intelektualnie w stopniu x,y,z. Jak widać tego typu regulacje zupełnie nie trafiają do europosła Korwina Mikke, który stosuje w swoich aroganckich wypowiedziach termin "debile".

* Ministra edukacji powierza w MEN swojej koleżance - dziennikarce poseł U. Augustyn, która na edukacji zna się tak, jak Korwin Mikke, ale doskonale potrafi "gospodarować" środkami z budżetu państwa - zadanie, by przekierowała je dla prywatnych podmiotów mających rzekomo służyć poprawie bezpieczeństwa w szkołach. Firmy, które zaoferowały program oceny szkół i placówek systemu oświaty realizujących politykę ochrony dzieci przed agresją i przemocą mogły otrzymać z budżetu państwa nawet 900 tys. zł w 2015 r. i 900 tys. w 2016 r. Jak brać, to brać.

* Trwa akcja obywatelska - na przekór antyobywatelskiej a rządzącej z PSL - Platformy - kierowania przez rodziców listów do posłów, którzy na posiedzeniu sejmu 4-6 marca zajmą się pierwszym czytaniem obywatelskiego projektu ustawy "Rodzice chcą mieć wybór". "Chcecie mieć wybór w sprawie posłania dziecka do szkoły w wieku 7 czy 6 lat? Piszcie!" Z koncertu życzeń nic nie wyszło, zapewne dlatego, że nie załączono posłom płyty zespołu "Skaldowie" z piosenką, której refren brzmiał: "Ludzie listy piszą..." ;

* MEN przeciwstawił rodzicielskiemu ruchowi akcję "Szkoła współpracy", w której nie chodziło o żadną współpracę, tylko o wydanie kasy na lipne szkolenia. Koleżanki wiceminister J. Berdzik z OSKKO odsłaniali prawdę o tym pozoranctwie centralistycznej władzy: "(...) w zachodniopomorskim nieudane szkolenia, niewiele z nich wynikało, wszystkie grupy - nauczyciele, rodzice i uczniowie określili jako stratę czasu.

* Trafia do Polski niewygodny dla władzy Raport OECD - „Education Policy Outlook 2015. Making Reforms Happen”. Wynika z niego, że żadna reforma edukacji nie została uczciwie podsumowana i rozliczona. Eksperci OECD nie mają wątpliwości – żeby skutecznie zarządzać oświatą, trzeba sumiennie recenzować wprowadzone nowości. I dopiero na tej podstawie projektować kolejne reformy. Nie odnotowałem konferencji prasowej premier rządu i wszystkich ministrów edukacji, jak w przypadku prezentacji - równie nierzetelnych interpretacyjnie - wyników badań PISA. Setki milionów złotych poprawiały jedynie prywatną sytuację ich reformatorów.

* Dyrektorzy szkół mieli dość kiczowatego jak elementarz - pełnego błędów - Systemu Informacji Oświatowej, który okazał się kolejnym przekrętem tej władzy. Komentowali to następująco: "My piszemy, wściekamy się, wskazujemy konkretne przypadki ewidentnego dyletantyzmu autorów tego BUBLA, a Pani Minister w najlepsze zarzuca nas groźbami: cyt.: Szanowni Państwo Dyrektorzy, w nawiązaniu do komunikatu z dnia 13 października 2014 r. uprzejmie przypominamy, że od 13 stycznia br. do 13 lutego br. będziemy prowadzili weryfikację stopnia zapełnienia bazy danych SIO w zakresie danych identyfikacyjnych i danych dziedzinowych uczniów. Podmioty, w które w tym okresie powinny uzupełnić dane identyfikacyjne i dane dziedzinowe uczniów to: itd., itp. ... A co tu jest do weryfikowania? BUBEL, który stworzyliście? Kończcie i wstydu oszczędźcie!

Nie skończyli. Rządzili jeszcze do października 2015 r. Teraz twierdzą, że było pięknie, mądrze i wspaniale. Nie mają wstydu?

* Ministra Joanna Kluzik-Rostkowska wystosowała list do dyrektorów szkół, by dyrektorzy publicznych liceów ogólnokształcących nie kierowali uczniów na warsztaty "Zrozumieć media", które organizowała Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu - znana jako szkoła ojca Tadeusza Rydzyka. Ministra przytoczyła w swoim piśmie wszystkie możliwe ustawy i rozporządzenia, których naruszenie przez dyrektorów powinno skutkować karą dyscyplinarną.

Ówczesne straty moralne i finansowe zostały już - jak sądzę - wyrównane, bo właśnie Sejm zamierza przeznaczyć 20 mln zł na wsparcie tej znakomitej uczelni. Rektorzy - a raczej biznesowi kanclerze - pozostałych wyższych szkół prywatnych w IV RP zastanawiają się, co muszą zrobić, by też dostać po 20 mln. zł. Moim zdaniem powinni najpierw zrozumieć media.

* Najlepiej zrozumieli media kelnerzy w restauracji "Sowa". Nauczyciele zaczęli upominać się o ich prawo do nagrywania lekcji, w czasie których uczniowie przejawiają naganne zachowania. Szkoda, że MEN nie opublikowało na swojej stronie "mapy szkół przygotowanych do takich nagrań". Rodzice wiedzieliby, do których nie posyłać nieposłusznych bachorów.

* Zdaniem posłów opozycji szkoły nadal nie były przygotowane do kształcenia w nich sześciolatków, a mimo to, koalicja PO-PSL pozytywnie oceniła informację resortu edukacji dotyczącą sześciolatków. W Sejmie IV RP stało się w ub. tygodniu dokładnie tak samo. Opozycja sejmowa PO i PSL stwierdziła, że szkoły są przygotowane na przyjęcie maluchów, a rządzący z PiS pozytywnie ocenili informację resortu edukacji dotyczącą sześciolatków w szkołach. Cóż za konsekwencja.

* Zaczęły upadać wydawnictwa edukacyjne. Niektóre postanowiły podpiąć się pod złą politykę MEN i ogłosiły, jak np. Wydawnictwo Akademickie "Żak" swoją upadłość. Ciekawe, bo akurat ta oficyna nie wydawała podręczników do klas I-III. Chyba, że umknął mojej uwadze jakiś wybitny hit-dydaktyczny albo któryś z naukowców Wydziału Pedagogicznego UW zaczął działać dla konkurencji opłacanej z budżetu MEN?

Inna z oficyn postanowiła "przyłożyć" MEN oskarżeniem władzy o rażące niedociągnięcia w proponowanym uczniom systemie przeprowadzania sprawdzianu szóstoklasistów na 3 miesiące przed zakończeniem przez nich etapu edukacyjnego. To Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe wystosowało petycję do Ministerstwa Edukacji, w której alarmuje, że przeprowadzanie sprawdzianu już 1 kwietnia 2015 roku, czyli trzy miesiące przed zakończeniem roku szkolnego, powoduje skrócenie nauki o 1/3 całego roku, a w konsekwencji „uniemożliwia nauczycielom rzetelne przygotowanie uczniów do pierwszego w ich życiu poważnego egzaminu państwowego”.

Obecna ministra edukacji już podjęła skuteczną walkę z tym systemem likwidując sprawdzian dla szóstoklasistów.

* Centrum Usług Wspólnych, które działa przy Kancelarii Premiera, odpowiadało za druk "darmowego" podręcznika. Budżetowymi pieniędzmi obraca się tu bez przetargu , a nikt nie wie, na co są one de facto wydatkowane. Ciekawe, czy nadal te buble dydaktyczne drukuje się w CUW i co na to CBA?

* W lutym Sejm zmienił zasady oceniania uczniów, tak więc urzędnicy MEN nieustannie potwierdzają racje swojego istnienia i wydatkowania na nich pieniędzy. Właściwie, co miesiąc mogliby nowelizować ustawę, bo jeszcze można wprowadzać zmiany w wyposażeniu w meble, w zakresie oświetlenia klas szkolnych, w wykorzystywanie jedynie właściwych środków dezynfekujących w toaletach, itd., itd. Od tego w końcu jest MEN.

* W ramach ukrytej kampanii przedwyborczej w Katowicach minister Joanna Kluzik-Rostkowska spotkała się w Katowicach z odpowiednio wyselekcjonowanymi nauczycielami i dyrektorami szkół, z samorządowcami i pracodawcami, by rozmawiać z nimi rzekomo z wielką troska o szkolnictwie zawodowym. W Polsce o edukacji się rozmawia, bo jak minister na niej się nie zna, to nie pozostaje mu nic innego do roboty, by mógł pobierać pensję.










7 komentarzy:

  1. Sporo tych informacji i fajne podsumowanie - chociaż pewnie wielu widzi sprawy trochę inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trudno milczeć na temat linku dotyczącego europosła JKM. Europosł JKM wpisuje się w ruch eugeniczny z początku XX wieku jawnie dyskryminującymi treściami wygłoszonymi w poznańskiej wyższej uczelni, o niepełnosprawnych intelektualnie i ich potrzebach kształcenia. Jest szkodliwy i szkody już uczynił mówiąc do audytorium akademickiego. Retoryka wypowiedzi z początku XX wieku wyraźnie sugeruje etap rozwoju podejścia do niepełnosprawnych intelektualnie, na którym pan europoseł JKM się zatrzymał. Treści są deprecjonujące i obraźliwe. Powinniśmy zwrócić uwagę, czy w następnym wystąpieniu w uczelni wyższej nie zaproponuje bardziej drastycznych rozwiązań w systemie kształcenia w Polsce. Już teraz ten pseudo-ekspert gloryfikuje dyskryminację i ekskluzję osób z NI. Mam nadzieję, że nie zostanie już zaproszony do żadnej wyższej uczelni.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze, chciałbym się odnieść do Jego słów dotyczących wypowiedzi JKM. Przyznam, że jestem zaskoczony i lekko zażenowany wyjątkowo płytką "analizą" wypowiedzi europosła (uogólnienia, ad personam, etykietowanie). Przyzwala tym samym Pan Profesor na podobne (obraźliwe) wypowiedzi ze strony Jego czytelników. Szkoda, że zamiast bawić się w ocenę samych terminów użytych przez JKM nie wyciąga sensu jego wypowiedzi. Nie jest moim zamiarem tłumaczyć JKMa za użycie słowa "debil" (nota bene, nie tak dawno uważanego jeszcze za pojęcie stricte naukowe i stosując zasadę życzliwości tak bym interpretował użycia tego terminu - znając również jego skłonność do pewnych gramatycznych odstąpień od obecnej doktryny językowej), ale chociaż dla pewnego porządku warto byłoby wspomnieć o tych osobach z niepełnosprawnością, którzy chętnie uczestniczą w nagrywaniu klipów, zajawek wybiorczych czy współtworzeniu utworzonej przez JKM fundacji dla osób z niepełnosprawnością. Uważam, że niepotrzebnie wspomniał w tym kontekście o JKM dokonując nieuzasadnionego i krzywdzącego uproszczenia (zdradzając jednocześnie niezbyt wnikliwą analizę "twórczości" JKMa).
    Drugą kwestią, która budzi mój niepokój jest entuzjazm Pana Profesora wobec znoszenia ustawą pewnych sformułowań językowych, mających rzekomo stygmatyzować dzieci. Zupełnie się z tym nie zgadzam (co do zasady oraz co do przedmiotu). Mam styczność z osobami z wykształceniem pedagogicznym, którym chyba większą przykrość (a raczej nerwicę) sprawa posługiwanie się w ich obecności terminem "osoba niepełnosprawna" niż samym zainteresowanym. Podejrzewam, że jest to skutek wtłaczania do głowy przez lata studiów pewnych emocjonalnych kontekstów/interpretacji zamiast prób docierania do prawdziwych intencji nadawców takich wypowiedzi (można oczywiście snuć wiele przypuszczań na ten temat). Na zdrowy rozum osoba, która nie ma ręki czy nogi jest NIE-W-PEŁNI-SPRAWNA, czyli krócej niepełnosprawna (podobnie gdy chodzi o 'typowe' zdolności intelektualne). Mówiąc to wcale nie muszę nikogo obrażać. Można podać mnóstwo przykładów sformułowań (ale również zachowań), które w ocenie jednych mogą być stygmatyzujące, a w ocenie innych nie (np. "kobieta ciężarna", co ja osobiście uważam za bardzo nieeleganckie i nawet niekiedy obraźliwe sformułowanie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie poradzę na poziom recepcji treści mojego wpisu. Można być zaniepokojonym, byle nie projektowaniem na mnie emocji czy poglądów, których nie posiadam. warto zacząć od siebie. Nie należy też wypowiadać się w sprawie kształcenia pedagogów specjalnych, jeśli nie ma się o tym zielonego pojęcia.

      Usuń
    2. Temat troszkę przebrzmiał, ale chciałbym dopowiedzieć dwa słowa. Z całym szacunkiem dla Pana Profesora pozwolę sobie nie zgodzić się, że "nic nie poradzi na poziom recepcji" treści swojego wpisu (w sposób oczywisty ocena wpisu zależy od jego treści. Pominę dowód jako trywialny - drobne zboczenie zawodowe). Oceniam go bardzo wysoko, jak zdecydowaną większość innych. Zwróciłem uwagę jedynie na jego fragment.
      Nie projektuję na Pana Profesora żadnych emocji, a jedynie oceniam jego wpis zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą, życzliwością etc. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie interesuje mnie Pan Profesor jako człowiek, ale jako autor bloga. Analizuję więc jego wpisy, a nie jego osobę (która jak twierdzę, nie jest przedmiotem mojego zainteresowania - zwyczajnie nie dostąpiłem zaszczytu poznania Pana Profesora, nigdy też o to nie zabiegałem).
      Wyraźnie zaznaczyłem, że snuję pewien domysł (choć oparty na obserwacji przez cały pięcioletni proces kształcenia w Akademii) dot. pedagogów i nie wypowiadam się w sprawie kształcenia ped. specj., ale na temat mentalnego uposażenia absolwenta (schemat: na wejściu młoda osoba -> czarna skrzynka (pięcioletni proces kształcenia) -> na wyjściu znerwicowany obrońca wydumanego kodeksu rycerskiego). Nie chcę też tego absolutyzować (może to tylko wyjątki od normy, nic nieznacząca aberracja). Takie oceny - moim zdaniem - wolno podejmować każdemu, nawet nie-profesorowi pedagogiki.
      I na koniec sprawa, która wyrządza jak sądzę więcej szkody niż pożytku, czyli kaganiec językowy. Odsyłam do strony na fb traktującej o niepełnosprawnościach w wielkim mieście (o stygmatyzacji, które kaganiec niestety służy): https://www.facebook.com/balian.sport/

      Troszkę żałuję, że nie wypowiedział się Pan Profesor merytorycznie odnośnie do komentarza, ale troszkę za zasadzie "co złego to nie ja" zmienił temat na zastępczy.

      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    3. Trochę Anonimowy jest przewrażliwiony. Z każdego tekstu można wyjąć jedno zdanie, by wyrazić swoje ubolewanie. Proszę przeczytać w główce bloga, że nie zajmuję się niepełnosprawnością kuturową i polityczną posłów. Blog nie jest ani książką naukową, ani czasopismem. Proszę wybaczyć, ale to jest mój blog.

      Usuń
  4. Pole wspólne ludzi polityki i Akademii wydaje się probierzem skali postępu i wsteczności. Boleję nad tym, że na uczelniach wyższych doktorami habilitowani zostają słowaccy docenci, makiaweliści rozprawiają o manipulacji. Jest mi wstyd, że politycy posługujących się knajackim językiem mają doktoraty i habilitacje.

    OdpowiedzUsuń