wtorek, 5 stycznia 2016

Polskie szkoły internetowe... ale w przeważającej mierze nie w Polsce, czyli edukacja domowa dla emigracji


Każda polska szkoła, która działa na terenie naszego kraju, ma dyrektora - osobę odpowiedzialną za infrastrukturę oraz za zgodność procesu kształcenia i wychowania z podstawami kształcenia ogólnego, które ustanawia MEN. Są jednak takie polskie szkoły, które mają ukrytych dyrektorów. Niby są, ale ich nie ma. Może są tak samo wirtualni, jak oferowany przez nich proces kształcenia, bo trudno pisać o wychowaniu na dystans.

Początkowo sądziłem, że powołana do życia nowoczesna, bo internetowa forma kształcenia dla polonijnych dzieci ma rzeczywiście sprzyjać temu, żeby nie straciły one poza granicami własnego kraju kontaktu z językiem ojczystym. Kiedy kilka lat temu czytałem o tym rozwiązaniu, nie trzeba było mnie przekonywać, jak ważny jest dostęp do polskiej edukacji młodym Polakom, których rodzice wyjechali "za chlebem".

Szybko jednak okazało się, że skoro pojawiło się zainteresowanie nauką na odległość, w której resortowi jej kreatorzy dostrzegli także świetny biznes, zaczęto o niej pisać dalece wykraczając poza funkcje założone. Nagle okazało się, że edukacja na odległość (...) w dobie Internetu wreszcie stała się możliwa i niemal równie wartościowa, jak kształcenie w szkołach stacjonarnych w kraju. Świadczy o tym powstanie i rozwój projektu edukacyjnego Polskie Szkoły Internetowe Libratus, kierowanego do dzieci Polaków przebywających poza granicami kraju. Przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii i Internetu umożliwia on realizację polskiej podstawy programowej w trybie tzw. nauczania domowego, w którym to rodzic staje się nauczycielem dla swojego dziecka. Wśród Polonii na całym świecie, nauka w domu nie jest nowością. Wielu rodziców pracuje w ten sposób ze swoimi dziećmi i udaje im się wspólnie realizować wymagany materiał, również przy wsparciu szkół sobotnio-niedzielnych. Często rodzice próbują na własną rękę być nauczycielem dla swojego dziecka, co nie jest łatwe."

Co to oznacza? Nic innego, jak możliwość ukończenia szkoły podstawowej lub gimnazjum w kraju w ogóle w nim nie przebywając i nie uczęszczając do polskich szkół. Wystarczy zarejestrować dziecko w Polskiej Szkole Internetowej (a już konkuruje ich kilka na naszym rynku), żeby móc zalegalizować im edukację domową bez konieczności realizowania obowiązku szkolnego poza granicami kraju. Zapewne muszą być na to przydzielane środki budżetowe, bo niepubliczna firma wydaje państwowe świadectwa. Dzieci polskich emigrantów są zatem zarejestrowane u nas tak, jakby uczęszczały w kraju do naszych szkół. Tymczasem nie uczęszczają, bo i po co.

Dlaczego dzieci polskich emigrantów mają zafundowaną edukację na odległość, a NIE miliony, które pozostały jeszcze w kraju? Być może nie wszyscy rodzice, ba, nawet większość rodziców w naszym kraju byliby tym zainteresowani, by edukować domowo swoje pociechy, nawet z wykorzystaniem platformy do e-learningowego uczenia się, ale zapewne jej powstanie tu i teraz, dla polskich dzieci w kraju mogłoby stać się alternatywą nie do pogardzenia? Po co chodzić do szkoły, nudnej, nieatrakcyjnej, statycznej, gdzie nauczyciele czegoś wymagają, sprawdzają, oceniają, moralizują itp., skoro można uczyć się w domu, wtedy, kiedy ma się na to ochotę. Powstałe dzięki budżetowaniu MEN prywatne firmy, w ramach start-up'ów, mogłyby zatrudniać bezrobotnych, a przecież wykształconych u nas nauczycieli?

Jak piszą twórcy takiego portalu: Celem Polskich Szkół Internetowych Libratus jest więc ułatwienie im tego zadania poprzez Internetową Platformę Edukacyjną, na której umieszczone są wskazówki, krok po kroku, jak pracować z dzieckiem, jakie zadawać pytania oraz w jaki sposób sprawdzić, czy dziecko przyswoiło wymaganą wiedzę. Udostępnione materiały zawierają scenariusze lekcyjne oraz repetytoria z przedmiotów objętych polską podstawą programową. Projekt istnieje od pięciu lat i obecnie uczestniczy w nim ponad tysiąc uczniów z osiemdziesięciu czterech krajów świata.

(...) Ważnym elementem nauki są Webinaria, czyli odbywające się na żywo lekcje on-line, przeniesione ze szkolnej ławki do Internetu. Zajęcia składają się z wykładu wzbogaconego o interesujące prezentacje, filmy edukacyjne, interaktywną tablicę oraz gry i zabawy dla najmłodszych. Uczniowie aktywnie biorą udział w zajęciach poprzez wspólne rozwiązywanie zadań, rebusów i łamigłówek. Bardzo chętnie odpowiadają na pytania zadane przez nauczyciela. Na końcu każdej lekcji istnieje możliwość omówienia problemów napotkanych podczas realizowania materiału zamieszczonego na platformie, z czego korzystają zarówno uczniowie jak i ich rodzice. Dla bardziej ambitnych uczniów, nauczyciele przygotowują szereg konkursów oraz zadań domowych, które są prezentowane oraz omawiane na kolejnych spotkaniach. Jest to ciekawa forma kontaktu nie tylko z nauczycielem, ale również z rówieśnikami z całego świata, co dodatkowo motywuje do pracy.


Minister edukacji narodowej zarejestrowała MIĘDZYNARODOWY ZESPÓŁ PLACÓWEK OŚWIATOWYCH w Krakowie, ale nie wiemy, komu należy pogratulować tej inicjatywy, gdyż nazwisko dyrektora tej placówki jest ukryte. Jego właściciel - jak pisze jeden z moich rozmówców - (dziś już chyba - o ile miał na to czas - absolwent prawa z Krakowa), skorzystał na lukach prawnych, w dodatku konsultując się (dla zabezpieczenia) z MEN (sic!), stąd działa legalnie, oferując swe usługi polonusom (wedle jednej z relacji egzaminy klasyfikacyjne organizuje w domach rodzin edukacji domowej, lecąc do nich np. do Australii).

Natomiast chętnie prezentuje się na stronie PSIL krótkie biogramy "zatrudnionych" w tym Zespole nauczycielek. Spełnia się zatem idea Ivana Illicha i Hubertusa von Schoenebecka zanikania tradycyjnych szkół na rzecz wirtualnych sieci osób uczących się. Czyżby zatem przykręcenia kurka przez szefową MEN dla edukacji domowej miało dotyczyć także dzieci polskiej emigracji? Może jest to sposób na zmuszenie ją do powrotu do kraju? Kto wie, może jest to też zachęta do opuszczania naszego kraju bez obaw, że dziecko straci ciągłość edukacji szkolnej?

Chyba kraj został podzielony na dwie frakcje, bo powstała jeszcze Polska Szkoła Internetowa Alfa i Omega w Białymstoku, której założyciel (?) pisze: to gwarancja pełnego wsparcia kadry nauczycielskiej oraz najlepszych materiałów przystosowanych do tak zwanego "nauczania domowego". Zapisując dziecko do naszej szkoły, nie musisz martwić się o to, że będzie ono miało braki w nauce w przypadku powrotu do Polski, ani o to, że będzie miało za dużo obowiązków. Lekcje w szkole Alfa i Omega to popołudniowa przyjemność!

Twórcy tej "szkoły" poszli na rękę naszym dzieciom, bo nie muszą zdawać egzamin klasyfikacyjny poza granicami kraju. Jak stwierdzają: " W przypadku, gdy nie ma możliwości dotarcia na egzamin w podanym terminie, istnieje możliwość przystąpienia do niego w późniejszym czasie, lecz maksymalnie do 20 sierpnia. W tym przypadku odbywać się on będzie na terenie Polski, w miejscu i czasie uzgodnionym ze Szkołą. Po zdaniu egzaminu dziecko otrzymuje promocję do kolejnej klasy oraz świadectwo MEN. Miech żałują ci, co nie mają jeszcze świadectwa MEN.

Z dotacji budżetowej na tzw. edukację domową korzysta zapewne b. ministra edukacji Katarzyna Hall. Powołane przez nią Stowarzyszenie i utworzona sieć szkół prywatnych pod hasłem "Dobra Edukacja' jest zaprzeczeniem tego, co urządzała w szkolnictwie publicznym. Tak to już jest. Nawet prawo zmieniła pod warunki własnego biznesu (w 2009 r. zatroszczyła się o lekką korektę art. 16 ust. 8 ustawy o systemie oświaty), która pozwoliła na to, by pobierać środki na edukację domową, o czym informuje w swoim blogu: "W proponowanej przez nas ofercie edukacyjnej możliwe jest zarówno bezpośrednie korzystanie z pełnej oferty zajęć, jak i ograniczenie się do korzystania z konsultacji internetowych. W tym drugim wypadku większą część odpowiedzialności za kierowanie uczeniem się dziecka przejmują rodzice. Czesne wówczas wynosi 50% stawki za ofertę pełną."

18 komentarzy:

  1. Jest to skuteczniejszy program podtrzymywania polskości niż telewizja Polonia i inne podobne inicjatywy jak domy polskie, rozglosnie radiowe itp. A ze srodkow budzetowych rowniez ten cel musi byc realizowany. Do tego dochodzi dość kosztowna opieka nad oprogramowaniem i tresciami kursow. Szkoda tylko, ze nie maja liceum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest "program podtrzymywania polskosci", a sposob na wyludzenie dotacji!

      "ze srodkow budzetowych rowniez ten cel musi byc realizowany". Oczywiscie! I jest: http://www.orpeg.pl/ Potrzebujesz liceum? Bardzo prosze: http://www.orpeg.pl/index.php/ksztalcenie-na-odleglosc/liceum-ogolnoksztalcace1

      Usuń
  2. Śmieciowe wychowanie. Śmieciowe wykształcenie. Konsekwencja: Śmieciowi obywatele.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to czytam to zaczynam powoli kibicować PiS, choć na partię Kaczyńskiego nie głosowałem. Może pp.Hall&Hall z torbami puszczą albo i pod jaki trybunał zaciągną ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiemy, że nie na temat ale bardzo martwi skład PKA. znalazły się w nim osoby, które mocno pobrudziły sobie ręce i opinię uczestnicząc w szalbierstwie związanym z uzyskiwaniem stopni na Słowacji. Nie będzie należytej kontroli minimów kadrowych, nadal będzie przyzwolenie na łajdactwo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ani śmieciowa edukacja, ani śmieciowe wychowanie, tylko eksploatacja luki prawnej i obchodzenie opresyjnego prawa z całą akceptacją tego stanu rzeczy przez rodziców.

    Rodzice chcą sami uczyć swoje dzieci? Świetnie! Nie można tego nazywać "śmieciową edukacją" ani uczonych w ten sposób dzieci "śmieciowymi obywatelami". Wręcz absolwenci edukacji domowej byli i są istotnie nadreprezentowani w elitach społecznych, intelektualnych i artystycznych całego zachodniego świata. Ci, którzy się tego podejmują, prowadzą to "śmieciowe" wychowanie własnych dzieci zazwyczaj stokroć lepiej, niż jakakolwiek szkoła stacjonarna, państwowa czy prywatna. Podejmują się tego wyłącznie ludzie, którzy są świadomi tego, czego chcą i którzy są gotowi wkładać spory wysiłek i spore pieniądze w edukację własnych dzieci.

    Problem jest tylko w tym, że rodzice nie mogą ot tak sami wziąć się za uczenie swoich dzieci i przestać posyłać je do szkoły. Muszą mieć na to zgodę dyrektora jakiejś szkoły, załatwić dość skomplikowaną biurokrację, etc. Czego woleliby nie robić, ale muszą, bo prawo im to nakazuje, a jak nie załatwią, to grzywna, a może nawet sąd rodzinny odbierze im prawa rodzicielskie za niewpełnianie obowiązku szkolnego. I tak w Polsce jest z tym lepiej niż w wielu krajach, (e.g. Finlandii) gdzie nie ma żadnej możliwości legalnej edukacji domowej.

    No to na zapotrzebowanie tych rodziców powstają "szkoły przykrywki", które tym rodzicom załatwią biurokrację, dzieciom wystawią legitymacje szkolne i świadectwa, a same wezmą za to państwową subwencję.
    Niczego w tym nie ma dziwnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świadoma werbalna idealizacja biznesowa. To nie jest żadna domowa edukacja tylko regularna, opłacana zarówno przez podatników [ :-( ]jak i rodziców, szkoła poza wszelkimi regulacjami i kontrolą. Bo to nie rodzice zwykle uczą te dzieci tylko wynajęty za ciężką kasę personel. Personel, który żadnej odpowiedzialności nie ponosi, działając w szarej strefie ... :-(

      Usuń
  6. Odpowiedzialność, mój drogi Anonimowy, ów wynajęty personel ponosi taką, że jeśli dziecko lub rodzic uznają jego usługę za niewłaściwie wykonywaną, to nie dostanie więcej żadnego zlecenia i umrze z głodu. I akurat w kwestii edukacji tych dzieci państwowych pieniędzy nie ma ani trochę: rodzic płaci temu "personelowi" z własnej woli z własnej kieszeni.
    Jest to odpowiedzialność dużo poważniejsza i bardziej bezpośrednia, niż odpowiedzialność mianowanego nauczyciela, należącego do ZNP, zatrudnionego na państwowym etacie według karty nauczyciela.

    Ogromna większość znanych mi przypadków edukacji domowej nie korzysta w ogóle z żadnej pomocy z zewnątrz, a jeśli to tylko w mocno specjalistycznych zakresach, jak lekcje gry na fortepianie albo francuskiego. Wyjątkową rzadkością są opłacane zewnętrzne lekcje literatury, matematyki, przyrody, etc.

    Podatnik płaci tu wyłącznie "szkole-przykrywce".
    Co, oczywiście, jest skandalem, bo nie powinien płacić - to wyrzucanie pieniędzy w błoto.
    Ale i tak dobrze, że rodzic, który chce sam (albo z wynajętą za własne pieniądze poza systemem pomocą) uczyć swoje dziecko ma możliwość uchylenia się od przymusu szkolnego bez ponoszenia dodatkowych kosztów na tę ucieczkę!
    Pieniądze podatnika są yu marnowane w takim samym stopniu, gdy bierze je "szkoła-przykrywka" za wystawienie wymaganych przez państwo kwitków, co byłyby marnowane, gdyby to samo dziecko odsiadywało pod przymusem swoje godziny w ławce szkolnej.

    OdpowiedzUsuń
  7. Protestuje przeciwko nazywaniu mojego udziału w edukacji mojego dziecka "śmieciowym" Ten kto to pisze nie wie o czym mówi. Pracujemy nad przystosowaniem dziecka do życia i nad jego wykształceniem dużo cięzej niż inni rodzice. Dziecko juz od 5 roku życia jet dostymulowane - bierze czynny udział w wielu wydarzeniach edukacyjnych. Pierwszy raz mierzyło prędkośc światła na uniwersytecie mając lat 6. Teraz ma do dyspozycji własna komorę prózniowa do doświadczeń. Jaka szkoła publiczna to posiada? Nauczanie w domu przez rodziców daje nam duzo większe możliwosci niż oddanie dziecka do wysiadywania w ławce wielu godzin i przywienia w niej kręgosłupa. Jest tylko jeden szkopuł: rodzice muszą sie zaangażować. Trochę pieniędzy też by sie przydało. Niestety nasze panstwo daje je instytucjom, które mają nas sprawdzać. Nie nam. Przykry brak zaufania. Za to to co dzieje sie w szkołach nie podlega sprawdzaniu, a to dopiero jest smieciowa edukacja. Czytanie ze zrozumieniem juz prawie sie nie zdarza nawet w gimnazjach..I za to sie płaci. A nam nie chociaż nasze dzieci mają celujące na egzaminach i uczestniczą w konkursach przedmiotowych. Pozostawie bez komentarza.

    OdpowiedzUsuń
  8. > Pierwszy raz mierzyło prędkośc światła na uniwersytecie mając lat 6. Teraz ma do dyspozycji własna komorę prózniowa do doświadczeń.<
    1.To w domu mierzyło czy na uniwersytecie? A ta komora próżniowa?
    2.Uniwersytety w Polsce są publiczne - czy Państwo zapłacili za wykorzystanie tego sprzętu?
    3.Jak na razie na listach laureatów i finalistów licealnych olimpiad ścisłych i przyrodniczych praktycznie nie ma żadnych uczniów szkół prywatnych i "społecznych" ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co to znaczy "praktycznie nie ma"? Są jakieś statystyki i ewentualne dane, które pozwalają to zmierzyć? Podejrzewam, że jest raczej nadreprezentacja statystyczna, gdyby wziąć porządne dane. weżmy np takie Gimnazjum Przymierza Rodzin w Warszawie.

      Usuń
  9. Kilka komentarzy (dwoje dzieci w wyżej wymienionej "szkole").
    "Co to oznacza? Nic innego, jak możliwość ukończenia szkoły podstawowej lub gimnazjum w kraju w ogóle w nim nie przebywając i nie uczęszczając do polskich szkół. Wystarczy zarejestrować dziecko w Polskiej Szkole Internetowej (a już konkuruje ich kilka na naszym rynku), żeby móc zalegalizować im edukację domową bez konieczności realizowania obowiązku szkolnego poza granicami kraju."
    Nie rozumiem, czy dezaprobata dotyczy tego, że "zalegalizowano", czy że niepoprawne jest, że obowiązek szkolny wykonywany jest poza granicami kraju, a może niewłaściwe, iż poza kontrola kogoś / czegoś (systemu?) który, Pana zdaniem, powinien ten obowiązek nadzorować?

    "Zapewne muszą być na to przydzielane środki budżetowe, bo niepubliczna firma wydaje państwowe świadectwa."
    Myli się Pan, państwowe świadectwa wydają szkoły w Polsce. Inna sprawa, czy poziom edukacji domowej jest na tyle wysoki, aby dzieci tak edukowane kwalifikowały się do uzyskania świadectwa i promocji do kolejnej klasy. Moim zdaniem, jako laika, to niemożliwe i, być może w tym kontekście, te egzaminy i świadectwa to fikcja, ale to już inna sprawa.

    "Dzieci polskich emigrantów są zatem zarejestrowane u nas tak, jakby uczęszczały w kraju do naszych szkół. Tymczasem nie uczęszczają, bo i po co"
    Czy sugeruje Pan, że dzieci emigrantów nie uczęszczają do "naszych" = w Polsce szkół, bo... rodzicom się nie chce wracać do kraju (nie uczęszczają, bo i po co?) A może nie chce im się wracać, bo mają polską szkołę vel "szkołę", i z tego powodu pozostają na emigracji?

    "Dlaczego dzieci polskich emigrantów mają zafundowaną edukację na odległość, a NIE miliony, które pozostały jeszcze w kraju?"
    Dlatego, iż "miliony, które pozostały jeszcze w kraju" mają możliwość uczęszczania do "naszych" placówek, a te na emigracji - nie maja. Proste. Również dlatego, iż ktoś w MEN uznał, że opłaca się inwestować w pro-polską edukację dzieci emigrantów, nawet jeśli te dzieci nigdy do Polski nie wrócą.

    "Być może nie wszyscy rodzice, ba, nawet większość rodziców w naszym kraju byliby tym zainteresowani, by edukować domowo swoje pociechy, nawet z wykorzystaniem platformy do e-learningowego uczenia się, ale zapewne jej powstanie tu i teraz, dla polskich dzieci w kraju mogłoby stać się alternatywą nie do pogardzenia? Po co chodzić do szkoły, nudnej, nieatrakcyjnej, statycznej, gdzie nauczyciele czegoś wymagają, sprawdzają, oceniają, moralizują itp., skoro można uczyć się w domu, wtedy, kiedy ma się na to ochotę."
    To jakaś karkołomna teza, ale być może nie dostrzegam drugiego, sarkastycznego dna? Naprawdę sadzi Pan, że rodzice, w kraju czy na emigracji, palą się do tego, żeby po ciężkim dniu pracy, zasiadać do lekcji ze swoimi dziećmi? Ci w kraju nie chcą – i nie muszą, bo szkoła ich wyręcza, a ci na emigracji nie chcą, ale szkoła ich nie wyręcza, z czego mogą. Np. z edukacji domowej.

    OdpowiedzUsuń
  10. Komentarze - cd:

    "Natomiast chętnie prezentuje się na stronie PSIL krótkie biogramy "zatrudnionych" w tym Zespole nauczycielek. Spełnia się zatem idea Ivana Illicha i Hubertusa von Schoenebecka zanikania tradycyjnych szkół na rzecz wirtualnych sieci osób uczących się."
    A niby w jaki sposób i kiedy moje dzieci maja uczyć się w (polskiej) "tradycyjnej szkole"? W lokalnej uczą się od 9 do 15.30, piec dni w tygodniu. Prócz tego, codziennie, rónież w "mojej".

    "… kraj został podzielony na dwie frakcje, bo powstała jeszcze Polska Szkoła Internetowa Alfa i Omega w Białymstoku"
    Ja to nazywam "konkurencją" na rynku pewnego rodzaju usług. Jako laik uważam, że jest, może nie doskonały, ale bardzo dobry. Mam też w rzyci, kto i ile osób uczy się w tej, czy innej "frakcji" i czy są dwie frakcje, czy 57.
    "Twórcy tej "szkoły" poszli na rękę naszym dzieciom, bo nie muszą zdawać egzamin klasyfikacyjny poza granicami kraju"
    Ja np. mogę i chcę przyjeżdżać z dziećmi do Polski na egzamin coroczny (nb., jak wspominałem powyżej, organizowany przez placówkę oświatową w Polsce, a nie przez, jak Pan to zgrabnie podkreśla "szkołę"). Ale moich krewnych w Australii, z dwójką dzieci w wieku szkolnym - na przyjazd co roku do Polski - nie stać. Nie mogą też przyjechać na takie egzaminy moi znajomi, którzy zostali w USA nielegalnie, a jednak chcieliby, aby ich dzieci rozwijały się również „po polsku”. Różne są przypadki. I bardzo dobrze, ze mogą zdawać ten egzamin na miejscu, byleby nie była to lewizna.

    "Z dotacji budżetowej na tzw. edukację domową korzysta zapewne b. ministra edukacji Katarzyna Hall."
    O, i tu dochodzimy do konkretów - wiedziony obywatelska czujnością podejrzewa Pan - prywatę. Nie jest to wykluczone, nie takie rzeczy w Polsce (i nie tylko) przechodzą. Jednak oprócz insynuacji, przydałyby się jakieś konkrety na poparcie tej tezy. Nie wiem, powiazania Nieujawnionego z Nazwiska Dyrektora "Szkoły" z Krakowa z panią byłą-ministrą, na przykład.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zadziwiające jest, że państwowy ORPEG (i ich możliwość kształcenia uczniów na odległość) jest tak mało rozpagowany wśród Polonii. Za to o tworach typu Libratus słyszał chyba każdy...

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja bym sie raczej przyjrzała pseudo Pl szkolom! Bo to zgroza co tam wyrabiaja! :( Powinno sie ich kontrolowac! Czesto klasy mlodsze to byl przetrzymac, dla kasy, rodzicow i panstwa! :( wole juz ta internetowa, z dwoma stacjonarnymi mialam do czynienie, zabralam dziecko, kto daje takim "dyrektorom" w ogole prawo do prowadzenia szkol?! :O Wole juz internetowe. Wiem tez nad czym musimy popracowac, co cwiczyc. Chcialabym wyslac tez do stacjonarnej, ale nie takich bez kontroli, empatii, szacunku jaki tam panuje.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nikt nie broni rodzicom w Polsce korzystać z ww szkół, więc nie wiem o co ten krzyk. Zarówno dzieciaki mieszkająca poza granicami Polski, jak i te mieszkające w Polsce, maja możliwość skorzystania z takiej formy edukacji. Dla dzieci mieszkających poza PL jest to najczęściej dodatkowa edukacja, dla tych w Polsce, którzy obowiązek szkolny wypełniają poprzez edukacje domową, taka szkoła może (nie musi) być dodatkowym ułatwieniem w przyswajaniu materiału. Nigdzie nie jest powiedziane, ze dla dzieci "krajowych" szkoła internetowa jest zamknięta.

    OdpowiedzUsuń
  14. W moim odczuciu Pański artykuł jest bardzo płytki, stronniczy i oparty zapewne jedynie na materiałach reklamowych. Mój komentarz również będzie stronniczy, bo wiem jak to nauczanie domowe za pomocą platformy internetowej wygląda w praktyce. Korzystam z oferty Libratusa, więc nie będę się wypowiadać na temat innych szkół.
    Uczniowie korzystający z nauczania domowego, bo do tego sprowadza się ten projekt, nieważne czy w kraju, czy też poza jego granicami (bo mieszkając w Polsce również można z tego projektu korzystać), zapisani są do konkretnej placówki w Polsce. Dyrektor tejże placówki zatwierdza przyjęcie (lub nie) ucznia do szkoły i w tejże szkole uczeń do końca sierpnia MUSI zdać egzamin klasyfikacyjny, aby przejść do kolejnej klasy. Szczerze, nie interesuje mnie dyrektor Libratusa, ponieważ w tym układzie to Dyrektor mojej placówki stacjanarnej jest znacznie ważniejszy. To, że nauczyciele danej szkoły wyjeżdżają w delegację do zagranicznych miast, aby przeegzaminować podlegające im dzieci jest dla nas, paskudnych emigrantów, fantastycznym udogodnieniem, ale dostępnym (w Libratusie) tylko do trzeciej klasy szkoły podstawowej. Od czwartej klasy, ze względu na większą ilość przedmiotów, musimy przyjżdżać do naszej stacjanarnej placówki na egzaminy. Nie, nie wtedy, kiedy nam się podoba, tylko wtedy, gdy Szkoła poda nam wolne terminy. Mam więc nadzieję, że już nie boli Pana głowa, że, nie daj Boże, moje zaciągające z angielskiego dzieci skończą Polską szkołę nawet nie odwiedzając Ojczyzny.
    Wegdług Pana " Dzieci polskich emigrantów są zatem zarejestrowane u nas tak, jakby uczęszczały w kraju do naszych szkół. Tymczasem nie uczęszczają, bo i po co." Nie uczęszczamy do polskichplacówek, ponieważ (co może ciężko zrozumieć) po prostu nas w kraju nie ma, więc nie mamy jak codzień uczęszczać do szkoły. Nasze dzieci chodzą do zagranicznych szkół. Tak, nie wypieramy się tego. Jednak nasze dzieci posiadają obywatelswo polskie, a ich rodzice nie wyrzekli się korzeni i dlatego po zakończonych lekcjach nasze dzieci ślęczą z rodzicami nad polskimi podręcznikami (uczęszczamy sobie więc w domu), a uczniowie zostaną rozliczeni ze swojej pracy podczas egzaminów klasyfikacyjnych. Nie jest łatwo, ale dużym plusem jest to, że w Anglii (gdzie mmieszkamy) szkoła zaczyna się wcześniej, więc dzieciaki mają już opanowany materiał z matematyki, co daje nam czas na skupienie się na języku polskim i typowo polskich aspektach nauczania (elementy geografii, histori i folkloru).
    Dodatkowo, w weekendy, odbywają się grupowe zajęcia internetowe podsumowujące materiał, który w danym tygodniu rodzice powinni zrealizować ze swoimi dziećmi. Uczniowie mogą na nich odpowiadać na czacie grupowym, co (nieoszukujmy się) jest dla nich bardzo atrakcyjne.
    Przykre jest to, że skupił się Pan jedynie na rzekomym wyłudzaniu środków finansowych (choć są to w dużej mierze jedynie insynuacje), pomijając odgromny nakład pracy rodziców i dzieci. Odnoszę wrażenie, że w Pańskich oczach jesteśmy jedynie oszutami ułatwiającymi komuś malwersacje finansowe.
    Co ciekawe, nawet nie wspomniał Pan o istnieniu rządowej platformy nauczania internetowego dla emigrantów ORPEG, która cieszy się znikomym zainteresowaniem, głównie dlatego, że brak jej jakiejkolwiek elastyczności. Mała ciekawostka: ORPEG-owcy też nie chodzą do szkoły w Polsce i również uczą się za darmo.
    Do oskarżeń odnoście pani Hall nie będę się odnosić, ponieważ nie posiadam w tej kwestii wystarczającej wiedzy.
    PS: Czy moje dzieci poradziłyby sobie w stacjonarnej polskiej szkole? Tak. Byłoby im potwornie ciężko przestawić się na inne realia, ale teraz dajemy radę w dwóch szkołach i choć jest to ogromny wysiłak, to do obu przywiązujemy tak samo dużą wagę, więc czemu nie mieli by dać rady? Wiem na co ich stać, ponieważ sama poświęcam szalenie dużo czasu na ich edukację.

    OdpowiedzUsuń
  15. Szanowna Pani, bardzo dziękuję za pokazanie tych szkół z perspektywy rodzica. Jest ono tak samo powierzchowne, jak moje, bowiem wynika z indywidualnej , a nie powszechnej perspektywy oglądu w proces i jego instytucjonalizację. Panią może nie interesować to, jakie i czyje interesy kryją się za tym przedsięwzięciem. To zupełnie oczywiste. Proszę jednak nie odmawiać innym do naświetlania tego, o czym pani nie wie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.