piątek, 31 lipca 2015

Czy to są komisyjne przepychanki nauczycieli bez kwalifikacji?








Jeden z ekspertów do spraw awansu zawodowego nauczycieli zwrócił uwagę na zaskakujące "gry towarzyskie" przedstawiciela kuratorium oświaty w jednej z komisji egzaminacyjnych.

W trakcie egzaminu na nauczyciela mianowanego ekspert zwrócił uwagę na to, że kandydatka wprawdzie posiadała dyplom ukończenia studiów kwalifikacyjnych-pedagogicznych, który został jej wydany przez jedną z wyższych szkół prywatnych z woj. dolnośląskiego, ale nie posiadał adnotacji o odbyciu praktyk pedagogicznych.

Wszystko na tzw. froncie było „ładnie opisane”: Osoba X ukończyła studia trzysemestralne, nadające kwalifikacje pedagogiczne. Kiedy jednak zajrzał na odwrotną stronę suplementu, gdzie jest wykaz odbytych zajęć i liczba godzin, nie było tam żadnych danych o odbytych praktykach pedagogicznych. Te zaś w świetle przepisów powinny wynosić 150 godzin. Z innych dyplomów, jakie przedłożyła kandydatka do awansu, także nie wynikał fakt odbycia przez nią jakichkolwiek praktyk.

Poinformował zatem przewodniczącego komisji, czyli osobę z kuratorium oświaty, że złożony przez nauczycielkę dokument nie zawiera adnotacji o odbytych praktykach. Dostał szybką odpowiedź, że przecież ta pani, mogła mieć „zaliczone” praktyki z racji bycia nauczycielką. Ekspert jednak nie odpuszczał, tylko dociekał, jak to jest możliwe, skoro dopiero co skończyła studia kwalifikacyjne, a przecież bez przygotowania pedagogicznego nie powinna była uczyć w szkole? Nie można komuś zaliczyć pracy w szkole jako odbytej praktyki w ramach jakichkolwiek studiów czy kursów.

Pracownik kuratorium stwierdził, że prawnik kuratoryjny tak się "nie czepia”, jeżeli w wykazie na dyplomie kwalifikacyjnym nie ma informacji o odbytych praktykach. Wystarcza mu już samo sformułowanie: "trzysemestralne studia kwalifikacyjne", aby taki „papier” spełniał wymogi formalne. Oznacza to bowiem, że dana osoba nabyła pełne kwalifikacje pedagogiczne.

Przedstawiciel kuratorium oświaty, zamiast stanąć na straży nie tylko prawa, ale i właściwych kwalifikacji nauczycielki, zlekceważył uwagę eksperta twierdząc, że nie ma on głosu ostatecznego w sprawach formalnych. To należy do przedstawiciela kuratorium, a ten z urzędu „dopuszcza” dokumentację, lub nie. Po to jest posiedzenie komisji kwalifikacyjnej, by dokonać właściwej oceny.

Ekspert pyta zatem, czy uczelnia prywatna może wydawać dyplomy, w których stwierdza nabycie kwalifikacji pedagogicznych, lekceważąc powinność odbycia praktyki zawodowej w szkołach? Zaznaczam, że kandydatka na nauczycielkę mianowaną skończyła studia nienauczycielskie, bez kwalifikacji pedagogicznych. Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. O nabyciu kwalifikacji pedagogicznych świadczy nie tylko posiadany dyplom ukończenia studiów kwalifikacyjnych, ale w tym także odbycie praktyki pedagogicznej. Czy zatem przedstawiciele dwóch instytucji wprowadzają kogoś w błąd? Wyjaśnia to poniżej zamieszczony komentarz.

Inna kwestia, która pojawiła się w wyniku obserwacji eksperta, sprowadza się do tego, że zasiadający w niej dyrektor - jako pełnoprawny członek komisji - najczęściej nie zadaje pytania kandydatowi do awansu, by ten nie miał problemu z odpowiedzią. Skoro wystawił mu pozytywna ocenę dorobku, to często nie chce, by nagle okazało się, że nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie. To ciekawe, bo sam w pracy z uczniami chętnie ich przepytuje.

czwartek, 30 lipca 2015

Powody niepokoju w świecie



Zdaniem chińskiego filozofa Moziego(ok. 480-382 p.n.e.) ze Szkoły Konfucjusza (za: JeeLoo Liu, Wprowadzenie do filozofii chińskiej. Od myśli starożytnej do chińskiego buddyzmu, przeł. Mieczysław Godyń, Kraków: Wydawnictwo UJ 2010, s. 122-123)

jest siedem powodów, dla których nie ma na świecie pokoju:


1. Jeżeli każda osoba ma swój własny pogląd na to, czym jest dobro, to im więcej ludzi, tym więcej poglądów.

2. Każdy myśli, że jego własny pogląd jest słuszny, w przeciwieństwie do poglądów innych ludzi.

3. Dlatego gdy jest wiele poglądów, będzie wiele sporów.

4. Słowne spory budzą w sercu urazę.

5. Uraza w sercu zakłóca harmonię w stosunkach międzyludzkich.

6. Kiedy ludzie nie potrafią żyć z sobą w harmonii, doprowadza to do zbrojnych waśni, a w końcu do zamętu na całym świecie.

7. Tak więc rozbieżność opinii jest przyczyną nieładu na świecie.


W podzielonym świecie nie uzyskamy zgodności poglądów i naukowej wiedzy na temat tego, czym jest pokój, ład, harmonia, co o nim świadczy oraz jaką rolę powinno odegrać w tym zakresie wychowanie? Różnice zdań na ten temat nie są przy tym jedyną przyczyną braku pokoju. Wojny mają zupełnie inne uzasadnienie niż różnica poglądów, które w żadnej mierze nie wiąże się z jakąkolwiek pedagogią. Chyba, że mamy na uwadze proces kształcenia do bycia wojownikiem, żołnierzem, terrorystą czy partyzantem.

W tym zakresie pedagogika okazuje się zbawienna dla polityków, którym zależy na jak najszybszym i jak najskuteczniejszym osiąganiu militarnych celów. Państwo bez wojska, bez broni staje się w tym świecie bezbronne, toteż sięga po pedagogikę w jej dziale teorii kształcenia ogólnego i wojskowego właśnie po to, by mieć zapewnione zaplecze kadrowe, bojowników o obronę własnych granic lub/i powiększanie terytorium własnego kraju.

Jak więc mówić o wychowaniu do pokoju w warunkach tworzenia wyspecjalizowanych placówek oświatowych do uczenia się sztuki wojennej? W takiej sytuacji sięga się po ogólnikowe, potoczne pojmowanie wychowania, kształcenia rozumianego jako czegoś, co jest po prostu godne pożądania.

środa, 29 lipca 2015

Długo jeszcze nie wyjdziemy z syndromu homo sovieticus


Czytam prasę czeską, słowacką, niemiecką i polską, gdzie z takim samym natężeniem odnajduję pozostałości utrwalonego w mentalności (postawach) młodych pokoleń syndrom homo sovieticus, mimo że przyszły one na świat w wolnym już od totalitaryzmu kraju.

Polscy maturzyści poradzili sobie z nową formułą egzaminu wewnętrznego informując się o problemach, zadaniach, które były przedmiotem obowiązkowej wypowiedzi. Polak zawsze znajdzie sposób na to, by obejść reguły moralne, nie wspominając już o prawie, czemu najlepsze świadectwo dali w ciągu mijających dwóch kadencji posłowie PO i PSL.

Tak w polskich, jak i słowackich szkołach ministerstwa odkryły zgłoszenie przez dyrektorów placówek większej liczby uczniów, niż faktycznie do nich uczęszczających, a tym samym wyłudzenie dotacji budżetowej. Opinia publiczna w Polsce nie została poinformowana, które ze szkół policealnych wyłudziły w ten sposób dotacje na uczniów i czy ich kierownictwo poniosło z tego tytułu odpowiedzialność karną. Zawsze znajdzie się powód, który usprawiedliwia przekazywanie nierzetelnych danych, szczególnie wówczas, gdy dyrektor jest członkiem partii władzy. Jedna z prywatnych szkół zawodowych na Słowacji wyłudziła z tytułu "martwych dusz uczniowskich" ponad 68 tys. euro.

Polskie prawo przyzwala na szarą strefę pseudoedukacyjną, której charakterystycznym przykładem są liczne firmy oferujące pisanie wszelkich prac na ocenę szkolną czy akademicką, a więc od wypracowań, poprzez prace dyplomowe na różnego rodzaju kursach, studiach podyplomowych, prace licencjackie i magisterskie, aż po rozprawy doktorskie, a nawet habilitacyjne. Powstało już tak wiele "spółdzielni" powyższego typu, że nie ma już możliwości sprawdzenia, kto w istocie jest autorem przedkładanej pracy. "Pisarze" przestali już ordynarnie sprzedawać plagiaty, gdyż zwiększał się poziom ich wykrywalności, toteż przeszli na pracę u podstaw pisząc za uczniów, studentów, doktorantów czy doktorów na zamówienie i na każdy temat.

Ryba jednak psuje się od głowy. Gen oszustwa, cwaniactwa, nieodpowiedzialnej deprofesjonalizacji przenoszony jest z pokolenia na pokolenie, zaś rządzący sami korzystają z usług tzw. doradców na koszt podatników. Po co się uczyć, podnosić własne kwalifikacje, skoro można wejść do polityki i bez adekwatnych do roli kompetencji zarządzać, podejmować decyzje na podstawie zamówionych i opłaconych z budżetu ekspertyz, opinii czy rad. Im większym jest ignorantem minister, tym więcej wydaje z budżetu państwa na zabezpieczenie swojej pustki, braku profesjonalizmu i nie ponosi z tego tytułu żadnej odpowiedzialności. Jak stwierdził prof. Tomasz Nałęcz - "Ubiegający się o reelekcję prezydent musiałby "Bronkobusem" przejechać na pasach dla pieszych zakonnicę w ciąży".

Po co studiować, skoro można wybrać sobie nędzną wyższą szkołę prywatną, która oferuje po dumpingowych cenach tzw. studia kierunkowe i sprzedaż dyplomu, byle tylko ktokolwiek chciał za to zapłacić. Już tylko w niektórych szkołach wymaga się czegokolwiek od studiujących, bo ważne jest, by w ogóle chcieli się zarejestrować. Już nie muszą nawet ranić swoich stóp pokonywaniem drogi do szkoły. Po co mają się męczyć. Niech w tym czasie pracują, najlepiej na czarno, a na koniec semestru przyjdą z dowodem wpłat z tytułu czesnego, by otrzymać wpis i dyplom. Pracę dyplomową zakupią sobie w odpowiedniej firmie.

Po co prowadzić badania naukowe, publikować ich wyniki, by po zgromadzeniu odpowiedniego dorobku ubiegać się o habilitację, skoro można przystąpić do "biura turystyki habilitacyjnej" i za odpowiednią kwotę mieć spełnione wszystkie warunki na zagraniczną "habilitację". Dla niektórych zakup dyplomu jest świetną inwestycją na przyszłość, gdyż i tak przyszły czy obecny pracodawca, jakim najczęściej są wyższe szkoły prywatne lub państwowe wyższe szkoły zawodowe czy marginalne jednostki w akademiach i uniwersytetach, nie będzie oczekiwał twórczej pracy dla dobra nauki, tylko zapewnienia minimum kadrowego, by zarabiać na kolejnych rocznikach studentów studiów niestacjonarnych i podyplomowych. Czarny biznes akademicki ma w Polsce i na Słowacji swoich ojców chrzestnych, którzy bezkarnie grasują po naszym środowisku i niszczą jego fundamenty. Mają swoją ochronę w strukturach władzy i wpływowych politycznie podmiotach ją wspierających. Biznes jest biznes.









wtorek, 28 lipca 2015

Nowoczesna ignorancja pl.



W dn. 25 lipca w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej MANGGHA odbył się Kongres Programowy Nowoczesnej, który został poświęcony rzekomo nowoczesnej edukacji. Piszę rzekomo, bowiem wśród dotychczas omawianych przeze mnie tzw. partyjnych kongresów przedwyborczych ten okazał się nowoczesną ignorancją.

Podczas kongresu zaproszeni do plenarnych a syntetycznych wypowiedzi eksperci mieli przedstawić kierunki programowe Nowoczesnej w obszarze edukacji na podstawie... swoich doświadczeń z pracy w branży edukacyjnej. Nic dziwnego, że wskazywali na problemy i szanse, które z ich wąskiej perspektywy i braku kompetencji makrooświatowych potwierdziły jedynie, że mamy do czynienia z kolejną platformą nie tylko antyobywatelską, ale i antynarodową, bo powiązaną ze światem obcego biznesu.

Jak o nowoczesnej edukacji mówi się w muzeum, to znaczy, że duch zgromadzonych w nim eksponatów musiał zaciążyć na uczestnikach dyskursu. Domyślam się, że Ryszard Petru - lider tej formacji - nie mając pojęcia o edukacji - zaprosił na rzekomy kongres osoby, które z edukacją mają wiele i zarazem niewiele wspólnego. Wśród przedstawiających stanowisko byli bowiem: 1) szef firmy szkoleniowej dla komercyjnych przedsiębiorstw; 2) wykładowca matematyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, była nauczycielka matematyki w szkolnictwie ogólnokształcącym, ekspert MEN i OKE i 3) profesor nauk technicznych z AGH, b. dyrektor Narodowego Centrum Nauki.

Jak widać, nie znalazł się w Nowoczesnej ani jeden ekspert z prawdziwego zdarzenia, fachowiec, tzn. osoba, która prowadzi od lat badania naukowe w oświacie i szkolnictwie wyższym i zna oba środowiska edukacyjne nie z perspektywy własnego, wąskiego miejsca pracy, doświadczeń swoich dzieci czy wnucząt, ale ma ogląd całego systemu szkolnego i akademickiego w różnych wymiarach. Tak potocznej debaty, powierzchownej, zbanalizowanej dawno już nie słyszałem, a każdy z zainteresowanych może ją sobie obejrzeć i/lub odsłuchać, gdyż jest dostępna w Internecie.

Przedstawiający swoje stanowisko i poglądy potwierdzili, że z nowoczesnością nie mają nic wspólnego, bo żeby cokolwiek projektować, proponować zmiany, trzeba najpierw posiadać rzetelną wiedzę na temat aktualnego stanu polskiej edukacji (a nie wyrywkowe, często prasowe doniesienia). Tymczasem diagnoza rzekomo nowoczesnych ekspertów była na poziomie studenta pierwszego roku (nie-)stacjonarnych studiów licencjackich. Każdemu coś się widzi, ale najczęściej są to misie, czyli widzimisie.

Jedno nie ulega wątpliwości. Program "Nowoczesnej" jest nienowoczesną ideologią neoliberalną. Jak głosi sam przewodniczący - edukacja jest kluczem do nowoczesnej gospodarki rynkowej. Człowieka jako osoby bio-psycho-społecznej i duchowej, a więc jako podmiotu kultury w tym podejściu nie widać. Jeśli pojawia się troska o każdego, bez względu na wiek, to jako klienta komercyjnych firm szkoleniowych. Edukacja staje się środkiem do podtrzymania do mitu o rzekomo wyższych zarobkach i prosperującym gospodarczo państwie dzięki nowoczesnej, cyfrowej edukacji, najlepiej na odległość.

Powinniśmy zatem tak uczyć, by edukacja była zgodna z potrzebami globalnego rynku pracy. O ile - zdaniem ekspertów tej formacji - rządy PO i PSL doprowadziły edukację do takiego poziomu, że kształcono tanią siłę roboczą dla obcego kapitału a najzdolniejsi emigrowali do innych państw UE lub USA, to teraz mamy kształcić tak, by absolwenci naszych szkół nie pracowali za płace poniżej poziomu ich kwalifikacji.


(źródło memów: Fb)

Zajrzałem na stronę Projekt Obywatelski - NOWOCZESNA POLSKA. Zrozumiałem, dlaczego tak nienowocześnie i nieprofesjonalnie została potraktowana edukacja w czasie kongresu NOWOCZESNYCH, który jej został przecież poświęcony. Być może nie ma ów projekt nic wspólnego z środowiskiem tego Kongresu. Otóż w tzw. programie wyborczym, misji tej partii EDUKACJA jest niczym, wklejką słowną, którą wypadało się posłużyć, ale nie ma ona żadnego znaczenia. Proszę zobaczyć poszczególne sfery rzekomego zła i konieczności jego naprawy:

1. Dlaczego było i jest źle? Odpowiedź z edukacją w tle brzmi:

"•Nie wydajemy dostatecznie dużo pieniędzy na te sfery, które odpowiadać będą w przyszłości za nowoczesność naszego kraju i poziom życia jego mieszkańców:
edukację, naukę, badania i rozwój, skuteczne formy aktywizacji na rynku pracy, nowoczesne technologie. politykę rodzinną."


2. O NAS:

Tu edukacja w ogóle nie występuje. Dlaczego? Z prostego powodu. Jak piszą: "Dopóki nie oddamy władzy w ręce "najlepszych menedżerów" , szanse na usprawnienie działania aparatu państwowego są niewielkie."

3. AKTUALNOŚCI - Kończą się na 25 stycznia br. O edukacji ani mru mru.

4. FORUM - tu nawet nie ma "edukacji".

Skierowałem się na stronę: NowoczesnaPL, gdzie lider oddolnego ruchu głosi! Chcemy, by nasz ruch był naprawdę ruchem oddolnym. Programy partii politycznych są najczęściej tworzone przez polityków i ekspertów w zaciszu gabinetów, bez pytania ludzi o zdanie. Dlatego są często oderwane od realiów i nietrafione. A gdy nie ma dobrej mapy, trudno dojść do celu. My zbudujemy nasz program zmian inaczej – przede wszystkim słuchając Was, i z Waszym udziałem!

Bardzo ciekawie został zaprojektowany sposób wyrażenia głównych wartości tego ruchu, którymi są:


1. Nowoczesność - Chcemy żyć w nowoczesnym, dobrze zarządzanym i funkcjonującym kraju. Mamy jasną wizję, jak współtworzyć sprawnie i sprawiedliwie działające państwo, społeczeństwo i rynek.

2. Wolność - Wolność i możliwość realizacji indywidualnych marzeń to dla nas nadrzędna wartość. Chcemy państwa respektującego wolność i różnorodność obywateli oraz przywrócenia wolności gospodarczej.

3. Rozwój - Dążymy do tego, by młodzi mieli lepsze perspektywy, przedsiębiorcy - możliwość lepszego działania, a wszyscy obywatele - lepsze życie. Wierzymy, że wspólnie możemy zdziałać w Polsce znacznie więcej.

4. Zaangażowanie - Angażujemy się w zmiany społeczne, bo mamy doświadczenie, energię i entuzjazm. Chcemy, by do polskiej polityki wróciła odwaga realizacji marzeń i wiarygodność.

i

5. Odpowiedzialność - Pragniemy Polski, w której ludzie biorą odpowiedzialność za siebie, swój rozwój, swoje otoczenie, a także za swoje słowa. Chcemy, aby do życia publicznego wróciła wizja, przyzwoitość i szacunek.


Widać od poprzedniego roku pewien postęp, bowiem w teleologii tego ruchu zapisano m.in.:

1.Naszym celem jest społeczeństwo nowoczesne i otwarte, opierające swój byt ekonomiczny o innowacyjną przedsiębiorczość. Społeczeństwo ludzi wykształconych zgodnie z wyzwaniami nowoczesności. Społeczeństwo otwarte na Europę i świat. Społeczeństwo aktywnych, uczestniczących w zmianach i rządzeniu państwem obywateli.
(...)

6.Chcemy szkół i uczelni dostosowanych do potrzeb nowoczesnej gospodarki oraz rynku pracy. Systemu, który uczy praktycznych umiejętności, rozwiązywania problemów i współpracy.


Jest wreszcie Deklaracja Programowa tego Ruchu. To mieszanka socjalizmu (późnego Gierka) z neoliberalizmem, w której całkowicie pomija się istotę kształcenia i wychowania dzieci i młodzieży. Więcej uwagi poświęca się szkolnictwu wyższemu, niż wcześniejszym etapom, które są przecież dla niego kluczowe, fundamentalne. Ignorancja totalna. Nie znam autorki działu - Joanny Szmidt, która - jak wnoszę - opracowała tę część programu. Zapewne nie jestem tak nowoczesny.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Kto znajdzie moje kesze?



Ponad rok temu polecałem świetną zabawę krajoznawczo-zwiadowczą, która na świecie nosi nazwę - geocaching. Uczestniczą w niej rodziny, indywidualiści, członkowie różnych grup społecznych, organizacji, ale i doraźne zespoły ludzkie.

Ktoś wpadł na banalny pomysł, by połączyć fascynację młodych ludzi terenoznawstwem z umiejętnością wykorzystania nawigacji do poszukiwania interesujących miejsc. Wystarczy zarejestrować się na ogólnoświatowej stronie www.geocaching.org (są tu dostępne informacje w różnych językach, także w polskim), by móc nie tylko poszukiwać wspólnie z córką nowych „keszy” tam, gdzie będziemy przebywać.


Łączymy się ze stroną geocaching via Internet, by sprawdzić, gdzie znajdują się w miejscu naszego czasowego lub stałego pobytu skrytki i ruszamy w drogę. Nie jest do tego potrzebna żadna organizacja, struktura hierarchicznej nadrzędności czy podległości, gdyż zbieraczem keszy może być każdy tak długo, jak tylko chce i nie musi mieć do tego niczyjego pozwolenia.

Są już jej różne odmiany, ale w Internecie każdy zainteresowany znajdzie jej genezę oraz zasady udziału w niej. Każdy może stać się założycielem, twórcą keszy (tak nazywa się skrytka) i/lub ich odkrywcą. Sam zacząłem od poszukiwania keszy w regionie łódzkim, które zostały ukryte w różnych miejscach, w niezwykle zmyślny sposób. Później postanowiłem z córką założyć własne skrytki. Oto kilka odnalezionych przeze mnie skrytek:

W okolicach Łodzi są ukryte już dwa moje kesze, które można spróbować znaleźć. W każdym są czekające na znalazcę gadżety, z których może sobie jakiś zabrać na pamiątkę, ale też powinien pozostawić kolejnym odkrywcom własny. W tej ogólnoświatowej grze terenowej czekają przeróżne „skarby”, które zostały ukryte przez geokreciarzy (geocachersów) w różnych miejscach miast, wsi i okolic.



Geokesze są niemalże wszędzie - w lasach, na polach, wzdłuż dróg czy pod mostami itp. Na całym świecie zarejestrowano ich już ponad 2,5 miliona aktywnych skrytek oraz ponad 6 milionów geocacherów. Jestem jednym z tych sześciu milionów. W Polsce jest ponad 23 tys. keszy. Najwięcej keszy jest ukrytych na terenie Niemiec, ale też w Japonii. Polska dołącza do krajów, w których z każdym rokiem przybywa kilkadziesiąt nowych keszy.


(fot. Tak może wyglądać geokesz)



Przed rozpoczęciem wyprawy warto wybrać sobie skrzynkę lub skrzynki, których będziemy szukać, a możemy tego dokonać w serwisie internetowym. Jeśli uda się wam zaleźć skrzynkę i weźmiecie z niej GeoKreta, GeoLutina, Travel Buga czy Geocoina, to należy to zarejestrować w odpowiednim serwisie internetowym. Po odnalezieniu skrytki (kesza), otwieramy ją i odnotowujemy w logobook swój kod rejestracyjny oraz godzinę odkrycia. Następnie zamykamy pojemnik i chowamy w tym samym miejscu, w którym go znaleźliśmy.







(fot. Wpis do notatnika - logobook jest dowodem jego odkrycia)

Zainteresowanych tą wirtualno-realną przygodą odsyłam na stronę międzynarodową oraz krajową . Znajdą tam wiele ciekawych informacji, w tym jakie obowiązują w tej grze zasady, jak się zarejestrować, jak szukać skarbów i co zrobić po ich odnalezieniu, a także o tym, jak samemu założyć geoskrytkę dla kolejnych kretów.

Życzę udanej przygody, odkrycia nie tylko geokeszy ale i interesujących miejsc ich usytuowania. Niektóre są bardzo trudne.

niedziela, 26 lipca 2015

Po egzaminach dyplomowych



Opustoszały sale dydaktyczne w szkołach wyższych. Zakończyły się posiedzenia rad wydziałów czy instytutów, a ci studenci, którzy zdołali oddać na czas swoje prace licencjackie czy magisterskie, mieli jeszcze szanse na to, by złożyć końcowy egzamin dyplomowy. Teraz z wydanym do dyplomu suplementem będą mogli albo kontynuować studia wyższego stopnia, albo poszukiwać zatrudnienia. Mam w takim okresie ambiwalentne uczucia, bo z jednej strony cieszę się, że moi podopieczni dotarli szczęśliwie do celu, z drugiej strony zastanawiam się nad tym, co będzie z nimi dalej.

Są też tacy absolwenci studiów, którzy nie chcieli złożyć pracy dyplomowej w czerwcu i zdać egzamin w lipcu, gdyż dzięki zachowaniu studenckiego statusu będą mogli jeszcze przez trzy miesiące pobierać stypendium, korzystać z przywilejów np. zniżek na przejazdy komunikacją publiczną, tańsze wejścia do placówek kulturalnych itp. Po co mają się spieszyć z finalizowaniem studiów, skoro i tak nie ma dla większości z nich pracy w ramach uzyskanego wykształcenia?

Ba, większość uczelni publicznych i wszystkie wyższe szkoły prywatne będą jeszcze do końca września, a niektóre - wbrew prawu i po tym terminie - oferować kontynuację studiów na wyższym poziomie czy w ramach studiów podyplomowych. Skoro jest tak, że w naszym kraju tzw. statystyczny Polak czeka do 28. roku życia, by wyprowadzić się z rodzinnego domu, to oznacza, że rodzice będą go dalej utrzymywać, a przynajmniej wspierać w zdobywaniu kolejnych certyfikatów, dyplomów.

Zdaniem niedouczonych publicystów: "Bez wątpienia na decyzję o nieusamodzielnianiu się wpływ ma wysokie bezrobocie wśród młodych". Widać, że autor tego poglądu nie rozumie, że to brak pracy zmusza młodych dorosłych do pozostania przy rodzicach (nieusamodzielnienia się), gdyż inaczej usamodzielnienie się musiałoby oznaczać zamieszkanie pod mostem, w parku lub u kogoś na waleta. Samodzielność społeczno-kulturowa wymaga jeszcze niezależności ekonomicznej.

Życzę moim absolwentom, by znaleźli odpowiednie dla siebie miejsce aktywności zawodowej, a jeśli to nie jest możliwe, to by je sobie stworzyli. Na rząd nie mają co liczyć. Ani obecny, ani przyszły. Chyba, że powróci PRL i każdy będzie miał zatrudnienie, nawet w takiej aktywności, która nikomu nie jest do czegokolwiek potrzebna.

Pod koniec sierpnia lub września przyjdzie mi czekać na prace licencjackie i magisterskie tych, którzy przedłużyli sobie czas akademickich przywilejów z powyższych powodów. To nie są "gorsi" studenci, jak bywało kiedyś, przed laty, ale często także bardzo zdolni, pracowici i kreatywni. Ich stać na to albo są do tego egzystencjalnie zmuszeni, by mieć więcej czasu na realizację ostatniego zadania na danym poziomie akademickiego kształcenia.

sobota, 25 lipca 2015

Renomowana w świecie szkoła "NOWEGO WYCHOWANIA" kończy swoją działalność (z pedofilią w tle)





Całe szczęście, że jest Internet, w którym krążą miliardy informacji trafiających jednak do właściwych odbiorców. Gdyby nie to medium, to zapewne ofiary nadużyć dorosłych wobec nich jako dzieci żyłyby w nieświadomości, poczuciu krzywdy, nieustannej traumie. A tak, mogą dowiedzieć się, że po pierwsze, nie są jedynymi ofiarami ludzkiej podłości, degeneracji moralnej, a po drugie, że można upomnieć się o sprawiedliwość, a więc pociągnięcie do odpowiedzialności oprawców, nawet jeśli wydarzenia miały miejsce wiele lat temu, po trzecie, można znaleźć pomoc, terapię czy nawiązać kontakt z kimś, kto poda pomocną dłoń i ułatwi wyjście z dramatu dzieciństwa.

W 2010 r. wydaliśmy z prof. Zbyszko Melosikiem tom poświęcony edukacji alternatywnej XXI w., który zakończyłem artykułem na temat toksycznych doświadczeń wychowanków jednej z najstarszych na świecie placówek opiekuńczo-wychowawczych nurtu PEDAGOGIKI NOWEGO WYCHOWANIA, bo powstałej w Niemczech w 1910 r. Odenwaldschule. Założycielem i twórcą tej modelowej placówki edukacyjnej z internatem był wybitny pedagog Paul Geheeb(1879-1961). Wśród pierwszych absolwentów tej szkoły byli m.in. pisarz Klaus Mann i znany polityk Partii Zielonych Daniel Cohn-Bendit.

W 100 lecie swojego istnienia, które przypadło w 2010 r., placówka ta przeżywała I akt dramatu w związku z prowadzonym dochodzeniem w sprawie wykorzystywania seksualnego i poniżania dzieci przez jej byłego dyrektora. Dramat był w tym sensie, że przecież nie po to ta szkoła powstała. Po kilkudziesięciu latach, w placówce o bogatej tradycji wychowania w wolności i pamięci o wspaniałym pedagogu oraz animatorze innowacyjnej edukacji, świat dowiedział się o tym, że w jednym z internatów doszło tak perfidnych nadużyć wobec dzieci.

Uderzyło to w system wartości, jaki powinien być w niej realizowany, a zarazem było to dowodem na to, jak można łatwo, szybko i niezauważalnie zniszczyć najlepsze dokonania twórcy i jego właściwych kontynuatorów. Dzisiaj nikt nie docieka tego, na czym polega szczególna odmienność modelu wychowania w Odenwaldschule, czym charakteryzują się rozwiązania organizacyjne, dydaktyczne i opiekuńczo-wychowawcze w tej placówce, gdyż to wszystko zostało przesłonięte patologiczną osobowością kierownika tej instytucji – Gerolda Beckera, który przez kilkanaście lat, bo w okresie 1971-1985 (sic!) systematycznie wykorzystywał seksualnie swoich uczniów. Po latach ujawniono najpierw 40 takich przypadków, a do 2015 śledztwo wykazało aż 132 wychowanków tej szkoły, wśród których był także syn byłego Prezydenta Niemiec Andreas von Weizsäcker (zmarł w 2008 r.)

Nie tylko Niemcy są w szoku. Prowadzenie w tej sprawie dochodzenie jest jak "zimny prysznic", bowiem Odenwaldschule należy do wyjątkowej szkoły alternatywnej na świecie, o której napisano mnóstwo artykułów i monograficznych książek. O pedagogicznych założeniach i formach ich realizacji od lat dyskutuje się na konferencjach naukowych, spierając się o mające tam miejsce relacje między wychowawcami a dziećmi, między przeszłością a nowoczesnością. Do tej placówki „pielgrzymowali” nauczyciele z całego niemal świata chcąc zobaczyć, jak wygląda alternatywne środowisko wychowawcze. To w oparciu o doniesienia z pracy kolejnych pokoleń nauczycielskich i wspomnień jej uczniów powstawał kanon wiedzy o edukacji alternatywnej w świecie.


Wystarczyło, że w którymś momencie zatrudniono na stanowisku kierowniczym kogoś, kto nie był w żaden sposób związany z pedagogiką reform, kto nie wyrósł z tego środowiska, kogoś o odmiennej kulturze pedagogicznego kształtowania młodych ludzi, by po latach wyszły na jaw jego podłe postawy, zachowania ubliżające wszelkiej pedagogii, a tej w szczególności. Jeśli bowiem rodzice wybierają placówkę niepubliczną sięgając do wzoru osobowego jej twórcy, wybitnej i wysoce szlachetnej postaci wśród najwybitniejszych pedagogów tego typu rozwiązań edukacyjnych początku XX w., to trudno się dziwić przeżyciu przez nich szoku, że co miesiąc płacili za edukację sprzeczną z wszelkimi standardami i normami etycznymi, społecznymi, psychologicznymi oraz oświatowymi jakie miały miejsce w stosunku do ich dzieci. Wystarczyło pojawienie się w tej placówce „kreatury”, która położyła cień na całym dorobku swoich poprzedników, by nadwyrężyć zaufanie do instytucji, do ludzi, do pedagogiki humanistycznej.


To gorzkie doświadczenie zmusiło pedagogów do zastanowienia się nad tym, jak lepiej chronić dzieci przed tą „czarną „pedagogiką”? Co zrobić, by się ona więcej w tych placówkach nie powtórzyła? Wychowawcy wszystkich szkół z internatem (tzw. wolnych gmin szkolnych – Landerziehungsheime) stanęli przed pytaniami, co zrobić, by zachowując wierności zasadom pedagogicznym, wypracowanym normom postępowania nie dopuścić do nadużyć w systemie, który miał łączyć najlepsze wzory wychowania rodzinnego z edukacją szkolną? Wybudowane w latach 1910-1925 domy o charakterze willowym, w pięknym otoczeniu gór, lasów, ogrodów i łąk miały tworzyć system wychowania wspólnotowego, społecznego dzieci i ich opiekunów-nauczycieli z własnymi rodzinami. Znalazła się „czarna owca” która naruszyła dotychczasowy etos pracy.

Jest to niewątpliwie najbardziej bolesna karta w dziejach tej szkoły, bowiem miała tu miejsce zwielokrotniona zdrada kierownika placówki - zdrada wobec dzieci, zdrada wobec ich rodziców, zdrada wobec twórcy-założyciela szkoły, wobec placówki, która swoimi pięknymi przecież kartami nowego wychowania wpisuje się i współtworzy bogaty ruch społeczno-wychowawczy. Jest to niewątpliwie też zdrada pedagogiki, której alternatywność polega na głębokim, autentycznym byciu po stronie dziecka, by wspólnie z nim odkrywać i wzmacniać jego człowieczeństwo. Immanentną cechą zdrady jest skrytość działań jej sprawcy.

Z końcem tego roku szkolnego została ogłoszona decyzja zarządu tej szkoły o jej zamknięciu. Tak to niestety jest, że utrata moralnego wizerunku skutkowała w ciągu minionych pięciu lat - od wykrycia nikczemnych praktyk wobec dzieci - spadkiem kandydatów, zadłużeniem, a banki nie mają do takich podmiotów zaufania. Nie wystarczy w takiej sytuacji zmiana dyrektora szkoły, reorganizacja, nowe zabezpieczenia. Kto będzie chciał, by jego dziecko wychowywało się i uczyło w placówce o tak głębokiej rysie na morale jej kadry? Rodzice muszą rozstrzygnąć, do której szkoły przeniosą swoje dzieci.



piątek, 24 lipca 2015

Tu tor a tam tutor

Polski system edukacyjny jedzie jak pociąg elektryczny po jednym torze. Po dwóch się nie da, podobnie jak po trzech torach jest to wykluczone. Nie jest to "Pendolino", gdyż nie zakupiono wychylnego pudła, które pozwoliłoby szybciej pokonywać zakręty. Nie jest to także kolejka elektryczna, podmiejska, gdyż jednak resor(t) został w niej odpowiednio nasmarowany EFS.

Maszynistką jest kobieta - Joanna Kluzik-Rostkowska, która prowadzi pociąg TLK (Tanie Linie Kształcenia) na wyznaczonej przez jej partię trasie. Wcześniej pracowała dla jeszcze tańszych kolei Inter-PiS, ale chyba za mało jej płacili, albo warunki pracy były zbyt uciążliwe, więc zmieniła pracodawcę na PO. W ten sposób rządzący mogli sprawdzić, czy da się wprowadzić na rynek tabletki "PO - PO". Niektórzy, PO aferze taśmowej, nie boją się ich zażywać, gdyż lepiej jest poronić łzy PO PO, niż w trakcie podróży do Sejmu nowej kadencji.

Ministra edukacji kieruje pociągiem do kształcenia, który jedzie PO PRL-owskim torze.
Premier rządu sprawdza bilety i świeżość posiłków oraz przeprowadza ewaluację wśród podróżnych. To jest typowa procedura, której sens w edukacji wprawdzie zakwestionował NIK, ale przed wyborami warto podtrzymać techniki pozoru. Niektórzy pasażerowie widzą w tym tor donikąd, dlatego gremialnie zapisują się na kursy dla tutorów. Wiedzą, że torów do ich rozwoju jest więcej, niż jeden.

POsłowie PO powinni jako winni tego POlakom podnosić poziom edukacji, gdyż ta jest nie tylko przekazywaniem wiedzy, ale również czymś POnad to. Mogą bowiem dzięki poświęceniu się sterowanemu samokształceniu skutecznie rozpoznawać potencjał podopiecznego, odkrywać i wzmacniać jego mocne strony talentów, a nawet rozwijać swoje cnoty. Tutoring poprawia relacje minister-kurator oświaty; kurator oświaty-dyrektor szkoły; dyrektor szkoły - nauczyciele; nauczyciel - rodzice; nauczyciel-uczeń itd. oraz wzmacnia autorytet u tego pierwszego z każdej diady.

Ministerstwo nie wie, ilu ma nauczycieli. "W listopadzie ubiegłego roku pani minister powiedziała, że mamy prawie 600 tysięcy nauczycieli. W styczniu poinformowała, że od 2004 roku ich liczba spadła o ponad 32 tysiące. A w czerwcu, że o 11 procent." PO raz kolejny PO nie może doliczyć się stanu kadr. POdwyżek nie liczy. Liczą na nie nauczyciele, jak będzie po PO.





czwartek, 23 lipca 2015

Skandaliczne naruszenia prawa i norm moralnych w Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku na Słowacji

Ten Uniwersytet stał się "czarnym liderem" - nie tylko moich - analiz polityki akademickiej u południowych sąsiadów. Mam w tym kraju wielu przyjaciół-profesorów, toteż także na ich prośbę od 2008 r. uczulam polską opinię publiczną na patologie, które mają tam miejsce. Niestety, także z udziałem i za sprawą wielu Polaków, wśród których znalazły się osoby chętne do wykorzystania tej instytucji w niecny sposób. To zdumiewające, że niektórzy z naszych doktorów nauk humanistycznych czy społecznych z taką łatwością i brakiem wyrzutów sumienia wykorzystywało tę uczelnię do tego, by podwyższyć swój status w kraju, mimo że nie odpowiada on rzeczywistym nakładom pracy naukowo-badawczej i osiągnięciom naukowym.

Władze Katolickiego Uniwersytetu w Ružomberku też jednak były tym zainteresowane. Ktoś czerpał z tego prywatne korzyści. Najpierw pierwsi księża z Polski przetarli szlak, zobaczyli, że jest to możliwe, a za nimi poszli inni. Tak to najczęściej się odbywa na całym świecie, kiedy zamierza się omijać standardy i nadużywać prawnego przyzwolenia. Rzecz jednak nie dotyczy tylko Polaków. Przede wszystkim przeprowadzone dochodzenie słowackiej prokuratury oraz na zlecenie Konferencji Biskupów Słowackich zewnętrzny audyt wykazały, że środowisko akademickie w dużej części stworzyło w tym Uniwersytecie warunki do fałszu, cwaniactwa, nadużyć, pseudoakademickiej hucpy.

Uniwersytet Katolicki w Ružomberku powstał w 2000 r. a po piętnastu latach - jak ocenia to słowacka prasa - stracił wizerunek pod kierownictwem byłego Rektora ks. prof. Tadeusza Zasępy i dwóch dziekanów Wydziału Pedagogicznego Tomasa Jablonskeho oraz dziekana Wydziału Filozoficznego Mariana Kuny. Tytuł jednego z artykułów brzmi trafnie: "Plama na uniwersytecie z przymiotnikiem "katolicki" (Špina na univerzite s prívlastkom „katolícka“).

Zapewne będzie trudno odbudować markę, skoro się jej nawet nie osiągnęło. O skandalach z "turystyką habilitacyjną" pisała w latach 2008-2009 prasa słowacka i polska. Czy musiało dojść do tak dużych nadużyć finansowych i patologii, żeby dopiero w 2014 r. b. rektor został zmuszony do złożenia dymisji? A może manipulacje miały miejsce poza jego plecami? Po roku prasa słowacka aż dudni od ujawnianych przekrętów i łamania prawa przez część akademickiej i administracyjnej kadry tej uczelni.

Nieustannie podnoszona jest ta kwestia w naszym kraju, tylko jakoś Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego czyni wszystko, by zamieść swoją współodpowiedzialność "pod dywan". To tylko potwierdza, że kierownictwo resortu wpisuje się w tym zakresie w politykę niszczenia polskiej nauki. Zawdzięczamy to zarówno prof. Barbarze Kudryckiej, jak i Lenie Kolarskiej-Bobińskiej, które doskonale wiedzą o patologiach i skandalach z tym związanych, a upełnomocniają ten proces zaniechaniem w podjęciu koniecznych decyzji.


Komitet Nauk Pedagogicznych PAN otrzymuje jedynie ogólnikowe pisma, pełne frazesów i zapewnień o działaniach, a dziennikarze zapewnienia, że ponoć MNiSW chce coś z tym zrobić. Od 2009 r. jest jednak inaczej.

Może wreszcie władze resortu, a jak nie, to pani premier Ewa Kopacz zastanowią się nad skutkami swojej polityki odraczania, zaniechania, ukrywania tych patologii? Ile jeszcze komitetów naukowych Polskiej Akademii Nauk ma protestować? Jak długo mają one czekać na decyzję w sprawie wprowadzenia aneksu do bilateralnego porozumienia z rządem Słowacji w sprawie uznawalności stopni i tytułów naukowych, które nie są de facto równoważne?


Powróćmy jednak na Słowację, bo Konferencja Biskupów Słowacji upubliczniła wyniki pięciomiesięcznego audytu, jaki przeprowadziła firma KPMG w Katolickim Uniwersytecie w Ružomberku na wniosek obecnego rektora. Naruszenia prawa miały miejsce w latach 2010-2013 i dotyczyły nieodpowiedzialnego kierowania Wydziałami - Pedagogicznym i Filozoficznym. Zarzuty dotyczą niegospodarności, złego zarządzania uczelnią, plagiatów, "sprzedawania" dyplomów doktorskich i habilitacyjnych, kształcenia studentów poza siedzibą bez spełnienia obowiązujących w kraju standardów.

Co ważne, sam b. rektor ks. prof. T. Zasępa w piśmie z dn. 28 kwietnia 2014 skierowanym do dziekana Wydziału Pedagogicznego doc. Tomáša Jablonský'ego stwierdził m.in.: Toczące się postęowania na tytuł naukowy profesora i habilitacyjne są rozbieżne z Prawem o szkolnictwie wyższym. (Prebiehajúce habilitačné a inauguračné konania v rozpore so Zákonom o vysokých školách) Habilitację otrzymywały osoby, które nie miały żadnego związku z ich przedmiotem.

Słusznie pytał dziekana, powołując się na konkretne przykłady: o mianowania w zakresie pedagogiki socjalnej kogoś, kto ma dorobek z pedagogiki? (Konkrétny prípad na KU: uchádzačka obsadila na PF KU funkčné miesto v odbore pedagogika a na PF KU sa habilituje v odbore sociálna práca... Ako môže pôsobiť na vysokej škole a mať kontinuálnu pedagogickú činnosť v danom odbore sociálna práca? Ako vytvorila vedecké dielo v danom odbore sociálna práca, keď sa venovala pedagogike?)

Władze tego wydziału i jego profesorowie - za każdym razem, gdy w grę wchodziła ocena dorobku naukowego kogoś, kto chciał się habilitować z pracy socjalnej (KU w Ružomberku utraciła prawo w 2009 r. do habilitacji z pedagogiki), tłumaczono rektorowi, że ma on zbliżony problemowo przedmiot badań. Nie było to jednak prawdą (Neobstál argument, že ide o príbuzný odbor), gdyż dorobek był np. z pedagogiki.

Były rektor ks. prof. T. Zasępa ujawnił, że publikowane w czasopiśmie rzekomo zagranicznym artykuły kandydatów do habilitacji są fałszerstwem. Ba, podaje nazwiska Słowaków i Polaków, którzy w zadziwiająco krótkim czasie ukończyli studia doktoranckie w tym uniwersytecie. Zamiast 5 lat, uzyskali stopień doktora już po kilku miesiącach. Stwierdza też fakt fałszowania dokumentacji w przewodach naukowych.

Kontrola wykazała aż 550 naruszeń prawa i norm moralnych. Między innymi dotyczyło to zawyżania wypłat z tytułu delegacji, superszybkich - a więc przyspieszonych - form nadawania tytułów 22 osobom eksternistycznych studiów doktoranckich, wysokiej liczby habilitacji (dotyczy to także Polaków) czy pobierania "na lewo" opłat za te postępowania na tzw. "czarny fundusz" („čierneho fondu“), z którego to środki nigdy nie trafiły na konto uniwersytetu.

(tab. Podział części puli nagród tylko dla 6 pracowników)

Konferencja Biskupów Słowacji nie wypowiada się na temat tych patologii, a przecież zostały one wskazane przez b. rektora z Polski. Jak wykazała kontrola, m.in. od Polaków czy Czechów pobierano za habilitacje lub profesury opłaty o 50% wyższe, niż regulaminowe. Szły one na "czarne konta". Ks. prof. T. Zasępa ujawnił zatem korupcję, pobieranie pieniędzy, które nie zostały zaksięgowane na koncie uczelni.

Jak stwierdza: To jeden z Polaków skierował do słowackiego Ministerstwa Szkolnictwa skargę na korupcję na Wydziale Pedagogicznym UK. Wystawiono fałszywe faktury za udział w konferencjach w Polsce w wysokości 4.500,- €, a nawet 5.850,- €. Nieźle musieli się bawić. Odnaleziono też fałszywe pieczątki, których nie skasowano. Ciekawe, czy dalej ktoś się nimi posługuje?

Nowy Rektor KU w Ružomberku prof. Jozef Jarab (b. członek Słowackiej Komisji Akredytacyjnej) potwierdził, że chociaż już pewne osoby związane z naruszeniem prawa nie pracują w KU, to powinno to być ostrzeżeniem dla pozostałych. Nie dotyczy to jednak obu dziekanów. Jego Magnificencja wstrzymał wypłatę premii dla pracowników uniwersytetu do chwili przyjęcia nowych regulacji w tym zakresie.

Konferencja Biskupów zażądała, by uniwersytet zakończył współpracę z prywatnym Funduszem Ladislava Pyrkera i by nie kontynuował współpracy z prywatnym Funduszem, który utworzył b. rektor ks. prof. T. Zasępa. Mają też zostać ustalone nowe zasady współpracy z fundacjami. To właśnie te fundusze były sposobem, na wyprowadzanie publicznych pieniędzy, a także służyły do pobierania dodatkowych opłat od studentów, doktorantów i habilitantów.

Opinia publiczna została też poinformowana o tym, że sześciu pracownikom tego uniwersytetu wypłacono w ramach premii 114 tys. euro w listopadzie 2013 roku, zaś 79 pracownikom rozdzielono 130 tys. euro.

Jeszcze w 2014 r. starał się bronić uniwersytetu po pierwszych próbach odwołania rektora T. Zasępy - b. dysydent i poseł František Mikloško. Tak, jakby nie chciano dopuścić do publicznej wiadomości tego, o czym opinia publiczna już wiedziała. Znacznie wcześniej ujawniono żenujący autoplagiat dziekana Wydziału T. Jablonskeho, ale zbyto to milczeniem. Dzisiaj publikuje się plagiaty prac dyplomowych. Obaj dziekani nadal pełnią tam swoje funkcje.

Szkoda, że nasi słowaccy koledzy-akademicy nie zgłosili, że wiele habilitacji Polaków w KU w Ružomberku zostało przeprowadzonych na podstawie obronionych w kraju prac doktorskich. Niektórzy cwaniacy nie zmienili nawet ich tytułów albo bezczelnie przedkładali jako dorobek podoktorski wydaną w kraju rozprawę doktorską, a nie habilitacyjną.

Wśród habilitowanych docentów na Słowacji są nawet członkowie Polskiej Komisji Akredytacyjnej a pani minister nie raczy zabrać w tej sprawie głosu. Tak dewaluuje się polską naukę i jakość kształcenia. Musi wybuchnąć kolejny skandal, żeby polskie władze zajęły wreszcie odpowiednie wobec tych procesów stanowisko. Turystyka habilitacyjna jest bowiem częścią składową patologicznych procesów.



środa, 22 lipca 2015

Doświadczenia zawodowe w narracjach pamiętnikarskich nauczycielek klas I-III szkoły podstawowej






Wydawnictwo Uniwersytetu Zielonogórskiego wypuściło na rynek interesujące dwa tomy pamiętnikarskich narracji nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej.


Jest to bardzo wartościowy zbiór autobiograficznych narracji. Stanowi on bowiem interesujące świadectwo czasu kluczowych sporów w szkolnictwie podstawowym o obniżenie wieku obowiązku szkolnego, o dojrzałość szkolną dzieci czy konieczność i możliwość zarazem wspierania ich rozwoju. Subiektywny wymiar treści dodaje kolorytu do konstruowania kulturowej pamięci polskich nauczycieli o warunkach ich pracy, poczuciu zadowolenia czy odczuwanej dyssatysfakcji pracy zawodowej.

Redaktorki tego zbioru - Anetta Soroka-Fedorczuk i Mirosława Nyczaj-Drąg z Wydziału Pedagogiki, Socjologii i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego ciekawie dobrały swoich „bohaterów”, bowiem są to nauczycielki o różnym stopniu awansu zawodowego, wieku, wykształceniu i doświadczeniu pedagogicznym. W swoich wspomnieniach nauczyciele dzielą się z nami swoją przeszłością, codziennością, ale i nadziejami.

Dzięki temu otrzymujemy fragmentaryczny zapis historii polskiej oświaty przełomu ustrojowego i przenikania z jakże odmiennych politycznie środowisk pracy spojrzeń na złożone uwarunkowania wchodzenia do zawodu, postrzegania w nim siebie, realizowanych celów czy niespełnionych dążeń. Niezwykle poruszające są niektóre fragmenty wypowiedzi, w których odsłaniana jest autentyczna miłość do pracy pedagogicznej z dziećmi, poświęcenie, ofiarność, zaangażowanie i dzielenie się z innymi własnym bogactwem duchowym.

Niektóre autorki wypowiedzi posiłkują się trafnymi i barwnymi metaforami do uwydatnienia specyfiki swojej służby, misji czy dokonań. Szczególnie w takich
autonarracjach odsłaniane są trudy tej profesji, złożoność działań, towarzyszących im doznań czy emocji. Mamy tu piękno, ale i różnie stopniowany dramatyzm ról, które jednym zostały powierzone, inni podjęli je z wdzięczności, pamięci czy pasji, a jeszcze inni stali się kontynuatorami rodzinnych tradycji.

Książka pod redakcją adiunktów UZ jest nie tylko zbiorem najlepszych prac konkursowych, ale i swoistego rodzaju spowiedzią, namysłem, autorefleksją, przywołaniem we własnej świadomości zdarzeń, które po raz pierwszy zostały poddane takiej „obróbce”. Tym większa jest ich wartość poznawcza, kulturowa, społeczna, meliorująca pedeutologię ożywczą energią humanum. Ciekawe, czy w wyniku zachodzących zmian w polskiej oświacie wspomniane tu małe szkoły jeszcze istnieją, a ich wychowankowie kontynuują najlepsze wartości, które były przedmiotem edukacyjnie stymulowanej introjekcji?

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że przywołane w tej publikacji autorelacje mogą być wykorzystane do pracy dydaktycznej z nauczycielami, w zespołach samokształceniowych, do superwizji, jak i kandydatami do tego zawodu. Na wakacje jest to niewątpliwie bardzo dobra lektura, gdyż nie męczy złożonością teorii, modelami, paradygmatami czy językiem pełnym neologizmów. Czyta się ją szybko i z dużą przyjemnością szczególnie wówczas, kiedy samemu pracowało się lub pracuje w szkole we wczesnej edukacji.

wtorek, 21 lipca 2015

Prekariusze wyższych szkół prywatnych łączcie się!



Mamy w kraju ponad 300 wyższych szkół prywatnych. Z tego zaledwie kilkanaście uzyskało status szkół w swej misji i jakości działania tożsamych lub nawet lepszych od niektórych jednostek uczelni publicznych. Pozostałe, to ukrywane przed naiwnymi kandydatami na studia pseudowyższe szkolnictwo. Wyższe jest ono w tym sensie, że nie jest całkowicie bezpłatne.

Jednak częściowo tzw. "wsp" są bezpłatne, skoro korzystają z dotacji celowej MNiSW na stypendia socjalne, naukowe. Uzyskały równe prawa do ubiegania się ich pracowników o dotacje celowe w ramach różnorodnych konkursów na poprawę infrastruktury, na wymianę międzynarodową - studencką i nauczycielską, a nawet dla pracowników technicznych. Czy z tego powodu czesne jest niższe? Absolutnie nie.

To "krwiopijcy"- założyciele prywatnego biznesu zatrudniają na tzw. umowy śmieciowe większość swoich wykładowców, nie płacą za okres wakacji, przerw semestralnych, za dodatkowe zajęcia. Dla biznesmeńsko prowadzonej "wsp" uległy rektor (pozbawiony godności i nie darzący szacunkiem współpracowników) jest pionkiem do przesuwania na szachownicy prywatnych interesów właściciela. Ma podpisywać, a nie dyskutować, ma zatrudniać prekariuszy, a nie krytyczną, twórczą, refleksyjną kadrę.

Dlatego rektorem może być byle kto, byle spełniał warunki minimum. Spotkałem się już z określeniem, że może być nawet doktor nauk medycznych, skoro Korczak też był lekarzem. On nawet nie wie, kim był Korczak, ale to nie przeszkadza, by osłaniał przed ministerstwem i studentami grę właściciela fałszywymi kartami. Im bardziej mierny i wierny, tym lepszy dla właściciela takiej "wsp".

Niektórzy "rektorzy" nawet użalają się na stronie szkoły, że niestety, nie chcieli, ale jednak - jak Lech Wałęsa - rzekomo "musieli" podjąć się tego zadania dla dobra innych. Cóż za motywacja? Cóż za misja? A wystarczyłoby przyznać się, że nie będzie się brać pensji przez wakacje, a potem się zobaczy. Czyż nie dlatego wcześniej ktoś inny odszedł z tego stanowiska?

Są tacy "rektorzy", którzy będą najpierw uzgadniać wszystko z założycielem, właścicielem, aby dopiero potem zwołać formalnie senat i kazać mu głosować ZA lub PRZECIW, zgodnie z instrukcją, jaką posługują się przy dyscyplinie partyjno-klubowej posłowie w Sejmie. Na boku będą narzekać - na chamstwo, na brak szacunku, na upadek dobrych obyczajów, ale przecież sami się pod tym podpisują, godzą się na to. Spokój sumienia jest dla takich tylko kwestią wysokości własnych poborów.

Inni pracownicy mogą czekać, aż im założyciel łaskawie przeleje coś na konto. Nie przelał? Ach, to zapewne jakiś błąd w systemie. Przecież przelał, tylko ... nie dolał. Inni nawet nie wiedzą, że właściciel takiej "wsp" nie płaci za nich ZUS-u, okrada ich z należnych przywilejów (także płacowych). Każdego można zwolnić z takiej "wsp" z miesięcznym lub trzymiesięcznym wymówieniem (w zależności od stażu pracy). Można mu dać propozycję nie do odrzucenia - albo zgoda na obniżenie pensji, albo... rozstanie. Na tym właśnie polega generowanie prekariatu, manipulowanie pracownikami, by ci, choć pracują, odczuwali niepewność i lęk związane z zatrudnieniem. Taki nauczyciel na "śmieciówce" nie może mieć pewności dochodu, zatrudnienia, przywilejów w rodzaju urlopu czy chorobowego. To on ma przynosić zyski pracodawcy samemu będąc dla niego/niej nikim.


Może zatem dotrze do prekariuszy akademickich informacja, że w wyższych szkołach prywatnych można powołać do życia związek zawodowy. Wprawdzie ten może ich zdradzić, ułożyć się w tajnych negocjacjach z właścicielem, ale ... nie jest to takie łatwe. Związki zawodowe mogą jednak uczestniczyć w kształtowaniu statutu uczelni niepublicznej. Trybunał Konstytucyjny orzekł w lipcu, że przepis ustawy o szkolnictwie wyższym, który uniemożliwia związkom zawodowym wpływanie na kształt statutu uczelni niepublicznej, jest niezgodny z konstytucją.

Ba, zgodnie z Orzeczeniem TK - ograniczenie udziału w związkach zawodowych do pracowników zatrudnionych na etacie jest niekonstytucyjne. Oznacza to, że zatrudnieni na umowach cywilnych mogą należeć do związków. Konfederacja Lewiatan uważa, że wszystkie osoby pracujące w szerokim tego słowa znaczeniu powinny mieć prawo do organizowania się i ochrony swoich praw.

Natura jednak sama radzi sobie z powyższą patologią. Niż demograficzny odsłonił prawdziwe oblicze wielu wyższych szkół prywatnych. Niewątpliwie, są też małe, akademickie wspólnoty, bez blichtru, bez nadużyć czy finansowych przekrętów, gdzie stosunki międzyludzkie są do pozazdroszczenia w wielu jednostkach uczelni publicznych. W takich szkołach władze rzeczywiście skupiają się na kształceniu zawodowym, praktycznym, troszcząc się o jak najlepszą kadrę.

Jest zatem w tym szkolnictwie tak i siak. Jest także nijak.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Ani logo, ani dydaktyka


Nie miałem w ciągu roku akademickiego czasu na zapoznanie się z książką Iwony Majewskiej-Opiełki pod intrygującym tytułem „Logodydaktyka w edukacji” (Iwona Majewska-Opiełka, Logodydaktyka w edukacji. O wychowaniu mądrego i szczęśliwego człowieka, Sopot: GWP 2015)

Jak podaje na skrzydełku okładki wydawca tej publikacji – jej autorka jest psychologiem, mówcą motywacyjnym, doradcą w zakresie rozwoju osobowości i rozwoju firm oraz trenerem liderów. Już te dane wskazują na to, że książkę o edukacji i dla edukacji pisze osoba, która nie ma ku temu profesjonalnych kompetencji. Co gorsza, posługuje się terminem naukowym, a treść książki z nauką nie ma nic wspólnego. Owszem, ociera się o nią, ale tak potocznie, że aż trudno dziwić się utyskiwaniu autorki na to, że mało kto chce jej pracę kupić oraz że uczestniczący w spotkaniach z nią nauczyciele ujawniają – jak sama twierdzi – „mentalny opór”.

Istotnie, to oni jednak, a nie autorka książki mają rację, bo jej publikacji czytać się nie da. Mamy tu coś pomiędzy „Zwierciadłem” a „Przyjaciółką” (także tu cytowane) czy ściennym kalendarzem z wyrywanymi kartkami, czyli dobrymi radami wykształconego psychologicznie rodzica, z doświadczeniem zawodowym w biznesie. Po powrocie do kraju, po kilkunastu latach pobytu w USA i Kanadzie, autorka dostrzegła, że w III RP Polacy są i nie są zarazem szczęśliwi. Trzeba ich zatem umotywować do nabycia poczucia szczęścia, bo nikt w tym kraju tego czynić nie chce i nie potrafi. Dopiero „Logodydaktyka”, twór wymyślony przez I. Majewską-Opiełkę, zmieni oblicze naszego narodu, uczyni go szczęśliwym.

Już na wstępie informuję, że nie mam nic przeciwko temu, by takie książki ukazywały się na naszym rynku, gdyż w Ameryce, ale i w Europie książek publicystycznych (rzekomo wartościowych życiowo) pojawia się rocznie tysiące. Każdy, kto tylko potrafi pisać i ma zmysł do dzielenia się swoimi poglądami oraz doświadczeniami, czyni tak dla wzmocnienia albo własnego szczęścia, albo uszczęśliwiania innych na jego – oczywiście jedynie słuszną modłę.

W końcu kupujemy i czytamy za własne pieniądze i na własną odpowiedzialność. W tym przypadku cena tej książki mieści się w granicach kilku miesięczników, które potem i tak wyrzuca się do śmietnika, albo leżą one spłowiałe, pomiętolone w poczekalni do lekarza czy fryzjera. Zawsze ktoś z nudów lub lęku sięgnie po nie i poczyta.

Sam też gorąco popieram działalność fundacji poświęconej uszczęśliwianiu dzieci i dorosłych, bo każdy pozytywny akcent swoistej pedagogii dodaje dobrej energii także naszemu społeczeństwu. Autorka tej książki jest bowiem bardzo rzetelna i szczera przyznając, że z nauką nie ma ona wiele wspólnego. Tak więc, nie jest to publikacja, w której ktoś usiłuje komuś wcisnąć banały pod pozorem naukowej wiedzy.

Jest to jednak pozycja pedagogii praktycznej, potocznej, pedagogii codzienności, której tytuł radykalnie myli potencjalnych wśród studiujących nauczycielstwo czy pedagogikę czytelników. Nie ma tu żadnej dydaktyki, teorii kształcenia człowieka szczęśliwego, ani też teorii jego wychowania. Praktyczne refleksje są tak samo dobre, jak i złe, zachwycające, jak i bulwersujące, mieszcząc się w kręgu oczywistologii czy mniemanologii stosowanej.

Moja recenzja jest pisana z pozycji naukowca, a zatem kogoś, kto nie powinien czytać tego typu książek, gdyż wiedza i metodologia badań pedagogicznych pochodzą z innego świata kultury i tradycji. Niestety, autorka tej książki miejscami odwołuje się do nauki usiłując potoczności i banałom nadać – wbrew wcześniejszym zapewnieniom, że tak czynić nie będzie – wymiar jakiegoś systemu wiedzy.

Muszę zatem zaprotestować, być może tak jak szkoleni przez panią nauczyciele, bo w publikacji jest wiele szkodliwych tez dla pedagogiki i psychologii uczenia się, także dla praktyki edukacyjnej. I. Majewska-Opiełka sama do tego zachęca, skoro pisze:

Logodydaktyka, moja koncepcja, którą przełożoną na potrzeby edukacji przedstawiam w tej książce, (…) i dlatego ma wszelkie dane, by dostarczyć spójnego programu, który może być stosowany na każdym poziomie edukacji. Może też być pomocna dla tych nauczycieli, którzy chcą wzbogacić nauczanie o element wychowawczy oraz wspierać dzieci i młodzież w jak najpełniejszej realizacji ich potencjału. (s. 14).

Przyznam, że sugestia, jakoby jej koncepcja była tylko dla tych , którzy chcą, a więc są entuzjastami założeń i treści, jest wskaźnikiem tego, by każdy myślący i działający inaczej nie podawał je krytyce. Już we „Wstępie” otrzymujemy to, co odsłania potoczność narracji, która – na domiar złego – wywołuje poczucie zdziwienia, że można tak bezrefleksyjnie pisać. Przykład:

Kogo dziś uznamy za naród polski? Wydaje się, że jest nim ogół obywateli. Skoro tak, to każdy młody Polak powinien mieć szansę na zdobywanie wiedzy …” .

Sformułowanie w stylu "wydaje się" musi takim pozostać. Każdemu może wydawać się coś innego. Mnie się tak nie wydaje. Ba, z wiedzy o społeczeństwie, socjologii, historii, nauk o polityce taki sposób tłumaczenia pojęcia „naród” jest kompromitujący autorkę. Dlatego po tej definicji mówię NIE, a to przecież nie może oznaczać, że każdy młody Polak nie powinien mieć szansy…?

W tej książce aż roi się od tego typu ogólników, frazesologii, banałów i tak być musi, bo nie jest to książka z dydaktyki ani dydaktyczna. Mamy zatem określenie typu:

- Życie wszak różnie się układa… (s. 9)

- Mamy w tej chwili nominalnie bardzo wykształcone społeczeństwo… (s.9)

- (…) określenia typu „innowacyjność”, „obywatelskie”, „pluralistyczne” czy „nowoczesne”, nic nie znaczą i są jedynie narzędziem politycznej lub administracyjnej retoryki. (s. 10)

- Jest raczej oczywiste, że nie każdy siedmiolatek będzie potrafił to wszystko, co opisuje podstawa programowa. (s. 10)

Autorka stawia w tej publikacji poważne pytania, udzielając na nie niepoważnych odpowiedzi. Można taki pogaduszkami zapełniać czas na szkoleniach innych, bo w gruncie rzeczy nie mogą oni zażądać zwrotu poniesionych kosztów w ramach gwarancji za niepełnowartościowy towar. Ten towar jednak jest wartościowy w wymiarze tzw. wiedzy osobistej. Jak ktoś chce, to niech za nią płaci.

Zdaniem autorki paradygmaty w nauce zmieniają się niezwykle wolno, więc ona nie będzie czekać, chociaż ich nawet nie poznała, udzielając nam wiedzy stosowanej, która „stymuluje rozwój”. Zupełnie niepotrzebnie zastanawiamy się na przykład, jak zbliżyć szkołę do oczekiwań technologicznych XXI wieku, czy rezygnujemy z literackiego języka, by porozumiewać się z młodzieżą jej językiem. (s. 21). Liczba mnoga w tych sformułowaniach ma nadać im powszechny charakter, chociaż takim nie jest.

Ponoć logodydaktyka (…) dostarcza zarówno teoretycznych podstaw, jak i praktycznych wskazówek do wypełnienia roli współczesnej szkoły w sposób adekwatny do potrzeb. Pozwala także zmieniać sposób myślenia i edukować nauczycieli. (s. 21). W tej książce teoretycznych podstaw nie znalazłem. Może nie potrafiłem ich odczytać w publicystycznej narracji. Niby troszczy się o dziecko, o ucznia jako podmiot, ale kiedy proponuje, by zastanowić się nad kolejnym pytaniem: dla kogo i do czego przygotowujemy w szkole ludzi? – odpowiada językiem krytykowanych neoliberalnych technokratów: Skoro klientem, szkoły jest naród, to powinno być jakieś społeczne zamówienie dotyczące programu. Czy jest? Nie wydaje się. (s. 23)

Zapewne spotkamy autorkę tej książki na przedwyborczych wiecach Ryszarda Petru, którego chwali jako eksperta od finansów za to, że trafił w sedno zdaniem o edukacji, które brzmiało: edukacja i transport to dwie dziedziny, które mogą wyrwać ludzi z kręgu biedy. (tamże). Jako ekspert MEN powinna też wzmocnić ignorantkę na stanowisku ministra, bo idealnie pasuje do jej populistyczno-propagandowej narracji politycznej.

Pani I. Majewska-Opiełka jest przekonana, że: Na pewno szkoła nie przygotowuje programowo ludzi do skutecznego działania, do udziału w życiu gospodarczym i społecznym Polski. Jakoś w końcu sobie z tym radzimy, jednakże w programie nie ma konkretnych zajęć, zadań i ćwiczeń, które miałyby to ułatwiać. Na co dzień pracuję głównie z ludźmi biznesu i wiem doskonale, że takie cnoty jak odpowiedzialność, samodzielność, ale także właściwe rozumienie współzależności oraz współdziałania, zdyscyplinowanie, a nawet… zdolność do prawidłowego rozumienia oczekiwań są raczej rzadkie wśród absolwentów szkół wszelkich.(s. 23-24)

Nie wiemy wprawdzie o rozumienie czyich oczekiwań tu chodzi, ale przecież to nie ma znaczenia. Kształcenie nie jest liniowe, ale narzeka na to, że szkoła na pewno nie przygotowuje … Co gorsza, absolwenci szkół polskich nie troszczą się o wyższe wartości. Skoro w szkole nie ma dobrych wzorców, skoro nie dyskutuje się o tym, czym jest tak naprawdę sukces, skąd bierze się szczęście i co może je powodować, młodzi ludzie skazani są na wzory rodziców, koleżanek, kolegów oraz media – te łatwiejsze. A tam króluje materializm. (s. 24) Autorka tej publikacji zapewnia nas, że nie jest zwolenniczką spiskowej teorii dziejów, ani świadomych aktów rządowych (obojętne, czy rządów polskich , czy też innych) dotyczących modelowania społeczeństwa tak, aby elitom łatwiej było nim rządzić (s. 24), ale jednak (…) nie sposób zauważyć, że (niechcący) szkołą wychowuje ludzi sklepom, dostawcom usług i sprzedawców wszelkich gadżetów. W najlepszym wypadku (i to także nie do końca i nie najlepiej) – korporacjom,. (s. 25).

Spróbowałem przeczytać jeszcze jeden rozdział o dobrym życiu, ale rozczarowanie było jeszcze większe. Dowiedziałem się np., że autorka broniła szkoły kanadyjskiej przed 25 laty, kiedy przybyli tam polscy emigranci narzekali na system edukacji tego kraju. Muszę zatem ją zmartwić, bo dzisiejsi emigranci także narzekają na szkołę publiczną w Kanadzie, do której trafiło ich dziecko, a na międzynarodowym kongresie we Wrocławiu sami Kanadyjczycy opowiadali jak zdemoralizowani są działacze związkowi, którzy oszukali naukowców w negocjacjach z władzą. Zawsze można jeden przypadek zakwestionować innym. Nie jest to jednak prawda o całej rzeczywistości.

Na koniec podzielę się refleksją dotyczącą rzekomo polskiej myśli logodydaktycznej w wydaniu autorki tej książki. Musiała dużo naczytać się banalnych książeczek w Kanadzie i USA, skoro sama opracowała na ich podstawie koncepcję, która nie odpowiada nawet temu, co niesie z sobą jej nazwa. Nie należy tworzyć założeń czegokolwiek na bazie fałszywych, banalnych, rzekomo oczywistych przesłanek.

Jeżeli najpierw gani się Polaków za to, że gonią za myślą obcą, zachodnią, a samej afirmuje się – poza własnymi publikacjami - głównie książeczki niewiadomej wartości (brak przekładów) z innego kontynentu, to wzbudza uzasadniony sprzeciw.

Opinia autorki na temat polskich nauczycieli jest żenująca i będzie wzbudzać uzasadniony opór nie tylko przed jej wystąpieniami, ale także publikacjami. Twierdzi bowiem: Wszak sami nie zawsze postrzegają swoje życie w kategoriach sukcesu, a przecież rekrutują się zwykle z grzecznych dzieci i dobrych uczniów oraz często mają kilka fakultetów. Nauczyciele nie wyrywają sobie z rąk również mojej książki, obecnej na rynku już dziesięć lat, „Wychowanie do szczęścia”, w której piszę podobne rzeczy. (s. 30) Może jednak to dobrze świadczy o polskich nauczycielach, że nie wyrywają jej sobie z rąk?

Jeśli zatem autorka chce zachować poczucie własnej szczęśliwości i pisać kolejne książki dla nauczycieli, to muszę przestrzec, że od 25 lat transformacji ustrojowej odkryli oni w naszym państwie znakomity kapitał twórczości, krytycyzmu, refleksyjności, innowacyjności i zdolności do wychowywania innych wbrew temu, co usiłują im narzucać politycy-ignoranci. Jeśli chcemy pisać książkę o edukacji, to wypadałoby ją najpierw dobrze poznać, doświadczyć jej kulis, mechanizmów, prawa na własnej skórze. W przeciwnym razie rozmijamy się z realiami i nadzieją na spodziewaną, a jakże konieczną transformację.

Jestem przekonany, że niezwykle sympatyczna i zaangażowana w szkolenia autorka tej książki skupi się na tym, na czym naprawdę się zna. Redakcja pisze o niej, że "jest jedną z najciekawszych postaci ruchu rozwoju potencjału człowieka w Polsce".

niedziela, 19 lipca 2015

Protest wykładowcy w Gdyni o godne traktowanie nie tylko akademickiego prekariatu


Pan mgr Damian Muszyński miał w maju wypadek samochodowy. Na szczęście wyszedł z niego względnie cało, toteż na międzynarodową konferencję pedagogów krytycznych w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu przyjechał z ręką na temblaku. Pasjonat nauki tak by postąpił, skoro pojawiła się niepowtarzalna już być może sytuacja spotkania z naukowcami i lewicowymi rewolucjonistami z różnych stron świata.

W miniony piątek otrzymałem messenger'em porażającą informację od niego:

"Zwracam się z gorącą prośbą o poparcie mojego protestu przeciwko wyrzuceniu mnie na ulicę z mojego służbowego pokoju, który wynajmuje od trzech miesięcy w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Jestem z przerwami zatrudniany w w/w uczelni na stanowisku wykładowcy. Przerwy wiążą się z faktem, iż uczelnia praktykuje zatrudnienie nauczycieli akademickich na podstawie umów cywilno-prawnych. Zarabiam więc tylko wtedy, kiedy realizuję umowę - jest to w praktyce kilka miesięcy w roku (jeden semestr).

Od 17 kwietnia br. zamieszkuję w Domu Studenckim Nr 1 w AMW. Systematycznie płaciłem za pokój, i - jeśli pojawiały się zaległości związane z niemożnością zapłaty bieżącej faktury - kontaktowałem się w tej sprawie z Kanclerzem AMW i kierownikiem Domów Studenckich. Krótko mówiąc, bardzo dbałem o to, aby nie stracić dachu nad głową.

Niestety, dzisiaj rano, w stylu charakterystycznym dla najgorszych praktyk, wszedł do mojego pokoju kierownik Domu Studenckiego i zażądał, abym wyprowadził się z pokoju w ciągu kilu godzin. Oczywiście, nie zrobiłem tego, bo wiem, że chronią mnie prawa zapisane chociażby w Ustawie o ochronie lokatorów praw lokatorów, która odnosi się do wszelkich zasobów mieszkaniowych.

Protestuję przeciwko wyrzucaniu w Polsce ludzi na bruk. Protestuję przeciwko zatrudnianiu na podstawie tzw. umowy śmieciowej. Protestuję przeciwko traktowaniu nauczyciela akademickiego, jak przedmiotu, który można przestawić, a nawet usunąć. Jestem zdeterminowany, choć uczelnia zastosowała już wobec mnie restrykcje charakterystyczne dla metod tzw. "czyścicieli kamienic" - została dezaktywowana karta, którą mogłem posługiwać się wchodząc na teren uczelni. Tym samym jestem uwięziony w pokoju, jeśli bowiem z niego wyjdę, na powrót do pokoju nie wejdę. Jestem w praktyce osobą bezdomną.

Planuję oczywiście dochodzić swoich praw w sądzie; do czasu ewentualnych rozstrzygnięć chcę poinformować o mojej sytuacji zaprzyjaźnione media , ogólnopolskie i lokalne. Uruchomię profil na Facebooku (oraz na Twitterze), który ma informować o praktykach realizowanych w tej publicznej uczelni (choć pewnie nie tylko w tej). W poniedziałek rozpocznę protest przed siedzibą główną Akademii Marynarki wojennej. Skontaktowałem się w mojej sprawie z Kancelarią Sprawiedliwości Społecznej. Będę ogromnie wdzięczny za poparcie. Łączę pozdrowienia.


W sobotę pan Damian Muszyński poinformował o 2.29 PM, że jest już po kilkugodzinnych negocjacjach i jest na powrót w swoim pokoju. Podziękował za wsparcie facebookowiczów i poinformował, że opuści DS, ale na swoich warunkach, które są efektem negocjacji. Uczelnia ma mu zapewnić transport, aby mógł przewieźć swoje rzeczy. Jak napisał:

"Nie zmienia to faktu, że zajście miało dramatyczny przebieg - byłem w pokoju sam, a wokół mnie kłębiły się tłumy ochroniarzy, wojskowych, żandarmerii wojskowej, administracji. Jestem wyczerpany bo trwało to kilka godzin i byłem cały czas poddawany przemocy symbolicznej: dystynkcje, pałki, broń gazowa, broń ostra".

Jak z tego wynika, pan Damian Muszyński nie walczy de facto tylko o siebie, ale przede wszystkim zwraca uwagę na sytuację setek, a może i więcej wykładowców, osób ze stopniem zawodowym lub naukowym, które są traktowane zgodnie z regulacjami tego rządu przedmiotowo. Ministrów, premier, posłów nie interesuje to, że polski prekariat jest najliczniejszy w krajach UE, że młodzi ludzie nie mają środków do życia, bo mają być jedynie środkiem do zysków wyższych szkół prywatnych, a oszczędności dla uczelni publicznych!

Tak, tak, warto zacząć o tym mówić. Z jednej strony mamy ponad 300 wyższych szkół prywatnych, których założyciele, władze chętnie zatrudniają na tzw. umowy śmieciowe, bo etat jest dla nich zbyt kosztowny. Nie obchodzi ich sytuacja życiowa nauczycieli akademickich. Nieco lepiej jest w uczelniach publicznych, ale jak wynika z powyższego zdarzenia, także ich władze zaczynają szukać oszczędności i zatrudniają część wykładowców na umowy cywilno-prawne.


Jak doktoranci z UW upomnieli się w NCN o podwyższenie stawek w ramach grantów, to natychmiast ministra nauki i szkolnictwa wyższego stwierdziła, że środki budżetowe w ramach grantów nie są na płace, ale na wzmocnienie niskich płac już zatrudnionych w szkołach wyższych. Hipokryzja, obłuda, błędne koło? Tu dorzucimy, tam zabierzemy?

Zbliżają się wybory. Może wreszcie młodzi zaczną interesować się programami wyborczymi kandydatów i wyegzekwują od nich spełnienie obietnic. Muszą być mechanizmy czy procedury obywatelskiego nadzoru, kontroli i napiętnowania tych, którzy dzisiaj w Sejmie chcą ponoć uchwalić ustawę zapewniającą obecnym posłom dożywotnią pensję w wysokości 6 tys. zł.

Pan dr Damian Muszyński jest magistrem pedagogiki medialnej, poetą. Uczestniczy w konferencjach, czyta książki, pisze recenzje, a nawet wiersze, publikuje artykuły, ale... nikt nie może mu tego nawet wynagrodzić, bo i redakcje czasopism nie płacą honorariów za teksty, bo i z czego? W ciągu 25 lat transformacji rządzący wszystkich opcji urządzali się w szkolnictwie wyższym lub z jego wsparciem na różne sposoby.


W dn. 21 lipca ukazał się artykuł w lokalnej Gazecie Wyborczej. Cytuję fragment, gdyż dotyczy on II strony:

Jak uczelnia odnosi się do całej sytuacji?

- AMW jest jednostką organizacyjną podlegającą ministrowi obrony narodowej. Jest to jednostka wojskowa, w której obowiązuje system przepustkowy. Nie ma możliwości, żeby osoba, która nie ma pozwolenia na przebywanie na terenie AMW, mogła się po tym terenie bezprawnie poruszać, a panu Muszyńskiemu umowa na zakwaterowanie w domu studenckim wygasła z dniem 30 czerwca i nie została przedłużona. Nawet gdyby pan Muszyński miał przedłużoną umowę, to najwyżej o jeden miesiąc, w jednostce wojskowej nie ma bowiem takiej praktyki, żeby wykładowcy mieszkali na stałe w domu studenckim - wyjaśnia kmdr ppor. Krzysztof Nowakowski, rzecznik prasowy uczelni. I dodaje: - Co do umowy cywilnoprawnej, nie jest ona podstawowym rodzajem umowy, jaką zawiera się w AMW. Pozwala jednak na weryfikację pracownika pod kątem jego dalszej stałej współpracy.

A ta, zdaniem dr hab. Astrid Męczkowskiej-Christiansen, prof. AMW, dyrektor Instytutu Pedagogiki, nie była możliwa z powodu mizernych postępów w pracy naukowej. Nie zrealizował też wszystkich zajęć dydaktycznych - opuścił dwa dni, których nie odrobił.

Kanclerz AMW dr Bogusław Bąk twierdzi z kolei, że pan Muszyński zalegał z opłatą za pokój i za jedzenie, a na opłacenie zaległości i opuszczenie domu studenckiego miał czas do 15 lipca.

sobota, 18 lipca 2015

W tragicznych okolicznościach zmarł profesor pedagogiki Krzysztof Kruszewski
















(Portret K. Kruszewskiego za: "Poczet profesorów polskich wycina Janusz Markiewicz)


W tę informację trudno było uwierzyć, bowiem profesor Krzysztof Kruszewski, mimo osiągnięcia wieku emerytalnego, był osobą czynnie uczestniczącą w nauce. Jak informują media profesor zastrzelił w domu swoją żonę, a następnie popełnił samobójstwo. Jego syn Krzysztof Borys Kruszewski (założyciel przedsiębiorstwa badań rynku – SMG/KRC - Millward Brown) potwierdził w dn. 15 lip 21:45 w komentarzu do artykułu tragedię rodziców pisząc:

Informacja jest niestety całkowicie zgodna z prawdą. Tata i Mama byli ze sobą razem przez prawie 60 lat. Było to niezwykłe małżeństwo. Mama była obłożnie chora. Ostatniej doby jej stan można było określić jako agonalny. Oboje ustalili, że w takiej sytuacji, z powodu braku prawnej możliwości eutanazji w Polsce, zdrowe z nich Dwojga zadba o przeprowadzenie wspólnego samobójstwa. Jak zaplanowali tak zrobili – razem trzymając się za ręce na małżeńskim łóżku. Gest natury romantycznej, jak z rosyjskiej literatury XIX wieku.

Tata pochodził ze starej, wojskowej rodziny z korzeniami jeszcze w XV wieku. Broń palna była w tej sytuacji jedynym rozwiązaniem. Trudno pogodzić mi się z ich decyzją zwłaszcza, że Tata był dobrego zdrowia, w kondycji intelektualnej niedostępnej większości ludzi, jakich znam, w niezwykle ciepłych i gęstych relacjach ze mną, moimi Synami i moją Żoną
.

Czy ów wpis na forum jest prawdziwy? Nie wiem. Policja prowadzi śledztwo, bowiem pojawiła się hipoteza o możliwym udziale osób trzecich, a zatem o zamordowaniu małżonków Kruszewskich. Dla Najbliższych i przyjaciół zm. Profesora i jego Małżonki jest to niewątpliwie dramat.

Przypomnę dane z naukowego życia i działalności akademickiej profesora Krzysztofa Kruszewskiego najistotniejsze fakty:

Krzysztof Kruszewski ur. 30 marca 1939 w Warszawie, zmarł w dn. 14 lipca 2015 w Warszawie.

Jak podaje m.in. Wikipedia:

Od 19 kwietnia 1963 należał do PZPR. W latach 1972-1973 był sekretarzem Komitetu Uczelnianego Uniwersytetu Warszawskiego. Następnie - do 1977 - w Komitecie Centralnym PZPR kierował sektorem Studiów i Analiz w Wydziale Pracy Ideowo-Wychowawczej. A od 1977 do 1980 był sekretarzem w Warszawskim Komitecie Miejskim PZPR. Jako sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR miał być inicjatorem organizowania napadów bojówkarskich na wykładowców i słuchaczy opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych (1978-1981).

Być może właśnie ta częściowo niechlubna - a udokumentowana przez IPN i opublikowana w prasie codziennej w połowie lat 90. XX w. - przeszłość profesora z okresu socjalizmu stała się w okresie transformacji po 1989 r. powodem do zatarcia jej dobrymi czynami dla kształcenia akademickiego i nauk pedagogicznych? Nie wiem. Pewnie będą tego dociekać "lustratorzy" i doszukujący się dwoistości w jego życiu i pracy twórczej biografiści pedagogiczni czy historycy wychowania. Nie jest to moim zadaniem.

W okresie od 3 kwietnia 1980 do 12 lutego 1981 Krzysztof Kruszewski był ministrem oświaty i wychowania w rządach Edwarda Babiucha i Józefa Pińkowskiego. Habilitował się w 1971. Tytuł naukowy profesora uzyskał w 1990. Tuż przed upadkiem socjalistycznego ustroju K. Kruszewski wydał dwie rozprawy:

- "Zmiana i wiadomość. Perspektywa dydaktyki ogólnej" (PWN 1987)

- "Kształcenie w szkole wyższej. Podręcznik umiejętności dydaktycznych" (PWN 1988).

Do 1990 r. pracował w Wojskowej Akademii Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego oraz na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kierował zespołem dydaktyki szkoły wyższej w Katedrze Dydaktyki. W 1995 r. prof. K. Kruszewski podjął pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej Związku Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie. Tu kierował Katedrą Dydaktyki.


Nie zamierzam też oceniać Profesora, którego osobiście poznałem w "urzędowej" sytuacji dopiero w I dekadzie XXI w., kiedy kierowałem zespołem akredytacyjnym w Uniwersytecie Warszawskim na tzw. MISH-u. Profesor cieszył się tam ogromnym szacunkiem i uznaniem jako znakomity wykładowca. Na wykłady Profesora Kruszewskiego ściągały tłumy najzdolniejszej młodzieży akademickiej z całego Uniwersytetu. Reprezentował bowiem światową wiedzę na temat szkolnictwa i dydaktyki, a sam był też wyjątkowo komunikatywnym mówcą. To rzadkość, by piszący o sztuce nauczania sam był jej mistrzem.

Dzięki znakomitym przekładom K. Kruszewskiego z języka angielskiego niezwykle interesujących i kluczowych publikacji anglojęzycznych nasze środowisko uzyskało bardzo szybko dostęp do nich. Polska dydaktyka i pedagogika nadrobiła dzięki temu - w latach 90. XX w. - ogromne zapóźnienia w dostępie do europejskich standardów badań naukowych (spowodowane bolszewicką cenzurą poprzedniego reżimu (niestety, także z udziałem tego profesora). Praca tłumacza jest niezwykle praco- i czasochłonna, a jeśli dokonuje jej specjalista w zakresie przekładanej problematyki, to ma ona charakter niemalże współautorski, bo jest to wielka sztuka.

K. Kruszewski dokonał przekładu m.in. następujących rozpraw:

* Jere Brophy, Motywowanie uczniów do nauki (WN PWN 2002);

* Allan C. Ornstein, Francis P. Hunkins, Program szkolny. Założenia, zasady, problematyka (WSiP 1998);

* Richard I. Arends, Uczymy się nauczać (WSiP 1994);

* Bruce Joyce, Emily Calhoun, David Hopkins, Przykłady i modele uczenia się i nauczania (WSiP 1999).

* David Tripp, Zdarzenia krytyczne w nauczaniu. Kształtowanie profesjonalnego osądu (WSiP 1996).

Każdy, kto studiował pedagogikę, musiał zetknąć się z rozprawami profesora dydaktyki i pedagogiki szkolnej. Krzysztof Kruszewski był też wraz ze swoim towarzyszem z UW, profesorem Krzysztofem Konarzewskim redaktorem wydanej dwutomowej edycji podręcznika akademickiego „Sztuka Nauczania". Jest to bardzo ważny i niezwykle wartościowy podręcznik akademicki, który wykorzystywany jest nie tylko w kształceniu nauczycielskim, ale także pedagogicznym, socjologicznym i psychologicznym. Ma on wiele wznowień, a jego ostatnia, zmieniona edycja ukazała się w 2004 r.

Ogromnie cenię ten podręcznik, gdyż - jak słusznie pisze we wstępie do II części "Sztuki nauczania. Szkołą" jej red. K. Konarzewski: "Profesjonalista to ktoś, kto potrafi pracować bez wskazówek i nadzoru; ktoś, kto nie traci głowy, gdy zawodzą rutynowe metody, bo potrafi metody nie tylko stosować, lecz także - w razie potrzeby - tworzyć. Ta autonomia jest jednak niemożliwa bez rozumienia szerokiego - historycznego, społecznego i psychologicznego - sensu własnej działalności zawodowej. (s. 9)

Odszedł profesor, który pisał jeszcze pod koniec lat 80. w swoich rozprawach, że dydaktyka ogólna od dłuższego czasu znajduje się w stanie dezintegracji. Istotnie, długo będzie podnosić się z tego upadku, do którego doprowadził miniony ustrój. Ćwierćwiecze wolności zaczęło dawać oznaki pewnej zmiany, ale nadal czekamy na więcej autorów ponowoczesnej dydaktyki, na dydaktykę w nurcie krytycznym, konstruktywistyczną, kognitywistyczną czy hermeneutyczną.

To właśnie społeczność WSP ZNP w Warszawie, w której ostatnio pracował prof. K. Kruszewski, żegna swojego wykładowcę nekrologiem na stronie Uczelni:





piątek, 17 lipca 2015

Dopalacze. Gdzie szukać pomocy?


Otrzymałem mailem poniższy komunikat, to go zamieszczam, bo istotnie rząd nie jest w stanie od 8 lat rozwiązać problemu nowego rodzaju narkotyków o niewinnej nazwie "DOPALACZE". Mamy zatem już pierwsze ofiary wśród nastolatków. Odchodzi młode pokolenie, sfrustrowane, zawiedzione, zdradzone, pozostawione sobie. Może komuś uda się kogoś ostrzec, uratować? Nie przypuszczam, by po dopalacze sięgały dzieci z rodzin, w których są one podmiotem codziennej troski i miłości. Czy zatem ci, którym los własnego dziecka jest obojętny, skorzystają z poniższych propozycji? Wątpię, ale trzeba mieć nadzieję.

W ostatnich dniach w kraju odnotowano wiele przypadków zatrucia narkotykami, tzw. dopalaczami. Do szpitali trafiły osoby z ostrym zatruciem organizmu. Apelujemy i ostrzegamy, aby nie kupować i nie zażywać takich substancji. Producenci i sprzedawcy dopalaczy kierują się przede wszystkim zyskiem, za nic mając ludzkie życie. Sprzedając dopalacze – sprzedają śmierć!

Masz wątpliwości czy Twoje dziecko zażywa dopalacze? Chcesz dowiedzieć się więcej na temat możliwości leczenia? Wiesz wszystko o negatywnych skutkach tych niebezpiecznych substancji? Masz informacje o miejscach, w których handluje się zakazanymi środkami? Jesteś uzależniony? Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przygotowało listę numerów telefonów pod którymi można szukać pomocy.


800 060 800 – Bezpłatna, całodobowa infolinia Głównego Inspektora Sanitarnego. Pod tym numerem telefonu możemy uzyskać informacje na temat negatywnych skutków zażywania dopalaczy oraz o możliwościach leczenia. Infolinia jest także przeznaczona dla rodziców, którzy mają wątpliwości, czy ich dzieci zażywają dopalacze. Na infolinię GIS można przekazywać także informacje, które mogą ułatwić służbom dotarcie do osób handlujących tymi nielegalnymi substancjami.

116 111 – Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. Służy on młodzieży i dzieciom potrzebującym wsparcia, opieki i ochrony. Zapewnia dzwoniącym możliwość wyrażania trosk, rozmawiania o sprawach dla nich ważnych oraz kontaktu w trudnych sytuacjach. Telefon prowadzi Fundacja Dzieci Niczyje. Linia jest dostępna codziennie w godzinach 12:00 – 20:00, pomoc online dostępna na www.116111.pl/napisz. Tylko w 2014 roku specjaliści przeprowadzili 3205 rozmów dotyczących dopalaczy.

800 100 100 – Telefon dla rodziców i nauczycieli w sprawach bezpieczeństwa dzieci. To bezpłatna i anonimowa pomoc telefoniczna i online dla rodziców i nauczycieli, którzy potrzebują wsparcia i informacji w zakresie przeciwdziałania i pomocy dzieciom przeżywającym kłopoty i trudności wynikające z problemów i zachowań ryzykownych, takich jak: agresja i przemoc w szkole, cyberprzemoc i zagrożenia związane z nowymi technologiami, wykorzystywanie seksualne, kontakt z substancjami psychoaktywnymi, uzależnienia, depresja, myśli samobójcze, zaburzenia odżywiania. Telefon prowadzi Fundacja Dzieci Niczyje. Linia dostępna od poniedziałku do piątku w godzinach 12:00 – 18:00, pomoc online dostępna pod adresem pomoc@800100100.pl. W 2014 roku 61 rozmów dotyczyło problemów z dopalaczami.

800 12 12 12 - Dziecięcy Telefon Zaufania Rzecznika Praw Dziecka. Osoby poszukujące pomocy oraz informacji na temat dopalaczy mogą korzystać także z telefonu zaufania Rzecznika Praw Dziecka. Numer przeznaczony jest zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, którzy chcą zgłosić problemy dzieci. Telefon jest czynny od poniedziałku do piątku w godzinach od 8.15 do 20.00. Po godzinie 20.00 oraz w dni wolne od pracy, każdy może przedstawić problem i zostawić numer kontaktowy. Pracownik telefonu zaufania oddzwoni następnego dnia.

112 – Jednolity numer alarmowy obowiązujący na terenie całej Unii Europejskiej.


Już zaczynam się obawiać, że problem dopalaczy pojawi się jako modny temat dla studentów przymierzających się do badań i pracy dyplomowej z pedagogiki, socjologii czy psychologii. O narkotykach pisano setki prac w latach 90. XX w. O uzależnieniach od alkoholu pisze się nieustannie, a ja już nie bardzo chcę o tym czytać. Niech będzie zatem o dopalaczach, no i o (nie-)skuteczności kolejnej akcji pani poseł U. Augustyn, która ogłosiła w tej sprawie "wrzutkę" do programów kształcenia ogólnego i zawodowego.

Pamięta ktoś, że MEN forsowało lekcje w stylu akcji politycznej na temat korupcji? I co? Zajmujemy I miejsce w krajach Unii Europejskiej. Specjalistka od walki z korupcją (p. Julia Pitera) już od kilku lat nie tropi jej w kraju, bo poślizgnęła się na rachunku za śledzia. Zdaje się, że pracownicy sektora publicznego, samorządowego władz wszelkich poziomów zorientowali się dzięki tym programom, na co uważać, by nie wpaść. Czyżby jednak edukacja okazała się skuteczna?

czwartek, 16 lipca 2015

Czy można podnieść rangę zawodu nauczycielskiego i naprawić system edukacji?


Kilka dni temu odniosłem się do wypowiedzi p. mgr Elżbiety Witek z PiS na temat "podniesienia rangi zawodu nauczyciela i przywrócenia sprawnego nadzoru pedagogicznego jako warunku rozwoju polskiej szkoły". Jak ktoś mówi o podniesieniu czyjejś rangi, to kojarzy mi się to tylko z podnoszeniem ciężarów. Nie wiem bowiem, jakiej wagi jest ta kategoria polityczna - lekkiej, średniej czy ciężkiej?

Kto nałoży nauczycielom odpowiednią ilość tarcz lub będzie je zdejmował, by ranga była wysoka i wysoko? Nie wiadomo, czy chodzi o podnoszenie nauczycielskiej rangi jak najwyżej, a więc przez zdejmowanie ciężarów, czy może by miała swój ciężar, a więc przez dokładanie ciężarów?

No dobrze, nie krytykujmy. Mamy tu chociaż jakiś konkret. Być może są nauczyciele, którzy uważają, że ich ranga jest zbyt niska, a więc z zadowoleniem przyjmą to, że nowa władza, jeśli takową się stanie, podniesie ich rangę. A jak nie udźwignie? A jak ich ranga nie wzrośnie, tylko spadnie? Jakże łatwo jest o kontuzję.

Ciekawe też jest, jak władza tę rangę podniesie? Czy nauczyciele ją udźwigną? Co się stanie, jeśli nie udźwigną tej rangi? Czy niedorastający do niej słabeusze będą musieli rozstać się z zawodem? Chyba tak. W końcu, bycie nauczycielem być może było dotychczas czymś zbyt lekkim, łatwym i przyjemnym? Może nadchodzi czas podnoszenia ciężaru misji w górę? Jest nadzieja, że zostaną wprowadzone obowiązkowe obozy kondycyjne, a nawet zostanie podniesiona dieta, by nauczyciel mógł być dobrze odżywiony, w pełni sił.

Czytam treść kolejnego wystąpienia - posła Sławomira Kłosowskiego na temat zmiany struktury oświaty i odbudowy szkolnictwa zawodowego jako instrumentów naprawy systemu edukacji. To podejście do zmiany w polityce oświatowej nie ma już charakteru sportowego, który kojarzyłby się z podnoszeniem ciężaru posłannictwa tej profesji. Zdaje się, że bliższą asocjacją jest serwis techniczny. Gdyby miała być trzecia kadencja w MEN tej samej koalicji, to oznaczałoby, że mamy serwis gwarancyjny.

Tymczasem z diagnozy PiS wynika, że edukacyjna maszyna uległa zepsuciu. A jak coś się psuje, przestaje właściwie działać, to trzeba wezwać specjalistę od jej naprawy. Co ważne, już zdiagnozowano powody zepsucia edukacyjnego systemu. Wprawdzie jeszcze jakimś dziwnym zrządzeniem losu on się jeszcze toczy, charczy i rzęzi, ale długo tak nie pożyje. Jak ktoś nie przyjdzie z odpowiednimi narzędziami i jego nie naprawi, to będzie koniec.

Tym bardziej, że w systemie już bardzo iskrzy, a to może oznaczać przepalenie się czegoś w jego sterowniczym wnętrzu, czyli w MEN. Jeśli jest spalone, to być może nie ma już sensu jego dalsza naprawa i trzeba go wymienić na nowy, inny model, oby lepszy. Chyba, że ktoś zapłacił osiem lat temu za przedłużenie karty gwarancyjnej?

Mistrz naprawy systemu edukacji - poseł Sławomir Kłosowski proponuje (Uwaga: PISMEM DRUKOWANYM MÓJ KOMENTARZ):

a) przywrócenie odpowiedzialności państwa za edukację poprzez:

- wzmocnienie wpływu państwa na tworzenie programów nauczania,
- opiniowanie arkuszy organizacyjnych szkół i placówek oświatowych,
- opiniowanie wojewódzkich, powiatowych i gminnych sieci szkół.

Rząd kreuje politykę oświatową, a Minister Edukacji i kuratorzy oświaty odpowiadają za jej realizację. W tym celu niezbędne jest dokonanie zmian w strukturze Ministerstwa Edukacji Narodowej i kuratoriów oświaty.

BŁĄD. UTRZYMANIE DWOISTEJ WŁADZY SŁUŻY TEMU, Z CZYM PiS CHCE WALCZYĆ, A WIĘC CHAOSOWI. OŚWIATĄ POWINIEN ZARZĄDZAĆ JEDEN PODMIOT - SAMORZĄD, ZAŚ NADZÓR POWINIEN BYĆ USYTUOWANY POZA STRUKTURAMI TEGO SYSTEMU. W PRZECIWNYM RAZIE NADZORUJĄCY SAMEGO SIEBIE NIGDY NIE DOSTRZEŻE BELKI WE WŁASNYM OKU. SIEĆ SZKOLNA ZOSTAŁA CZĘŚCIOWO PRZEKAZANA NGO W PROCESIE "UKRYTEJ PRYWATYZACJI" PUBLICZNEGO SZKOLNICTWA. W EFEKCIE TEGO PROCESU NASTĘPUJE MONOPOLIZOWANIE TEJ CZĘŚCI SIECI PRZEZ RÓŻNEGO TYPU FUNDACJE WSPIERANE FINANSOWO PRZEZ MEN I POWIĄZANYCH Z RESORTEM POSŁÓW, URZĘDNIKÓW I PARTYJNYCH PRZYJACIÓŁ.

b) powstrzymanie likwidacji szkół przez:

- przywrócenie kuratorom oświaty prawa sprzeciwu wobec likwidacji szkół,
- opiniowanie sieci szkolnej,
- wstrzymanie przekazywania szkół spółkom komunalnym,
- wzmocnienie finansowe samorządów, które znalazły się w ostatnich latach w szczególnie krytycznej sytuacji finansowej,
- utworzenie Narodowego Funduszu Oświaty zasilanego środkami ze zbywania przez samorządy budynków oświatowych po likwidowanych placówkach.

c) likwidacja obowiązku szkolnego sześciolatków:

- zlikwidujemy obowiązek szkolny sześciolatków, pozostawiając rodzicom prawo podejmowania decyzji w tej sprawie;

TRAFNA DECYZJA. CI, KTÓRZY DOPROWADZILI DO OBNIŻENIA WIEKU OBOWIĄZKU SZKOLNEGO BEZ PRZYGOTOWANIA DO TEGO KADR I INFRASTRUKTURY POWINNI PONIEŚĆ ODPOWIEDZIALNOŚĆ, GDYŻ DZIECI SĄ OFIARAMI NIEKOMPETENTNEJ I TOKSYCZNEJ DLA ICH ROZWOJU DECYZJI O CHARAKTERZE TYLKO I WYŁACZNIE POLITYCZNO-EKONOMICZNYM.


d) uproszczenie, ujednolicenie i scalenie przepisów prawa oświatowego:

- przygotujemy całkowicie nową „ustawę o organizacji oświaty”, która w sposób jasny, jednolity i zwarty ureguluje wszystkie najważniejsze kwestie oświatowe, wyeliminuje spory interpretacyjne niepotrzebnie absorbujące dyrektorów szkół i nauczycieli.

USTAWĘ O SYSTEMIE OŚWIATY NALEŻAŁOBY NAPISAĆ OD NOWA, RADYKALNIE JĄ UPRASZCZAJĄC. JUŻ ŻADEN DYREKTOR SZKOŁY NIE ORIENTUJE SIĘ WE WSZYSTKICH AKTACH WYKONAWCZYCH DO USTAWICZNIE NOWELIZOWANEJ USTAWY. KOMENTARZE PRAWNIKÓW I PEDAGOGÓW DO USTAW OŚWIATOWYCH LICZĄ PONAD TYSIĄC STRON. KURIOZALNE. SPRZYJA TO RÓŻNYM PATOLOGIOM.

e) zmiana struktury szkół.

Ustrój szkolny nie jest celem samym w sobie, lecz musi być oceniany przez pryzmat efektywności wypełniania przez szkoły i placówki oświatowe ich funkcji. Dziś widać wyraźnie, że gimnazjum nie spełniło swojego podstawowego celu, wyrównywania szans edukacyjnych, przeciwnie generuje coraz więcej problemów. Stało się szkołą kojarzoną z trudnościami dydaktycznymi, a zwłaszcza wychowawczymi, a nawet szkolną przestępczością. Jego kolejna korekta nie daje nadziei na pozytywny skutek.

Dlatego proponujemy:

- wprowadzenie ośmioklasowej szkoły powszechnej podzielonej na dwa czteroletnie etapy kształcenia: zintegrowane w klasach I – IV i przedmiotowe w klasach V – VIII,
- przywrócenie czteroletniego liceum ogólnokształcącego i pięcioletniego technikum,
- wprowadzenie dwuletniej szkoły policealnej kształcącej w zawodzie,
- wprowadzenie czteroletniej szkoły wsparcia wychowawczego,
- utrzymanie systemu szkół specjalnych różnych typów dla uczniów z określonymi stopniami upośledzenia lub niepełnosprawności,
- wprowadzenie trzyletniej szkoły zawodowej.

Odbudowując szkolnictwo zawodowe oprzemy je na modelu kształcenia dualnego i modułowego oraz będziemy dostosowywać jego ofertę do potrzeb nowoczesnego rynku pracy. Doprowadzimy do wypracowania systemu realnej współpracy podmiotów gospodarczych z placówkami edukacji zawodowej.
Jednym z mechanizmów powiązania edukacji z rynkiem pracy będzie kontraktowanie przez państwo, na szczeblu kuratorów oświaty, praktyk zawodowych u pracodawców.

STRUKTURALNIE BŁĘDNA DECYZJA, BY POWRÓCIĆ DO SYSTEMU 8+4. NALEŻAŁOBY ZACHOWAĆ OBECNY USTRÓJ SZKOLNY, ALE WZBOGACIĆ GO NA ETAPIE PO SZKOLE PODSTAWOWEJ O JESZCZE JEDEN, RÓWNOLEGLE DZIAŁAJĄCY TYP SZKOŁY PONADPODSTAWOWEJ, DO KTÓEJ UCZĘSZCZAŁABY MŁODZIEŻ O ZAINTERESOWANIACH, UZDOLNIENIACH CZY ASPIRACJACH ZAWODOWYCH - TECHNICZNYCH, RZEMIEŚLNICZYCH, ARTYSTYCZNYCH ITP. WÓWCZAS JEST SZANSA NA ZMIANĘ ŚRODOWISKA SOCJALIZACYJNEGO GIMNAZJÓW JAKO SZKÓŁ O PROAKADEMICKIM CHARAKTERZE KSZTAŁCENIA OGÓLNEGO. W SZKOLE RÓWNOLEGŁEJ DO GIMNAZJUM np. SZKOLE REALNEJ BYŁABY WIĘKSZA SZANSA PRZYGOTOWYWANIA MŁODZIEŻY DO EDUKACJI ŚCIŚLE ZAWODOWEJ W SZKOŁACH ŚREDNICH II STOPNIA.

BRAKUJE MI W TYM PROJEKCIE REFORMY CENTRUM. EDUKACJA POWINNA ZOSTAĆ WŁĄCZONA DO RESORTU KULTURY, GDYŻ EDUKACJA W SWEJ ISTOCIE JEST INKULTURACJĄ. PO CO SETKI URZĘDNIKÓW, MINISTRÓW I WICEMINISTRÓW Z PARTYJNEGO NADANIA, SKORO POTRZEBNY JEST TU SPECJALISTA OD POLITYKI OŚWIATOWEJ? DLACZEGO PiS NIE ODNOSI SIĘ DO IDEI USPOŁECZNIENIA SZKOLNICTWA PUBLICZNEGO, A WIĘC PODDANIA GO ODDOLNEJ KONTROLI SPOŁECZNEJ? TU JEST MIEJSCE DLA BUDOWANIA WSPÓLNOT EDUKACYJNYCH Z UDZIAŁEM RODZICÓW, UCZNIÓW I NAUCZYCIELI. DLACZEGO NIE PROPONUJE SIĘ PONADPARTYJNEJ KOMISJI EDUKACJI NARODOWEJ, KTÓRA OKREŚLAŁABY STRATEGIĘ ROZWOJU POLSKIEJ EDUKACJI ORAZ ROZLICZAŁA WŁADZE ZE SKUTKÓW PODEJMOWANYCH PRZEZ NIE DECYZJI?

f) utworzenie Narodowego Instytutu Wychowania, Programów Szkolnych i Podręczników, który będzie realizował funkcje badawcze, koncepcyjne, metodyczne, doradcze i popularyzatorsko-wydawnicze.

TO POWRÓT DO PRL I DO ŚWIATOPOGLĄDOWEJ INDOKTRYNACJI. JEDNOLITY PROGRAM KSZTAŁCENIA OGÓLNEGO I ZAWODOWEGO W SPOŁECZEŃSTWIE PLURALISTYCZNYM, OTWARTYM WYMAGA UZGODNIENIA Z EKSPERTAMI WSPÓLNEGO MIANOWNIKA (NARODOWEGO - A NIE PARTYJNEGO - CURRICULUM), KTÓRY BĘDZIE POSZERZANY W LICZNIKU PRZEZ AUTONOMICZNIE DZIAŁAJĄCE TU SZKOŁY KAŻDEGO TYPU.

g) odbudowa szkolnych gabinetów stomatologicznych i pomocy przedlekarskiej:
Szczegółowe zasady ich funkcjonowania określi porozumienie Ministra Edukacji Narodowej i Ministra Zdrowia.

NA MARGINESIE - PONOĆ UPRZEDZIŁ TEN POSTULAT ROBERT BIEDROŃ. CZY STAĆ MINISTERSTWO ZDROWIA NA WYPOSAŻENIE GABINETÓW W NAJNOWSZE TECHNOLOGIE DO DIAGNOZY I LECZENIA ZĘBÓW? WĄTPIĘ. CZY GABINETY BĘDĄ DZIAŁAĆ W CZASIE LEKCJI? JEŚLI TAK, TO MOŻE TO BYĆ KOLEJNYM POWODEM DO UCIECZEK DZIECI ZE SZKOŁY, OPUSZCZANIA ZAJĘĆ, BYLE TYLKO NIE PRZYSZŁA POMOC DENTYSTYCZNA I NIE WEZWAŁA ICH DO GABINETU NA LECZENIE. JESTEM ZA, ALE POMYSŁ PRZY PONAD DWUDZIESTU PIĘCIU TYSIĄCACH SZKÓŁ JEST NIEREALNY.

h) powstrzymanie procesu deprecjonowania roli przedszkola w systemie kształcenia:

- przywrócimy do podstawy programowej naukę czytania w zakresie poznawania liter i czytania prostych zdań,
- wprowadzimy jednolity program nauczania w przedszkolu,
- przywrócimy możliwość korzystania przez dzieci z podręczników,
- umożliwimy realizację zajęć, dotąd określanych jako zajęcia dodatkowe (np. religia, rytmika, zajęcia artystyczne, gimnastyka korekcyjna i inne), w czasie przeznaczonym na realizację podstawy programowej,
- położymy nacisk na efektywną naukę języków obcych począwszy od przedszkola.



ABSOLUTNA RACJA. OBECNE WŁADZE W SPOSÓB SKANDALICZNY ZDEPRECJONOWAŁY NAJWAŻNIEJSZY, BO PIERWSZY ETAP INSTYTUCJONALNEGO/ŚRODOWISKOWEGO UCZENIA SIĘ DZIECI. TO W TYM OKRESIE ZACZYNA SIĘ PRZYSZŁOŚĆ SZKOLNA I ŻYCIOWA KAŻDEGO DZIECKA. MAMY NAJLEPIEJ WYKSZTAŁCONĄ KADRĘ NAUCZYCIELSKĄ WŁAŚNIE W EDUKACJI PRZEDSZKOLNEJ I ELEMENTARNEJ. CZAS SKOŃCZYĆ Z INFANTYLNYM I POTOCZNYM POSTRZEGANIEM ROLI PRZEDSZKOLA ORAZ WCZESNEJ EDUKACJI SZKOLNEJ. TU MUSZĄ BYĆ NAUCZYCIELE O NAJWYŻSZYM WYKSZTAŁCENIU I NAJWYŻSZEJ MOTYWACJI DO PRACY Z DZIEĆMI.