niedziela, 25 października 2015

(Niedo-)rozwój kompetencji dydaktycznych i badawczych nauczycieli akademickich



To przykre, ale odnoszę wrażenie, że im więcej mamy literatury z metodologii badań naukowych (mnie interesują nauki społeczne i humanistyczne), tym gorszy jest poziom badań młodych naukowców. Starsi coraz rzadziej je prowadzą, więc trudno jest cokolwiek oceniać w ich dorobku. Być może rozkład kompetencji jest zgodny z krzywą Gaussa, ale ta chyba jednak traci na swojej aktualności.

W końcu szkolnictwo wyższe stało się dla wielu osób miejscem pracy, a nie pasji naukowo-badawczej, co - niestety - upełnomocniło jeszcze dodatkowo Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego kreując kampanię "Zawód naukowiec". Im bardziej traktuje się naukowców jako zawodowców, tym szybciej wygasza się w nich lub blokuje to, co powinno być fundamentem ich wielostronnej aktywności, a mianowicie - wolność badania.

Nie ma nic gorszego i bardziej destrukcyjnego dla NAUKI, jak podporządkowanie jej normom (definiowanego przez urzędników) profesjonalizmu, gdyż te ukierunkowują działalność badawczą na zamawiającego "końcowy produkt". Tych nie należy utożsamiać z normami metodologii badań. Ministerstwa, lobbyści, politycy, samorządowcy, przedsiębiorcy itp. jako dysponenci środków finansowych już udowodnili naszemu społeczeństwu, że część naukowców-zawodowców można najzwyczajniej w świecie kupić.

Któż nie chce być młody, piękny i bogaty? Któż pogardzi setkami tysięcy złotych, jakie oferują wyżej wymienione podmioty, skoro te potrzebują empirycznych danych do realizacji własnych celów? Co z tego, że zdaniem części elit naszego państwa warto być przyzwoitym, skoro dla nieprzyzwoitych pecunia non olet?

Zdumiewające jest to, jak dyrektorzy niektórych instytutów badawczych, kierownicy projektów z pełną świadomością prowadzenia nieuczciwej gry, dla zatrudnienia, korzystnego dla nich konsumowania budżetowych środków przyzwalają na pseudonaukowe zawodowstwo.

Cóż z tego, że ktoś w profesjonalny sposób konstruuje projekt badawczy, zgodnie z rygorami statystyki określa próbę badawczą, przeprowadza diagnozę z zachowaniem obowiązujących standardów metodycznych, skoro ... problem tkwi w tym, jakim mają służyć celom, przez kogo i do czego mają być wykorzystane. To w wyniku kierowania się poprawnością (polityczną, ekonomiczną) dochodzi do nadinterpretacji uzyskanych danych tak, by zadowolić zamawiającego je płatnika.

To jest nieetycznie rozumiane zawodowstwo, z którego przejawami i skutkami nie dyskutuje się, nie poddaje ich krytyce, by nie być zablokowanym w dostępie do środków, by ktoś komuś nie zablokował wartościowego naukowo projektu. NAUKA w odróżnieniu od FABRYKI WIEDZY wymaga wolności, czasu, ryzyka, niepewności. Zawodowcy mają zapewnić płatnika, że zgodnie z jego zamówieniem zrealizowali zadane im cele. Naukowcy nie powinni obiecywać, skoro istotą badań jest poszukiwanie prawdy, dociekanie istoty zjawisk, weryfikowanie lub falsyfikowanie hipotez.

Kiedy czytam recenzje niektórych ekspertów z NCN, to włosy stają dęba na głowie, bo oni lepiej wiedzą niż naukowiec, co powinno być przedmiotem jego badań, kogo czy co i w jaki sposób powinien badać. Naukowiec nie wie, toteż dlatego wnioskuje o środki na badania. On chce dopiero coś odkryć, opisać, wyjaśnić, a oni-recenzenci już wiedzą bez prowadzenia badań, czy dać na to środki, czy też nie dać.

Mamy w szkolnictwie publicznym i prywatnym wielu źle wykształconych doktorów, którym wydaje się, że jak już mają dyplom doktorski, to są naukowcami. Część z nich ma jeszcze w sobie trochę pokory, samoświadomości własnej niedoskonałości, bo w nauce trzeba nieustannie się uczyć, bez względu na to, jaki ma się stopień czy tytuł naukowy. NAUKA nie stoi w miejscu, nie jest tworem zamkniętym, skończonym.

Są jednak tacy, którzy wraz z pozyskaniem dyplomu doktora nauk ... nie mają adekwatnej samooceny. Wydaje im się, że już wszystko mogą, bo "mają stopień", mimo że nadal niewiele potrafią. Właśnie trafiło do mnie zaproszenie do udziału w sondażu on-line. Coraz więcej portali oferuje taką możliwość, by zamieściwszy kwestionariusz pozyskać respondentów wśród rzekomo tych, którzy nimi być powinni, ale nie są, bo i być nie muszą.

W naukach społecznych obserwuję ucieczkę od wysiłku. Byle jak skonstruowany kwestionariusz ankiety ma przynieść rzekomo wiarygodne dane. Dla tzw. zawodowca ważne jest to, by ktoś go w ogóle wypełnił. Im więcej respondentów, tym lepiej, tyle tylko że niczego nich nie wie, bo ich nawet o to nie pyta. Na podstawie elektronicznie wypełnionych kwestionariuszy policzy dane, zestawi je w tabelkach i napisze artykuł do punktowanego czasopisma. Kto wie, może nawet wyśle do Harvardu mnożąc dane razy tysiąc, bo przecież i tak tego nikt nie sprawdzi.

Kiedy prowadziłem badania metodą sondażu diagnostycznego, to wypełnione kwestionariusze musiałem archiwizować, by każdy zainteresowany ich weryfikacją, mógł do nich zajrzeć, przeliczyć zgromadzone w nich dane. Dzisiaj on-line'owi badacze/zawodowcy są przekonani, że dysponują prawdą o badanej rzeczywistości. Tymczasem tak nie jest. Wiedzą tylko tyle, ile im ktoś zaznaczył na zdefiniowanej przez zawodowca skali lub co opisał w wyznaczonej ramce (np. max.200 znaków).

Kiedy tzw. zawodowiec (nauczyciel akademicki) pyta w ankiecie on-line: "Jak ocenia Pani/Pan poziom swoich kompetencji dydaktycznych w podanych niżej okresach czasu?" i podaje wyskalowane do wyboru odpowiedzi:
" bardzo niski niski przeciętny wysoki bardzo wysoki

a) tuż przed rozpoczęciem pracy dydaktycznej w uczelni

b) po 2-3 latach pracy dydaktycznej w uczelni

c) aktualnie "

to wiem, że ta diagnoza jest tyle warta, co papier, na którym zostanie wydrukowana tabela z zestawionymi danymi. Co z takich odpowiedzi wynika dla naszej wiedzy o rzeczywistych (nie deklarowanych) kompetencjach nauczycieli akademickich? Skąd badacz wie, czy odpowiedź "aktualnie" nie dotyczy osoby, która wyżej wybrała też odpowiedź "po 2-3 latach pracy dydaktycznej w uczelni" - skoro nie ma metryczki wskazującej np. na staż pracy respondenta?

W takim kwestionariuszu, co pytanie, to błąd (logiczny, a zdarza się, że i merytoryczny).

Mamy też książki profesorów, którzy nie prowadzili żadnych badań, albo - jeśli już - bardzo dawno temu. Wciąż wydaje się niektórym z nich, że rzeczywistość nie uległa zmianie. Jak czytam niektóre prace socjologów czy psychologów (o pedagogicznych już wypowiadałem się w tym miejscu i nadal będę), to mam poczucie straty czasu i pieniędzy. To kto i czego uczy naszych doktorantów?

Jest jednak nadzieja, że przynajmniej niektórzy uczniowie przewyższą swoich "mistrzów".


16 komentarzy:

  1. Witam Profesorze,

    Bardzo fajny post Pan umieścił.Wydaje mi się, iż podstawową misją nauki jest poszukiwanie i odkrywanie prawdy, ale to wymaga wysiłku, dobrej organizacji pracy, poświęcenia wraz z ewentualnym ryzykiem porażki itp.Dzisiaj dokonania uczonych się podlicza, szufladkuje, kategoryzuje.Tylko, czy tego typu podejście sprzyja postępowi nauki ogółem?
    Niektórzy badacze np. reprezentujący nauki o życiu chwalą się, iż mają wysoki indeks Hirscha i odpowiednią liczbę cytowań swoich prac, ale znów, czy te prace posiadają określoną doskonałość naukową, wybitność? Czy owe parametry stanowią wytyczną w ocenie rzeczywistego dorobku naukowo-badawczego uczonego?
    Tych spraw problemowych jest dużo więcej.Pytania o wybitne dokonania w nauce, a tym samym świadczące o jej rozwoju i postępie stawiane są obecnie wszędzie w skali globu.To dobry początek na poważniejszą refleksję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ważny problem sygnalizuje Prof. Bogusław Śliwerski dzisiejszym wpisem na swoim blogu. Problem kompetencji badawczych i dydaktycznych osób, które uzyskują (dzięki uzyskaniu stopnia naukowego doktora) przepustkę do świata nauki, a dzięki mechanizmom tworzonym przez rządzących przychodzi im również decydować o czyichś losach, np. o możliwości realizowania projektów badawczych, powoływani są bowiem na ekspertów przez instytucje takie jak NCN. Pozwolę sobie zacytować fragment recenzji takiego eksperta w konkursie Preludium: "Ponadto złe wrażenie robi używanie przez Autorkę projektu określenia adolescenci, wydaje się to etykietą raczej żargonową, propozycja - osoby w okresie dorastania, w okresie adolescencji, młodzież w okresie adolescencji". Czego autor projektu dowiaduje się z takiej recenzji? Że coś robi "złe wrażenie"? Że coś się ekspertowi "wydaje"? Nie przeszkadza mu to jednak blokować projektu, nie dopuszczając - dzięki swojej ocenie - do jego realizacji. To ilustracja do problemu, o którym pisze Prof. Śliwerski, problemu, który - w mojej ocenie - dramatycznie (używam tego słowa świadomie) zyskuje na znaczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie. Powinniśmy publikować tego typu opinie jako rzekoo naukowe. A są naukawe. Destrukcja nauki jest w jej kadrach i strukturach, a że umocowanych władczo? O to chodzi, żeby wzmocnić SWOICH. Im napisze się , że projekt - mimo fatalnej koncepcji - jest wybitny.

      Usuń
    2. Czy te recenzje nie są anonimowe? Skąd wiedza o tym, że recenzent nie jest profesorem a "tylko" doktorem? Tak sugeruje powyższy wpis.

      Usuń
    3. Czy słowem kluczem nie jest "Ponadto"? Czy z poprzedzających to zdanie uwag Autor nie jest w stanie wywnioskować nic istotnego dla projektu? Zdanie jest zapewne wyrwane z kontekstu i przypuszczam, że nie ma takiej recenzji, z której nie dałoby się wyrwać kilku słów, które z łatwością uznamy za "naukawe". Dla przykładu: "Nie ma nic gorszego i bardziej destrukcyjnego dla NAUKI, jak podporządkowanie jej normom (...) profesjonalizmu" - nie brzmi dobrze, prawda? Tymczasem, kiedy czytamy CAŁY tekst, to dopiero wtedy rozumiemy, o co chodzi. Albo: "Są jednak tacy, którzy wraz z pozyskaniem dyplomu doktora nauk ... nie mają adekwatnej samooceny." - bez kontekstu to zdanie może znaczyć dwie różne rzeczy.

      Usuń
  3. Największym szalbierstwem są plagiaty i wyłudzanie habilitacji na Słowacji. Jak można się habilitować nie mając ani jednej rozprawy naukowej? W jednej z małopolskich wyższych "szkół" minimum kadrowe samodzielnych pracowników na studiach magisterskich stanowią "Słowacy"

    OdpowiedzUsuń
  4. Analogiczne zjawisko można zaobserwować w szkolnictwie powszechnym, chyba szczególnie w szkołach ponadgimnazjalnych.
    "Nie ma nic gorszego i bardziej destrukcyjnego dla NAUKI, jak podporządkowanie jej normom (definiowanego przez urzędników) profesjonalizmu, gdyż te ukierunkowują działalność badawczą na zamawiającego "końcowy produkt".
    Nakierowanie nauczycieli, dyrektorów, rodziców i szkół na "produkt końcowy" degeneruje proces edukacji i hamuje rozwój wszystkich jej uczestników.
    W końcu szkolnictwo powszechne stało się dla wielu osób (dla jak wielu ?) miejscem pracy, a nie pasji dydaktyczno-wychowawczej.
    Wypadałoby zakończyć narzekanie jakąś konstruktywną propozycją. Jaką ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedną z nich jest nieuczestniczenie w rzekomo eksperckich zespołach przy ministrze edukacji. Pan ma problem z odróżnianiem krytyki od narzekania. To efekt takiego wspierania władzy, która potrzebuje wiernych do głoszenia jej ideologii.

      Usuń
  5. Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi na tak ważki problem. Pozwolę sobie jeszcze dodać swój punkt widzenia. Otóż, ma Pan Profesor rację, że nauka zmienia się a z nią aparat badawczy. Niestety, to, że my naukowcy czegoś nie wiemy, nie znaczy że czegoś nie ma. Jestem pedagogiem i w momencie rozpoczynania swojej kariery naukowej (po doktoracie) zauważyła, że brakuje mi profesjonalnego warsztatu analizy danych. W mojej ocenie wykonałam gigantyczny wysiłek w poznaniu analiz statystycznych (min.regresja liniowa z użyciem interakcji, regresja logistyczna, drzewa decyzyjne, modelowanie cech ukrytych, hierarchiczne modelowanie, estymacje parametrów zmiennej ukrytej itd), nie zapominając oczywiście o doskonaleniu warsztatu metodologicznego i zbieraniu danych. Jakie są skutki owego doskonalenia. Zbieram dane, analizuję, przygotowuję artykuł, wysyłam do punktowanego czasopisma (Polska) i co często czytam w recenzji? Coś w rodzaju: "Artykuł nie spełnia wymagań czasopisma ... bo jest w nim użyta metod, która jest nieadekwatna do postawionego problemu, bo jest zbyt "wymądrzająca się", niejasna, nieczytelna. Zresztą czytelnik - pedagog nie potrzebuje takiej precyzji w dochodzeniu do prawdy". Po przeczytaniu takich recenzji, opadają ręce. Co dzieje się dalej. Tłumaczę artykuł na język angielski, wysyłam do czasopisma z tzw. listy A. I jaka dostają odpowiedź? Zupełnie inną. Ktoś moje analizy traktuje jak normę, coś co jest "podstawą podstaw" rzetelnego tworzenia nauki. Jakie są tego skutki dla Polskiej nauki (może jednak zbyt górnolotnie), jakie są skutki dla mnie? Wyniki moich badań w większości publikowane są w USA i Kanadzie a w Polsce.... nikt ich nie chce (no, może nieliczni z nielicznych). Na koniec swojej wypowiedzi chciałam życzyć recenzentom większej otwartości na "nowinki" metodologiczno- analityczne. Drodzy recenzenci, możecie pięknie argumentować swoją ukrytą niechęć do wielowymiarowych analiz danych, ale ona i tak nie powstrzyma rozwoju nauki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne doświadczenia. Wysyłam artykuł do polskiego czasopisma pedagogiczna i uzyskuje on negatywną ocenę. Niektóre zarzuty/sugestie recenzentów są po prostu absurdalne, świadczą o niebywałym dyletanctwie. Ten sam tekst po przekładzie na język angielski lub niemiecki ukazuje się po b. dobrych recenzjach w prestiżowym, wysoko punktowanym zagranicznym piśmie

      Usuń
    2. Ja też mam takie doświadczenie. I jak mamy podnosić jakość publikacji naukowych w Polsce, skoro tych "naszych marnych" nie chcą publikować? A Amerykanie, Niemcy, Kanadyjczycy przebierają nóżkami i czekają na dobry polski tekst.
      Przecież to jest absurd. Analizując to co jest publikowane w polskich pedagogicznych czasopismach to generalnie można odnieść wrażenie, że to takie "przelewanie z jednego w drugie". Ci co mają coś do powiedzenia i zaoferowania publikują za granicą. No i może dobrze, więcej punktów, większy zasięg, cytowalność, ale czy w tym "wyścigu" nie możemy pokazać naszym kolegom po fachu (którzy np. nie lubią czytać w języku obcym), że można tworzyć teksty na światowym poziomie?

      Usuń
  6. Bardzo trafna diagnoza, tylko dlaczego ilustracją dla tego niedorozwoju, jak najsłuszniej komentowanego debilną ankietką pseudosocjologiczną i odnoszącego się do (cytuję): "metodologii badań naukowych (mnie interesują nauki społeczne i humanistyczne)" , jest tu Generator van de Graaffa a nie ankieter z tabletem/kartką?

    Skąd uogólnienie (przeniesienie wizerunkowe) tego niedorozwoju na nauki ścisłe?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto napisał, że ta fotografia odzwierciedla ten stan rzeczy? Dla mnie ma jeszcze inną symbolikę.

      Usuń
  7. Popieram niedorozwój dydaktyczny uczonych. Jestem absolwentką I stopnia pedagogiki na Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
    Bardzo żałuje podjęcia decyzji studiowania na tym 'elitarnym' uniwersytecie ponieważ:
    - bardzo często wykładowcy akademiccy i prowadzący zajęcia szli na łatwiznę, przychodzili nieprzygotowani i wysługiwali się studentami, którzy na zaliczenie przedmiotu musieli przygotowywać (często nawet nie związane z przedmiotem) prezentacje
    - obecnie pracuje w przedszkolu i bardzo wiele czasu poświęcam na szukanie różnego typu zabaw, aktywności twórczych i innych ciekawych rozwiązań ponieważ na zajęciach nie była przekazywana nam wiedza PRAKTYCZNA, np. na metodyce zajęć przedszkolnych mieliśmy przygotowywać prezentacje na temat alternatywnych przedszkoli na wykładzie to samo. Szkoda tylko, że ta wiedza nie jest mi w tym momencie do niczego potrzebna bo ja i większość koleżanek pracujemy w przedszkolach/ szkołach państwowych
    - kolejna sprawa to niedopasowanie zajęć do kierunku i tak na przykład na każdym semestrze powtarzało się to samo: socjologia ogólna, socjologia edukacji, socjologia dzieci i młodzieży, współczesne problemy dzieci i młodzieży gdzie cały czas rozmawialiśmy na temat: globalizacji, mcdonalizacji czy wakacji all inclusive. Po co?...
    Ciężko mi z myślą, że u nas tak to właśnie wygląda a w rankingu jesteśmy na pierwszym miejscu... Ciekawi mnie zatem jak wygląda edukacja na uczelniach zajmujących dalsze pozycje..

    Chciałam także zapytać czy to prawda, że do 2020 roku ucząc w szkole podstawowej I-III trzeba posiadać magistra edukacji elementarnej/nauczania początkowego? Dowiedziałam się ostatnio na zjeździe, że podobno licencjat będzie dawał uprawnienia tylko do nauczania w przedszkolu i żłobku, a aby pracować w szkole trzeba będzie posiadać tytuł magistra z edukacji elementarnej lub wczesnoszkolnej. Czy są to prawdziwe informacje?

    OdpowiedzUsuń
  8. Pozdrawiam serdecznie,

    Dziękuję Panu Profesorowi za bardzo ciekawy tekst - i trafny moim zdaniem. Chciałam powiedzieć, że ja również stosuję zaawansowane metody analizy danych (w tym modele strukturalne i drzewa decyzyjne) i podobnie jak Anonimowy z godz. 11.00 doświadczam bardzo wielu przykrości ze strony polskich recenzentów. Czasami się wręcz zastanawiam czemu służą recenzje? Czy aby na pewno dbaniu o naukę i jakość publikowanych tekstów czy temu żeby coś ZABLOKOWAĆ. Ot dajmy na to rozwój tej nauki.

    Żałosne są komentarze recenzentów, którzy mylą modele i ich klasy. A co za tym idzie kierują uwagi nieadekwatne do omawianego w tekście modelu. Proponują badaczowi łamanie zasad metodologii i porównywanie modeli zweryfikowanych na drodze teoretycznej z modelami eksploracyjnymi - pomimo, ze ich status jest zupełnie inny (oczywiście tego robić nie wolno).

    Ale najgorsi recenzenci to tacy, z którymi nie ma dyskusji. Proszę bardzo zacytuję "nigdy nie ceniłem koncepcji (tej i tej osoby)" - a niestety praca akurat tej koncepcji dotyczy.

    I to jest właśnie "wolność w prowadzeniu badań naukowych" (o której wspomniał Pan Profesor i tak się też składa, że wspomina o niej również KONSTYTUCJA RZECZPOSPOLITEJ POLSKIEJ). A co mnie obchodzi co recenzent ceni, że się tak wyrażę hm..?

    Czyli ja mam pisać to co recenzent ceni!!!????
    Naukowiec ma być NIEZALEŻNY. Kto nie umie być niezależny nie nadaje się na bycie naukowcem. Ponieważ przy pierwszej okazji sprzeda naukę - bo dziekan każe, przewodniczący takiej a takiej komisji każe zmienić projekt, recenzent napisze że czegoś nie ceni.

    Okey ja nie mam pretensji - recenzent może sobie nie cenić. Ale po pierwsze to nie jest wystarczający warunek do odrzucania czyichś prac. Po drugie to nie jest wystarczający warunek do tego, żeby stosować na innych ludziach presję do zmiany ich tematów. W końcu ostatnie to nie usprawiedliwia bzdur jakie pojawiają się w recenzjach :)

    W tym miejscu dotykamy bardzo trudnego i bolesnego procederu polskiej nauki - ODRZUCANIA KONCEPCJI NAUKOWYCH BEZ WERYFIKACJI EMPIRYCZNEJ.

    Bo jeżeli ktoś czegoś nie lubi - to często drugiemu nie pozwala tego badać. Więc nikt nie bada a koncepcja zostaje odrzucona, pominięta.
    A to już jest przestępstwo w nauce - i hamowanie nauki. Odrzucanie nie zweryfikowanych koncepcji naukowych jest przestępstwem - i to najgorszym jakie znam (plagiaty, oszustwa w wynikach to pikuś przy tym). Złe wyniki zostaną zweryfikowane - ktoś zrobi badania - jeden, drugi i trzeci - i w końcu wyjdzie szydło z worka.

    Do odrzuconych koncepcji, zdegradowanych, wyśmianych, uznanych za śmieszne - ale nigdy nie zweryfikowanych - długo nikt nie wróci - jeżeli w ogóle.

    pozdrawiam serdecznie :)


    OdpowiedzUsuń
  9. Panie profesorze,
    (Niedo-)rozwój kompetencji dydaktycznych i badawczych nauczycieli akademickich. Bardzo potrzebny tekst, tylko czy to coś zmieni? Gdzie ci niedorozwinięci nauczyciele mają zdobywać te kompetencje? Ponieważ w Ustawie Prawo o Szkolnictwie Wyższym nie napisano o obowiązku posiadania kwalifikacji i kompetencji w zakresie dydaktyki szkoły wyższej, uczelnie nie wymagają takich kompetencji od kandydatów na "uczonych". Przeglądając oferty konkursowe na różne stanowiska akademickie, nigdy się nie spotkałem aby od kandydata wymagano takich kwalifikacji (np. ukończenie studiów podyplomowych w zakresie dydaktyki szkoły wyższej). To samo PKA, zupełnie nie zwraca się uwagi na kompetencje nauczycieli akademickich w tym zakresie. Dużo mówi się o jakości kształcenia studentów. Przecież to fikcja, z pustego i Salomon nie naleje.
    To samo dotyczy kompetencji metodologicznych. Na zajęciach z metodologii "uczy się" raczej opowiadania o metodologii niż metodologii !!!. Proszę popatrzeć na dorobek tych wykładowców metodologii - najczęściej przerabia się cudzy podręcznik.
    Zgadzam się z Panem Profesorem i moimi przedmówcami, że celem badań naukowych jest poszukiwanie prawdy ale także odkrywanie prawidłowości. Niestety 99% prac z zakresu nauk społecznych w tym z pedagogiki, to kompromitacja nauki. Zero analiz w kierunku wskazywania na te prawidłowości. Najczęstszy schemat, to: tabelka pod tabelką wykres (nie zawsze adekwatny do zawartości tabeli) a pod spodem bezsensowne powtarzanie danych zawartych w tabeli i na wykresie. Ci ludzie nie wiedzą, że tabela, wykres, etc. są nośnikami informacji i nie ma potrzeby a nawet nie powinno się tych danych powtarzać. Niestety jak wynika choćby z wyżej zamieszczonych wypowiedzi badaczy analityków, tzw. recenzenci preferują raczej tzw. "naukę".
    Myślę, że temat powinien być kontynuowany. Ciekawy jestem ilu obecnie na uczelniach pracuje nauczycieli akademickich bez jakichkolwiek kwalifikacji nauczycielskich (mam na myśli dydaktykę szkoły wyższej).

    OdpowiedzUsuń