środa, 9 września 2015

Paradoks nie tylko uczniowskiej (nie-)samorządności


Trzydzieści lat temu ukazała się książka profesora Juliana Radziewicza , która została skierowana do uczniów zainteresowanych autentyczną samorządnością szkolną. Niewielu profesorów potrafi pisać językiem zrozumiałym dla uczniów, kiedy chce włączyć ich w proces oddolnych zmian w szkole. Demokracja bowiem zaczyna się w domu, a może być poszerzane doświadczenie w tym zakresie także w szkole.

Radziewicz należał do nielicznych teoretyków wychowania i pedagogów szkolnych (z grupy następców Aleksandra Kamińskiego), którzy prowadzili badania uczniowskiej samorządności. W okresie PRL został zapamiętany jako orędownik praw ucznia. Miał w TVP-1 w niedziele własny program, w czasie którego odpowiadał na listy krzywdzonych w szkole uczniów. Pokazywał, w jaki sposób walczyć o własną godność, jak realizować siebie w toksycznym środowisku. Przekonywał zarazem do angażowania się na rzecz wolności indywidualnej w zniewolonych strukturach ówczesnego państwa i jego systemu szkolnego dzięki samorządności.

Zryw polskiej SOLIDARNOŚCI lat 80.XX w. sprawił, że profesor nareszcie mógł otwarcie stanąć na czele zmian w konstruowaniu reform dla polskiej edukacji. W stanie wojennym współtworzył ruch społecznej, niezależnej oświaty oraz walczył o demokrację bezpośrednią i uspołecznienie polskiego szkolnictwa. Gdyby żył, pewnie by się zapłakał widząc, jak został zmarnowany przez rządzących w III RP wielki potencjał i kapitał społeczny koniecznej zmiany w systemie szkolnym.

Nadal zatem aktualny jest jego poradnik dla tych (…) którzy wychowują siebie samych, i jedni drugich (…) Bo wychowywanie siebie nawzajem – to istota i sens samorządu.(Radziewicz J., Równi wśród równych, czyli o samorządzie uczniowskim, Warszawa: Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia” 1985, s. 5)


Aktywność samorządowa w szkole nie powinna rozpoczynać się od wyborów samorządu w klasie i szkole, ale od zastanowienia się społeczności uczniowskiej nad tym, co chciałaby razem uczynić dla siebie i innych, Co trzeba i warto zrobić? Co zmienić?” biorąc pod uwagę ważność, trudność i pilność spraw tego wymagających. Dopiero plan działań, ich zamysł powinien prowadzić do odpowiedzi na pytanie, kto i jak będzie go realizował.

Samorząd – zdaniem Radziewicza – (…) to nie grupa wybranych uczniów, ale sposób ich działania. (s.9) (…) W samorządzie nie ma kierowników i podwładnych. Są tylko ci, którzy zobowiązali się, że będą coś robić dla wszystkich – i są wszyscy, którzy to kontrolują i oceniają. Korzyści muszą mieć i jedni, i drudzy. Samorząd, który nie przynosi korzyści wszystkim – nie jest samorządem. (s. 12)

Samorząd jest potrzebny, by przestrzegano w szkole praworządności, a więc by wszyscy podporządkowali się obowiązującym w niej regulacjom. Szkolny samorząd miał być u swoich podstaw społecznym laboratorium mieszanej demokracji - przedstawicielskiej i bezpośredniej.

We wrześniu 1982 , kiedy w Polsce obowiązywał stan wojenny, a władza rozprawiała się z opozycją polityczną, minister oświaty i wychowania wydał „Zarządzenie w sprawie zasad działalności samorządu uczniowskiego”. Dokument ten regulował w skali ogólnopolskiej wspólne dla wszystkich szkół zasady, jakimi powinni kierować się uczniowie tworzący w nich samorządy. Był w tym zawarty paradoks wolności, bowiem cóż to za samorządność, która staje się nakazem władzy Jak zapisano: – Uczniowie we wszystkich szkołach tworzą samorządy uczniowskie. Uczniowie danej szkoły tworzą samorząd szkolny, a uczniowie danej klasy – samorząd klasowy.(za: J. Radziewicz, 1985, s. 173)

Nie tylko tworzenie samorządów szkolnych (uczniowskich) miało charakter heterogeniczny, ale i zasady jego działania musiały być zatwierdzane przez radę pedagogiczną. Samorząd uczniowski nie był suwerenny w swojej sprawczości, skoro musiał wnioskować do dyrektora szkoły w sprawie powołania nauczyciela, w tym dla samorządów klasowych – wychowawcy klasy na opiekuna tej społeczności z ramienia rady pedagogicznej.

(fot. Konferencja w Bielawie w 1997 r. - od lewej profesorowie: Julian Radziewicz, ks. Janusz Tarnowski i Aleksander Nalaskowski)

To władze szkolne miały też czuwać nad zgodnością działalności samorządu uczniowskiego z celami wychowawczymi szkoły, a te przecież nie były stanowione czy współstanowione przez uczniów czy ich rodziców, ale określała je na każdy rok szkolny władza polityczna kraju. Kto by pomyślał, że 35 lat później to samo czyni ministra edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska (jej poprzedniczki nie były lepsze).

Nieporozumienie w odgórnie organizowanej i sterowanej samorządności uczniowskiej wynikało z tego, że w celach działania owej struktury przewidywano takie, które wykraczały poza problemy uczniów i ich postrzeganie szkolnego świata na rzecz postulowania w nim zmian czy organizowania w nim własnych działań.

Oprócz bowiem celów związanych z uczestnictwem uczniów w samodzielnym rozwiązywaniu własnych problemów, zapisano jako cel samorządu także partnerstwo uczniów z nauczycielami w realizacji celów wychowawczych szkoły, rozwijanie demokratycznych form współżycia, współdziałania czy kształtowania umiejętności zespołowego działania.

Niestety, do tego samego rozwiązania, tzw. sterowanej i interesownej samorządności nawiązał w latach 2006-2007 b. minister edukacji Roman Giertych. Do dzisiaj platformersi wraz z peeselowcami nie byli w stanie tego zmienić. To oczywiste, bo sami nie przeprowadzili ani decentralizacji systemu szkolnego, ani nie doprowadzili do uspołecznienia szkolnej oświaty, byle tylko móc autorytarnie zarządzać edukacją publiczną zgodnie ze strategią "top-down".

Na stronie Centrum Edukacji Obywatelskiej zamieszczono poradnik pt. Samorząd uczniowski. Przewodnik dla uczniów, który ma przekonać młodzież szkolną do samorządności. Kompromitacja. Ten poradnik, to podtrzymanie typowej dla okresu PRL pseudsamorządności. To instrukcja, jak dzieci szkolne powinny być wćwiczane do pozoru demokracji. Stwierdza się w nim m.in., co następuje:

Samorząd nie będzie sprawnie funkcjonował bez pomocy opiekuna oraz wsparcia dyrektora szkoły. Oczywiście realizujcie też własne pomysły – starajcie się zgrać plany dyrekcji z samodzielnymi inicjatywami. Przekonujcie dorosłych, że wasze pomysły są równie wartościowe i warte zaangażowania, bo bez ich pomocy będzie wam trudniej. Nauczyciele i dyrekcja są waszymi sojusznikami – wykorzystajcie to. Tak oto, beneficjenci przemian i środków budżetowych pod hasłem demokracja-samorządność namawiają do heterorządności. Nie rozumieją, co oznacza przedrostek SAMO.


Kiedy czytam utyskiwania utytułowanych politologów na temat rzekomej tragedii czy kompromitacji polskiej demokracji ze względu na niską frekwencję obywateli w niedzielnym referendum, to muszę powiedzieć, że OBYWATELE zdali egzamin z demokracji nie uczestnicząc w tym "wydarzeniu politycznym", bo skrojonym na miarę kampanii politycznej upadającego autorytetu władzy. Polacy okazali się mądrzejsi od polityków. Nie znoszą pozoranctwa, fikcji, hipokryzji władzy - tak prezydenckiej jak i w obozie rządzących.

16 komentarzy:

  1. Paradoks samorządności uczniowskiej jest nierozwiązywalny: czy bierze się zań Radziewicz, czy CEO, czu Kluzik.

    To po prostu paradoks samorządności ludzi zniewolonych.
    Póki działa przymus szkolny, konstytucyjny obowiązek nauki, a szkoły działają na podstawie konstytucyjnej delegacji (art.70: "Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa"), to samorządność uczniowska może być wyłącznie pozorem. Listkiem figowym dla faktycznego i prawnego zniewolenia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzień dobry, dziękujemy bardzo za zainteresowanie się naszym przewodnikiem i ogólnie podejściem do samorządności. Fragment przewodnika, który Pan zacytował i uznał za kompromitujący wynika z naszych doświadczeń kilku lat pracy z samorządami uczniowskimi w polskich szkołach. Samorząd uczniowski jest organem szkoły i funkcjonuje w środowisku szkolnym dlatego NIE JEST możliwe funkcjonowanie w oderwaniu od dyrekcji i nauczycieli, udawanie, że ich w szkole nie ma. Proszę zauważyć, że nigdzie nie piszemy: "proście dyrekcję/nauczycieli o zgodę" tylko "współpracujcie". To moim zdaniem jest wyznacznik demokracji - jeśli różne grupy osób są w stanie współpracować, przedstawić sobie nawzajem własne problemy i dogadać się. Bez współpracy uczniów i dorosłych pracowników szkoły, bez dania przez dorosłych przestrzeni młodym do samodzielnego działania, bez rozumienia przez nauczycieli dlaczego to jest ważne i co tak naprawdę znaczy samorząd, instytucja ta nie będzie działać. żeby podejmować istotne decyzje wpływające na życie szkoły jest to po prostu konieczne a wręcz prawnie wymagane, ponieważ żeby w szkole zorganizować jakiekolwiek wydarzenie, imprezę, debatę, wprowadzić zmiany w dokumentach szkolnych itp konieczna jest zgoda dyrekcji/rady pedagogicznej. Jestem jak najbardziej zwolennikiem demokracji bezpośredniej i oddolności ale to zupełnie nie wyklucza współpracy z dorosłymi, to nie jest uczenie podległości a dialogu. Pozdrawiam serdecznie
    Michał Tragarza
    koordynator programu Samorząd uczniowski
    Centrum Edukacji Obywatelskiej

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry! Nie wiedziałem, że tak szybko rozchodzą się wiadomości. Po treści poradnika nie widzę, by równie szybko jego autorzy korzystali z odpowiedniej literatury, Jak widzę, wydawca - wbrew tytułowej edukacji obywatelskiej- utrwala rozwiązania rodem z państwa autorytarnego. Dzisiaj też Państwo takimi przewodnikami podtrzymujecie grę pozorów. Nic nie usprawiedliwia tego faktu, a już nie to, że takie jest prawo. Traktujecie bowiem prawo w sposób wybiórczy, czyli nie raczycie nawet dostrzec, że w ustawie o systemie oświaty samorządność mogłaby mieć znacznie bliższy jej istocie charakter.
    Jako koordynator programu powinien raczej Pan się wstydzić tak powierzchownego podejścia do uczniowskiej samorządności. Sugestia o dialogu jest doprawdy jak w socjalizmie. warto jednak douczyć się i poczytać trochę więcej, bo wydajecie Państwo środki na pseudodemokrację.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, zarzut o utrwalanie mechanizmów autorytarnych jest naprawdę ciężkim zarzutem, chętnie bym poznał jakieś bardziej konkretne argumenty czemu uważa Pan, że uczniowie powinni odwrócić się plecami do nauczycieli/dyrekcji i działać jakby ich w szkole nie było, jakieś przykłady jak to może funkcjonować? Obecnie SU w polskich szkołach pełnią rolę w większości fasadową, nie poprawi się tej sytuacji antagonizując grupy obok siebie w tej szkole funkcjonujące. Szkoły, które moim zdaniem mają najwyższy stopień uspołecznienia i demokratyzacji to właśnie szkoły, w których zarówno uczniowie, jak nauczyciele i rodzice są zaliczane do równorzędnych "stanów" i spotykają się, żeby wspólnie podejmować decyzje. I moim zdaniem jeśli dojdziemy do takiej sytuacji, że zaistnieje REALNE (oczywiście a nie pozorowane) partnerstwo, to osiągniemy swój cel.
    Jeśli ma Pan pozycje, które taki punkt widzenia podważają, chętnie je poznam, jestem jak najbardziej otwarty na poznawanie nowych punktów widzenia więc również zapraszam na spotkanie do nas do biura, chętnie porozmawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdzie napisałem, że uczniowie powinni odwrocić się ... ? Polecam książkę Diagnoza uspołecznienia publicznego szkolnictwa III RP w gorsecie centralizmu" . Nie będę w tym miejscu jej wpisywał.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak najbardziej trzeba się zgodzić. Myślę, że gdyby częściej pojawiały się takie rzeczowe artykuły to ja częściej bym tutaj zaglądał

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyobrażanie sobie, że w szkole polskiej, scentralizowanej, zbiurokratyzowanej i zuniformizowanej do szaleństwa mogłaby sobie istnieć autentyczna uczniowska samorządność, jest dowodem oderwania od rzeczywistości. Polska szkoła to SYSTEM, a elementy z nim niezgodne nie mają szans istnieć. Dyrektor czy nauczyciele, podlegający drobiazgowym i zmiennym na dodatek regulacjom MEN i OP, nie mogą czegoś takiego utrzymać, nawet gdyby bardzo chcieli ... :-(

    OdpowiedzUsuń
  8. A panu Tragarzowi polecam pracę habilitacyjną obecnego dyrektora ORE Marka Piotrowskiego. Jedną jej głównych tez jest to, że żandarmskimi metodami biurokracji z MEN i kuratoriów NIE DA SIĘ stworzyć demokratycznej, obywatelskiej i przygotowującej do demokracji szkoły. Można najwyżej jej fasadę, której istotną częścią jest kosztujące krocie CEO i jego działania !!1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisalem o niej w blogu. Potwierdzam. Warto czytać.

      Usuń
  9. Ciekaw jestem czy prof. Śliwerski ma jakieś doświadczenie lub chociażby teoretyczną wiedzę o powszechnie stosowanych współcześnie w różnych działach gospodarki (w tym w przemyśle) narzędziach poprawy jakości? Chodzi mi o importowane z "zachodu" narzędzia takie jak 8D lub six sigma. Obserwując polską oświatę widzę w niej lokalne (i bardzo często ułomne) odbicie wielu technik kontroli i poprawy jakości stosowanych w amerykańskim przemyśle. Czytając rozmowę Profesora z p. Tragarzem przyszło mi do głowy, iż pan Tragarz rozumuje podobnie do pracownika amerykańskiej korporacji. Myśli w kategoriach Leadera, Sponsora, Championa, Team Membera czy Process Ownera (przepraszam za masakrowanie języka polskiego).
    *
    Zwracam uwagę p. profesorowi Śliwerskiemu, że w tzw. realnym życiu metoda p. Tragarza może być skuteczniejsza. Dany pomysł samorządu uczniowskiego JEST ŁATWIEJ wcielić w życie znajdując dla niego w szkolenj administracji Sponsora, Leadera i Championa.
    *
    Zupełnie tak samo jak w koropracji, partii, kościele czy jakiejkolwiek innej ludzkiej organizacji.
    *
    Bardzo dobrą radą jakiej udzielił mi mój wykładowca "Organizacji Produkcji" jeszcze na studiach była rada o tym, jak zwiększyć prawdopodobieństwo uzyskania patentu na swój wynalazek.
    "Do wniosku patentowego dopisz swojego szefa jako głównego autora".
    Niestety byłem mało pojętny i dlatego mam tak mało patentów i musiałem zmienić bardzo dobrą pracę.
    *
    Obawiam się, że nawoływanie do wyidealizowanej samorządności uczniowskiej w realiach szkoły, która pełni funkcję więzienia (a przynajmniej dziennej przymusowej przechowalni bagażu) oraz której rolą jest wydawanie bezwartościowych dyplomów jest wielką naiwnością.
    W radach p. Tragarza dla uczniów wyczuwam bliższy kontakt z rzeczywistymi zwierzchnikami w rzeczywistym przedsiębiorstwie.
    Polecam Panu Profesorowi komks Dilbert. Samo życie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Szanowny Panie nie tylko znam, ale także piszę o tych pseudotaktykach korporacyjnych w najnowszej książce, którą też polecam p. Tragarzowi "Edukacja (w)polityce. Polityka (w)edukacji (Kraków 2015).
    *
    Kategoria tzw. realnego życia jest kwestią jego akceptacji. JA nie akceptuję etatystycznej polityki rządu, lekceważenia przez partyjniackie sitwy prawa oświatowego i u unikania odpowiedzialności za błędne decyzje, które nie wynikają z wiedzy, tylko są populistyczną grą o (prze-)trwanie.
    *
    Nie uznaję rady pańskiego wykładowcy. Przywołam tu za grafikiem Krauze z Rzeczpospolitej dialog między miotłą a wiadrem z wodą do mycia: Miotła zwraca się do wiadra: " Szmata pyta czy się zeszmaciła?"

    **
    Zamiast Dilberta polecam Panu Janusza Kapustę.

    OdpowiedzUsuń
  11. "nie tylko znam, ale także piszę o tych pseudotaktykach korporacyjnych w najnowszej książce"
    Przekonanie o własnej znajomości tematu jest, napisany podręcznik jest, a więc zgodnie z receptą mojego wuja, długoletniego wykładowcy akademickiego, z wymaganej trójcy do zrozumienia tematu pozostał P. Profesorowi tylko etap uczenia o nim studentów. ;-)
    Mnie chodziło o osobistą, wieloletnią praktykę zawodową w korporacji o sprzedaży na poziomie miliardów dolarów. Gdyż to jest dopiero porównywalny rząd wielkości do sum, którymi obracają, o których decydują lub od których zależą partie polityczne, Kościół czy polska oświata.
    Z całym szacunkiem, ale wiedza z drugiej ręki nie jest tym samym co własne doświadczenie.
    Metody, o których pisałem mają swoje wady, mają ograniczenia, mogą być niewłaściwie stosowane. Tak jak każde narzędzie.
    Nazywanie młotka "pseudomłotkiem" tylko wtedy ma sens, kiedy np. jego trzonek jest ułamany. W/g mnie dużo częściej "pseudo" bywa nie sam młotek tylko sposób albo miejsce jego użycia.
    Korporacyjne taktyki mają swoje mocne i słabe strony. Stosowanie ich w szkole (i to w prymitywnie niezmodyfikowanej formie) może dopiero zamienić je w pseudotaktyki.
    *
    "JA nie akceptuję"
    Życzę Panu Profesorowi aby nadchodząca zmiana rządu uzdrowiła nie tylko polską oświatę ale także załatwiło problem globalnego ocieplenia i zakończyła wszystkie wojny na świecie.
    Co do mnie to jestem pesymistą. Część rzeczy się poprawi, część się zepsuje. Inni ludzie przyjdą i popełnią swoje błędy. Miejmy nadzieję,że naprawią część aktualnych głupot. Jaki będzie bilans końcowy Dobro Najwyższe raczy wiedzieć.
    Sądząc po motywach wyborców i po rezultatach ich wyborów widać, że sceptycyzm jest uzasadniony. Prawdziwi Polscy Katolicy wyżej ocenili prawdziwość katolickości rozmodlonego A. Dudy niż ojca piątki dzieci prezydenta Komorowskiego. Spodziewam się, że małżeństwo Dudów ruszy w objazd po parafiach dzieląc się na kursach przedmałżeńskich swoimi doświadczeniami w zakresie katolickiej, naturalnej metody planowania rodziny.
    "Jak Prawdziwi Polscy Katolicy mogą przez 20 lat małżeństwa dorobić się tylko jednego dzieciątka?" będzie tematem ich wykładu.
    Ani wyborcy ani hierarchowie nie dostrzegają tu hipokryzji?
    Wygląda na to, że Prawdziwie Polscy Katolicy wyżej stawiają klęczenie w kościele od klęczenia przy wannie przy kąpieli dziecka.
    Łapanie hostii w locie od łapania kupki w pieluchę czy odbicia po jedzeniu.
    Jeżeli tak właśnie (użyteczność partyjna) wybierani będą nowi ministrowie i urzędnicy to wysokie kryteria Pana Profesora mogą pozostać niespełnione.
    *
    "Szmata pyta czy się zeszmaciła?"
    Nie czuję się szmatą. Napisałem przecież, że odeszłem z pracy, w której okradano mnie z pomysłów. Po czasie widzę jednak, że to był błąd. Porównując klasę korporacji do instytucji akademickiej było to tak, jakby Pan Profesor z powodu nieetycznego zachowania swojego szefa zrezygnował z tenure na uczelni z Ivy League.

    OdpowiedzUsuń
  12. Chyba ma pan problem z samym sobą. Najpierw pisze: "Ciekaw jestem czy prof. Śliwerski ma jakieś doświadczenie lub chociażby teoretyczną wiedzę o powszechnie stosowanych współcześnie w różnych działach gospodarki (w tym w przemyśle) narzędziach poprawy jakości? " po czym w kolejnym komentarzu stwierdza: " Przekonanie o własnej znajomości tematu jest, napisany podręcznik jest, a więc zgodnie z receptą mojego wuja, długoletniego wykładowcy akademickiego, z wymaganej trójcy do zrozumienia tematu pozostał P. Profesorowi tylko etap uczenia o nim studentów."
    ***
    Może anonimowy spać spokojnie. Studenci nie narzekają na moje zajęcia, w odróżnieniu od Pańskiego mentora, który nabył doświadczeń w "zeszmacaniu się: i radził to innym. Współczuję.
    ***
    Z rządem i jego zmianą nie miałem i nie mam nic wspólnego, więc może anonimowy zaciągnąć się do polityki. Ma wolne miejsce. Jeszcze rejestrują takich wybitnych.
    ***
    Nie napisałem, ani nie sugerowałem, żeby pan czuł się szmatą. Chyba jednak dobrze, że zrezygnował pan z pracy w korporacji, bo i tak już mocno naruszyła pańską psyche.


    OdpowiedzUsuń
  13. Niepotrzebnie się rozpisałem. Jak to dla pana dobrze, że w czasach PRLu nie musiał pan np. składać przysięgi wojskowej. Nie wzięto pana do woja w czasie stanu wojennego. Wszystko to spotkało moich niewiele starszych kolegów. No i jak ja mogłem jeżdzić na obozy żeglarskie fundowane (sprzęt i utrzymanie) przez taki sztandarowy filar socjalizmu jak HUTMEN? Którego dyrekcja jako jedynej zapłaty chciała widzieć harcerzy (tak, tych złych, nie z ZHRu tylko z reżimowego ZHP) na 1-Majowym pochodzie... Zgnilizna moralna, tfu! Widać została mi do teraz. ;-)
    *
    Ja tylko uważam, że skoro się narzeka na dotychczasowe kadry polskiej administracji oświatowej i jeżeli - tak jak Pan Profesor - ma się wiedzę i kompetencje w tej dziedzinie, to chyba lepiej zawrzeć do jakiegoś stopnia pakt z politycznym diabłem, wejść do polityki/rządu i naprawić to, co się da. Nikt nie jest cudotwórcą, ale lepiej aby ministrem oświaty był Pan Profesor niż ktoś z łapanki. Pozostawanie w akademickiej, niezbrukanej wieży z kości słoniowej ma mniejszy sens, IMHO.
    *
    Nie musi Pan Profesor tego publikować, to nie są jakieś bardzo wartościowe myśli. Nie chcę trollować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ministrowie Edukacji nie pochodzą z łapanki - chciała(!) nim być Hall, chciała(bardzo!) Szumilas i CHCIAŁA BAAAARDZO Kluzik. Że akurat wygrały takie osoby jest kwestią mechanizmu politycznego a nie braku kompetentnych kandydatów!!!

      Usuń
  14. Dobrze, że chociaż przyznał się pan do trollowania, co widoczne było od pierwszego komentarza. Radzę tak łatwo nie oceniać, bo niewiele pan wie o mnie i na mój temat, a że niewiele też czyta, to usiłuje taką funkcją (na czyje zlecenie?) dorabiać do swojej maski. Istotnie. To nie są wartościowe myśli, ale niech czytelnicy widzą i czytają, czemu służą wpisy rzekomo zainteresowanych problemem.

    OdpowiedzUsuń