piątek, 28 sierpnia 2015

Publicystyczne budziki oświatowe, także na Kongresie IBE/MEN





Czy Margaret Rasfeld, która jest dyrektorką Ewangelickiej Szkoły Zintegrowanej w Berlinie oraz Stephan Breidenbach – wykładowca, mediator i biznesmen są w stanie obudzić polską szkołę? Dlaczego akurat niemieccy oświatowcy mieliby tego dokonać? Może dlatego, że Instytut Badań Edukacyjnych zaprosił autorkę na tzw. IIII Kongres Edukacyjny. Jest jeszcze jeden powód. W Słupsku działa Wydawnictwo „Dobra Literatura”, które sięgnęło po książkę tych autorów i dokonało jej przekładu. Oryginalny tytuł „Schule im Aufbruch” dla tamtejszego rynku wskazuje na szkołę w przełomie, transformacji, aniżeli na budzącą się szkołę.

Polska wersja tytułu - BUDZĄCA SIĘ SZKOŁA jest nieco myląca, bowiem sugeruje, że szkoła tkwi w letargu, toteż potrzebny jest rycerz, który przyjedzie na koniu i pocałunkiem wskrzesi ją ponownie do życia. Może ta szkoła, którą kieruje współautorka tej książki była w śpiączce.

To jest kolejna na naszym rynku, wśród kilkudziesięciu od lat przekładanych na język polski edukacyjna publicystyka, z obszaru tzw. pedagogiki potocznej, praktycznej, która wyrasta z osobistego i profesjonalnego doświadczenia autorów. Nie ma w tym niczego złego, że chcą oni koniecznie podzielić się z innymi (ze społeczeństwem, z koleżankami i kolegami, z przyszłymi klientami itp.?) swoim rozgoryczeniem, poczuciem bezradności lub fascynacją własnych dokonań na miarę mikroedukacyjnego świata. Takie książeczki czyta się szybko i przyjemnie, bowiem każdy znajdzie w nich coś bliskiego własnym doświadczeniom, przeżyciom, refleksji czy poglądom.

Wstępu do niej dokonała dr Marzena Żylińska, która sama uprawia podobną publicystykę oświatową rozmijając się z nauką, toteż nie dziwią mnie w treści jej wypowiedzi takie, jak np.

- Zapotrzebowanie na złą szkołę jest ogromne, ...;

- Zwolennicy systemu testocentrycznego wierzą, że od mierzenia można urosnąć, ...

- Zanim wyślemy dzieci do szkoły, najpierw musimy odpowiedzieć na pytanie, czy zależy nam jedynie na tym, by były dużo wiedziały, czy na tym, by były dobrymi, odpowiedzialnymi i mądrymi ludźmi?

- Wiele osób, nawet mocno niezadowolonych z obecnego modelu , broni go, bo nie umie sobie wyobrazić, że szkoły mogą funkcjonować inaczej.

- Żeby zmienić szkoły, najpierw musimy uwierzyć we własne dzieci.

- Żeby wykreować nową, lepszą szkołę, musimy uwierzyć neurobiologom, którzy zapewniają, że ludzki mózg został stworzony do tego, żeby się uczyć i rozumieć otaczający go świat.


Wśród tych banałów znajdzie się jedno, a ostatnie, sensowne zdanie w całym wstępie: Aby wprowadzać w edukacji innowacje, najpierw musimy rozluźnić biurokratyczny gorset, w którym tkwią nasze szkoły. Ciekaw jestem, czy sama rozumie to zdanie, czy też traktuje je jako ozdobę, wisienkę na torcie, który będzie konsumować wraz z ministrą edukacji na tzw. Kongresie Edukacji pod koniec sierpnia? Już nie mogę doczekać się treści i tej rewolucyjnej zmiany, jaka ma nastąpić po kongresie. Oby tylko nie połknąć pestki, bo wówczas polska szkoła się nie obudzi.

Autorzy publicystyki szkolnej nie wnikają w makropolityczny kontekst życia i miejsca ich zawodowego zaangażowania, tym bardziej kiedy rzecz dotyczy szkoły, bo przecież ta jest/powinna być taką samą na całym świecie. Jak pojawia się w tytule książki czy artykułu pojęcie szkoły, to znaczy że autor ma na uwadze szkołę w ogóle, in abstracto, wyzwoloną z wszelkich uwarunkowań tak, jakby to było możliwe.

Nikt zatem nie będzie zastanawiał się w toku lektury takiej książki nad tym, w jakim miejscu znajduje się szkoła, na bazie której powstały takie a nie inne refleksje jej nauczycielki(dyrektorki), w jakim jest państwie, a to jaki ma ustrój polityczny. Po co? Szkoła to szkoła.

Otóż nie. To nie jest bez znaczenia, z jakiego miejsca piszę o szkole i o jakiej szkole, gdzie ona funkcjonuje, na jakich zasadach, w jakim środowisku społecznym, gospodarczym, kto do niej uczęszcza, a kto w niej pracuje, z jakim wykształceniem i jakim zaangażowaniem, itd., itd.?

Pytania można mnożyć, podobnie jak możliwe są zróżnicowane, rzetelne, a konieczne na nie odpowiedzi, by nie wpaść w pułapkę oczywistologii, mniemanologii stosowanej, o której już pisałem w odniesieniu do książki o rzekomej logodydaktyce.

Literaturę potoczną można poznać po tym, że jej autorów w ogóle nie interesują sprawy obiektywnego i rzetelnego opisu świata, w którym funkcjonują oni sami i realizują się. Piszą swoisty dziennik, pamiętnik, kronikę osobistych myśli, refleksji, które są wartościowe same w sobie, ale tylko dla nich, gdyż stanowią zapis doznań i myślowej perspektywy, którą dzielą się z innymi z świadomością tego, że czytelnicy mają być jedynie ich „konsumentami”.

Z jednej strony podnosi to prestiż dyrektorki szkoły, jej samopoczucie, utrwala w świadomości społecznej jej obecność w "świecie" oświatowym, z drugiej strony pozwala przedsiębiorcy na prowadzenie własnego biznesu szkoleniowego, który ma pobudzać jego zyski pod szyldem troski o szkołę w ogóle.

Temu wszystkiemu towarzyszą rzecz jasna dobre intencje, chęć podzielenia się z innymi własnymi przemyśleniami, ale przecież doskonale wiedzą, że to nie oni zmieniają szkołę en block, bo nie są w stanie uczynić ze swojej perspektywy ogólnoświatowego czy nawet niemieckiego projektu na wartościową szkołę. Nie od tego zależy jakakolwiek w nich zmiana.

Piszę o tym nie dlatego, by deprecjonować autorów czy ich publicystyczny utwór, tylko by wskazać także moim studentom, współpracownikom, że szkoła – jakąkolwiek, gdziekolwiek i z kimkolwiek nie jest – nie jest tą samą i taką samą szkołą, z jaką spotykamy się sami, na co dzień, we własnym kraju, lokalnym środowisku, „wypełnioną” konkretną społecznością z jej historią w tle.

Takich książek mogłoby powstać i oby powstawało tylko w naszym kraju, autorstwa polskich nauczycieli co najmniej 400 tysięcy, tyle tylko że nie każdy z naszych nauczycieli chce, potrafi czy może ją napisać i wydać. Gdyby do tego dodać jeszcze przedsiębiorców tworzących różne fundacje, stowarzyszenia, towarzystwa i pseudoinstytuty oświatowe czy edukacyjne (nazwa nie jest zastrzeżona, toteż instytutem można nazwać wszystko, byle nadać temu rzekomo naukowy charakter), to takich książek mogłoby ukazać się na naszym rynku dalsze 10 tysięcy.

Co ciekawe, w Polsce ukazują się od czasu do czasu, rzadko, ale jednak książki napisane przez dyrektorów szkół czy refleksyjnych nauczycieli, ale te nie trafiają do tak szerokiej publiczności jak przekłady prac zagranicznych, gdyż Polacy bardziej zachwycają się tym, co obce, nawet niemieckie, chociaż bardziej, jeśli jest amerykańskie czy brytyjskie, niż rodzime.

Tymczasem ja wolę czytać książki Dariusza Chętkowskiego, Jana Wróbla, Jarka Szulskiego, bowiem ich treść wyrasta z naszych realiów. Znaczenie ich książek nie jest tak samo wspomagające dla nauki i kształcenia nauczycieli, jak przekłady literatury obcej, chociaż dotyczy tylko i wyłącznie warstwy argumentacyjnej i dydaktycznej.

Kiedy chcemy czytelników czy słuchaczy naszych zajęć, kursów lub szkoleń do czegoś przekonać, co wynika z wyników naukowych badań, to poglądy czy opinie znakomitych pisarzy o szkolnej codzienności stają się ich wartościowym wzmocnieniem, dopełnieniem, egzemplifikacją.

Sam chętnie włączam wypowiedzi autorów oświatowej publicystyki do własnych rozpraw naukowych, bowiem treść ich wypowiedzi jest nośnikiem znakomitych metafor, często bardzo trafnych ocen, zapiskiem bystrych obserwacji zdarzeń z codzienności szkolnej, z wnętrza szkoły (jak Waszyngton za zamkniętymi drzwiami). To są często quasi badacze w działaniu, gdyż nie prowadzą naukowymi metodami rejestru danych. Nie interesuje ich ani ilość, ani natężenie, ani też zakres pojawiających się w toku edukacji procesów, tylko skupiają się na nich wydarzeniowo, doraźnie, w zależności od własnych doznań, emocji czy na skutek dysonansu poznawczego.

Zachęcam zatem studiujących pedagogikę czy już zakorzenionych w aktywności edukacyjnej nauczycieli do tego, by czytali literaturę potoczną o szkole, gdyż ta pozwoli im znaleźć naukowe uzasadnienie dla zrozumienia procesów, które innym wydają się oczywistymi, śmiesznymi, banalnymi czy toksycznymi. Taka literatura staje się znakomitą inspiracją do podjęcia badań naukowych na szerszą skalę, wychodzących poza obręb jednej szkoły, jednego przedmiotu czy poziomu kształcenia.

Tak więc, jest to dobra literatura, ale o subiektywnych „prawdach” jednego miejsca, określonej społeczności bez prawa do wyciągania na tej podstawie jakichkolwiek wniosków na temat szkolnictwa, polityki oświatowej, nauczycieli, uczniów, ich rodziców, nadzoru pedagogicznego itd., itp.

11 komentarzy:

  1. Pani Żylińska, podobnie zresztą jak reklamowany przez Pana J.Szulski, dorabia sobie nieźle z unijnej kasy w tzw. zespole strategii oświatowej przy min.Kluzik. I temu jej twórczość jest podporządkowana!

    OdpowiedzUsuń
  2. Profesorze, dziękuję za dzisiejszy wpis..., też wolę polską szkołę w Polsce, a nie niemiecką....
    ....a nasi Dziadowie mieli honor i woleli mieć własną tożsamość !

    OdpowiedzUsuń
  3. "Aby wprowadzać w edukacji innowacje, najpierw musimy rozluźnić biurokratyczny gorset, w którym tkwią nasze szkoły" - pisze pani Żylińska. Może zasugerowała się książką Pana Profesora pt.DIAGNOZA USPOŁECZNIENIA PUBLICZNEGO SZKOLNICTWA III RP W GORSECIE CENTRALIZMU ???
    Nie, jednak - czytając jej teksty - stwierdzić muszę, że ograniczyła się tylko do znajomości tytułu. A szkoda...

    OdpowiedzUsuń
  4. Przecież Żylińska tłucze unijną kasę u największych biurokratyzatorek i centralizatorek polskiej oświaty paniuś Kluzik&Berdzik - to się nazywa u Orwella dwójmyślenie ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Według rzeczniczki MEN Kongres Edukacyjny zajmie się wizją polskiej edukacji - najważniejszy problem do rozstrzygnięcia "Pisać długopisem czy na tablecie/laptopie" ... ;-) Jaki minister&wice takie wizje i problemy!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. To prawda. Jacy ignoranci, takie wizje. Trudno, by b.dziennikarka miała jakąś wizję, skoro ta kojarzy się jej zapewne tylko z telewizją.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szanowny Panie Profesorze, Szanowni Komentatorzy. Jestem tylko rodzicem, więc zdaję sobie sprawę, że moja niewiedza naukowa jest olbrzymia, bezgraniczna. Zatem być może powinienem milczeć i tylko czytać i dokształcać się. No bo czy wypada mi napisać, że wypowiedzi, działania i postawy ludzi, których spotkałem na Kongresie, budzą mój najwyższy entuzjazm ? Po tych słowach mogę tylko spodziewać się krytyki lub może nawet ataku, lecz moja "przewaga" nad uczonymi i krytykami polega na tym, że jestem, wraz moim dzieckiem, na samym dole, niżej nie ma już nic. To my jesteśmy beneficjentami lub ofiarami badań, debat i działań polityków, uczonych, administratorów, decydentów, absolwentów, edukatorów. W tym miejscu mógłbym zrobić to, co uczynił Pan Profesor: wyciągnąć armatę i postrzelać z niej do Profesorów, bo mam do Was żal i pretensje. Ale po co ?! Czy to coś pomoże moim dzieciom i wnukom ? Czy krytyka + atak na Opiełkę, Żylińską, Zimbardo, Rasfeld, itp. coś pomoże dzieciom i rodzicom, którzy potrzebują szkoły o innej kulturze edukacji. Mam zatem "obiektywny" problem: po wysłuchaniu prezentacji i przeprowadzeniu dziesiątek rozmów podczas Kongresu, chciałbym aby moje dzieci i wnuki trafiły do szkół opartych na wizjach wspomnianych osób i im podobnych, a od Pana Profesora otrzymałem sygnał, że nie powinienem chcieć. Kto mi pomoże dokonać właściwego wyboru ?
    Na Kongres przyjechali ludzie, którzy chcą zmieniać edukację w klasie, w szkole, w Polsce. Jest potrzeba, jest wiedza i są ludzie (tu ukłon w stronę Profesorów i eksperymentatorów z Polski, Niemiec, USA, GB, NL, itd.) , są wizje i bardzo konkretne pomysły. Czego nam brakuje ? - może o tym byśmy porozmawiali.
    Z wyrazami szacunku
    Wiesław Mariański
    P.S.
    Co do kraju pochodzenia: mi i mojemu dziecku jest całkowicie obojętne z jakiego kraju przyjdzie mądra szkoła. Ważne żeby była piękna, dobra i prawdziwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mądra szkoła nie przyjdzie z żadnego kraju bo to kwestia mechanizmów a nie wizji. Zwłaszcza, że aktualnie szkoła tkwi w stalowym biurokratyczno-centralistycznym gorsecie, więc wszelkie wizje materializują się w niej w postaci wiosek potiomkinowskich w najlepszym razie ... ;-)

      Usuń
  8. Nikt nie musi podzielać mojej recenzji książki tej czy innej, jeśli nie jest kompetentny w zakresie nauk pedagogicznych, ani też nie musi podzielać opinii na temat przygotowań Kongresu, który z tym, co Pan zachwala, niewiele ma wspólnego.
    Doznania subiektywne są cenne. Życzę zatem dalszego spełniania się w zgodzie z ich treścią.

    OdpowiedzUsuń
  9. Argument o przyjeździe na ten kogresik osob, ktore chcą zmieniać szkołę, brzmi tak, jak w czasach sowietyzacji polskiej edukacji. Kto nie z nami, ten szkoly zmieniać nie chce. No to już się pan zainfekował. Nigdzie nie odnalazłam w blogu profesora zobowiązania czy sygnału, byśmy niczego nie chcieli. Bloger napisał, dlaczego sam odmowił udziału w politycznej manifestacji.
    Zobaczyłam wnioski z obrad z I dnia. Płakać się chce , na jakim są poziomie...

    Joanna

    OdpowiedzUsuń
  10. Pani Joanno, czy z tego, że sobie pobiadolimy, Pani nad Kongresem, a ja nad nauczycielami nauczycieli, wyniknie coś dobrego, czy komuś to pomoże ?
    Może jeden z problemów tkwi w tym, że każdy z nas chce rozmawiać o czymś innym - "my" o dzieciach w szkole, a "wy" o politykach, układach, debatach, książkach. Może stało się tak, że nie jesteśmy sobie potrzebni ?

    OdpowiedzUsuń