poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Klienci i beneficjenci Habilitacyjnego Biura Turystycznego DOCENT c.d.


Nie ulega wątpliwości, że jest w grupie wyjeżdżających na Słowację po habilitację grono tzw. pokrzywdzonej "mniejszości". Są to najczęściej byli adiunkci, wykładowcy, którymi nikt z kadr kierowniczych w ich uniwersytetach się nie interesował, nie wspomagał ich w dalszej pracy naukowo-badawczej. Bywały, a zapewne i nadal są takie jednostki (katedry, zakłady, pracownie), w których osoba ze stopniem naukowym doktora miała przede wszystkim prowadzić wykłady i seminaria dyplomowe własne oraz za... profesorów, którzy w tym czasie zatrudniali się na trzech czy niektórzy 7 etatach, by nieuczciwie zarabiać bez świadczenia rzeczywiście swoich powinności na wszystkich etatach.

Tym samym wielu doktorów, szczególnie na psychologii, socjologii, pedagogice, politologii zamiast prowadzić badania naukowe, uczestniczyć w międzynarodowej wymianie naukowo-badawczej stawała się zniewolonymi przez swoich zwierzchników lokajami do wykonywania za nich ich obowiązków. Pamiętam z rozmów z takimi wykładowcami, jak żalili się na swoich zwierzchników-profesorów, którzy ustalali "kolejkę" , a więc prawo dostępu do przeprowadzenia przewodu habilitacyjnego na własnym wydziale. Ktoś mógł mieć przeprowadzone badania, napisaną dysertację habilitacyjną, a nawet opublikowaną, ale musiał czekać, aż namaszczony przez szefa inny adiunkt będzie przed nim. Kolejność dziobania w niektórych jednostkach miała charakter trwały, szczególnie w naukach przyrodniczych i medycznych.

Z ofert "biura turystycznego" na Słowację korzystali zatem także ci, którzy mieli dorobek, ale nie chcieli czekać. W wielu jednak przypadkach byli też tacy klienci, którzy nie mieli dorobku, ale też nie zamierzali go powiększać, bo przecież musieli zarabiać na własnych dwóch-trzech etatach plus prowadzić zajęcia za swojego pryncypała. Kiedy jednak uzyskali przyzwolenie w swojej uczelni państwowej na skorzystanie ze słowackiego dobrodziejstwa, to nie mieli już żadnych skrupułów. W końcu - coś za coś.

Trzeba było tylko spełnić odpowiednie wymogi u południowych sąsiadów. Ci jednak, jak się wkrótce okazało, podeszli do Polaków z miłosierdziem bożym. W końcu, skoro ojczyzna ich krzywdzi, to oni im to wynagrodzą. Przy okazji - jak w KU w Ružomberku czy w prywatnej Wyższe Szkole św. Elżbiety w Bratysławie sami też mogli podreperować swój budżet.

Na Słowacji mimo przyjętych ramowych wymogów na docenturę, każda uczelnia, jej wydział z uprawnieniem do promocji ustala je samodzielnie. Jeśli jeszcze katolicka uczelnia miała prawa uczelni państwowej, to podlegała dwóm zwierzchnikom: Ministerstwu Szkolnictwa i Konferencji Biskupów Słowacji. Tym samym zawsze można było znaleźć wsparcie dla umocnienia rozwiązań, które nie byłyby możliwe w innych uniwersytetach.

Bardzo szybko pierwsi podróżnicy, odkryli świat - ich zdaniem w Polsce niedostępny, bo trudny, wymagający, kontrolowany, ale i - jak wyżej - także przyczyniający się do ludzkich krzywd. Wieści o nowym lądzie rozeszły się mocą błyskawicy, ale ... w podziemiu. Nikt, nigdzie nie ogłaszał że można, warto, powinno się dla dobra polskiej nauki wyjeżdżać na Słowację, by tam uzyskać potwierdzenie swoich wybitnych osiągnięć.

Od 2002 r. uczestniczyłem w pracach Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Przejechałem w ciągu czterech lat I kadencji nasz kraj wzdłuż i wszerz. Byłem w uniwersytetach, akademiach, państwowych i prywatnych wyższych szkołach zawodowych. Oczywiście, nie byłem wszędzie i we wszystkich szkołach, ale w bardzo wielu. Nigdzie nie znalazłem oferty - WYJEDŹ NA SŁOWACJĘ i ZDOBĄDŹ DOCENTURĘ.

Tak więc, już od samego początku jajko było nieświeże, ale ponętne szczególnie dla tych, którym w Polsce, którym odmówiono otwarcia przewodu habilitacyjnego, albo nie dopuszczono ich do kolokwium habilitacyjnego, albo dopuszczono, ale nie nadano im po kolokwium i wykładzie stopnia doktora habilitowanego. Tyle się napracowali.

Byli jednak wśród naukowców tacy, którzy coś zrobili, zgromadzili przez kilkanaście lat pewną ilość artykułów, napisali i opublikowali książkę czy nawet kilka, często były to prace zbiorowe pod ich redakcją, pokonferencyjne. A tu, w kraju spotkał ich taki afront! Jakże się z tym pogodzić?

Co gorsza, jeśli ktoś napisał swoją książkę habilitacyjną w nieuczciwy sposób, bo recenzenci w kraju udowodnili i odnotowali w swojej opinii ze względu na plagiat, to przecież mieli świadomość, że zostali niejako "spaleni", naznaczeni jako nieuczciwi. Co zatem zrobić, kiedy jest się plagiatorem, a zarazem jest się przekonanym, że prędzej czy później ta nieuczciwość zostanie odkryta?

Najlepiej jest wyjechać na Słowację, bo tam, w Katolickim Uniwersytecie czy w wyższej szkole prywatnej konieczna do uzyskania docentury monografia nawet nie musiała być opublikowana. Wystarczyło dostarczenie maszynopisu, oczywiście w języku polskim (przecież miłosierdzie ma swoje uzasadnienie), z krótkim streszczeniem w języku słowackim (w końcu Słowacy nie muszą mieć przekładów polskich rozpraw na ich język, bo wszystko dobrze rozumieją, tacy są zdolni).

Wystarczyło przedłożyć jako monografię naukową opublikowaną w kraju własną pracę doktorską. Tam nikt tego nie sprawdzał i tego nie dochodził. Sztuka jest sztuką. Może właśnie dlatego w bazie OPI niektórzy "Słowacy" w rubryce "tytuł" pracy doktorskiej i habilitacyjnej piszą: "brak". Jak to jest możliwe?

Polskie ministerstwo pozwala na kreowanie fałszywych lub niepełnych danych, do których sięgają często jednostki poszukujące recenzentów do przewodów naukowych. Jak ktoś napisze w tej bazie, że jest medykiem, a w główce rekordu widnieje "dr hab.......", to nie sprawdza się już, co to za doktor habilitowany, gdzie uzyskał habilitację, z jakiej dziedziny i dyscypliny naukowej, mimo że taka osoba nawet podaje dane o temacie habilitacji na Słoacji. Czyżby w Polsce też panowała zasada tego miłosierdzia?

Słowackiej komisji nie trzeba było informować o tym, że w Polsce cały dorobek został oceniony jako niespełniający wymogów naukowych. U południowych sąsiadów nie trzeba być naukowcem w polskim tego słowa i kryteriów znaczeniu, by być docentem. To, co u nas jest rozpoznawalne jako publikacje popularnonaukowe, metodyczne, pomoce dydaktyczne (podręczniki szkolne, zeszyty ćwiczeń, zbiory zadań itp.), to tam traktowane jest jako konieczna podstawa do bycia dopuszczonym do obrony pracy habilitacyjnej.

Złożona na Słowacji publikacja do rzekomej oceny,(jednak nie jest publikowana, a więc nie jest znana słowackim naukowcom, tak jak w Polsce, gdzie jednak członkowie rad wydziałów czy instytutów w większości znają publikację habilitantów) mogła być na poziomie pracy dyplomowej studenta studiow I stopnia. Ważny był układ i dobór recenzentow. Najczęßciej stawali się nimi z Polski ci, ktorzy kilka miesięcy wcześniej zostali docentami. W Polsce habilitacje są wydane, udostępnione w bibliotekach, a nie tak jak w KU mają nr ISBN, tylko że nie ma ich w żadnej bibliotece, nie można ich nigdzie zakupić. Niby drobna różnica, ale wiele mówi i wyjaśnia.

Jaka zatem jest rola "Biura Turystycznego "DOCENT"? Po pierwsze, beneficjenci tego Biura mieli za zadanie rozpoznanie i dotarcie do osób, tzw. "przeterminowanych" adiunktów, wykładowców ze stopniem naukowym doktora, by zaproponować im legalną ścieżkę odzysku i regeneracji akademickiej tożsamości i samodzielności. Ustalano z klientem koszty wielomiesięcznej, czasami i ponad rocznej "podróży" koszty związane z tym, żeby uzyskać słowackie parametry, a więc wymaganą ilość artykułów zagranicznych [jak wydane w Polsce, to są zagraniczne :)], cytowań - tu obowiązuje zasada plemienna - wymiany towarowej, czyli wskazany na Słowacji doktor cytuje Polaka, a Polak cytuje w swoim artykule Słowaka). Wystarczył przypis dolny czy wymienienie czyjegoś tekstu w bibliografii, a więc nawet nie trzeba było jej znać. Liczyła się kolejna sztuka do odhaczenia przez członka komisji.

Niektórzy docenci w Polsce utworzyli rzekomo międzynarodowe czasopisma albo przy szkole prywatnej, państwowej albo w rzekomo niezależnym od danej szkoły wydawnictwie (najlepiej jak ma w nazwie - instytut albo akademia) po to, by w nich "produkować" punkty Słowakom i "Słowakom". Biznes to biznes.

Konieczny jest na docenturę udział w konferencjach naukowych, w komitecie naukowym jakiejś konferencji. To też kosztuje. Nie ma problemu. Organizowano wiele konferencji, nawet w bardzo kosztownych hotelach, bo przecież szefostwo Biura DOCENT nie będzie spać i jeść w byle schronisku czy karczmie. Koszty pokrywał zainteresowany. No i konieczne jest spełnienie wymogu członkostwa w redakcji jakiegoś czasopisma.

Co to za problem. Uruchamia się nowe czasopismo, najlepiej w Szwajcarii, które nie istnieje, niczego nie wydaje, ale ma numer ISSN i ISBN i zawsze można uzyskać z jego redakcji zaświadczenie o opublikowaniu na jego łamach odpowiedniego tekstu czy bycia członkiem rady naukowej, programowej lub recenzentem.

W Krakowie jest firma, która ogłasza w internecie pisanie prac doktorskich i habilitacyjnych. Lista dyscyplin jest długa, a to znaczy, że powiększyło się w ciągu 10 lat grono klientów zorganizowanej turystyki habilitacyjnej oraz także tych, którzy usiłują "wyłudzać" stopnie naukowe korzystając z usług biznesowych firm.




22 komentarze:

  1. Panie Profesorze, Szanowni Państwo - jest reakcja MNiSW na tekst "Wprost" o "turystyce habilitacyjnej. "Nowa międzynarodowa umowa w tej sprawie ma zostać podpisana jesienią -poinformowało w miniony poniedziałek Ministerstwo Nauki". Tak swoją drogą myślę, że nie do końca ma rację prof. B. Śliwerski twierdząc, że osoba ze słowacką docenturą ma prawo używać stopnia dr. hab. To, że coś jest równoważne (tożsame) nie oznacza, że jest to, to samo. W naukach z zakresu sztuk pomimo równoważności przewodów kwalifikacyjnych np. II stopnia z habilitacją, żaden szanujący się prof. sztuki nie napisze sobie przed nazwiskiem dr. hab., bo nim nie jest. Myślę, że ci słowaccy docenci powinni zostać docentami także w Polsce, bo w gruncie rzeczy nie są doktorami habilitowanymi.
    Gustaw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W trakcie grantu osobowego MCS z Programu Ramowego byłam 3 lata na Słowacji. Wcześniej 2 lata w Szwajcarii. W trakcie tego programu na Słowacji przyszedł czas aby zrobić habilitację. W Polsce nie było instytucji, która chciała mnie sfinansować. Wstępnie określono, że mam się spodziewać obowiązku zapłaty 20000 - 25000 zł za polską procedurę. Miałabym zapłacić ze swoich. Na Słowacji nic mi nie kazano płacić. Otrzymałam tytuł docenta instytucji w której wówczas pracowałam. Po zakończeniu wróciłam do Polski, na 4 letnią umowę na czas określony. Chciałam zrobić polską habilitację niezależnie od słowackiej docentury. Nie wiedziałam nic o równoważności stopni. I wtedy dowiedziałam się od uczelnianego guru, który wtedy był wiceprzewodniczącym sekcji CK i kolejną kadencję był w CK - że nie mogę robić polskiej habilitacji w tej dyscyplinie bo już ją mam.
      Oczywiście to, że nie wolno, oznaczało też, że uznano, że docentura jest dr hab. i wyrównano mi wypłaty.

      Jeśli proponowane zmiany w umowie polsko - słowackiej wejdą w życie, będzie to pułapka. Załóżmy, że jakiś Polak uzyska stopień dr hab. i wygra grant z Horyzont 2020 lub podobnego programu do MCS. Wyjedzie na Słowację. Tam czekać go będzie nostryfikacja i tej nostryfikacji nie uzyska. Docenta słowackiego też mu nie będzie wolno robić - "bo już ma docenta w odborze". Załóżmy, że jakiś Francuz uzyska stopień habilitację na Sorbonie i wygra grant z Horyzont 2020 lub podobnego programu do MCS. Wyjedzie do Polski. W Polsce czekać go będzie nostryfikacja i tej nostryfikacji nie uzyska. Habilitacji polskiej też mu nie będzie wolno robić - "bo już ma habilitację w dyscyplinie".
      Coś czuję, że zrobi się dziwna sprawa - może nawet Polska zostanie ukarana przez jakąś unijną agenturę za niszczenie mobilności pracowników naukowych. Na pewno warto aby Niemcy zastanowili się czy faktycznie z automatu uznawać polskie habilitacje. Z pewnością Polska straci swoją kolejną okazję aby siedzieć cicho. I po cichu cieszyć się, że przez pomyłkę Niemcy uznają polskie habilitacje i polskie doktoraty choć w zasadzie powinni nie uznawać dziadostwa które psuje im naukę niemiecką.

      Usuń
    2. Bzdura. To co Pani pisze nie ma nic do rzeczy. W Polsce na podst.art.21a uznaje się doktorow z panstw, w ktorych nia ma habilitacji. W ten sposob tworzy pani sciences fiction.

      Usuń
    3. Sciences fiction jest też kwota za habilitację. Znajoma płaciła za swoją habilitację w Polsce ok. 13,5 tys. zł, całkiem niedawno. To i tak moim zdaniem dużo, ale zniekształcanie wybranych informacji podważa wiarygodność pozostałych.

      Usuń
    4. Nieprawda, art. 21a nie służy do automatycznego uznawania doktoratu za habilitację.

      Usuń
    5. Pani by chciała mieć habilitację z automatyczną skrzynią biegów. Po 3 miesoącach - na profesurę :). Polska to nie Słowacja. Tu przestrzega się standardow naukowych. Czarne owce są wszędzie. Na Słowacji mamy jednak stado.

      Usuń
    6. Takie brednie może pisać człowiek niebywały na Słowacji. Proszę pojechać do Profesora Martina Żilinka do Bratysławy, spróbować się z nim spotkać i wtedy usłłyszysz Anonimie że nie ma możliwości. Rużomberok to nie jest cała Słowacja. Sami Słowacy z Ruzomerka ubolewają nad tym co sie stało ale to zawdzieczamy niedouczony magistrom teologom księzom z Polski, którzy tak jezdzili i uprawiali hucpę doktoryzacyjną i habilitacyjną. Szulajmy też genezy zjawiska

      Usuń
    7. Słowacja to radykalnie zaniżone standardy i kolesiostwo w Bańskiej Bystrzycy, Nitrze, Wyższej Szkoły św. Elżbiety w Bratysławie, więc emerytowany prof. Zilinek niczego tu nie gwarantuje.

      Usuń
    8. W Preszowie też wyłudzono wiele stopni

      Usuń
  2. To pierwszy Pański tekst na ten temat w którym nie jest Pan absolutnie jednostronny - lepiej późno niż wcale. A czy ten fragment o "biurze" oparty jest na jakiś faktach? O ile bowiem słyszałem o słowackich habilitacjach, w tym także tych dziwnych, to o tym "biurze" nigdy ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest też jeden ważny, a pomijany wątek. Mianowicie, nie każdy doktor/adiunkt musi być profesorem. Ale nowa ustawa chyba nie bierze tego pod uwagę. Wielu świetnych doktorów - dydaktyków, powinno zostać na tych stanowiskach do emerytury! Lepszy dobry doktor niż beznadziejny profesor. A skoro nie może zostać na uczelni jako adiunkt, czy starszy wykładowca (8 lat i wylot z uczelni), to szuka się rozwiązania to tu, to tam. A może ktoś dojrzeje do habilitacji po 20 latach? Czemu nie? A może inne obowiązki (np. macierzyńskie, opiekuńcze) skutecznie hamują rozwój i dopiero po kilku latach można się wziąć do prawdziwej nauki? Humaniści mnie biorą tego pod uwagę?
    Awans naukowy, to nie awans zawodowy w fabryce czekolady,
    pozdrawiam Pana Profesora i Czytelników

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co miał Autor na myśli pisząc słowa: "to szuka się rozwiązania to tu, to tam"??????
      Nauczyciele którzy nie rozwijają się naukowo tylko kombinują powinni być eliminowani z uczelni!

      Usuń
    2. W kwestii przeterminowanych doktorów.
      Dziękuję w imieniu swoim i tychże, ie Profesor wspomina o ich istnieniu w pierwszej części swojej wypowiedzi, rzeczywiście jest ich trochę. Ciekawe czy ktoś monitoruje skalę zjawiska. To często ofiary swoich środowisk, produkty chowu wsobnego, osoby zajmujące się prze wiele lat orką na ugorze i pracą u podstaw z absolwentami szkól średnich wiadomo jakiej "jakości". Kwestia jest złożona bo część z tych starszych wykładowców potrzebuje znacznie więcej czasu na rozwój, często np. z powodu nałożenia się obowiązków macierzyńskich i folwarcznej, patriarchalnej mentalności dominującej jw uczelniach w relacjach przełożony- pracownik . Trochę czasu trwa opublikowanie artykułu bez protekcji w polskim czasopiśmie punktowanym (najkrócej 6 miesięcy czeka się na ślepe recenzje)
      Polityka kadrowa na pedagogice jest taka, że pedagog jest łatwo zastępowany, przeterminowanym nikt się nie interesuje (jego rozwojem naukowym) mimo, że często warto jeszcze zainwestować w potencjał uśpiony, jest przecież świeży narybek na studia doktoranckie bardziej przydatny w rozwoju profesorom

      I tak dalej i tak dalej....

      Usuń
    3. Osobiscie jestem za zniesieniem habilitacji. Jest to przeżytek. Nie dostają ich Ci Którzy Zasługuja a dostaja indywidua często szemrane. Ale póki nauka bedzie w rękach "układu" to tak długo bedziemy świadkami patologii.

      Usuń
  4. Ale przecież w Polsce też wszystko idzie w tym samym kierunku. U nas na wydziale niedługo każdy zakład będzie miał własną konferencję i własne czasopismo. W końcu każdy ma jakichś znajomych, to ich zaprosi do komitetu naukowego, lub redakcyjnego.

    OdpowiedzUsuń
  5. A może cały problem wynika z przerośniętej drabinki formalnego awansu? Habsburskiego dziedzictwa?
    W USA czy Wielkiej Brytanii, gdzie stopień doktora jest jedynym i najwyższym stopniem naukowym, nie ma tego problemu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten początek art. to nieprawda. Nigdy nie spotkałam ani nie słyszałam, aby jakiś Rużemberok miał jakikolwiek dorobek, lub jakoś był szykanowany. tta cała historia z hab. słowackimi, ukrainskim, moskiewskimi, itd. to jest zwykłe oszukaństwo ludzi, którzy są bezwzgledni!! A innych uiwazją za idiotów, którzy uprawiają naukę!!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Poza słowackimi habilitacjami sa jeszcze rosyjskie i ukraińskie, też są to osoby, które nic w nauce nie znaczą ale mają tytuły profesorów i najlepsze jest to, że oni promują i recenzują prace doktorskie habilitacyjne

    po drugie, nie trzeba szukać patologii na Słowacji, bo w Polsce też są. Recenzentami habilitacji są znajomi kandydata i jego promotora, niby wszystko w majestacie prawa, a wiadome, że dorobek i poziom tego dorobku mizerny, ale to nie ważne, bo liczy się to w jakim jest się kręgu.
    Szukam czegoś ostatnio w CK i na liście widzę osobę, która nie ma dorobku. Ale wiadome, że jest protegowaną X wpływowego człowieka w dyscyplinie x. Czytam recenzje i co widzę, że artykuły w czasopismach z ,,koziej wólki" są niezmiernie istotne w rozwoju nauki, prace redakcyjne i prowadzenie zajęć tudzież przygotowanie krk i etc.
    Cóż, nie jest to odosobniony przypadek, gdyby tak tą osobę wyjąć z pod patronatu wpływowego X to o żadnej habilitacji nie byłoby mowy

    Inna historia. w prywatnej szkole pracuje x, również dorobek taki sobie, ale jego protektor ma konszachty na uczelni X i tam otwiera mu przewód, recenzentem jest on sam, jego kolega, który również jest zatrudniony w tej prywatnej szkole na drugim etacie i kolejny kolega, który kiedyś też w tej szkole prywatnej pracował (niestety recenzji nie ma w internecie)

    proszę mi powiedzieć jaka jest obiektywizm tych recenzji i wartość tych habilitacji?
    profesor prezentuje patologie słowackie a nie zapominajmy, że mamy krajowe, które znacznie trudniej ukazać i ich zlikwidować się nie da

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka jest prawda niestety. Całkowicie sie zgadzam, nic dodać nic ująć, a w ogóle szkoda słów, czasu I atłasu. Dobrze, że są uniwersytety I szkoły wyższe, gdzie toto nie ma wstępu!!!

      Usuń
  8. Panie Ptofesorze,
    wie ze ma Pan listę 200 osób co do których zgłasza Pan wolę odebrania im tytułów niech Pan napisze wprost komu i za co chce Pan odebrać te docentury słowackie. Czytam i czytam opowieści o Pana Słusznej Wyprawie AntySłowackiej ale jakoś nie mogę zrozumieć że majac tyle instrumentów w ręku i takie stanowiska Pan piastuje ze nie jest Pan w stanie jednym zgrabnym ruchem ręki zlikwidować gangreny polskiej pedagogiki. Czekam na Pana śmiały ruch. Proszę się nie obawiać są ludzie, którzy pana popierają w tej Krucjacie. Ja do nich należę. A czy zauważył Pan że w tej wyprawie prym wiedzie KUL z jego licznymi siedzibami pozakrakowskimi i Polska południowa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Uniwersytecie Rzeszowskim, też jest kilku docentów słowackich (o czym jyż ktoś wcześniej pisał). Ciekawa sytuacja jest na Wydziale Pedagogicznym tego "uniwersytetu".
      Na stronie Wydziału jest informacja, że trzy osoby prowadzą seminaria doktoranckie. Te trzy osoby, to w 100% słowaccy docenci. Najśmieszniejsze jest to, że Wydział NIE POSIADA PRAW DOKTORYZOWANIA. Oto do czego są zdolni słowaccy docenci. W tym samym czasie pozbyto się z Wydziału samodzielnego pracownika z uczciwą polską habilitacją o największym dorobku naukowym spośród zatrudnionych na Wydziale profesorów. Pracownikowi temu nie przydzielano nawet seminariów licencjackich, nie przedłuzono mu też kontraktu na stanowisku prof. nadzw..
      Wszyscy docenci słowaccy są prof. UR, natomiast człowiek z uczciwa polską habilitacją nie jest tego godny. Wstyd Panie Rektorze i Panie Dziekanie.
      xxx

      Usuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.