niedziela, 30 sierpnia 2015

Dlaczego MEN od sześciu lat nieustannie okłamuje polskie społeczeństwo?




Na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej widniej wpis pod następującym tytułem: Dlaczego 6-latki powinny rozpocząć naukę w szkole?

Rozpoczyna go akapit sprokurowany przez manipulatorów w zakresie komunikacji społecznej. Za to płaci się z budżetu państwa osobom, które nie mają merytorycznych kompetencji do zabierania głosu w tej sprawie, ale są gotowe wytworzyć każdy komunikat, bez względu na prawdę. Ta manipulacja została oparta na trzech tezach:


1) Większość 6-letnich Europejczyków chodzi do szkoły.

2) Nasze dzieci i szkoły też są na to gotowe.

3) Rodzice mają wybór.


Odwróćmy zatem pytanie na: Dlaczego 6-latki w Polsce nie powinny rozpoczynać szkoły?

Po pierwsze, większość Europejczyków chodzi do szkoły, ale w szkole tej przebywa w oddziałach przedszkolnych albo ma do 7 roku życia edukację przedszkolną. We Włoszech nawet czteroletnie dzieci uczęszczają do szkoły, gdzie... mają edukację przedszkolną. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, Niemczech itd. Wystarczy pojechać do Czech, żeby zobaczyć, że dzieci sześcioletnie w szkołach realizują program edukacji przedszkolnej. Ba, Czesi, w odróżnieniu od polskiego rządu, nie zrujnowali własnego systemu edukacyjnego, by politycy mogli robić na tym własne interesy finansowe.

Po drugie, ani polskie dzieci, ani polskie szkoły nie są gotowe na edukacje szkolną sześciolatków. Sześciolatki nie mają dojrzałości emocjonalno-społecznej do zinstytucjonalizowanego i systematycznego uczenia się. Zaledwie 10 proc. posiada dojrzałość umysłową. Ustawami tego się nie zmieni. Operowanie raportem NIK jest manipulacją, bowiem kontrola NIK nie objęła wszystkich szkół w Polsce, tylko 88 (!). Co ciekawe, MEN ignoruje ostrzeżenie tego organu: "NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla niektórych szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym.W całym kraju wzrośnie bowiem, nawet o 70 proc., liczba uczniów w klasach pierwszych.

W miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców liczba zorganizowanych klas z pierwszakami będzie w wielu szkołach większa od liczby sal lekcyjnych przygotowanych na przyjęcie najmłodszych uczniów. NIK odnotowuje, że problem ten wystąpi przede wszystkim w szkołach położonych na terenie miast na prawach powiatu (24,2 proc.) oraz w gminach miejskich (26,4 proc.). W najmniejszym stopniu problem ten dotknie szkół położonych w gminach wiejskich (6,8 proc.). Dlatego dyrektorzy szkół, zwłaszcza w dużych miastach, muszą zadbać o ułożenie planów lekcji w sposób uwzględniający dobro najmłodszych uczniów."


W Polsce jest ok. 14,5 tys. publicznych szkół podstawowych! Na jakiej podstawie dokonuje się generalizacji danych NIK, której kontrola nie jest - bo być nie musi - prowadzona zgodnie z metodologią badań w naukach społecznych?! To nie są badania upoważniające do jakiejkolwiek generalizacji wniosków.

To jest organ władzy centralnej, który podejmuje w pierwszej kolejności kontrole wymagane prawem, wynikające z ustawy o NIK; pozostałe kontrole planowe podejmowane są po szczegółowej analizie istotnych problemów państwa. Zadaniem NIK nie jest prowadzenie badań o charakterze naukowym, natomiast - co oczywiste - wykorzystuje niektóre narzędzia, techniki czy metody badań statystycznych.

Po trzecie, rodzice w Polsce nie mają żadnego wyboru. To jest chyba najbardziej arogancki sposób traktowania Polaków przez rządzących tak, jakby nie potrafili czytać i pisać. Wybór mieli rodzice do 2009 r., ale wraz z wprowadzanym przez rząd przymusem realizowania obowiązku szkolnego przez dzieci od 6 roku życia, wybór jest pozorny. To prawda, że rodzice mogą wnioskować o odroczenie sześciolatka, albo nawet cofnąć go ze szkoły podstawowej do przedszkola. To jednak jest wybór negatywny, a rodzice powinni mieć PRAWO WYBORU POZYTYWNEGO, zgodnie z Konstytucją III RP i Ustawą o systemie oświaty.

Ministerstwo pseudoedukacji kompromituje się stwierdzeniem, że: Cofnięcie reformy przede wszystkim wywołałoby ogromne perturbacje organizacyjne w systemie oświaty.(...) W sytuacji, odstąpienia od obowiązku szkolnego 6-latków, problemem będzie kwestia kontynuacji zatrudnienia przez niektórych nauczycieli. Może dojść do sytuacji, w której w szkole nastąpi zmniejszenie liczby oddziałów.

W świetle powyższego DZIECI W OGÓLE NIE SĄ PODMIOTEM TROSKI POLSKICH WŁADZ.

Przypomnijmy - obniżenie wieku obowiązku szkolnego jest elementem reformy emerytalnej w Polsce. Im szybciej nasze dzieci skończą szkołę, tym wcześniej będą musiały zarabiać na spłacenie gigantycznych kredytów, jakie zaciągnęły rządy PO i PSL oraz wzmocnić system finansowania emerytur i rent.

Powoływanie się przez MEN na rzekomo naukowe diagnozy akurat w przypadku sytuacji sześciolatków w szkołach świadczy tylko i wyłącznie o tym, że w MEN prowadzona jest polityka zakłamywania rzeczywistości.

Stwierdzenie: "Wszystkie głosy krytyczne, jakoby dzieci 6-letnie miałyby nie dawać sobie rady w porównaniu z dziećmi 7-letnimi – chociażby na sprawdzianie – są raczej niezasadne."

Co to znaczy, że krytyka jest RACZEJ NIEZASADNA? Tego nam MEN nie wyjaśnia.

Zapewne to prawda, że:

"Uczniowie urodzeni w 2003 r., którzy poszli do szkoły w 2009 r. (w wieku 6 lat), w porównaniu do uczniów urodzonych w 2002 r., uzyskali średnio:
•z języka polskiego – wyniki wyższe o 4 punkty procentowe (p.p.);
•z matematyki – wyniki wyższe o 7 p.p.;
•z języka angielskiego – wyniki wyższe o 5 p.p."


Ta diagnoza nie dotyczy wszystkich sześciolatków urodzonych w 2003 r., gdyż tylko niewielki ich odsetek (poniżej 10%) trafił do szkół podstawowych.

Dlaczego MEN wraz z IBE przemilcza ten fakt??? Jak mogą podpisywać się pod takim łgarstwem niektórzy naukowcy?

Dlaczego nie informuje się społeczeństwa, jaki odsetek rodziców sześciolatków został objęty sondażem, z którego - zdaniem ministry edukacji - wynika, że: "W badaniu z 2011 roku 91,9% rodziców było zadowolonych – 73,5% spośród nich nawet zdecydowanie zadowolonych z faktu, że ich dziecko uczęszcza do pierwszej klasy szkoły podstawowej." Jak można tak perfidnie manipulować danymi statystycznymi?

Jak ma się argument: Dzieci, które idą wcześniej do szkoły, zyskują wcześniejszy dostęp do lepszej niż w przedszkolu infrastruktury naukowej (zyskują darmowa naukę języka obcego i zajęcia pozalekcyjne), sportowej (boiska i place zabaw) i informatycznej" do tego, że w przedszkolach jest często lepsza infrastruktura naukowa, niż w wielu I klasach szkół podstawowych?

Czytamy w Raporcie NIK - podaję tylko jeden przykład (proszę zwrócić uwagę na liczbę objętych kontrolą szkół podstawowych:

"(...) w 27 szkołach (84,4%) nie zapewniono uczniom klas pierwszych możliwości pracy przy osobnym komputerze w pracowni komputerowej (zalecenie nr 11 podstawy programowej)

* w 14 szkołach (43,8%) nie wyposażono sal lekcyjnych klas pierwszych w kilka zestawów komputerowych z dostępem do Internetu i oprogramowaniem odpowiednim do wieku (zalecenia nr 3 i 11 podstawy programowej);

* w sześciu szkołach (18,8%) nie wyposażono sal lekcyjnych klas pierwszych w sprzęt audiowizualny (zalecenie nr 3 podstawy programowej);

* w sześciu szkołach (18,8%) nie zapewniono uczniom klas pierwszych możliwości realizacji zajęć z wychowania fizycznego w sali gimnastycznej i na boisku (zalecenie nr 14 podstawy programowej);

* w czterech szkołach (12,5%) w salach lekcyjnych klas pierwszych nie została urządzona część rekreacyjna (zalecenie nr 3 podstawy programowej)."


Wreszcie pojawia się kolejny pseudoargument:

Ewentualny obowiązkowy „powrót” 6-latka do edukacji przedszkolnej spowoduje niemożność pełnej realizacji tzw. „ustawy przedszkolnej” gwarantującej miejsca wychowania przedszkolnego dla wszystkich 4-latków, a następnie 3-latków.
Zapewnienie miejsc edukacji przedszkolnej dla wszystkich dzieci nie będzie możliwe do zrealizowania.


Dlaczego MEN nie informuje społeczeństwa, że zamierza realizować zalecenie Komisji Europejskiej, które w żadnej mierze nie musi nas obowiązywać. UE nie ma prawa ingerowania w ustrój szkolny państw członkowskich. Jaki jest tu interes do zrobienia kosztem polskich dzieci?

Nikt nie badał w skali całego kraju rzeczywistych potrzeb rodziców w zakresie skierowania dzieci od 3 r.ż. do przedszkoli! Ostatnią taką diagnozę przeprowadził GUS w II poł. lat 90. XX w.

Opublikowany na stronie MEN komunikat o rzekomo niskich kosztach, jakie poniósł budżet państwa na wydanie dydaktycznego bubla - rządowego elementarza w wydaniu pań Marii Lorek i Lidii Wollman - rozmija się z innymi faktami. MEN informuje, że elementarz kosztuje ok 4,5 zł. Tymczasem z innych danych dowiadujemy się, że na ten bubel wydano ponad 85 mln. zł. To nie są prawdziwe dane, gdyż nie obejmują one kosztów druku, wszystkich honorariów, kosztów na propagandę, kosztów dowozu do szkół itd.

Wchodzimy zatem w nowym rok szkolny z kolejną kampanią kłamstw i propagandowej akcji przedwyborczej, w trakcie której dzieci i młodzież oraz ich nauczyciele są tylko środkiem do realizacji przez polityków partyjnych i osobistych celów.

Przypominam niektóre wpisy na ten temat:

* "Wygrana" rządu w sprawach oświatowych na fałszywych przesłankach i propagandowej manipulacji społeczeństwem;

* ;

* Wyjątkowa manipulacja MEN
w sprawie sześciolatków;

* Czyje są Wasze dzieci?

* O but rozbić manipulację prasową na temat wyników diagnoz oświatowych.

34 komentarze:

  1. Podziwiam odwagę , determinację i konsekwencję z jaką walczy Pan o 6-latki i jednocześnie nie mogę się nadziwić arogancji MEN i jego całkowitej odporności na tak zasadnie argumentowaną krytykę. To aż nieprawdopodobne, do czego doszło w naszym kraju, a próby straszenia skutkami odwrócenia reformy są już całkowitym "odjazdem".

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie jestem SAM. Mamy w Polsce znakomitych naukowców, którzy swoimi badaniami, publikacjami dociekają prawdy naukowej. Niestety, zderzają się tu dwa światy : PRAWDY, RZETELNOŚCI I UCZCIWOŚCI z światem kreowanym przez najbardziej cynicznych polityków, którym te wartości przeszkadzają w ich "pracy". Szkoda, że przy tym straciła etos także część lokajskich psychologów i pedagogów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sprawie lokajskich pedagogów,
      może oni jednak staną się forpocztą zmian, kroplami, które drążą skałę, osobami przerzucającymi pomost między nauką i praktyką
      to są często również dobrzy naukowcy (skoro maja tytuły dr hab. jak dyrektor ORE czy prof. Małgorzata Żytko z UW) i wielu, wielu innych pracujących dla ORE IBE lub współpracujących z instytucjami należącymi do MEN w ramach dużych projektów unijnych. Współpraca między naukowcami i instytucjami odpowiedzialnymi za kształt polskiej edukacji jest konieczna a jej struktury ułomne

      Usuń
    2. Lokajskie kropelki habilitowane... . Cóż za określenie?
      A jakie nominacje? Jeśli upełnomocnienie w roli recenzentki nędznego elementarza określa anonimowy przerzucanie pomostu miedzy nauką a instytucjami odpowiedzialnymi za kształt edukacji, to gratuluję "wysokiego" poziomu tej nauki. Teraz zrozumiałam, na czym polega owa lokajskość.

      Joanna

      Usuń
    3. Co do dyrektora ORE to jest on fizykiem, który wykorzystując swój aparat statystyczny, napisał niesłychanie krytyczne rozprawy na temat naszego systemu edukacyjnego(i PISA) oraz jego propagandy - warto choćby na tytuł pracy habilitacyjnej dr Piotrowskiego popatrzeć. Oczywiście jako podległy min.Kluzik musi wykonywać jej administracyjne polecenia ... ;-)

      Usuń
    4. Zauważmy tylko, że dr hab. M.Piotrowski ukończył Fizykę UW i pracował w IBJ, jednak później doktorat i habilitację uzyskał na Wydziale Pedagogiki tegoż Uniwersytetu i z tą dyscypliną jest związany.
      Nazywajmy go więc "pedagogiem", a nie "fizykiem".

      Usuń
    5. "Oczywiście jako podległy min.Kluzik musi wykonywać jej administracyjne polecenia ... ;-)"

      Ale to nie znaczy, że trzeba robić badania pod określoną tezę, potwierdzającą jedyną słuszną politykę oświatową przełożonych, których polecenia mają być wykonywane. To, co demaskuje Profesor, jako manipulacje wynikami są właśnie przykładem zaprzęgięcia badaczy do kieratu polityków. Badania powinny być przeprowadzane przez niezależnych badaczy albo według procedur, które mogą nadać badaniom rangę dowodu - tak jest np. w medycynie z procedurą podwójnej "ślepej" próby. Badania na zamówienie polityczne są niestety "ślepe inaczej" i to jest patologia. Anonimowy próbuje ratować autorytet poszczególnych badaczy, ale to zależność służbowa, w której pozostają i sposób wykorzystania wyników pprzyczyniają się do jego obniżenia. Myślę, że nie byłoby tak zmasowanej krytyki, gdyby ci badacze reagowali na ową krytkę. Jeśli robią swoje, biorą kasę i nawet nie próbują nic zmieniać, to niestety przywodzi to na myśl tylko jedno skojarzenie ze sprawozdawczością obywatela Piszczyka.

      Usuń
  3. Pan profesor jak zwykle jest bardzo "obiektywny". Nie znalazłem na blogu poświęconemu edukacji (sic!) żadnych informacji nt. dobrych działań MEN min. o nowym rozporządzeniu o kształceniu dzieci niepełnosprawnych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem pedagogiem specjalnym, więc nie podejmuję tej problematyki w takim wymiarze. Nie znaczy to jednak, że osobom, w tym dzieciom niepełnosprawnym nie poświęcam w blogu uwagi. Słabo szuka anonimowy, ale też jak nie ma się czasu na czytanie, to formułuje się takie opinie. No więc, proszę napisać, co takiego znakomitego wynika z nowego rozporządzenia MEN w powyższej sprawie? Proszę nas oświecić.

      Usuń
    2. ja jestem pedagogiem specjalnym i w nowym rozporządzeniu niestety znajduję dalsze "hierarchizowanie" specjalnych potrzeb edukacyjnych, niby krok do przodu ale rzeczywiście totalny populizm i brak zrozumienia problemu, Beata

      Usuń
    3. Rozporządzenie nic konkretnego nie zmienia, porządkuje inne, poprzednie i stawia zapory przed tym, co przez nieporozumienie mogłoby coś system edukacji kosztować. Tak rozumiem "hierarchizowanie" potrzeb, o których mówi Beata. Nie widzę tu nawet niby kroku do przodu, ale zgodzę się z brakiem zozumienia problemu.

      Usuń
  4. A kto martwił się o nauczycieli przedszkolnych, gdy zabierał z przedszkoli i wtłaczał do szkół 6-latki???????????????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dlaczego ktokolwiek miałby się martwić o nauczycieli? Czy to nie są dorośli ludzie, którzy powinni potrafić zadbać o swój los?

      Usuń
    2. Ciekawa jestem , jak mają sami zadbać o siebie, skoro są w slużbie publicznej finansowanej przez państwo. Po co ktoś pisze takie brednie? Co to za komentator?

      Usuń
    3. Witam! Niedawno oglądałam "Szkło kontaktowe" z p. Czubaszek. Rozmowa toczyła się o referendum, a w szczególności pytanie o sześciolatki. Słusznie powiedziała p. Maria, że ona nie może się wypowiedać, sama nie ma dzieci i nie ma wiedzy na ten temat. Zachęcona taka wypowiedzią wysłałam sms, w którym napisałam, że nie wolno porównywać polskiej szkoły do jakiejkolwiek innej na świecie, Nasze dzieci nie są głupsze czy gorsze, ale szkoły nie są przygotowane chociażby sale, nauczyciele itp. Posłanie do szkoły razem 6 i 7 to dramat dla dzieci, rodziców i nauczycieli. Wysłanie 6 do szkoły to załatwienie sprawy braku miejsc w przedszkolach. Niestety mój sms nie został opublikowany.

      Usuń
    4. Skoro MEN twierdzi, że ,,Cofnięcie reformy przede wszystkim wywołałoby ogromne perturbacje organizacyjne w systemie oświaty.(...) W sytuacji, odstąpienia od obowiązku szkolnego 6-latków, problemem będzie kwestia kontynuacji zatrudnienia przez niektórych nauczycieli. Może dojść do sytuacji, w której w szkole nastąpi zmniejszenie liczby oddziałów." to dlaczego nie martwią się o nauczycieli w przedszkolach, w których zamknięto oddziały właśnie ze względu na reformę i część z nich straciło pracę, czego jestem niestety przykładem...

      Usuń
  5. W Szwecji jest oddzial szescioletnich przedszkolakow ale nie na przymus. Swoja droga to dzieci maja przedszkole w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie. Nikt tu sie nie wyglupia z tresowaniem dzieci. Wczoraj rozmawialam z mlodym Somalijczykiem i padlo pytanie: po co sie przeniosl do Szwecji ze swoja zona i malymi dziecmi z Angli gdzie mial wysokie zarobki. Odpowiedzial krotko: Szwecja to raj dla dzieci - jesli moje dzieci tu beda szczesliwe to i moje zycie tez :-) Zycze szczescia polskim dzieciom i ich rodzicom :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem nauczycielką z trzydziestoletnim stażem, dlatego uważam, że co najmniej jedna trzecia nauczycieli powinna być zwolniona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, bo ma już zapewnioną emeryturę. To jest dopiero cynizm.

      Usuń
    2. Ja jak stracę prace nikt doe o mnie martwił nie będzie. Nauczyciele nie wiem dlaczego są pod parasolem. Nie podoba sie to zmień profesję. Pensja za niska zmień profesje... Ale po co jak prawdziwych nauczycieli z powołania jest garstka a większość to totalne nieroby pod parasolem Multi Multi uczący plastyki wf i historii jednocześnie!

      Usuń
    3. Co to jest parasol Multi Multi? I cóż to za dowód na nieróbstwo, że nauczyciel musi uczyć plastyki, wf i historii jednocześnie? Anonimowy gada żeby gadać - żadnej w tym logiki. Jeszcze brak argumentu z cyklistami i czerwonymi skarpetkami.

      Usuń
    4. a przepraszam, pod jakim parasolem są nauczyciele??!! Ja straciłam pracę i od roku nie mogę znaleźć zatrudnienia w swoim przedmiocie i jakoś nie mam żadnego parasola nad sobą. Najgorzej jest, gdy pojawi się na forum ktoś, kto o temacie nie ma pojęcia ale za to jego frustracja jest wielkości słonia - wtedy taki osobnik ma najwięcej do powiedzenia. Jeszcze raz do Anonimowy - matole!, nikt zwolnionego nauczyciela nie chroni, nie ma żadnego parasola nad nauczycielami!!!

      Usuń
  7. Ja poszłam do szkoły w wieku 6 lat ( rok 1976 - kilka wizyt u psychologa czy się nadaję). Moja córka rocznik 2007 też poszła w wyniku obserwacji ( jestem pedagogiem) i po wielu kondultacjach z nauczycielką przedszkola. Radzi sobie :-) Jednak mimo to uważam że absolutnie NIE WSZYSTKIE 6- latki nadają się do szkoły. I nie mam na myśli intelektu tylko rozwój emocjonalny czy psychofizyczny....

    OdpowiedzUsuń
  8. Pracuję z siedmiolatkami i ośmiolatkami w klasie pierwszej. Niestety 30% z nich nie nadąża za tempem wprowadzania liter, matematyki, nauki czytania i pisania. Program przedszkolny ma niższy poziom niż kiedyś, a klasa pierwsza - wyższy. Nie wyobrażam sobie, co będzie się działo z klasą 6 latków. MEN twierdzi, że od pierwszaków nie mamy tyle wymagać, bo mają trzy lata na zrealizowanie podstawy programowej. Niestety trzeba przyjąć jakieś minimum umiejętności po klasie pierwszej, bo inaczej nie opanują kolejnych, bardziej skomplikowanych umiejętności. Nie można pozwolić aby braki nawarstwiały się, bo co zrobimy z dziećmi, które w trzeciej klasie nie będą umiały czytać, pisać i liczyć. Będą dwa lata powtarzać klasę? Szczególnie trudno jest dzieciom, które odbyły tylko roczne przygotowanie przedszkolne. Dzieci, które chodziły trzy lata do przedszkola funkcjonują lepiej. Nie jest to wina nauczycieli. To nieprawda, że nauczyciele nie są przygotowani do pracy z młodszymi dziećmi. 100% moich koleżanek ma przygotowanie do wychowania przedszkolnego i do edukacji wczesnoszkolnej oraz dodatkowo do logopedii, terapii, oligofrenopedagogiki i wielu innych zadań. Problemy nie wynikają z pracy nauczycieli. Warto jednak przyjrzeć się rodzicom. Z moich obserwacji wynika, że 80% rodziców nie zajmuje się swoimi dziećmi, są zajęci: smartfonami, FB, grami komputerowymi, serialami. Nakupują dzieciom gadżetów, zabawek, ale nie pokazują, co pożytecznego można z tym zrobić. Nie rozmawiają z dziećmi, tylko wydają polecenia. Potem się dziwią, że dzieci mają kłopoty w szkole, że nie mogą nauczyć się matematyki, że nie potrafią układać zdań, że mają wady wymowy, że nie potrafią rysować. Niestety z pustego kochani rodzice, to i Salomon nie naleje.
    Moja szkoła jest odnowiona ze środków własnych. MEN dał kasę na meble, stoły i krzesła do klasy I. Nauka przez zabawę, ale czym? Niewiele jest w niej pomocy dydaktycznych. Z budżetu było 3 tys na klasę, reszta to środki wypracowane przez szkołę - 4 tys na trzy klasy. Każda klasa pierwsza dostała do dyspozycji: pięć kuferków po 48 figur geometrycznych, instrumenty muzyczne, wagę, kalendarz oraz kilka pojedynczych zestawów gier dydaktycznych i kilka gier po cztery sztuki na klasę. Do reedukacji wystarczy, ale nie dla 25 uczniów jednocześnie. Trzeba pamiętać, że część tych pomocy niszczy się w ciągu roku, zużywa, a te drobne np. liczmany wynoszone są w dziecięcych kieszonkach. Proponuję zobaczyć w katalogach internetowych, jakie są ceny pomocy szkolnych do doświadczania i odkrywania. A gdzie są pieniądze na zabawki i klocki. Jeśli dzieci nie mają wychodzić na przerwę, muszą mieć się czym zająć w sali. Dywan dla 25 dzieci - 2mx5m. Jak na czymś takim przeprowadzać zabawy taneczno-ruchowe lub gimnastykę śródlekcyjną? Wf odbywa się w 80% auli. Jak jest impreza, apel, podsumowanie jakiegoś projektu lub zebranie z rodzicami, zajęć nie ma, bo w auli stoją krzesła.W Irlandii klasa pierwsza to 5 latki. Szok?! Bez obaw. 24 uczniów, wyposażenie typowo przedszkolne (pełno regałów z koszykami i zabawkami), dwie nauczycielki. W Anglii podobnie, są jeszcze dodatkowo 2 wolontariuszki (przez cały czas). To są warunki do nauki przez zabawę i do eksperymentowania. W Polskiej szkole od około 30 lat - równia pochyła. Dzieci patrzą na eksperymenty zamiast działać. Oczywiście jeśli nauczyciel przyniesie z domu słoiki, cukier, sól, miseczki, fasolę, barwnik spożywczy, doniczki, ziemię, lupę itd. Potem MEN dziwi się, że dzieci nie potrafią wykorzystywać wiedzy w praktyce.
    c.d. nastąpi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eksperymentowanie w publicznej szkole? Doświadczenia-marzenie ściętej głowy. W warszawskich podstawówkach nawet biblioteka, sklepik i gabinet wicedyrektora przerobiony na salki jeśli do terapii to pół biedy ale tam się zajęcia grupowe odbywają, wf dla I klasy na korytarzu po prostu koszmar

      Usuń
    2. A wszystko przez to, że zajętej obrzucaniem wyzwiskami p.Elbanowskich i ich dzieci władzy z p.Kluzik na czele nie chciało się po prostu policzyć co się stanie w tzw. młodych dzielnicach wielkich miast!!! :-(

      Usuń
  9. c.d.
    Kiedyś kuratorium i metodycy ścigali i karali nauczycieli "zerówek", którzy 6 latków uczyli pisać (zeszyty podczas kontroli były głęboko chowane). Nie było wprowadzania ortografii i dwuznaków, liczenia do 20. Bo: "dziecko nie jest gotowe, to nie ten etap rozwojowy, bo ręka się męczy". Sześciolatki, to etap koziołka. Muszą się ruszać, działać. Ostatnio MEN dokonał chyba nowych odkryć w dziedzinie psychologii rozwojowej. :(
    Ponieważ MEN informuje rodziców, że szkoła jest darmowa, to wielu rodziców nawet bloków i farb nie chce dziecku kupić (dwoje nie miało przez cały rok szkolny).
    Podsumowując: 6 latki powinny mieć wyposażenie przedszkolne. W której państwowej szkole w Polsce tak jest? Nauka przez zabawę. Śmiech przez łzy. MEN dało tylko podręcznik. Jak się nim bawić, skoro ma starczyć na trzy lata, a rozpada się po pierwszym roku?
    Nauczyciele, nie bójcie się, że po cofnięciu reformy stracicie pracę. Przecież dzieci będzie tyle samo. Zdejmiemy z drzwi kartki "kl.I", a zawiesimy "oddział przedszkolny" i sprawa rozwiązana.
    Wszystkim nauczycielom życzę dużo energii i zapału do pracy, innowacyjnych pomysłów jak pogodzić wymagania MEN z nędzą w szkołach, ale przede wszystkim abyście potrafili myśli o szkole odłożyć na półkę wraz z dziennikiem, a w domu poświęcić się już tylko własnej rodzinie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Emocje emocje i jeszcze raz emocje - to glowne zagadnienie ktore trzebaby badac w tej sprawie. Nie kazdy musi ale niektorzy mogliby wejsc na "Rynek szkolny" wczesniej. Zbadac mozgi dzieci dostrzec predyspozycje i pokierowac - z lekka manipulacja. To rola wladzy a nie wyroki bez badan na masowa skale.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zawsze mogły wchodzić na rynek szkolny - jak to pani określa - dzieci z dojrzałością szkolną. Trzeba tylko wiedzieć naukowo, co ona oznacza , a my to wiemy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Królu Niebios..piekło na Ziemi..w edukacji wczesnoszkolnej.
    "100% moich koleżanek ma przygotowanie do wychowania przedszkolnego i do edukacji wczesnoszkolnej oraz dodatkowo do logopedii, terapii, oligofrenopedagogiki i wielu innych zadań." - Ale- czegoś winne są dzieci (bo "odstają"),;rodzice - bo się nie zajmują; przedszkola -bo "niższy poziom"; brak 'pomocy dydaktycznych" - jakby świat za drzwiami klasy przestał istnieć z całym bagażem niezastąpionych "pomocy dydaktycznych"; na przerwę wyjść nie można - i czym tu zająć dzieci/uczniów (skoro nauczycielowi brakuje "pomyślunku") choć dzieci zapewne miałyby ogrom propozycji, gdyby je o to zapytać...No cóż..Najlepiej stwierdzić :"Problemy nie wynikają z pracy nauczycieli". Szanowna "Anonimowy z dnia 31 sierpnia 17:21-17:27. - A może jednak??? Nie po to "posiadamy" 100% "przygotowanie do pracy..", by sobie nie radzić z - powiem - zwyczajnymi problemami. Świadomość niedosytu -jest ważna. Świadomość potrzeby własnej kreatywności/innowacyjności w rozwiązywaniu problemów- moim zdaniem - ważniejsza. Nekreatywny nauczyciel nigdy nie wyzwoli kreatywności dzieci. Pracowałam z dziećmi w przedszkolu ( w odległych latach) - dziś klasa I, i nie pytałam, kto mi dostarczy "pomoce dydaktyczne". A dzieci eksperymentowały, a nie tylko "patrzyły" ( w sali, ogrodzie, lesie..). A było ich około 40 (i bywało 42). I powiem jeszcze- ogromnie cieszyłam się, gdy przyszły czasy rezygnacji z potrzeby/pojęcia "reedukacja" i "równanie do poziomu..". Kochajmy dzieci. "Pomagajmy im w trudnej sztuce poznawania siebie i świata". Będąc z Nimi "tu i teraz"- jesteśmy (albo nie) AUTORYTETEM. Oczekujmy pomocy i wsparcia (wszelakiego rodzaju) od Instytucji (wszelakiego rodzaju),Krzeszmy jednak wewnętrzne siły ( mimo wszystko) do budowania "profesji nauczycielskiej". Narzekanie osłabia. Z życzeniami sukcesów i zadowoleni w pracy. N,

    OdpowiedzUsuń
  13. Prawdą jest, że aktywność poznawcza oferowana dzieciom przez wielu rodziców i zaspokojanie przez nich potrzeb rozwojowych dziecj to osobny rozdział. I jest to dramat, bo w źle funkcjonującej szkole wiele zadań edukacyjnych związanych ze wspomaganiem nieradzących sobie dzieci spada na rodziców. Tych, którzy nie byli w stanie przygotować dziecka do szkoły w zakresie oczekiwanym od domu rodzinnego. I tu błędne koło się zamyka. Ale z tego co pamiętam, to właśnie przedszkola zakładały jako jeden ze swoich celów kompensację niedostatków wychowania rodzinnego, więc i ten argument przemawia za tym, by w naszej rzeczywistości wzmocnić siłę oddziaływania wychowania przedszkolnego. Ale już się przyzwyczaiłam, że te same fakty są w dyskusji nad 6-latkami objaśniane za pomocą argumentów prowadzących do skrajnie odmiennych wniosków, więc nie spodziewam się rewolucji. Chociaż przyznam, że wczoraj zamarłam, gdy w TV taki autorytet jak prof. Vetulani dowodził, że środowisko szkoły wcale nie jest nieprzyjazne dla maluchów. Np. nie jest wg niego prawdą, że źle działa na nie hałąs jaki jest w szkole, bo dzieci właśnie lubią hałas, same je robia i go szukają, więc powinniśmy spojrzeć na szkołę z perspektywy dziecka. Na tej zasadzie osoby z autyzmem lubią samotność, a bezdomni kochają przyrodę, po co więc włazimy z buciorami w cudzy styl zycia. Chciałam też zauważyć, że większość dzieci kocha słodycze, nie róbmy więc rewolucji w szkolnych sklepikach, tylko dajmy im to, czego potrzebują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prof. Nalaskowski wykazał "wSieci" totalną ignorancję Vetulaniego

      Usuń
    2. W przypadku Vetulaniego warto raczej mówić o chamstwie i braku jakiejkolwiek kultury!!! Podobnie jak w przypadku szefowej RDC pani Wanat ... :-(

      Usuń
    3. Jak dla mnie powinno zostać tak jak bylo.Ta tzw."gotowość" to jedna wielka bujda.Czy ktokolwiek z nas jest wstanie stwierdzic czy dziecko,które idzie wcześniej do pierwszej klasy,będzie emocjonalnie gotowe do przeskoku z 3 do 4 klasy? Oczywiście wtedy rok wcześniej gimnazjum ,egzaminy,szkolą srednia matura itd
      Myślę,ze nikt nie jest wstanie tego przewidziec.W tej calej reformie zapomina sie o dzieciach.A te przecież każde z nich jest inne.Wczesniej kazdy mial szanse spokojnie dorosnąć do wszystkich etapów ,a teraz szkoda słów.Zapewne jak zwykle jak nie wiadomo o co chodzi ,to chodzi o...Przeciez dzieciom które skończą rok szybciej szkole ,o rok krócej beda np świadczenia rodzinne ,renty zasilki itp.

      Usuń