czwartek, 27 sierpnia 2015

Absolwent studiów doktoranckich ma głos

(fot. Jedna z rzeźb zdobiących korytarz w budynku Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie)




Praca z doktorantami sprawia ogromną satysfakcję każdemu profesorowi, który chce podzielić się swoim warsztatem naukowo-badawczym z młodymi a przy tym nie ma kompleksu zagrożonego autorytetu. Już Leonardo da Vinci mówił - "Kiepski to Uczeń, który nie przewyższa swojego Mistrza". Tak więc każdemu z samodzielnych pracowników naukowych powinno zależeć na tym, by młodsi od niego wiekiem, stażem pracy, doświadczeniem badawczym czy zakresem osiągnięć naukowych mogli być jego dumą i nadzieją dla reprezentowanej dyscypliny naukowej. Nasze sukcesy wyrażają się jeszcze większymi osiągnięciami naszych studentów i doktorantów. Warto się nimi i z nimi cieszyć.

Z tym większą nadzieją dzielę się w tym miejscu fragmentem korespondencji z jednym z absolwentów studiów doktoranckich na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, bowiem niezwykle trafnie wyraża sytuację młodych a ambitnych naukowców w naszym kraju. Pisze co następuje:

Wraz z kolegami i koleżankami reprezentuję kohortę pierwszego rocznika absolwentów studiów doktoranckich. Nasze doświadczenia są czymś nowym i zaskakującym, zapewne nie tylko dla nas samych, ale i instytucji odpowiadających za realizację koncepcji studiów III stopnia i ich absolwentów. W istocie, wygranie konkursu na stanowisko adiunkta jest pierwszym krokiem do dalszego rozwoju naukowego. Dużo zależy od nas samych, niemniej uwikłanie w specyficzną organizację stanowi znaczące utrudnienie i barierę:

1. Zanim powstanie interesujący poznawczo projekt badawczy. Po obronie dysertacji doktorskiej szukamy nowych pól problemowych. Tu konieczna jest kwerenda biblioteczna, uczestnictwo w konferencjach krajowych i zagranicznych, etc. Bez wsparcia finansowego trudno o realizację tychże zadań. Skromne wynagrodzenie utrudnia samofinansowanie pomysłów badawczych (sprawnie zrealizowane badania na potrzeby rozprawy doktorskiej jak i publikacja książki podoktorskiej w moim przypadku stały się możliwe dzięki dwóm grantom).

2. Etat na uczelni plus nadgodziny są wielkim dobrodziejstwem, ale z czasem stają się przekleństwem. Oszczędności systemowe („cięcie etatów”) prowadzą do sytuacji, w których pracownicy naukowo-dydaktyczni stają się niemal wyłącznie pracownikami dydaktycznymi. Nadmierne przeciążenie pracą ze studentami utrudnia szukanie inspiracji badawczych.

3. Udział w konkursach NCN-u jest nadzieją, ale także ułudą. Przeglądając statystyki konkursów można odczytać, jak niewiele jest pieniędzy: stypendiów i staży dla humanistów. Przygotowanie dokumentacji jest niezwykle czasochłonne, a szanse niewspółmiernie małe. W opiniach od ekspertów w Sonacie i Fudze przeczytałam, że brakuje mi doświadczenia zagranicznego (paradoksem jest, że rekomendację napisał mi profesor z Uniwersytetu w Lund). Od czasu obrony doktoratu wydałam książkę, napisałam rozdział w monografii pod patronatem PAN i kilka pomniejszych tekstów. Opracowałam dwa wnioski do konkursów NCN, wzięłam udział w kilkunastu konferencjach, etc. Sądziłam, że to właśnie projekty NCN-u są furtką do doświadczeń zagranicznych, które z reguły są kosztowne. Eksperci widzą to jednak inaczej; oczekują młodego pracownika z zakresem doświadczeń, który ze względu na specyfikę systemu jest w zasadzie nieosiągalny.

4. Brakuje w Polsce myślenia o pracy naukowej w kategoriach mobilności wewnętrznej między ośrodkami naukowymi (choć taki postulat znalazł się w wystąpieniach prof. Duszyńskiego), która także może przyczynić się do rozwoju naukowego (nowe środowisko, nowe perspektywy w dyskusjach, nowe lektury, etc.), a z niejasnych względów jest niemożliwa (teoretycznie tak, praktycznie nie).

Wybierając się na konferencje naukowe poszukuję kontaktu z badaczami, którzy postrzegają (...) mój problem badawczy. (...) Problem polega na tym, że badacze nieczęsto są praktykami, a praktycy rzadko stają się badaczami (tak jest w moim przypadku: łączę oba de doświadczenia), w związku z tym trudno im o atencję dla problematyki z pogranicza teorii i praktyki.


Apeluję do profesorów, by zajrzeli na stronę Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN i zapoznali się z dorobkiem młodych doktorów, którzy chcieliby włączyć się w ich szkołę badawczą, a może i podzielić się własną, w roli promotora pomocniczego. To już jest nieco wyższy etap akademickiego zaangażowania i zakres dylematów.

1 komentarz:

  1. To fakty, ale mogą podpisać się pod tym wszyscy inni pracownicy nauki, także doktorzy, którzy nie przeszli przez ścieżkę studiów III stopnia, a także doktorzy habilitowni. Z jednym nie mogę się zgodzić, że potrzebne są jakieś ekstra pieniądze na szukanie pomysłów badawczych. Jeśli czytasz, obserwujesz rzeczwistość, myślisz po prostu, w trakcie jednych badań rodzą się pomysły na następne. Zawsze kończąc jedną rzecz mam alternatywne plany na kilka badań, kilka książek czy choćby kilka kolejnych artykułów. Problemem jest co wybrać, a nie co by tam wymyślić. I nie uważam, żebym była w tym jakoś szczególnie twórcza. Wiele osób z mojego otoczenia akademickiego ma naprawdę ciekawe pomysły badawcze i nie wie w co najpierw włożyć ręce. No i sfinansować badania. Tu zgodzę się z doktorantką. Zwłaszcza powszechna jest pułapka kryteriów dotyczących osoby badacza - także doktora czy doktora habilitowanego, a nie oceny samego projektu badawczego powoduje, że łatwiej przebić się z kiepskim wnioskiem, a dobrymi "papierami", niż odwrotnie. I tyle w tym temacie. Zasada, że bogaci będą bogatszymi, a biedniejsi biednieją obowiązuje także w finansowaniu grantów badawczych i tyle w temacie.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.