środa, 1 lipca 2015

Wydawcy czasopism w stylu "Mały Rabuś"


Nie jest to informacja o nowym wydawnictwie naukowym czy oświatowym, ale o pewnej uczelni prywatnej, która postanowiła zarobić na "naiwnych" naukowcach. W Polsce nie było do tej pory takiego zwyczaju, by autor artykułu skierowanego do czasopisma naukowego (nota bene wcale nie najwyższych lotów, a już jego rada naukowa, to najniższych) musiał zapłacić za opublikowanie tekstu.

Dawno, dawno temu były tak dobre czasy, że szanujące się redakcje czasopism naukowych płaciły autorom honoraria. Ba, każda gazeta, tygodnik, miesięcznik naukowy czy popularnonaukowy, publicystyczny czy specjalistyczny wypłacały twórcom honoraria za przyjęty do druku i opublikowany artykuł, grafikę, fotografię itp. Mamy neoliberalną wersję kapitalizmu, która z każdym rokiem transformacji staje się coraz bardziej niecywilizowana, nieetyczna. Nic dziwnego, że młodzi naukowcy nie mogą uzyskać nawet najmniejszej gratyfikacji za swoją twórczą pracę. Czytają zatem znowu dzieła Karola Marksa albo Thomasa Piketty'ego.

Proces ten wspomagają przyznane przez Zespół ds. Oceny Czasopism Naukowych przy MNiSW punkty (na podstawie jedynie wypełnionych przez wydawców formularzy, a więc zaocznie, bez analizy merytorycznej, jakościowej). Pojawiły się bowiem na rynku pseudoakademickie hieny. Im niższy poziom członków rady naukowej takiego pisma, im bardziej biznesowa orientacja na jego wydawanie, tym większa łapczywość, by czerpać z tego dochody.

Pisze do mnie młody naukowiec:

Szanowny Panie Profesorze
Być może jestem staroświecki, inaczej postrzegam świat, ale po raz pierwszy „takie coś” mi się przydarzyło. Otóż jest takie czasopismo, kwartalnik z nauk społecznych, którego redakcja mieści się w Łodzi. Ze dwa lata temu opublikowałem tam artykuł. Dowiedziałem się, że w przygotowaniu jest kolejny numer na określony temat, który będzie wydany w języku angielskim, toteż jeśli chcę, mogę opublikować w nim kolejny swój tekst. Rzecz jasna, redakcja zastrzegła, że musi on najpierw uzyskać dwie pozytywne recenzje.

Tak też zrobiłem, napisałem artykuł, dałem do profesjonalnego tłumacza i wysłałem do redakcji. Po jakimś czasie otrzymałem zapytanie, na kogo ma być wystawiona umowa wydawnicza? Odpisałem, że na mnie, skoro to ja napisałem ów tekst. I jak ten „głupi”, bez czytania przesłanego mi formularza umowy podpisałem ją i odesłałem na wskazany adres. Wkrótce okazało się, że nie do końca była to tylko umowa wydawnicza. Otrzymałem bowiem kolejne pismo z fakturą opiewającą na kwotę 300zł plus VAT, razem 369 zł., którą powinienem wpłacić na konto wydawcy za... mój tekst.

Fakt, moja wina, umowy powinno się czytać punkt po punkcie, ale do głowy mi nie przyszło, że tak mnie się naciągnie. Wiele takich umów podpisywałem. Zazwyczaj wydawca deklarował, że ma prawa do artykułu, że „dzieło jest autorskie” itd. Od lat piszę teksty, od lat podpisuję umowy wydawnicze, ale tu czuję się wykorzystany jak junior. Pewnie inni nieświadomi tego, „na dorobku” do awansu wyślą tekst, dostaną umowę, nie przeczytają i podpiszą, aż do momentu, kiedy okaże się, że muszą za to zapłacić.

Na moje zastrzeżenia do redakcji, że przecież pytałem, czy w grę wchodzą pieniądze, dostałem informacje: „widziały gały co brały”. Na stronie napisane jest, że trzeba płacić. Co prawda dopiero od 2014 roku, ale jest napisane. Skoro podpisałem, to zapłaciłem. Jestem uczciwy. Z umów się wywiązuję. Niemniej mam pewien niesmak, gdyż uważam, że tak się nie postępuje. To jest nieeleganckie. Może warto innych ostrzec.".


OSTRZEGAM zatem czytelników: najpierw sprawdźcie na stronie internetowej czasopisma, jakie są wymagania dla autorów tekstów, czego się od nich oczekuje. Nie chodzi tu tylko o stronę edytorską.

Powinniśmy też sprawdzać, kto jest wydawcą czasopisma naukowego? Czy wydawca jest wiarygodny? To, że wydaje je wyższa szkoła prywatna czy akademia lub uniwersytet nie ma tak wielkiego znaczenia jak to, kto jest redaktorem naczelnym i kto wchodzi w skład rady naukowej takiego pisma. W związku z patologiczną jednostką chorobową szkolnictwa wyższego, jaką jest epidemia "punktozy", pojawiły się pisma, które mają służyć tylko i wyłącznie handlowaniu miejscem do publikowania w nich artykułów za... odpowiednią odpłatą. Dotyczy to także amerykańskich czasopism z opublikowanej przez MNiSW - Listy A.

Radzę zbierać na opłatę, jeśli ktoś chce mieć wysoki IF. Właśnie otrzymałem z USA propozycję opublikowania na łamach b. prestiżowego pisma artykułu. Wydawca periodyku pisze: Dear Bogusław ŚLIWERSKI, This is ... (ISSN .... .... ), a professional journal published across the United States by David Publishing Company, Libertyville, USA. We have learnt your paper... We are very interested in your research and also would like to publish your other unpublished papers in ... (ISSN ....-....). If you have the idea of making our journal a vehicle for your research interests, please feel free to send electronic version of your papers or books to us through email attachment in MS word format.

Potem następuje informacja na temat tego, w jakich państwach świata jest ono cytowane, w jakich występuje bazach:

"...... " is collected and indexed by the Library of U.S Congress, on whose official website (http://catalog.loc.gov) an on-line inquiry can be triggered with its publication number ISSN ....-.... respectively, as key words in "Basic Search" column. In addition,............ is to be retrieved by some renowned databases:

★ Database of EBSCO, Massachusetts, USA
★ Ulrich’s Periodicals Directory, USA
★ ProQuest/CSA Social Science Collection, Public Affairs Information Service (PAIS), USA
★ Cabell's Directory of Publishing Opportunities, USA
★ Summon Serials Solutions, USA
★ ProQuest
★ Google Scholar
★ CrossRef
★ Chinese Database of CEPS, American Federal Computer Library center (OCLC)
★ ProQuest Asian Business and Reference
★ Index Copernicus, Poland
★ Qualis/Capes index, Brazil
★ Norwegian Social Science Data Services (NSD), Database for Statistics on Higher Education (DBH), Norway
★ Universe Digital Library S/B, ProQuest, Malaysia
★ Chinese Scientific Journals Database, VIP Corporation, Chongqing, China
★ J-Gate
★ GetCITED, Canada
★ CiteFactor, USA
★ Polish Scholarly Bibliography (PBN), Poland
★ Jour Informatics
★ Open Academic Journals Index (OAJI)
★ Academic Key
★ SJournal Index
★ Scientific Indexing Services
★ NewJour
★ InnoSpace
★ Publicon Science Index
★ Scholarsteer
★ Internet Archive
★ Turkish Education Index
★ Universal Impact factor
★ WorldCat
★ Infobase Index

Information for Authors

1. The manuscript should be original, and has not been published previously. Do not submit material that is currently being considered by another journal.
2. Manuscripts may be 3000-8000 words or longer if approved by the editor, including an abstract, texts, tables, footnotes, and references. The title should not be exceeding 20 words, and abstract should not be exceeding 300 words. 3-8 keywords are required.
3. The manuscript should be in MS Word format, submitted as an email attachment to our email address.
4. Authors of the articles being accepted are required to sign the Transfer of Copyright Agreement form.
5. Authors will receive 1 hard copy with the softcopy of the issue of the journal containing the article.
6. It is not our policy to pay authors. Instead, the authors should pay $60 per page in EW format (if your paper gets higher grade, it will be got a discount or even free if it is regarded as a perfect work).


Szósta z zasad dla autorów jest interesująca. Thank you. Jak będę zarabiał tak, jak amerykańcy profesorowie, to zastanowię się, czy warto zapłacić za druk tekstu w tym właśnie czasopiśmie. Może będzie bardziej prestiżowe, które zażąda np. $120 per page. Nie ma co tak dziadować. Jak mówiła b. minister Bieńkowska "Za 6 tys. to tylko idiota pracuje lub złodziej".

Powracam do listu w sprawie artykułu jednego z naukowców, którego zaszczyciło fakturą wydawnictwo periodyku. Dobrze, że nie zażądali od niego 300 zł. za stronę tekstu. Farciarz!


13 komentarzy:

  1. Oszukali jak naiwnych staruszków, którym podsuwają faktury do podpisu, korzystne, a potem okazuje się, że emerytury brakuje.
    Odnośnie "uczciwości" takich wydawnictw, to szkoda słów.
    Panie Profesorze, za te prawie 370zł miałby Pan prawie 2 strony w Ameryce. Przy zarobkach minimum w Polsce (1850 bodajże, 1200 na rękę), to 1/3 pensji, niezła przebitka. Pozdrawiam Witold

    OdpowiedzUsuń
  2. Analizuję i wybieram od dłuższego czasu czasopisma zagraniczne, które interesowałyby mnie i są zgodne z profilem moich zainteresowań naukowych. Bardzo długo zajmuje mi zwykle dokładne zapoznawanie się z "warunkami" dotyczącymi publikacji w danym czasopiśmie. Nawet w obrębie jednego wydawnictwa np. SAGE istnieje wiele różnych procedur i praw regulujących publikowanie. Zdarza się, że są czasopisma bezpłatne, punktowane wysoko. Często jest tak, że wydawnictwo ma dodatkową opcję tzn. "open access" i wtedy oprócz "double blind review" i większej pewności na wydanie artykułu - autor płaci. Nie musi wybierać tej opcji i opublikować artykuł nieupubliczniony i przeznaczony dla kręgów naukowych, bibliotek, etc. i do sprzedaży. Może też wybrać "open access" i wtedy zawsze płaci lecz zdobywa punkty.
    Tak jest m.in. w Sage. Trafiłam również na wysoko punktowane czasopisma, przeznaczone wyłącznie do nieograniczonego dostępu z kwotą wpisową 500 $ . Bywają też konieczne, symboliczne 10 $ po wysłaniu i wstępnej akceptacji tekstu czasopisma za ponad 30pkt. Do tej pory najbardziej zaskakuje skala absurdalnych opłat w funtach za diagramy, tabele etc. Konkluzje ? Można próbować publikować ale trzeba dokładnie przeczytać i przeanalizować warunki publikacji każdego czasopisma. Tłumacze są pomocni ale język specjalistyczny to zupełnie inna sprawa, podobnie jak kody naukowej komunikacji w danym kraju i danej dyscyplinie.Myślę, że niektóre warunki publikacji ogłoszone przez czasopisma wysoko punktowane są absurdalne i idiotyczne, jak opłaty za stronę. Przy "open access-ie" niby można się pochwalić publikacją lecz zawsze to badacz płacił za nią lub jego uczelnia.Jestem w tej dobrej sytuacji, że nie płaciłam (ani moja uczelnia) za żadne, dotychczasowe publikacje wydane w czasopismach zagranicznych. Cieszę się, że Pan Profesor podjął temat.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Profesorze, bardzo ciekawy wątek Pan podjął, gdyż coś takiego co Pan opisuje, to draństwo w biały dzień. Mój doktorant, ma 1200zł stypendium (czy coś koło tego), nie ma jeszcze żony, za rok mam nadzieję będzie bronił swój doktorat. Jakiś miesiąc temu dzięki mojej uwadze, bo też przyszedł z "umową wydawniczą", chyba z tego samego "czasopisma", powstrzymałem go, bo mnie słuchy doszły. On młody, biegły w internecie podpisałby i płakał gorzkimi łzami. Ale ja tylko dzięki ostrzeżeniu od innych zareagowałem, tak bym to przeoczył.
    Oszukują nas na rachunkach, na umowach, na telefonicznych zmianach na korzystniejsze opcje- więc statysyczny Polak staje się podejrzliwy, nic nie chce, nie chce nawet rozmawiać, aby nie wpaść w pułapkę. I wydawało by się, że czasopismo, które nieraz płacą autorowi- tutaj tak postępuje. Szkoda, że tak się dzieje. Czyżby to czasopismo pochodziło z Łodzi? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Wydawcą jest łódzka szkoła prywatna

      Usuń
  4. Dzień dobry. W mojej uczelni wyższej zwanej Uniwersytetem jest pismo naukowe. Redaktorami jest szefostwo. I w zasadzie jest pewna umowa między tym pismem, a pismem na innej uczelni, u naszego sąsiada. Publikuje tam tylko kilka wybranych osób, raz na naszym Uniwersytecie, raz na tym "zaprzyjaźnionym". Artykuły wyłącznie po angielsku, ale zwykły pracownik jeżeli nie jest "zaprzyjaźniony" z szefem, nie ma szans na publikację. Może jak wprowadzą opłaty....bo coś przebąkują, że zbyt wysokie koszty wydawania są.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zacznę zatem czytać uważnie wszystko co do mnie przychodzi z wydawnictw, zwłaszcza szemranych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie dziwię się, że pojawiają się firmy budujące biznes na wydawnictwach naukowych. Biznes is biznes, Natomiast problem tkwi w stworzeniu patologicznej sytuacji zmuszającej naukowców do korzystania z usług takiego czy innego biznesu. Czasopisma są dla "swoich" lub rekomendowanych, Zdarzyło mi się, że przesłanie tesktu do redakcji, z pominięciem błogosławieństwa członka rady redakcyjnej zostało odczytane jako nietakt, Wysoko punktowane własne czasopismo to maszynka w punktozie. Zamieszcza sie publikacj swoich, bo te potrzebne przy ocenie wydziału. Można też się wymienić z innym wysoko punktowanym czasopismem, żeby nie było, ze drukuje się tylko u siebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Również miałam "przyjemność" doświadczyć płatności za publikację w polskim czasopiśmie z listy B (mającym wcale niemało punktów). Napisałam wspólnie z dwoma innymi osobami artykuł i mając koncepcję tekstu zaczęłam się rozglądać za odpowiednim czasopismem i takie, wydawało mi się, znalazłam. Problematyka tekstu bardzo wpisywała się w profil tego czasopisma, zapoznałam się ze wszystkimi informacjami na stronie o zasadach publikowania, poprzeglądałam wcześniejsze numery dostępne w wersji elektronicznej, itp. Czasopismo wydawane jest przez uczelnię prywatną (uchodzącą za dobrą uczelnię wśród tych prywatnych) i szczyci się tym, że początkowo publikowali w nim tylko pracownicy tej placówki, a teraz już od pewnego czasu jest otwarte na autorów z całej Polski, nawet zza granicy i że owi autorzy coraz częściej w tym czasopiśmie publikują. Dostosowałam więc wszelkie wymagania formalne tekstu i wysyłam artykuł i wszystkie inne potrzebne pliki mailem. Tego samego dnia otrzymuję telefon z informacją, że autorzy spoza tej uczelni muszą zapłacić za publikację pewną kwotę liczoną od osoby (autora), czyli skoro jest trzech autorów to liczy się razy 3 :) A wynika to niby z tego, że tak naprawdę nie można "dawać" egzemplarza autorskiego tak za darmo, bo jest to niezgodne z prawem, skarbówka, itp. itd., więc płatność jest jakby za ten właśnie jeden egzemplarz autorski (taką historię mi pani przez telefon przedstawia; sądzę, że nie przez przypadek była to rozmowa telefoniczna, a nie np. mailowa). Po tej rozmowie przejrzałam raz jeszcze stronę internetową czasopisma, myśląc, że może to jakieś niedopatrzenie z mojej strony. Jednak takich informacji tam nie znalazłam. Więc kontaktuję się z pozostałymi autorami, mówiąc, co się okazało i stwierdzając, że trzeba poszukać innego czasopisma. Jednak pozostali autorzy po namyśle, "machają ręką" i mówią, zrzućmy się, nie są to duże pieniądze, niech będzie jednak tam, ironiczne stwierdzając, że będzie to najdroższy egzemplarz w naszym posiadaniu, oprawimy go w złotą ramę i na zmiany będziemy wieszać sobie na ścianie. Minął już ponad rok od tej historii, ale po dzień dzisiejszy tego egzemplarza w wersji papierowej nie zobaczyłam, ani ja, ani żaden z pozostałych autorów tego artykułu. Dopominałam się oczywiście kilkakrotnie, maile bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Nawet byłam już skłonna go niejako "ponownie" kupić, żeby tą referencyjną wersję papierową posiadać, złożyłam zamówienie, ale okazało się, że ten nr w wersji papierowej jest niedostępny. Nawet nie wiem, czy wersja papierowa istniała kiedykolwiek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co za draństwo. A przy okazji, więcej Pani zapłaciła niż przytoczony przez Profesora człowiek?
      U mnie na wydziale też słyszałem o takich praktykach przy pewnym czasopiśmie. Znaczy małe, średnie i duże rabusie działają;)
      Co do kolesiowstwa przy publikacjach- niestety ten rak zżera naukę. Podałbym kilka nazw czasopism, wydawanych na uczelniach publicznych, gdzie nie każdy może publikować.

      Usuń
    2. "Na szczęście" mniej, niemniej jednak karygodna to sytuacja...

      Usuń
  8. To jeszcze jest fajnie jak sie placi 400 zl i ma sie opublikowane.
    Osobiscie natomiast pechowo zajalem sie taka dzialka, ze wszystkie bezplatne czasopisma z listy A z listy JCR posiadajace niezerowy IF odrzucaja moje artykuly - piszac, ze artykul fajny ale "out of scope" - nie ma zgodnosci z ich linia wydawnicza. A z kolei te czasopisma, ktore twierdza, ze moje publikacje sa z ich obszaru, oczekuja platnosci 350 EUR za zlozenie artykulu (submission fee) i bez skierowania do recenzji odrzucaja artykul (tzw. Desk Rejection). Odrzuca sobie redaktor bedacy czesto dobrym managerem o wyksztalceniu odleglym od profilu czasopisma - ot tak na podstawie swego widzimisie - nie zasiegajac rady fachowcow.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem redaktorem naczelnym pewnego czasopisma (Lista B) na uczelni państwowej. Mam to szczęście, że moje uczelniane wydawnictwo w całości pokrywa wydanie pisma, dzięki czemu mam pewien komfort doboru autorów takich artykułów, które są moim zdaniem najbardziej wartościowe. Publikują u mnie zarówno autorzy z kraju, jak i z zagranicy. Nigdy nie pobierałem opłaty za wydrukowanie tekstu, a często żałuję, że nie mogę zapłacić za niektóre znaczące publikacje. Czytając wpis Pana Profesora, jak i następne komentarze, zastanowiłem się głębiej nad przyczynami tego stanu rzeczy, że w gruncie rzeczy uważamy za naganne pobieranie od autora opłat za wydanie jego artykułu w czasopismach. Proszę jednak zwrócić uwagę, że wydawnictwa publikujące książki naukowe też nie robią tego za darmo. Płacimy za udział w konferencji i w tym czesnym tez zawierają się już najczęściej koszty druku publikacji pokonferencyjnej. Komercja wpisana jest od dawna w nasze życie naukowe i pracownicy uczelni nie zawsze mają dość środków z badań statutowych, które pokryją mu w pełni druk jego aktywności pisarskiej. Czemu więc etyczne jest płatne wydawanie książek a nieetyczne płatne wydawanie czasopism. Oczywiście łatwo przekroczyć pewną granicę, bowiem tam gdzie pojawiają się środki rośnie u wydawców apetyt na ich pozyskiwanie. Często mają te koszty ukrytą formę, np. opłata za redakcję językowa szczególnie angielską itp. Mam ambicję zaistnieć ze swoim czasopismem na prestiżowym miejscu - lista z IF, ERIH lub Scopus. Kiedy to się stanie, zastanawiam się pod jakim naciskiem się znajdę, jak wielu ludzi będzie szukało do naszego pisma róznych tzw. "dojść" i przez jakie osoby. Obym zachował postawę, jaka mam dzisiaj. Mam nadzieję jedyna i właściwą...tylko dobre teksty...za darmo i bez względu na to czy autor ma nazwisko czy dopiero je buduje nie musząc płacić za wydanie wyników swojej pracy twórczej. Natomiast finansowanie nauki, w taki sposób, aby ze środków korzystali najzdolniejsi i najbardziej rozwojowi naukowcy to zadanie dla kolejnych decydentów...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale z listu cytowanego przez Profesora wynika, że ta opłata nie była taka jasna, pod "płaszczykiem" umowy redakcyjnej, "skrojono" delikwenta. Co prawda czasopismo nie robi tego pokątnie, ale jakby wprost informowało piszącego, że "u nas pobierane są opłaty" za wydrukowanie- wówczas wszystko byłoby jasne i transparentne. A tak to rzeczywiście jak zbóje na drodze działają.

      Usuń