środa, 6 maja 2015

Badanie losów absolwentów szkół wyższych, czyli o tym, jeśli już, to jak tego nie czynić













Otrzymałem od prof. Zygmunta Wiatrowskiego książkę wydaną wspólnie z mgr. Adamem Gawrońskim, która dotyczy m.in. wyników przeprowadzonych przez nich badań absolwentów pedagogiki niepublicznej szkoły wyższej. W aneksie zamieścili też własne narzędzie diagnostyczne, dzięki czemu każdy zainteresowany może poddać je analizie metodologicznej poprawności lub na podstawie przyjętych przez siebie założeń badawczych - opracować własne.

Coś zatem drgnęło w wiedzy na ten temat, chociaż nie ulega wątpliwości, że staje się ona dla jednych szkół prywatnych tematem tabu, bo po co diagnozować negatywne opinie o własnej praktyce dydaktycznej, a dla innych - pozorujących troskę o kształcenie - może być potraktowana jako środek do zakłamywania rzeczywistości. Uczelnia we Włocławku prowadzi studia na kierunku pedagogika od szeregu lat, niedawno obchodziła swój kolejny jubileusz, więc traktuję opublikowaną diagnozę jako głos w dyskusji na temat potrzeby, sensu i wartości tego typu diagnoz.

W moim przekonaniu szkoły wyższe mogą kształcić studentów dla rynku pracy, jeśli traktują swoją misję w takim właśnie wymiarze. Są wówczas jednoznacznie zorientowane na wyższe kształcenie zawodowe, edukowanie robotników w białych kołnierzykach. Prekariat jest dzisiaj potrzebny tym bardziej, że pracodawcami staja się globalne korporacje, które traktują nasz kraj i jego obywateli jako tanią siłę roboczą. Dopóki się na to godzimy, to tak też jesteśmy traktowani. Dlaczego nauczycielka przedszkola w Polsce miałaby zarabiać tak samo jak jej koleżanka z Niemiec czy Wielkiej Brytanii?

Nasi studenci nie pytają o to, co ciekawego będzie w trakcie studiów, czego będą mogli się nauczyć, jakie zdobędą kwalifikacje, tylko najczęściej pojawiającym się pytaniem jest to, co ja z tego będę miał? Studiują, bo matura nie ma już żadnego znaczenia. To certyfikat odpowiadający ukończeniu przed wielu, wielu laty ośmioletniej szkoły podstawowej. Akademicka kadra może być wspaniała, zaangażowana, otwarta, ustawicznie dokształcająca się, ale studenci wcale nie muszą mieć tożsamej motywacji. Być może części z nich zależy tylko na tym, by jakoś przetrwać, odroczyć własną dorosłość (Kamiński określał to mianem juwenalizacji), skorzystać z przywilejów bycia studentem (ulgi, stypendia, i ... ), niby studiować a w rzeczy samej pracować "na czarno" lub u znajomych.

Nie wiemy zatem, z jaką motywacją podejmują młodzi ludzie studia w szkole publicznej czy prywatnej, natomiast monitorujemy ich losy, o ile rzeczywiście uzyskujemy o nich prawdziwe dane. Badania poprzeczne, sondażowe nie mają wysokiej wartości poznawczej, ale mogą służyć orientacji w skali zjawiska. Słusznie zatem autorzy tej publikacji pokazują sytuację studiujących pedagogikę w kraju na podstawie danych GUS.

Wynika z nich, że o ile jeszcze 7 lat temu ten właśnie kierunek studiów był na pierwszym miejscu wśród wskazywanych przez kandydatów, to obecnie jest on już na piątym miejscu. Zapewne jest to skutkiem wielu czynników, w tym także - niestety - kłamliwej, pasożytniczej działalności właścicieli wielu wyższych szkół prywatnych, którzy postanowili robić biznes na naiwnych i spragnionych dyplomów kobietach (te są w większości studentkami tego kierunku).

Także wśród studiujących pedagogikę ma miejsce spadek z 38 tys. do 20 tys., a więc niemalże o 50 proc. Nie przypuszczam jednak, by ministerstwo było zainteresowane odpowiedzią na pytanie, jakie są losy absolwentek tych studiów, gdyż nie decydują one o polskiej gospodarce. Dzisiaj pedagogiem przedszkolnym czy w edukacji początkowej może być już niemalże każdy, bo tak zredukowała poziom wymagań b. ministra edukacji Katarzyna Hall, że poziom zatrudnienia absolwentek tych studiów jest władzom zupełnie obojętny. Także dotyczy to psychologów, socjologów, politologów, teologów, archeologów, historyków itd., itd. Po co zatem napinać się i tracić czas na diagnozy, które niczego nie naprawią, nie polepszą, którymi jest tylko kontrolnie zainteresowana PKA? Szkoda czasu i pary.

Natomiast w pełni popieram inicjatywy mikrośrodowiskowe, jak uczelni, w której pracuje prof. Z. Wiatrowski, by można było pokazać obecnie czy w przyszłości studiującym pedagogikę specyfikę oferty kształcenia i pochwalić się także najlepszymi absolwentami. Wszystkich się i tak nie uwzględni, bo i kategoria „najlepszy” jest u nas łączona z sukcesami rynkowymi (zwycięzca jakiegoś konkursu, laureat nagrody, ciekawy dyrektor placówki, celebryta itp.).

Kogo obchodzi to, że duża część absolwentek studiów pedagogicznych nie podejmowała ich po to, by pracować, tylko dla samych siebie. W szkole prywatnej same przecież pokrywają koszty studiów, więc kogo powinno to obchodzić, co uczynią ze swoim wykształceniem? Nie wolno im nie pracować w instytucjach, w środowiskach wychowawczych, wyznaniowych, w organizacjach pozarządowych? Nie wolno im być lepiej lub gorzej wykształconymi matkami, żonami, pracującymi w domu? Czy to źle, jak są w grupie bezrobotnych? Jak źle, to dla kogo? Dla statystyki, dla rządu, dla władz uczelni, dla ministerstwa?

O ile część autorstwa profesora Z. Wiatrowskiego jest przykładem rzetelnej analizy źródeł naukowych i baz danych statystycznych, o tyle - niestety - część diagnostyczna nie powinna być publikowana, by studiujący pedagogikę nie powielali mających w niej miejsce podstawowych błędów metodologicznych.

Przejdę zatem do założeń badawczych, które firmuje swoim nazwiskiem magister Adam Gawroński. Wprawdzie "zna" literaturę z metodologii nauk społecznych, gdyż obficie się na nią powołuje, ale – niestety – nie potrafił zastosować się do zawartych w niej norm. Koncepcja badań być może jest pochodną jego pracy dyplomowej, chociaż o tym nie pisze, bo nie przypuszczam, by traktowano ją jako świadectwo właściwie opanowanego warsztatu metodologicznego.

W podrozdziale „Przedmiot i cel badań” błędnie zostały sformułowane obie kategorie. Cóż to bowiem za przedmiot badań - …”koncentruje się wokół absolwentów…”? Niech się koncentruje, ale co jest przedmiotem badań? Nie wiemy. Czytam dalej, że „Głównym celem badań opisanych w niniejszym opracowaniu było zbadanie losów absolwentów w kontekście nabytych przez nich kwalifikacji pedagogicznych”. Jeżeli celem badań było zbadanie czegoś w kontekście czegoś…, to coś jest nie tak, tym bardziej, że nie otrzymujemy wyjaśnienia, o co autorowi tych badań w istocie chodziło. Czyżby badanie miało autoteliczny charakter?

Został natomiast sformułowany główny problem badawczy w formie pytania dopełnienia: Jak kształtują się losy absolwentów wyższej szkoły X w kontekście nabytych kwalifikacji? Autor nie wyróżnia w tym problemie zmiennej zależnej i jej nie definiuje, ani też jej nie operacjonalizuje. Natomiast nie wiadomo z jakiego to powodu formułuje aż 5 problemów rzekomo szczegółowych?

Piszę rzekomo, bo te powinny wynikać z powyższej fazy konceptualizacji badań, nie wspominając już o koniecznym do interpretacji danych modelu teoretycznym zmiennych. Tego nie ma. Tym samym konstrukcja problemów została opracowana na przesłankach nieznanych nam i zapewne też badaczowi. Każdy z tzw. problemów szczegółowych jest tu od Sasa do lasa:

1. Jaki stosunek wykazują absolwenci co do jakości i efektywności kształcenia w szkole wyższej..?

2. Jak wygląda samoocena absolwentów w kontekście nabytych w toku studiów kompetencji?

3. Jakie czynniki rzutują na sytuację zawodową absolwentów w aspekcie motywów wyborów oraz poziomu satysfakcji z wykonywanej pracy?

4. Jak kształtują się kariery zawodowe absolwentów przy uwzględnieniu etapów: przed , w trakcie oraz po ukończeniu studiów?

5. W jakim stopniu absolwenci określają przydatność realizowanych w trakcie studiów deskryptorów Ram Kwalifikacji w stosunku do wykonywanej pracy zawodowej?

Nie należy tak konstruować problemów szczegółowych, czego już autor tego zamysłu nie doczytał, albo nie zrozumiał. Mimo, że główny problem badawczy nie ma postaci pytania zależnościowego, autor formułuje hipotezy badawcze. Tego czynić nie powinien, i to nie tylko z tego powodu. Na tym zatem poziomie należałoby już zawiesić dalsze czytanie prezentowanych wyników diagnozy i jej omówienie. Mają one wprawdzie wymiar informacyjny, ale nienaukowy. Wyróżnione przez autora zmienne i wskaźniki są obciążone błędami metodologicznymi, toteż nie będę ich już w tym miejscu przytaczał, by ktoś przypadkiem nie potraktował ich jako wzorcowe.

Im więcej mamy literatury z metodologii badan w naukach społecznych i humanistycznych, tym gorzej wygląda ich konceptualizacja, a tym samym uzyskane dane nie mają naukowej wartości.

2 komentarze:

  1. Tak, rzeczywiście od Sasa do lasa.

    OdpowiedzUsuń
  2. A co na to Pan Profesor - współautor? I co na to recenzenci publikacji?

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.