piątek, 27 lutego 2015

Jak studenci flagowego uniwersytetu poznają historię "formułowania się" pedagogiki przedszkolnej

(źródło: FB_IMG_1424631941658.jpg)




Kiedy zadzwoniła do mnie znajoma nauczycielka przedszkola z zapytaniem, gdzie najszybciej mogłaby znaleźć najnowszą, współczesną literaturę z zakresu pedagogiki przedszkolnej, zaproponowałem jej, by zajrzała na stronę internetową jednego z najlepszych uniwersytetów w Polsce. Wydawało mi się, że kadry kształcące na pedagogice przedszkolnej czy wczesnoszkolnej muszą proponować swoim studentom nie tylko program zajęć, ale i literaturę z podziałem na obowiązkową i rozszerzającą. Sam byłem poza domem, toteż nie mogłem przesłać jej odpowiedniego zestawu bibliograficznego.

Zadzwoniła do mnie wieczorem pełna wzburzenia i irytacji, bo to, co zobaczyła na stronie jednego z uniwersyteckich wydziałów, który kształci przyszłych i już pracujących (studia niestacjonarne) nauczycieli przedszkolnych, powaliło ją z nóg. Zajrzałem na wskazaną przez nią stronę USOS. Też tam zajrzałem i zrozumiałem jej porażenie. Zobaczyłem w USOS sylabus, który zawierał dość obszerny zestaw lektur, ale za to z takimi błędami w nazwiskach autorów, tytułach książek, brakiem tytułu, roku wydania czy innych danych bibliograficznych.

Towarzyszyło mi przy tym pytanie, jak to jest możliwe, że tzw. flagowy uniwersytet kompromitują zamieszczonymi na stronie sylabusami jego pracownicy naukowi? Czy można być bez poczucia odpowiedzialności za jakość zaledwie przecież oferty programowej, ale i za historię, dziedzictwo kulturowe, które zostało im powierzone przez poprzednie pokolenia? Czy to jest możliwe, że mamy do czynienia już z tak wielkim upadkiem, destrukcją w środowisku akademickim, że nikogo to nie obchodzi, nie drażni, nikt temu nawet się nie przygląda, nie interweniuje, tylko traktuje się intelektualną nędzę (jakby to określił prof. Lech Witkowski) jako skarb uczelniany?

Jednostka oczywiście uzyskała ocenę pozytywną Polskiej Komisji Akredytacyjnej, kształci studentów młodych i już zawodowo dojrzałych, pracownicy wypełniają sylabusy, ale że nikomu nie przeszkadza fakt oczywistego niechlujstwa, błędów? Ciekaw jestem, jak w takim razie kształci się przyszłych nauczycieli? Nie znalazłem ani jednej publikacji, która została wydana w ostatniej dekadzie z tej właśnie problematyki.


Zacytuję zatem kilka przykładów z tej strony. Przedmiot zajęć nosi nazwę: "Podstawy pedagogiki przedszkolnej" . Ma - rzecz jasna - kod Erasmusa; wskazanie, że zajęcia są obowiązkowe; skrócony i pełen opis treści kształcenia oraz literaturę. Nie wierzyłem, że bibliografia może zawierać następujące propozycje do studiowania (zapis jest oryginalny):


* Bronfebrenner U., Czynniki społeczne w rozwoju osobowości, (w:) "Psy-chologia Wychowawcza", nr l, 2, 1970 (dojrzałość);


* Kohlberg L., Mayer R., Rozwój jako cel wychowania, (w:) Z. Kwiecień, L. Witkowski (red.) Spory o edukację, Warszawa 1993;

* Wadworth B., Teoria Piageta. Poznawczy i emocjonalny rozwój dziecka, Warszawa 1998;

* M. Mikna, Zrozumieć Montessori;

* Donaldson, Myślenie przedszkolaka;

* E. Erikson.



Całość "bogatej" literatury zamykają "Efekty kształcenia":


- Student zdobywa wiedzę na temat podstaw pedagogicznych i psychologicznych pracy z dzieckiem przedszkolnym.

- Student zdobywa wiedzę w zakresie specyfiki uczenia się małych dzieci.

- Student poznaje organizację przestrzeni edukacyjnej sprzyjającej rozwojowi dzieci.

- Student nabywa umiejętność tworzenia własnych pomysłów edukacyjnych.

- Student poznaje historię formułowania się tej dziedziny pedagogiki.

(...)

Sądziłem, że takie badziewie jest na prowincji, a tymczasem prowincja znalazła się już w centrum akademickiej pedagogiki.

9 komentarzy:

  1. Ręce opadają. Zarówno przy lekturze tej pospiesznie przyrządzonej bibliografii jak i nieprawidłowym sposobie opisu efektów kształcenia. Takie zajęcia nie mają prawa zakończyć się dydaktycznym powodzeniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam Profesorze,

    na początku życzę Panu powrotu do zdrowia, bo to jest najistotniejsze.Kwestie polskich, flagowych uniwersytetów, szkół wyższych ogółem i ich poziomu względem innych uczelni świata doskonale ujmuje, przedstawia wysoce prestiżowy, ceniony, uznany ranking SCImago (obejmuje 5100 uniwersytetów, instytutów, instytucji naukowo - badawczych z 85 państw globu).
    Tutaj według danych z 2014 r. nasze flagowe orły i sokoły zajmują następujące pozycje.Uniwersytet Jagielloński - 397 miejsce, Uniwersytet Warszawski - 516 miejsce, Politechnika Warszawska - 575 miejsce.Ograniczyłem się tylko do pierwszych trzech polskich wyższych uczelni publicznych.Prymusem i liderem nauki polskiej w sektorze badań naukowych jest i jeszcze bardzo długo pozostanie Polska Akademia Nauk - 110 miejsce według rankingu SCImago.Warto o tym wspomnieć, gdyż decydenci w Rzeczypospolitej Polskiej lansują i promują na siłę chociażby UJ w Krakowie, ale niewiele to daje, bo każdy polski uniwersytet ma przede wszystkim bagaż dydaktyczny na plecach, co znacząco ogranicza prowadzenie badań naukowych, a szczególnie tych złożonych o charakterze interdyscyplinarnym itd.Dlatego gro strategicznych, istotnych prac naukowo-badawczych wykonuje się w ośrodkach pozauniwersyteckich, ale w Polsce decydenci myślą inaczej stąd mamy takie, a nie inne flagowe uniwersytety, szkoły wyższe i to wszystko w tym temacie.Dodam na koniec, że są flagowe tylko i wyłącznie w naszym polskim mniemaniu.I tak pozostanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce nie wolno prowadzić badań interdyscyplinarnych, bo urzędnicy nie wiedzą do jakiej szufladki to wepchnąć. Zresztą, zdaniem urzędników celem prowadzenia badań naukowych jest wyłącznie zdobycie stopnia naukowego. Interdyscyplinarny doktorat można zrobić z dużym trudem. W przypadku habilitacji jest to niemożliwe.

      Usuń
    2. Oj, chyba anonimowy ma jakieś osobiste problemy, bo pisze bzdury. Generalizacja jest absolutnie nieuprawniona. Przykładowo, w pedagogice interdyscyplinarność badań jest bardzo wysoko oceniana. Być może są osoby, które "robią doktorat z dużym trudem", ale większość prowadzi badania, pisze rozprawę, a efektem tego jest ich doktorat. Niby mała różnica, a jednak.

      Usuń
  3. Panie Profesorze!

    Prowincja zawsze była w centrum akademickiej pedagogiki.
    Może to dla Pana zabrzmieć przykro, ale pedagogika nigdy nie była dyscypliną uniwersytecką. Została do uniwersytetów podklejona na siłę i nie ma niczego wspólnego z tradycją intelektualną i dziedzictwem kulturowym Oxfordu. Za czasów moich studiów (chemia), gdy pedagogika była przedmiotem obowiązkowym dla wszystkich, były to najgłupsze zajęcia, zostające sporo w tyle za filozofią marksistowską i ekonomią polityczną, a mogące ścigać się poziomem intelektualnym wyłącznie ze studium wojskowym.
    Nie wymagajmy więc i dziś, by te wydziały pedagogiki flagowych uniwersytetów w stosunku do wydziałów nauki, mających x-setletnią tradycję, wypadały dużo lepiej, niż studium wojskowe z roku 1985.

    OdpowiedzUsuń
  4. Współczuję Panu, że miał tak kiepską pedagogikę w okresie swoich studiów. Analfabetyzm naukowy jednak nie może być tym usprawiedliwiony. Nie zaprzeczam, że mógł mieć Pan pecha, ale i zysk, skoro uznaje Pan ówczesną filozofię marksistowską za naukę, a nie ideologię. Gratuluję. Nie będę tu powtarzał tez właściwych i prawdziwych, w świetle których PEDAGOGIKA JEST DYSCYPLINĄ NAUKOWĄ, i to już od Jana Fryderyka Herbarta (warto się douczyć, zanim cokolwiek się skomentuje), a na uniwersytetach polskich pojawiła się najpierw na KUL, potem w UW itd. prawie 100 lat temu. Mamy w wykazie dyscyplin naukowych pedagogikę, bo gdyby nauką nie była, to nie można byłoby uzyskiwać w tym zakresie stopni naukowych doktora, doktora habilitowanego i profesora. Oczywiście, możemy sobie przerzucać własne frustracje, niezadowolenie, rozczarowania , bo mogę podać przykłady wykształconych chemików, którzy uzyskali stopień naukowy doktora, ale zhańbili tę naukę, gdyż ich prace niewiele miały wspólnego z rzetelną metodologią badań naukowych.
    W Oxfordzie są studia edukacyjne, co powinno Panu uświadomić, że właśnie z ich zakresu uzyskują profesury Brytyjczycy, ale także Amerykanie, mimo że nie ma u nich nazwy "Pedagogika" jako odrębnej nauki, gdyż te rozwijają się w dziedzinie szeroko pojmowanych nauk społecznych (social sciences) .

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że polscy akademicy - pedagodzy nie zniszczą pedagogiki do końca na drodze prowokacji, martyrologii lub gombrowiczowskiej dramy etc. Z drugiej strony ci sami pedagodzy mają chyba skóry mamutów, żeby podołać chemikom i innym, mającym nadzieję na poprawienie sobie samopoczucia kosztem tej dyscypliny naukowej.
    Amerykanie mają jednak edukację na szczeblu studiów II st. w Harvard Graduate School of Education http://www.gse.harvard.edu/ Iga

    OdpowiedzUsuń
  6. Istotnie, lektura tej strony internetowej rodzi podejrzenie, iż tworzeniu "tego czegoś" mogło towarzyszyć spożywanie w nadmiarze napoju wyskokowego marki "Stoliczna".

    OdpowiedzUsuń
  7. Oczywiście Margaret Donaldson, uczennica Piageta, nie popełniła książki "Myślenie przedszkolaka", ale jej "Myślenie dzieci" gorąco polecam. Mimo upływu lat można się dowiedzieć m. in. dlaczego kolejne reformy szkolne (nie tylko u nas) idą coraz dalej w kierunku mordowania ze szczególnym okrucieństwem samodzielnego myślenia, logiki, krytycyzmu i kreatywności u uczniów.

    OdpowiedzUsuń