sobota, 31 stycznia 2015

Tutoring – nowomowa?

prof. UŚl - Andrzej Murzyn komentuje:





O tym, że w ostatnich latach mamy do czynienia z coraz silniejszą tendencją w kierunku biuokratyzacji działalności edukacyjnej, nie trzeba już – jak sądzę – nikomu przypominać. Dzięki wybitnym autorytetom, które od czasu do czasu poruszają nasze edukacyjne sumienia, możemy uzyskać – jeżeli tylko chcemy – pełniejsze rozumienie istoty tego zjawiska. Moim zamierzeniem jest spojrzenie na problem z nieco innej strony.

Od dłuższego czasu utwierdzam się w przekonaniu, że im bardziej postawa wobec edukacji zdominowana jest przez ideologię kalkulacyjności, tym częściej pojawiają się głosy domagające się tzw. personalizacji działań edukacyjnych. Nie byłoby w tym niczego niepokojącego, co więcej, moglibyśmy potraktować to jako naturalny odruch mający przywrócić równowagę w życiu społecznym. Rzecz w tym, że owa personalizacja niewiele ma wspólnego z tym, o czy mówi nam wielka tradycja. Dla uzasadnienia powyższej tezy posłużę się konkretnym przykładem.

Niedawno uczestniczyłem w szkoleniu w zakresie tutoringu. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam prawa wypowiadać się na temat przebiegu całego szkolenia ponieważ uczestniczyłem tylko w pierwszej części. Dlatego podzielę się moimi wrażeniami z tego, co nie nazwałbym wykładem tylko pseudowprowadzeniem do zagadnienia. Dlaczego pseudowprowadzeniem? Nie chodzi tylko o to, że nie dowiedziałem się niczego nowego chociaż miałem prawo spodziewać się znacznie więcej od osoby, która zdecydowała się szkolić nauczycieli akademickich. Chodzi o to, że tak przedstawiony tutoring – jak sądzę – niewiele ma wspólnego z koncepcją intelektualno-duchowego spotkania między mistrzem i uczniem, które należy do największych osiągnięć w historii naszej kultury i do której odwoływał się wykładowca.

Co więcej, mamy tutaj do czynienia z poważnym nadużyciem! Aby uzasadnić moją tezę, skoncentruję się na dwóch elementach owego nieszczęsnego wykładu. Po pierwsze, podkreślając znaczenie owej personalizacji edukacji czyli sprawienia, żeby edukacja stała się sprawą osobistą ( kalkowe tłumaczenie z języka angielskiego ), "wykładowca" nic nie wspomniał o wychowaniu i tym samym stanął po stronie tych, dla których edukacja to jedynie rozwijanie intelektualnej strony osobowości. Odniosłem wrażenie, że dla szanownego "wykładowcy" prawdziwy mistrz ( czyli tutor) to ktoś, kto jest sprawny intelektualnie i potrafi szybko dostosować się do wymogów współczesnej cywilizacji, co więcej, potrafi przekonać swoich "uczniów", że należy myśleć tylko o przyszłości.

Mamy więc do czynienia z powtarzaniem się w coraz gorszych wydaniach. Tzw. "praca na przyszłości", która zdaniem szanownego "wykładowcy" jest jedną z kluczowych cech tutoringu pachnie progresywizmem, który jest jednym z największych wrogów koncepcji człowieka w tradycji liberalnej. Szanowny "wykładowca" zapomniał o tym, że istota bycia mistrzem nie polegała, nie polega i – mam nadzieję – nigdy nie będzie polegać jedynie na wiedzy. Mistrz to osoba, która porusza nas nie tylko intelektualnie, ale także ( a właściwie przede wszystkim) duchowo. Mistrz to postawa, której nie da się zredukować do intelektualnej sprawności.

Mistrzem był Soktares ponieważ wiedział, że jego uczniowie byli, są i zawsze pozostaną osobami, których – jakby powiedział R. Speaemann – nikt nie jest w stanie uprzedmiotowić i wyuczyć. Mistrzem był Korczak, dla którego najważniejsza była godność ludzkiej osoby, której – mimo usilnych prób podejmowanych przez psychopatów różnej maści - jeszcze nikomu nie udało się ludziom odebrać, dzięki czemu świat jeszcze istnieje. Mistrzem był ks. prof. J. Tischner, który ukazywał piękno dramatu ludzkiej osoby i jej relacji z innymi osobami. Mistrzowie są jak poeci, którzy – jak pisze historyk filozofii Jaeger - byli najbardziej liczącymi się wychowawcami starożytnych Greków gdyż potrafili poruszać najgłębsze warstwy ludzkiej egzystencji i odkrywać moralne przekonania, ukazując obraz człowieczeństwa, który urzekał i zachęcał do naśladowania.

Nie jestem przeciwko innowacjom edukacyjnym pod warunkiem, że one oparte na rzetelnej analizie przeszłości. Muszę przyznać, że sam będąc nastolatkiem w latach siedemdziesiątych XX wieku, traktowałem wszelkie trendy w kulturze zachodniej jak powiew wolności we wszystkich jej dziedzinach. Co więcej, sam język angielski taktowałem jak magiczne szkiełko, przez które można było chłonąć zachodni styl życia. Dopiero po wielu latach, kiedy spotkałem prawdziwych mistrzów, którzy nauczyli mnie między innymi rzetelnej i pełnej pokory analizy rzeczywistości, zdałem sobie sprawę z tego, że owa "kultura zachodnia" w znacznym stopniu wyrzekła się swych ojców i matek.

Nawet jeżeli zgodzimy się z tezą, że takie koncepcje jak TUTORING stanowią pewną przeciwwagę dla centralizacji działalności oświatowej ( chociaż ich zwolennicy – jak sądzę - nie zdają sobie często z tego sprawy), trzeba zastanowić się nad tym, co tak na prawdę nowego wnoszą do historii i kultury edukacji. W przeciwnym razie będziemy mieli do czynienia z kolejną nowomową, która tym bardziej jest niebezpieczna, im bardziej usiłuje nas przekonać o tym, że oto mamy do czynienia z czymś całkiem nowym i oryginalnym. Tak właśnie odebrałem ów nieszczęsny "wykład" o tutoringu. I jeszcze jedna kwestia, która nasunęła mi się podczas "wykładu". Jeżeli nawet przyjmiemy, że w tutoringu zawiera się coś więcej niż rozwijanie sprawności intelektualnej to należałoby się zastanowić nad tym, jak idea powrotu do autentycznej relacji między mistrzem i uczniem ma się do anonimowej ewaluacji nauczycieli akademickich przez studentów. Owa anonimowość jest bowiem – jak sądzę – zaprzeczeniem istoty tej relacji.

8 komentarzy:

  1. Szanowny Panie Profesorze, skończyłam akademię tutoringu akademickiego i trudno mi nie przyznać racji co do całości opinii. Niestety zajęcia prowadzone są w konwencji coachingu, co zmienia sens całego szkolenia. Narzędzia, które mają tutoring wspomagać są w dużej mierze błędnie tłumaczone z języka angielskiego - ukazując, że tłumacz nie rozumie sensu tej metody. Wydaje się, że system szkoleń tutorów stał się biznesem dla wąskiej grupy osób, które kiedyś były w Oksfordzie i Cambridge a teraz występują w roli ekspertów. Inną sprawą jest sam tutoring, który uważam za skuteczny sposób pracy, ale w innym systemie, przy innej organizacji pracy a przede wszystkim z innym stosunkiem do zdobywania wiedzy zarówno "uczącego" jak i "uczącego się". To, co u nas przedstawiane jest jako tutoring w rzeczywistości z taką pracą niewiele ma wspólnego. Szkoda, że tutoring sprowadzono w Polsce do poziomu mody i biznesu. Z wyrazami szacunku, Klaudia Węc

    OdpowiedzUsuń
  2. Takiej nowomowy, przedstawiającej stare(często potraktowane w sposób zubożony) pojęcia i narzędzia jako supernowości mamy sporo poza tutoringiem! Weźmy taki "coaching" czy takie "ocenianie kształtujące" ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem niezadowolenie z otrzymanej usługi, czasem szkoda nie tylko pieniędzy, ale i naszego czasu. Trzeba o tym mówić. Ale myślę, ze zostały sformułowane trochę przesadne oczekiwania wobec tutoringu. To po prostu metoda indywidualnego kierownia pracą studenta. Można zrobić to dobrze, nie bądąc Sokratesem., choć z pewnością wyższy poziom mistrzostwa tylko by dowartościował taką relację. Tęsknotę za mistrzem wiązałabym raczej z sobą mentora, a nie tutora. Sama też nie przepadam za nowomową, rażą mnie obce nazwy zawodów nadużywane w języku polskim, ale z ciekawością przyglądam sie różnicom w tym jak postrzega się rolę tutora, mentora, kołcza (nie mogę sobie odmówić przyjemności spolszczenia tego słowa), doradcy, trenera itd. To dla mnie wszystko pedagogika, wychowanie i kształcenie, ale wielość ról w jakie wcielać się może nauczyciel wcale nie wydaje mi się udziwnianiem. To świadoma metodyka i już.

    A co do progresywizmu zagrażającego liberalnej koncepcji człowieka - dlaczego Pan apriorycznie zakłada, że właśnie takiej wszyscy są zwolennikami? Ja akurat tak i podobnie jak tuaj Pan przyjmowałam to za oczywistość. Ale spotkałam się kiedyś z tak bardzo konserwatywnym podejściem, że nie uogólniam już swoich preferencji na innych.
    Co do szkolenia nauczyclei akademickich - proszę i wierzyć, wielu z nich nie wie zupełnie nic o nauczaniu w ogóle, a co tam dopero o jakichś zrónicowanych metodacham, strategiach nowikach. Pan jest pedagogiem, ale tu znowu błędne uogólnienie, że wszyscy nimi są. To, co dla Pana nie jest żadną nowością, dla wielu jest odkryciem. Ale nie kwestionuję, że wykładwoca mógł się panu trafić kiepski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wypowiedź. Jeszcze bardziej zostałem utwierdzony w tym, że tutoring to zwykła technika. Rzecz w tym, że wykładowca odwoływał się do relacji między mistrzem i uczniem, dlatego nazywam to nadużyciem. Gdyby nie ten wątek ( i jeszcze inne) z pewnością dałbym sobie spokój z pisaniem na ten temat. Co do liberalizmu - i tutaj znowu mamy do czynienia z nadużyciem - wykładowca siłą rzeczy zakładał liberalną koncepcję człowieka ( chyba, że jego tutoring bardziej pasuje do koncepcji totalitarnych czy quasi totalitarnych) a ta w jej klasycznym ujęciu odrzuca progresywizm i wprowadza tzw. teorię cyklu. Dla mnie liberalna koncepcja człowieka wcale nie kłóci się z chrześcijańską ( jeżeli o to Panu/i chodzi), wręcz przeciwnie - uważam, że obie wzajemnie się dopełniają. I jeszcze jedna kwestia. Jeżeli chodzi o pojęcie pedagoga, rozumiem go znacznie szerzej niż Panu/i się wydaje. Polecam lekturę prac prof. Bogusława Śliwerskiego, który - jak sądzę - najlepiej przedstawił istotę bycia pedagogiem.
      Andrzej Murzyn

      Usuń
  4. Do maila z godz. 1.41:
    bardzo przepraszam za błedy, ale piszę z zagranicy i mam problemy z lokalizacja znakow na obcej klawiaturze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Profesorze! Jaka moralność, jaka duchowość?! Dzisiaj naukowcy mają kolekcjonować punkciki, nie ważne jak i po co. Tutorzy mają za zadanie jedynie wspomóc efektywność kolekcjonowania punkcików, żeby przypadkiem nie marnować czasu, który może przecież posłużyć do zebrania jakiegoś punkcika lub dwóch. To taki dopalacz, jak w grze komputerowej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Panie Profesorze,
    bardzo ucieszył nas Pana komentarz, który stanowi wstęp do ważnej dyskusji o praktyce tutoringu w polskiej edukacji.
    Jesteśmy współpracownikami Instytutu Tutoringu Szkolnego prowadzonego przez Towarzystwo Edukacji Otwartej z Wrocławia. Ponieważ TEO ma wieloletnie doświadczenie w dziedzinie wprowadzania tutoringu do szkół, czujemy się uprawnieni do zabrania głosu w tej sprawie i przedstawienia jej z naszej perspektywy.
    Nasze obserwacje pozwalają przyjąć, że pojęcie „tutoring” ma wiele znaczeń, pewnie dlatego, że występuje w bardzo różnych przestrzeniach edukacyjnych i społecznych, które nie zawsze są ze sobą zbieżne. Można przypuszczać, że wynika to z mody na tutoring. Problemem jest z pewnością również wieloznaczne tłumaczenie z j. angielskiego słowa „tutor” (nauczyciel akademicki, korepetytor, opiekun, nauczyciel), a także odniesienia tego pojęcia do praktyki nauczania na odległość.
    Z jednej strony każda z powyższych przestrzeni odwołuje się do charakterystycznej cechy tj. pracy w indywidualnym kontakcie „jeden na jeden”. Z drugiej zaś strony, trzeba przyznać, że cele i realizacja takich aktywności są bardzo różne.
    Zwrócił Pan uwagę na potrzebę podniesienia rangi oddziaływań wychowawczych w obszarze działań tutorskich. Właśnie w ITS przykładamy dużą wagę do pracy w tym obszarze, preferując w szkołach model tutoringu wychowawczo-rozwojowego. W naszej propozycji, stanowi on swoistą alternatywę dla wychowawstwa klasowego. Zakłada budowanie indywidualnej relacji nauczyciela z uczniem, co jest swoistą opozycją dla scentralizowanych i powodujących uniformizację działań w oświacie.
    20-letnie doświadczenia Autorskich Liceów Artystycznych i Akademickich „ALA” z Wrocławia i Częstochowy oraz praktyka coraz większej liczby szkół publicznych i niepublicznych, pokazują skuteczność tej metody, a także urealniają możliwość wypracowania nowej kultury w relacjach szkolnych. Należy zaznaczyć, że tutoring szkolny (dla wyróżnienia specyfiki tej metody określana jest przez nas takim mianem) opiera swoje założenia na pedagogice dialogu (J. Tarnowski), mającą swoje źródła w pedagogice personalistycznej i egzystencjalnej. Co ważne, istotnym zadaniem tutora jest tutaj m.in. poznanie podopiecznego, dostrzeżenie jego mocnych stron i pomoc w ich rozwijaniu. To realizuje się poprzez budowanie unikatowej indywidualnej relacji w oparciu o regularne spotkania i empatyczną rozmowę. Tutor jest tutaj zatem, jak mówił ks. prof. Janusz Tarnowski (wywodząc tutoring z j. łacińskiego) pedagogiem prowadzącym swojego wychowanka do „mądrości” (mądrości „prudens”, a nie „doctus”).
    Wdrożenie tutoringu w szkole wymaga otwartości i zgody na zmianę systemu relacji oraz sposobu pojmowania nauczycielskiego autorytetu. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez A. Sarnat-Ciastko, metoda ta jest skuteczna w obszarze podniesienia jakości wzajemnych relacji między nauczycielem a uczniem, wzmocnienia poczucia własnej wartości u uczniów oraz ich poczucia skuteczności i sprawstwa. Daje ona przestrzeń dla zaistnienia/ujawnienia się autonomii każdego z podmiotów. Trudno w tym kontekście mówić zatem jedynie o „powiewie Zachodu”. My mówimy raczej o oddolnej misji i rodzimej praktyce, opisywanej, podtrzymywanej i rozwijanej choćby przez ITS, ale też szkolnych liderów i samych uczniów, którzy na etapie procesu rekrutacji do szkoły często już pytają o tutoring.
    Myślimy zatem, że warto spojrzeć na tę metodę nie tylko z perspektywy akademickiej, ale także z perspektywy pracy nauczyciela-praktyka.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z opiną Pana Profesorze. Ukończyłam kurs tutotingu i również miałam wrażenie, że zapomniano podkreslić ważność WARTOŚCI Duchowych. Tematy o "wartościach" były tylko wspomniane, że są i są ważne i tyle. Nawet zapytałam prowadzącego (pracownika naukowego UG) dlaczego ten temat jest pomijany? Pytanie zostało zbagatelizowane.

    OdpowiedzUsuń