sobota, 10 stycznia 2015

Karawana ignorancji i tandentnego populizmu urzędników MEN jedzie dalej...







Dobrze się stało, że MEN wystawił na aukcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy pierwszy egzemplarz rządowego "EleMENtarza", bo będzie to jedyny pożytek z tego bubla dla dobra powszechnego. Może dzięki temu J. Owsiak kupi jakiś skalpel chirurgiczny albo sztuczne serce. wszystko zależy od tego, ile pieniędzy ktoś wyłoży na ten zadrukowany nawet błędami ortograficznymi papier. Chyba, że cenzura władzy już je usunęła, by nie utrwalać niekompetencji autorki tego dydaktycznego kiczu.

Zastanawiam się nad tym, po co nam to było, żeby 25 lat temu angażować się na rzecz zmiany polskiej edukacji w szkolnictwie publicznym, skoro i tak tkwimy nieustannie niemalże w tym samym miejscu? Nadal pojawiają się uchwały, postulaty, apele, a nawet projekty rozporządzeń w kwestiach, które ćwierć wieku temu były już wdrażane do praktyki szkolnej?


Wówczas rzecz nie dotyczyła wszystkich szkół, gdyż w 1989 r. mieliśmy jeszcze szkoły państwowe. Obowiązywała ustawa o systemie oświaty z 1961 r., a więc socjalistyczna. Programy nauczania (bo wówczas jeszcze obowiązywała indoktrynacyjna kategoria dydaktyczna) były oparte na źródłach o proweniencji marksistowsko-leninowskiej. Trzeba było zaufania, otwartości i odwagi pierwszego postsocjalistycznego ministra edukacji prof. Henryka Samsonowicza, by powiedzieć nauczycielom: RÓBTA, CO CHCETA!


Tak, tak, to nie Owsiak a Samsonowicz wprowadził liberalną zasadę powierzenia nauczycielom szkół państwowych pełnej odpowiedzialności za losy kształcenia dzieci i młodzieży. To on skierował do nich i do rodziców list, w którym obiecywał, że już nigdy więcej, w wolnej Polsce żaden minister ani jego urząd nie będzie decydował o tym, jak ma wykonywać swoją pracę nauczyciel i jak mają go w tym wspierać rodzice. Zapowiadał bowiem konieczność ustrojowej (także dla oświaty) decentralizacji całego systemu, nadzoru, by to suwerenni dyrektorzy szkół, jak już powstaną - także lokalne samorządy wraz z nauczycielami, rodzicami i uczniami rozstrzygali fundamentalne kwestie metodyczne w swoich placówkach, lokalnie.

Władze resortu edukacji miały podporządkować się zasadzie subsydiarności władz państwa wobec społeczeństwa, obywateli i ich inicjatyw także w sferze edukacji. Zasada ta określała, że ma być jak najmniej państwa, a jak najwięcej obywatelskich i profesjonalnych działań lokalnych, instytucjonalnych. Państwa ma być tyle, ile go być musi np. przy ustaleniu curriculum, czy podstawy programowej kształcenia ogólnego i zawodowego w całym kraju tak, by system był drożny poziomo i pionowo, tzn., by uczący się mogli swobodnie zmieniać szkoły i kontynuować swoją edukację niezależnie od tego, gdzie ją rozpoczęli. Uczniowie o szczególnych zdolnościach mieli mieć możliwość realizowania własnych pasji i talentów na indywidualnych zasadach.

Nauczyciele szkół państwowych, które w połowie lat 90. stały się własnością samorządów terytorialnych, mogli wreszcie sami tworzyć autorskie programy kształcenia przedmiotowego, zintegrowanego, holistycznego, o dowolnym kierunku i orientacji wychowawczej w uzgodnieniu z rodzicami swoich podopiecznych. W szkołach państwowych rozpoczął się prawdziwy ruch pedagogicznego nowatorstwa, innowacyjności. Powstawały klasy i/lub szkoły autorskie, nauczyciele dzielili się swoimi pomysłami, rozwiązaniami, wzajemnie wspomagali swoją praktykę, wymieniali własnymi środkami dydaktycznymi itp.

To w latach 90. XX w. polskie szkoły państwowe/publiczne zaczęły rozkwitać tysiącem wysp nauczycielskiej innowacyjności, kreatywności dzięki zabezpieczeniu przez resort edukacji odpowiednim rozporządzeniem ich praw do tak wyzwolonej pracy pedagogicznej. Jak ktoś chciał pracować z dziećmi bez wystawiania im cyfrowych stopni szkolnych, to musiał zaproponować taki model kształcenia, żeby dzieci chciały się uczyć, miały wysoką motywację, a zarazem by uczęszczały do szkoły, na interesujące zajęcia poznawcze, społeczne, kulturowe i fizyczne, a nie na lekcje szkolne w zamkniętej przestrzeni systemu klasowo-lekcyjnego.

Taki model edukacji zróżnicowanej kompetencyjnie, dydaktycznie, zorientowanej na indywidualność dzieci, także potrafiących współdziałać ze sobą w warunkach pracy zespołowej i grupowej, edukacji uwolnionej od przemocy strukturalnej na rzecz wspierania rozwoju każdego ucznia realizowało tysiące polskich nauczycieli. Komu to przeszkadzało? Urzędasom, postsocjalistycznym ideologom, związkowcom, którzy nagle tracili wyłączność na wpływ i manipulowanie środowiskiem nauczycielskim. Wyzwolony i kreatywny nauczyciel nie potrzebował bowiem żadnego radaru, by orientować na jego sygnały własną aktywność. On mógł pracować zgodnie z własną wolą, wiedzą i umiejętnościami, zgodnie z odkrywanymi i doskonalonymi metodami, środkami, formami i technikami pracy pedagogicznej, po prostu - profesjonalnie.

Kto dzisiaj pamięta protest nauczycieli w latach 1991-1992 w XIII LO we Wrocławiu, którzy uchwałą rady pedagogicznej znieśli oceny zachowania uczniów. Postanowili nie wystawiać uczniom tej oceny, a niektórym z nich wypisywać opinie słowne. Niestety, szybko zareagowało wrocławskie Kuratorium Oświaty (ramię władzy centralnej),które anulowało tę uchwałę i zobowiązało do przestrzegania regulaminu ustalonego przez MEN. Stopnie z zachowania „bojkotowali” też nauczyciele z LO nr XIX we Wrocławiu oraz z SLO Nr 1 w Warszawie. Wszyscy oni stwierdzili, że nie będą stosować oceny zachowania uczniów, gdyż ta jest reliktem państwa monistycznego światopoglądowo, którego władze traktowały tę ocenę jako instrument do indoktrynacji ideologicznej i wymuszania posłuszeństwa wobec niej.


No i proszę, mamy rok 2015, w którym nadal obowiązuje środek przemocy symbolicznej i strukturalnej wobec uczniów, świadczący przecież o ich totalnej bezradności wobec zachowań aspołecznych niektórych uczniów, a zarazem nieskuteczny i przez nich lekceważony.
Czytam, że pojawiła się znowu propozycja zlikwidowania oceny zachowania uczniów. Ćwierć wieku wolności, ale za to i podtrzymywania pozoru, że ta ocena cokolwiek znaczy i ma na cokolwiek wpływ.

To nauczyciele skorzystali 25 lat temu z prawa do pisania własnych podręczników, materiałów pomocniczych do kształcenia, wspomagania rozwoju dzieci. To oni wymyślali nowe gry dydaktyczne, pomoce z elementami samokontroli i samooceny rozwiązujących zadania, żeby wzmacniać ich samodzielność i poczucie sprawczości. Co mamy po 25 latach? Skandaliczne pozbawienie nauczycieli wolności pracy pedagogicznej, które polega na tym, że tak jak w PRL, państwie totalitarnym, pod pretekstem rzekomych oszczędności dla rodziców MEN wydaje miliony zł. na rządowe podręczniki. Oczywiście - jeden, napisany na kolanie przez dyletantów elementarz, ustawicznie korygowany przez różnych nauczycieli zgodnie z tym, jak im się wydaje, a nie ze sztuką pisania podręcznika szkolnego.

Z czego są dumne autorki tego kiczu? Z tego, że wszyscy nauczyciele klas I, a wkrótce II będą musieli pozorować pracę z ich niskiej jakości "wytworami", bo tak chce tego centralistyczna władza? Czy są dumne z tego, że tysiące nauczycieli już jawnie odrzuca ten bubel dydaktyczny, by korzystać w edukacji wczesnoszkolnej z zupełnie innych pomocy? Nie mają poczucia nieprzyzwoitości pedagogicznej i zawodowej? To o to walczyła solidarnościowa opozycja, żeby w 25 lat rozwijającej się i zarazem degradowanej przez "elity" władzy demokracji wdrażać rozwiązania, które nie mają nic wspólnego z jakością kształcenia, z profesjonalizmem, z odpowiedzialnością?




8 komentarzy:

  1. Zupełnie nie rozumiem u Pna Profesora tej obrony płatnych podręczników. Te dziś używane nie są istotnie lepsze, od darmowego bzdetu. Bzdet ma natomiast tę wyższość, że nie obciąża finansowo rodziców, zmuszanych do poddania swoich dzieci "darmowej" edukacji, za którą już zapłacili swoimi podatkami.
    Rodzice, którzy sami nauczyli swoje dzieci czytać, zanim te poszły do szkoły, w ogromnej większości nie korzystali z żadnego elementarza, a jednak wymierny sukces edukacyjny odnieśli. Lepszy, niż ten, jaki odnosi szkoła, używająca tych "lepszych" elementarzy, zeszytów ćwiczeń, itp.

    Nie przeczę, że ten elementarz jest dydaktycznym bublem. Zauważmy tylko, że te płatne są równie bublowate. I oczywiście, że większości nauczycieli wygodniej jest kazać rodzicom kupować kolorowe elementarze i książki do jednorazowego użytku, a dzieciom kazać systematycznie wypełniać zeszysty ćwiczeń, rozplanowane na cały rok co do godziny, zamiast samemu wysilić się na odrobinę inwencji.

    Czy naprawdę sądzi Pan, że pokolenie uczone na jednym, scentralizowanym elementarzu Falskiego, pozbawionym pól do wypełnienia lub pokolorowania, umiało czytać gorzej, od dzisiejszego, które było uczone przez nauczycieli mających swobodę wyboru książek i zeszytów ćwiczeń, połączoną z władzą zmuszenia rodziców do płacenia za tę nauczycielską swobodę ?

    Zaczął Pan od subsydiarności szkoły. Proszę być konsekwentnym! Swoboda wyboru treści i stylu nauki powinna dotyczyć rodziców (albo samych dzieci, gdy są już starsze), a nie nauczycieli. Pluralizm podręczników, jakie nauczyciel może narzucić dzieciom, które trafiają do niego "z rejonu", nie ma nic wspólnego z subsydiarnością szkoły. Podobnie, jak zmuszanie rodziców do ponoszenia kosztów tych nauczycielskich wyborów. To wyłącznie swoboda wyboru najmniejszego wysiłku, dana pracownikowi systemu, który (ani pracownik, ani system) nie odpowiada przed konsumentem za jakość świadczonej usługi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widzę wpadła Pani w pułapkę propagandową MEN, skoro nie zdaje sobie sprawy z tego, na czym polega zasada subsydiarności a na czym manipulacji politycznej władzy , by tę zasadę zniszczyć. Otóż te same miliony zł. można było przekazać szkołom do dyspozycji nauczycieli, by wybrali najlepszy ich zdaniem podręcznik i pomoce dydaktyczne oraz przekazali je nieodpłatnie rodzinom tych, których na to nie stać. Mam nadzieję, że to jest zrozumiałe. Rzecz tkwi zatem w dystrybucji pieniędzy publicznych dla tych, którym państwo powinno pomóc. To jest zasada pomocniczości. Natomiast teraz jest tak, że nauczycielom odebrano prawo do samostanowienia o metodyce kształcenia i narzucono jak na Białorusi tandetny elementarz dla WSZYSTKICH DZIECI. Tym samym ten bubel, który kosztuje nas wszystkich, trafia także do dzieci mimo, że ich rodziców stać na jego zakup. Ba, poziom tego jest tak niski, a estetyka tak antyestetczna, kiczowata, że wszyscy płacimy za ten koszmar antydydaktyczny, antyspołeczny i co gorsza niszczący kreatywność znakomitych nauczycieli. Po co bowiem mają tworzyć coś lepszego, skoro centralistyczna władza załatwia swój interes partyjny, polityczny i biznesowy. Te sprawy wyjdą na jaw prędzej czy później a wyrzucanie pieniędzy w błoto jest tu ewidentne.

      Usuń
    2. 1.Cena (koszt) elementarza dla rodziców jest niewielkim ułamkiem kosztów utrzymania. Taką samą (!) oszczędność można osiągnąć fundując wszystkim darmowe kredki, zeszyty i inne przybory.Istnieją też inne sposoby zapewnienia darmowych podręczników bez ograniczania wyboru i konkurencji między nimi.
      2.Elementarz Falskiego, wcale nie darmowy, był perfekcyjnie dopracowany! Tego się o dzisiejszym bublu nie da powiedzieć.
      3.Na całym świecie (poza Koreą Płn. może) na wszystkich szczeblach edukacji to nauczyciele/wykładowcy wybierają podręczniki ew. oświatowa rada gminy wraz z nauczycielami. Nic złego się w związku z tym złego nie dzieje ... ;-)
      4. W Polsce mamy do czynienia ze skutkami wojny pomiędzy hurtownikami&wydawcami a księgarzami o lukratywny rynek podręczników. Ci ostatni chcieli zwalczyć hurtowe (więc tańsze dla rodziców ) zakupy podręczników na rzecz indywidualnych zakupów w księgarni. W efekcie zaczęły się pomówienia szkół o "korupcję" przy wyborze podręczników - dla księgarzy skończyło to się marnie - podręczniki będą darmowe i nie zarobią, ale ziarno złego zasiali. Skądinąd nauczyciel nauczania początkowego ma max.25 uczniów. Ile musiałby kosztować elementarz by np. korupcyjne 10% od jego ceny stanowiło ekwiwalent nauczycielskiej mordęgi przy wyborze badziewia za wziątkę? ;-)

      Usuń
    3. Widziałem białoruski elementarz - jest bardzo dobrze przygotowany merytorycznie, może trochę gorzej edytorsko. Na pewno nie jest to przygotowane na kolanie w 3 miesiące badziewie. Akurat co jak co, ale edukację ma Białoruś niezłą, podręczniki też ... ;-)

      Usuń
    4. Proszę zatem kreować totalitarny system z cenzurą włącznie, ale pozwolić mi nie godzić się na jego restytucję także z moich podatków. Nie po to także moje pokolenie walczyło o wolność, pluralizm i innowacyjność, by teraz godzić się na bezczelną arogancję władzy i powrót antyobywatelskich i antyprofesjonalnych rozwiązań. Pan wybaczy, ale zdaje się, że skutki populizmu są już nazbyt dramatyczne.

      Usuń
  2. Nie tylko w temacie podręcznika "kuratoryzm-oświatyzm" trzyma się dobrze ... http://szczepon.blox.pl/2013/04/Kuratoryzm-oswiatyzm-panujaca-koncepcja.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przygotowywanej przez MEN (jak zwykle min.Berdzik!) zmianie ustawy o systemie oświaty "kuratoryzm-oświatyzm" będzie jeszcze mocniejszy - pańcie wizytatorki&ewaluatorki będą mogły do szkoły na lekcje wpadać bez uprzedzenia w dowolnej chwili, a dyrektor, który nie zrealizuje ich poleceń w ciągu trzech miesięcy zostanie z mocy prawa wywalony na zbity pysk z posady !!! :-(

      Usuń
  3. Witam Pana Profesora po dłuższym czasie, jako, że okres przedświąteczny wypełniony był długimi szkoleniami SORE i agresywną kampanią wyborczą, która miała niestety także miejsce w mojej szkole, wbrew zapewnieniom kuratorium, że tak nie jest. Z okazji Nowego Roku chcę serdecznie podziękować, że Pan Profesor broni Oświaty przed oświatyzmem, jak to ujął pan Rafał w swoim komentarzu i życzyć sił i aby Pan nie zrażał się krytyką urzędasów! Pomysł MEN "jeden podręcznik, reszta do kosza" ściągnięty chyba z Chin okresu rewolucji kulturalnej. Wszyscy po równo i to samo ... 25 lat temu stawiałam pierwsze kroki w szkole jako pełna entuzjazmu nauczycielka. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co to ewaluacja zewnętrzna, nieufni wizytatorzy, patrzący wszystkim nauczycielom na ręce. Nie wiedziałam, że ważniejsze od działania, ważniejsze od spraw dydaktyczno-wychowawczych jest ich dokumentowanie i to wg zasad ściśle określonych przez urzędników kuratorium, i im tylko zrozumiałych. Tak samo jak nie wiedziałam, że darmowy obiad serwowany w styropianowych pudełkach w ramach szkoleń SORE, po to chyba, żeby zamknąć usta nauczycielom, objęty jest tajemnicą rady! Przyjęło się już u nas hasło "tajemnica kotleta"... "Sore" to po angielsku "drażliwy, obolały" więc zaciskamy zęby wierząc, że to w końcu kiedyś się zmieni, nastąpi "ozdrowienie". Bo jak nie to Panie Profesorze kotlet, albo raczej kompletny klops! Z pozdrowieniami - nauczycielka z prowincji

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.