piątek, 31 października 2014

Czy "Holy Wins" przezwycięży "Halloween"?


Jak informuje Wikipedia: "Halloween – zwyczaj związany z maskaradą i odnoszący się do święta zmarłych, obchodzony w wielu krajach w wieczór 31 października, czyli przed dniem Wszystkich Świętych i Dniem Zadusznym . Odniesienia do Halloween są często widoczne w kulturze popularnej, głównie amerykańskiej. Halloween najhuczniej jest obchodzony w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Irlandii i Wielkiej Brytanii. Mimo że dzień nie jest świętem urzędowym, cieszy się po święcie Bożego Narodzenia największą popularnością[1]. Święto Halloween w Polsce pojawiło się w latach 90. Głównym symbolem święta jest wydrążona i podświetlona od środka dynia z wyszczerbionymi zębami. Inne popularne motywy to duchy, demony, zombie, wampiry, czarownice, trupie czaszki itp."

Zbliża się jedno z najważniejszych, a zarazem najboleśniejszych Świąt, w naszym kraju, jakim jest Święto Zmarłych. Tymczasem w polskich przedszkolach i szkołach coraz silniej zadomawia się obcy kulturowo zwyczaj, który poprzedza ciszę nad ludzkimi grobami. W jakże silnym konflikcie ról znaleźli się rodzice, których dzieci uczęszczające do placówek oświatowo-wychowawczych poddawane są presji nowych zwyczajów.

Co mają czynić rodzice, kiedy dziecko zapowiada chęć uczestniczenia w maskaradzie, zabawach, zwyczajach, które opanowały także edukację? Nie puścić dziecka do szkoły? Nie pozwolić mu się przebrać w kota, psa, Harry'ego Pottera, ducha czy inną postać? Czy rzeczywiście jest ten zwyczaj traktowany w naszych przedszkolach i szkołach jako święto satanistów? Czy jest to bardziej forma niż pragnienie przeżycia śmierci, okazania swojej bezsilności wobec niej? Czy może mamy tu do czynienia z kolejną z wykreowanych przez globalne korporacje popkulturową postawą, która nakręca sprzedaż kiczowatych strojów i dodatków do nich?

Co oznacza w dzisiejszych, polskich przedszkolach i szkołach to drwienie sobie z śmierci, bawienie się jej symbolami? Jak to jest możliwe, że z jednej strony, w związku z pogańskimi źródłami Halloween spotyka się ono z krytyką przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego, prawosławnego, episkopalnego i luterańskiego oraz innych kościołów protestanckich, a z drugiej strony prowadzący w szkołach lekcje religii katecheci nie są w stanie wpłynąć na zajęcie jednoznacznej postawy wobec tego zwyczaju?

Ks. Jarosław Cielecki pisze m.in.: Dla satanistów jest to najważniejsze święto, tzw. noc czarnych mszy, wierzą, że szatan ma wtedy szczególną moc, oddają cześć demonom i złym, potępionym duszom, palą wówczas ogniska i składają ofiary ze zwierząt, a nawet z ludzi, szczególnie z małych dzieci. Obchodzenie Halloween nastawia na zainteresowanie duchami, ukierunkowuje na szatana i duchy nieczyste. Skutki udziału w tych praktykach mogą być zaskakujące i przerażające z uwagi na to, że uczestniczą w nich najmłodsze dzieci i to właśnie w nie jest najłatwiej uderzyć. Są to drogi otwarcia się na złego ducha, który potem „krąży jak lew, aby móc pożreć”. Dziecko otwiera się na wizje świata nadprzyrodzonego, wchodzi w świat czarów, a pojęcie śmierci kojarzy z balem. Często doznaje później nocnych koszmarów i lęków. Dlatego Halloween nie powinno się traktować jako żartu i dobrej okazji do balu przebierańców, ponieważ wpływa negatywnie na dziecko i tak naprawdę uderza w jego psychikę, niszczy poczucie bezpieczeństwa, zabiera pokój i – co najgorsze – otwiera na działanie szatana.
Czy osadzanie się i utrwalanie tej obyczajowości w placówkach oświatowych nie jest porażką nie tylko edukacji religijnej, ale i historycznej? Jaką rolę spełnia nauczyciel religii w polskich szkołach? Dlaczego obciąża się sumienia rodziców i ich dzieci, jeśli - świadomi bezradnej obecności w szkole katechety - szyją czy kupują swoim pociechom stroje? Kim jest katecheta w szkole, skoro balują w niej duchy?

Episkopat Polski apeluje do katechetów, by promowali cechy katolickich świętych i "zapoznawali uczniów z pięknymi i wartościowymi inicjatywami": Plejadą Świętych, Nocą Świętych czy Korowodem Świętych. Zaledwie garstka dyrektorów szkół i katechetów chce, by dzieci upamiętniały Świętych przebierając się za nich, a nie za dynię czy ducha. Czy Halloween przegra z "Holy Wins" ("Święty zwycięża") w sytuacji, gdy Komisja Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski nie promuje nawet polskiej nazwy dla tej formy świętowania, a katecheci uciekają ze szkół na zwolnienia lekarskie? Nie dotyczy to wszystkich szkół, bowiem Dariusz Chętkowski opublikował felieton na temat tego, jak w XXI LO w Łodzi uczniowie mają przebrać się za Świętych, a nie za wydrążone dynie.

Mamy za sobą ustrój świecki, w którym narzucano polskiemu społeczeństwu - na szczęście nieskutecznie - tzw. światopogląd naukowy, komunistyczny, laicki tępiąc gdzie i jak tylko się dało religię jako rzekome "opium dla ludu". Naród upomniał się o powrót wartości chrześcijańskich, chociaż w istocie były one obecne w jego codziennym życiu, także tym podziemnym. Wartości te zostały zapisane nie tylko w Konstytucji Rzeczypospolitej, ale także w Ustawie o systemie oświaty.

Na jakiej zatem podstawie aksjonormatywnej pozwala się na szerzenie w oświacie praktyk, które z tymi wartościami nie tylko nie mają nic wspólnego, ale i je deprecjonują? Jak ktoś chce uprawiać satanizm we własnym domu, to niech to sobie czyni. Dlaczego jednak w przedszkolach i szkołach wprowadza się jako obowiązujący zwyczaj ten, który jest obcy chrześcijańskim wartościom i kulturze cywilizacji Zachodu? Czyż nie narusza się w ten sposób dobrych i ukonstytuowanych prawnie obyczajów?


W Polsce trwa coraz bardziej zacięta walka polityczna między lewicą, liberałami a konserwatystami. Wartości chrześcijańskie zostały jednak wpisane do wspólnego mianownika kultury i oświaty w naszym państwie. Czym innym jest zatem walka z patologią w każdym ze środowisk, także w kościelnym, a czym innym jednak upowszechnianie tradycji i zwyczajów, które w żadnej mierze z polską kulturą nie mają nic wspólnego. Jeśli lewica z neoliberałami chcą państwa laickiego, to niech to ogłoszą publicznie Manifestem PKWN nr II (tu świetnie nadaje się do tego poseł J. Palikot), żeby Polacy wiedzieli, jaka obowiązuje w naszym kraju "nadbudowa" i niech zmienią Konstytucję oraz Ustawę o systemie oświaty.

Jest jeszcze trzecie wyjście - droga islamskiego dżihadu, który odnawia konflikt pomiędzy światem muzułmańskim a cywilizacją zbudowaną na podwalinach chrześcijaństwa. Nie muszę polecać lektur dotyczących państwa świeckiego i ideologii socjalistycznej, bo tej mamy aż nadmiar w naszych bibliotekach, a już pojawiają się jej nowe wersje pod innym przykryciem. Mogę natomiast polecić znakomitą monografię Roberta Spencera pt. Niepoprawny politycznie przewodnik po islamie i krucjatach (tłum. Maria Jaszczurowska, Warszawa 2014). Zawsze mamy wybór życia i działania z kimś i dla czegoś lub przeciw czemuś i komuś. Pytanie jest jednak aktualne - jaki system wartości ma być podstawą dla procesu kształcenia i wychowania w świetle powyższych procesów?





czwartek, 30 października 2014

MEN w ruchu


Kiedy dziennikarze ogólnokrajowej prasy podnieśli w artykule kwestie braku boisk i sal gimnastycznych w wielu szkołach, przypomniała mi się słynna wypowiedź b. propagandzisty PRL - Jerzego Urbana, że "rząd się wyżywi".

Istotnie. Każdy rząd, czy to w PRL, czy w III RP nie tylko dobrze się wyżywi, ma zapewnioną opiekę zdrowotną bez jakichkolwiek kolejek do najlepszych specjalistów, ale też ... zatroszczy się o własne zdrowie i kondycję fizyczną członków rodzin. Redaktorki "Dziennika. Gazeta Prawna" piszą: Dopóki jest ciepło, dzieci mają zajęcia na boisku, kiedy pada deszcz, lekcji WF nie ma, bo brakuje sal. Nie ma boisk, nie ma sal gimnastycznych. Za to wszędzie jest za dużo klas 818 szkół, czyli prawie 8 proc. skontrolowanych w ubiegłym roku przez Główny Inspektorat Sanitarny, w ogóle nie jest przygotowanych na prowadzenie zajęć wychowania fizycznego. Wielu rodziców zna ten problem z relacji swoich dzieci.

Pamiętamy, jak to 11 grudnia 2013 r. ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska mówiła z wielką troską w czasie konferencji prasowej w MEN: Największą obawą rodziców jest kwestia przygotowania szkół. Jestem przekonana, że zdecydowana większość szkół w Polsce jest już przygotowana, ponieważ w 90% spośród nich są już sześciolatki. Jednocześnie szanuję obawy rodziców, ponieważ sama musiałam taką decyzję podjąć. Dlatego, aby zminimalizować obawy rodziców, należy jak najlepiej wykorzystać czas do 1 września 2014 r. Słowo się rzekło, a dzieciom się bekło.

Wszystkie szkoły, jak nie były przygotowane, tak nie są, a co gorsza, nawet w tak podstawowej infrastrukturze, która dotyczy wszystkich uczniów, a nie tylko sześciolatków, mamy do czynienia z wieloletnimi zaniedbaniami. Najlepszym wskaźnikiem hipokryzji władzy jest to, że minął rok szkolny 2013/2014, który ministra edukacji - Krystyna Szumilas ogłosiła mianem: "Szkoła w ruchu". Szkoła może i była, ale w kiosku "Ruchu".


Niech MEN poinformuje społeczeństwo komu i jaką kasę zaoferowało za wykonanie i zamieszczenie na swojej domenie kolejnej kiczowatej, pełnej banalnych informacji "Mapy szkół i przedszkoli w ruchu". Kliknijcie na tę mapkę, a zobaczycie - na co wydaje się w Polsce publiczne pieniądze.

Cytuję losowo wybrany opis udziału jednej ze szkół w tej akcji:

W ramach realizacji zadania z obszaru 2 w dniu 3.02.2014r odbyła się w klasie IV lekcja dotycząca sportów zimowych, a jej tematem były "Zabawy na śniegu. Konkurs w zjeździe na jabłuszkach", gdzie dzieci miały okazję spożytkować swoją energię i poćwiczyć na śniegu. Lekcja bardzo się uczniom podobała, a konkurs wzbudził wiele emocji i radości. Kolejną lekcją były zajęcia o tematyce "Piłka nożna - współzawodnictwo w grze", które odbyły się w dniu 14.03 w klasie V-VI. Uczniowie doskonalili technikę i taktykę gry w piłkę nożną dbając o bezpieczeństwo podczas wykonywania ćwiczeń oraz rozegrali krótki mecz, który wzbudził wiele pozytywnych emocji. Na zajęciach sportowych często doskonalimy elementy piłki nożnej ponieważ przygotowujemy się do meczu piłki w kwietniu i zawodów w piłce nożnej w maju. W ramach akcji pani od wychowania fizycznego organizowała również w naszej szkole 2 razy w tygodniu roztańczone przerwy, gdzie mieliśmy okazję poznać proste kroki aerobiku i wykazać się własną inwencją twórczą w tworzeniu układów tanecznych. roztańczone przerwy cieszyły się dużą popularnością, a uczniowie byli bardzo zadowoleni i roześmiani biorąc w nich udział."

Doprawdy DOKONANIA NA MIARĘ MEN. Jak może być w szkołach dobrze, kiedy toleruje się takie banały? Czyżby akcyjność stała się trwałym syndromem urzędniczej mentalności "homo sovieticus" w MEN?


Także resort sportu miał w 2013 r. na propagowanie aktywności fizycznej wśród najmłodszych 70 mln zł. Na co zostały wydane? Na propagandę, bo przecież sal gimnastycznych dzieciom nie wybudowano, podobnie jak boisk szkolnych. Natomiast narzeka się na otyłość naszych uczniów, na zwolnienia z wychowania fizycznego itp. A jak mają się nie zwalniać, skoro lekcje odbywają się na korytarzach szkolnych z zawiązanymi ustami, by nie przeszkadzali innym uczniom w klasach szkolnych. Już nie pamiętamy, że w budżecie powyższego resortu na rok 2013 nie znalazły się środki na dalsze prowadzenie programów Moje Boisko - Orlik? Nie było natomiast problemu z ponad milionowymi premiami dla szefów spółki Euro 2012.


Tymczasem... minister edukacji zadbał o to, by 140 pracowników MEN - wraz z 45 osobami towarzyszącymi powyżej 15 roku życia, 25 osobami towarzyszącymi do lat 15, a uprawnionymi do korzystania tylko z basenu i dla 5 osób towarzyszących do lat 15, a uprawnionych do korzystania z minimum 3 usług - nauka tańca, sztuki walki, basen - miało zabezpieczone dla siebie i swoich bliskich nieodpłatne świadczenie im usługi dostępu do obiektów sportowo-rekreacyjnych. W stosownym przetargu zapewnili sobie: (...) zapewnieniu dostępu do różnorodnych usług sportowo-rekreacyjnych, świadczonych przez obiekty sportowo-rekreacyjne w ramach pakietu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, o wartości nie mniejszej niż 200.000,00 zł brutto (dwieście tysięcy złotych) każda. W przypadku usług nadal wykonywanych lub ciągłych, wartość zrealizowanej usługi do dnia składania ofert w przedmiotowym postępowaniu nie może być mniejsza niż 200.000,00 zł brutto.

To oznacza, że nie tylko premier haratał w gałę, ale i pracownicy MEN, po męczącym dniu urzędowania mogą nieodpłatnie korzystać z usług sportowo-rekreacyjnych. Jak dzieciom w szkołach ma być dobrze, skoro pracownikom MEN jest tak dobrze?




środa, 29 października 2014

Wszyscy czytamy wybitny doktorat z nauk o zarządzaniu


Od kilku tygodni toczy się w Internecie, prasie i telewizji, ale także na Uniwersytecie Warszawskim debata publiczna na temat obronionej dysertacji doktorskiej przez prezesa Business Centre Club (BCC) Marka Goliszewskiego. Tytuł tej wiekopomnej dysertacji brzmi: "Wpływ sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze".

Nie ukrywam, że gdyby ta praca miała być przedmiotem otwarcia przewodu, a nie jego zamknięcia, to jej autor wraz z promotorem nie mieliby żadnych szans w Radzie Wydziału mojej Akademii na zatwierdzenie jej tytułu. Wystarczy przejrzeć tę pracę, a nie trzeba być absolwentem studiów z nauk o zarządzaniu, by dostrzec fundamentalny błąd, na jaki kilkadziesiąt lat temu zwracali mi uwagę metodolodzy i logicy z Uniwersytetu Łódzkiego. Jest nim mianowicie - niezbadanie przez doktoranta wpływu , chyba że traktuje on ów proces na zasadzie "badania" wpływu księżyca na ciążę mszyc? Pogratulować.

Nie wypowiadam się merytorycznie, gdyż nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i dyscyplinie naukowej, ale moi doktoranci powinni dostrzec w tej pracy kardynalne błędy w przypisach, które świadczą o niechlujstwie, braku przestrzegania podstawowych zasad warsztatowych.

Tak więc, mieliśmy już najczęściej czytany i recenzowany przed wydaniem "ele-mele-MEN-tarz", którego jakość woła o pomstę do Nieba, to teraz pojawiła się powyższa rozprawa doktorska. Studenci urządzili już jej publiczne czytanie, a otwarty dostęp do jej zawartości sprawia, że mamy tak transparentny przewód doktorski na pierwszy stopień naukowy.

Nie wszyscy w naszym społeczeństwie wiedzą i rozumieją, że praca doktorska powstaje pod kierunkiem samodzielnego pracownika naukowego w stopniu doktora habilitowanego lub posiadającego tytuł naukowy profesora. Nie jest to zatem samodzielna rozprawa, tylko przygotowana pod opieką doświadczonego badacza. Nic dziwnego, że jej pozornie główny bohater może bez poczucia winy co do kumoterstwa i konfliktu interesów mówić: Cieszę się, że o tym się mówi.



Zgodnie z treścią ustawy o stopniach naukowych ... tego typu praca (art.13 ust.1) „ …powinna stanowić oryginalne rozwiązanie problemu naukowego lub oryginalne dokonanie artystyczne oraz wykazywać ogólną wiedzę teoretyczną kandydata w danej dyscyplinie naukowej lub artystycznej oraz umiejętność samodzielnego prowadzenia pracy naukowej lub artystycznej” oraz (art.13 ust.2) „…może mieć formę maszynopisu...". Nie ulega wątpliwości, że kryterium "maszynopisu" zostało spełnione. O tym jednak, czy miało miejsce spełnienie podstawowego wymogu, jakim jest rozwiązanie oryginalnego problemu naukowego, zadecyduje Rada Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Kandydat do stopnia doktora musiał wcześniej złożyć odpowiednie egzaminy i obronić swoją rozprawę przed powołaną przez Radę Wydziału komisją doktorską. W dniu dzisiejszym jednak zbierze się Rada Wydziału Zarządzania, której członkowie podejmą w tajnym głosowaniu, zapewne po długiej i burzliwej dyskusji, uchwałę o nadaniu lub odmowie nadania stopnia naukowego doktora panu Markowi Goliszewskiemu. Ciekawe, czy członkowie tej Rady odniosą się do publicznie analizowanych już zarzutów o naruszeniu przez promotora i recenzentów akademickiej etyki i dobrych obyczajów w nauce. Konwent Rzeczników Dyscyplinarnych, który przejął właśnie powinności dotychczasowego Zespołu ds. Dobrych Praktyk Akademickich uznał, że w tym przypadku doszło do konfliktu interesów. Wypowiedziała się też publicznie na ten temat pani minister prof. Lena Kolarska-Bobińska, co wcale nie przeszkodziło niektórym profesorom także w mediach bronić albo promotora, albo recenzentów, albo doktoranta. Jak widać, niektórzy postanowili ich wspierać.



wtorek, 28 października 2014

JUBILEUSZ POLSKIEGO STOWARZYSZENIA NAUCZYCIELI TWÓRCZYCH


Niestety, liczne obowiązki uniemożliwiły mi osobisty udział w Jubileuszu - Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Twórczych, którego siedziba znajduje się w Szczecinku, a jego prezesem jest prof. dr Leszek Pawelski. Na szczęście otrzymałem komunikat z rocznicowego sympozjum, którym dzielę się z czytelnikami:

Zarząd Krajowy Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Twórczych z siedzibą w Szczecinku niezwykle uroczyście podsumował tegoroczne obchody X-lecia PSNT. Przypomnijmy, Stowarzyszenie powstało w maju 2004 roku w Jeleniej Górze, działa na podstawie Statutu na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej. Jego prezesem jest prof. dr Leszek Pawelski, wiceprezesem dr Marek Kazimierowicz, sekretarzem i rzecznikiem prasowym – mgr Bogdan Urbanek.

W skład ścisłego kierownictwa PSNT wchodzą również – prof. zw. dr hab. Kazimierz Wenta, prof. dr hab. Piotr Oleśniewicz, dr Krzysztof Zajdel, mgr Alina Antoniak-Czajka i mgr Piotr Skoczylas. Honorowym Prezesem PSNT jest wybitny polski dydaktyk, prof. zw. dr hab. dr h. c. multi Kazimierz Denek, profesorską kadrę PSNT współtworzą również tak znani naukowcy jak m.in. – prof. prof. Czesław Banach, Bogusław Śliwerski, Marian Kopczewski, Anna Karpińska, Pola Kuleczka, Jolanta Szempruch, Jan Grzesiak, Halina Guła-Kubiszewska.

Wśród członków PSNT są znani z wielu osiągnięć dydaktycznych, naukowych i badawczych profesorowie, nauczyciele akademiccy, członkowie edukacyjnych zespołów zadaniowych PAN, eksperci MEN ds. awansu zawodowego nauczycieli, rzeczoznawcy oraz konsultanci wydawnictw edukacyjnych i centrów doskonalenia nauczycieli, autorzy podręczników oraz przewodników metodycznych dla nauczycieli, innowacyjnych programów autorskich, metodycy, kadra kierownicza i oczywiście nauczyciele szkół wszystkich typów.

(fot. Referat wygłasza prof. zw. dr hab. Kazimierz Denek dr h.c.)

Do najbardziej prężnych ośrodków regionalnych zaliczane jest Pomorze Zachodnie i Środkowe, Wielkopolska, Dolny Śląsk, Małopolska, Kujawy. Twórczym nauczycielom szczególnie zależy na tym, by stworzyć zespół najbardziej kreatywnych przedstawicieli nauczycielskiego zawodu, rozwijać i doskonalić ich wiedzę oraz umiejętności, tworzyć projekty służące rozwojowi edukacji i nauk pedagogicznych, upowszechniać twórcze doświadczenia nauczycieli nowatorów. Stąd też, zgodnie z wymogiem statutowym, do PSNT nie można się zapisać, jest się doń zapraszanym.
Od 2006 roku PSNT wydaje naukowe monografie, będące autorskim zbiorem tekstów z różnych środowisk od uniwersytetu do przedszkola, poświęconych dydaktyce i wychowaniu, metodyce kształcenia, ewaluacji w edukacji, innowacyjności, zajęciom pozaszkolnym i pozalekcyjnym itp. Dotychczas w oficynie wydawniczej PSNT ukazało się 12 wspomnianych monografii.

PSNT wchodzi w skład edukacyjnego krajowego zespołu konsultacyjnego, jego członkowie okresowo recenzują i opiniują akty prawne i propozycje programowe rządu i resortu edukacji oraz szkolnictwa wyższego (często krytycznie, choć jeżeli – to zawsze konstruktywnie). Opiniowano m.in. podstawę programową nauczania w szkolnictwie podstawowym, gimnazjalnym i licealnym, zmiany do Karty Nauczyciela, kanon lektur szkolnych, rządowy raport „Młodzi 2011”.


(fot. Referuje prof. dr Leszek Pawelski, w I rzędzie prof. K. Denek)

Leszka Pawelskiego i Bogdana Urbanka zaproszono także do prac Zespołu Dydaktyki Ogólnej działającego pod auspicjami Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Twórczy nauczyciele pracujący w szkołach, uniwersytetach i uczelniach pedagogicznych, ośrodkach naukowo-badawczych i centrach edukacyjnych całego kraju, rokrocznie publikują ponad tysiąc rozpraw, monografii, książek, raportów, analiz i artykułów. Członkowie PSNT od lat aktywnie uczestniczą w licznych ogólnopolskich i międzynarodowych konferencjach, seminariach i sympozjach naukowych poświęconych edukacji, m.in. „Edukacja jutra”, „Ewaluacja i innowacje w edukacji”, „Edukacja w dialogu i perspektywie”. Zarząd Krajowy PSNT udanie zadebiutował w tym gronie, organizując ogólnopolską konferencję naukową „Edukacja regionalna – wokół małych Ojczyzn”, która obradowała we wrześniu 2011 roku w Szczecinku i Bornem Sulinowie.

Uroczystość wieńcząca tegoroczny Jubileusz PSNT odbyła się 22 października 2014 roku w szczecineckim Ratuszu. Uczestniczyli w nich przedstawiciele władz samorządowych Szczecinka, Burmistrz Jerzy Hardie-Douglas oraz Starosta Krzysztof Lis, radny Sejmiku Zachodniopomorskiego Adam Wyszomirski, Zachodniopomorski Wicekurator Oświaty Krzysztof Rembowski.


Grupę najbardziej zasłużonych członków oraz sympatyków PSNT wyróżniono odznaczeniami. Medalem Brązowym „Za Zasługi dla Obronności Kraju” udekorowano Leszka Pawelskiego, Złotą Honorową Odznakę Gryfa Zachodniopomorskiego otrzymał Marian Kopczewski, a Srebrną – Alina Antoniak-Czajka. Medale Honorowe „Za Zasługi dla PSNT” wręczono – Jerzemu Hardie-Douglasowi, Krzysztofowi Lisowi, Adamowi Wyszomirskiemu, Alinie Antoniak Czajce, Marii Sobieszczyk, Jolancie Szempruch, Katarzynie Wojciechowskiej, Tadeuszowi Grygo, Markowi Kazimierowiczowi, Maciejowi Polakowi, Romanowi Reszcie, Andrzejowi Rudnikowi, Piotrowi Skoczylasowi, Stefanowi Szałachowi, Krzysztofowi Zajdlowi, Kazimierzowi Zyberowi oraz pośmiertnie – Burmistrzowi Szczecinka w latach 1990-2005, posłowi nas Sejm III, V i VI kadencji, Marianowi Tomaszowi Golińskiemu, medal odebrała żona, Jolanta Golińska.

Prowadzący uroczystość sekretarz Zarządu Krajowego PSNT Bogdan Urbanek. odczytał okolicznościowe posłania i adresy, które nadesłali m.in. JE Kardynał Zenon Grocholewski z Watykanu, Metropolita Krakowski, JE Kardynał Stanisław Dziwisz, przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN prof. zw. dr hab. dr h. c. Bogusław Śliwerski, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz.

Prezes Zarządu, Leszek Pawelski, przedstawił rys historyczny 10 lat działalności PSNT, a Prezes Honorowy Stowarzyszenia, Profesor Kazimierz Denek – wygłosił wykład nt. Potrzeby naszej edukacji. X-lecie PSNT uświetniła Jubileuszowa Księga „Twórczość-Kreatywność-Nauczyciel” pod naukową redakcją Leszka Pawelskiego i Bogdana Urbanka, które zdobią teksty wielu wybitnych profesorów belwederskich oraz członków Stowarzyszenia. Niewątpliwą ozdobą tej ważnej dla środowiska twórczych nauczycieli uroczystości był także występ zespołu kameralnego Państwowej Szkoły Muzycznej I i II st. im. Oskara Kolberga w Szczecinku.

Bogdan Urbanek - Sekretarz Zarządu Krajowego, rzecznik prasowy PSNT


Bardzo dziękuję za ten Komunikat. Pragnę zaznaczyć, że w imieniu Prezydium Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN przekazałem Władzom Zarządu Krajowego PSNT List Gratulacyjny następującej treści:

Wzmacniacie Państwo wspólną uroczystość w wyjątkowy sposób, bowiem pracą twórczą, której najlepszym przejawem jest towarzysząca debata naukowo-oświatowa z referatem znakomitego pedagoga prof. zw. dr hab. Kazimierza Denka dr h.c. na temat rodzimej edukacji. Jubileusz ma zatem nie tylko temporalny charakter, ale staje się okazją do spojrzenia na dotychczasowe dokonania środowiska twórczych nauczycieli, docenienie ogromu pracy, zaangażowania, poświęceń każdego z członków Stowarzyszenia, by możliwe było zarazem doświadczanie zasłużonej satysfakcji i radości z osiągniętych celów.

Życzę PSNT dalszej profesjonalizacji i podejmowania zaszczytnych zadań dla dobra oświatowej wspólnoty, które będą zarazem wzmacniać spójność, współpracę, współodpowiedzialność, solidarność i dowartościowywać twórczą aktywność nauczycieli. Realizowana przez PSNT misja edukacyjna na rzecz innowatyki pedagogicznej, wrażliwość postaw i oryginalność w podejściu do kształcenia oraz wychowania młodych pokoleń stają się w naukach o wychowaniu oraz praktyce także istotnym wkładem w dorobek i inspiracje dla kolejnych pokoleń nauczycieli oraz naukowców.

Życzę Państwu dalszych sukcesów, wytrwałości i kreatywności w podnoszeniu na jak najwyższy poziom polskiej edukacji. Z wyrazami głębokiego szacunku i uznania.

poniedziałek, 27 października 2014

Polskę może uratować przed bankructwem innowacyjność Polaków a nie PR rządzących



Taką tezę przedstawił na XIII Sympozjum Tarnogórskim pan dr hab. Krzysztof Rybiński, prof. i zarazem rektor prywatnej uczelni "Vistula". Co to ma wspólnego z edukacją? Bardzo wiele.

Przywołam jednak najpierw główne tezy referatu tego ekonomisty, który powoływał się na międzynarodowe raporty na temat innowacyjności państw świata. W świetle nich przychody naszego kraju z działalności innowacyjnej są z każdym rokiem niższe, mimo że wzrastają środki budżetowe i unijne na innowacyjność. Z czego to wynika? Sam wielokrotnie pisałem o tym w blogu. Otóż duże środki finansowe na rozwój innowacyjności w różnych sektorach funkcjonowania naszego kraju są wynegocjowane w odpowiednich komisjach UE przez naszych polityków, europosłów, ale - jak się okazuje - częściowo także po to, by pod szczytnymi hasłami zbijać na nich własny kapitał czy rozwijać biznes swojego środowiska politycznego. Co z tego, że jako kraj otrzymujemy miliardy euro, skoro efektywność ich wydatkowania nie podlega rzetelnemu ich rozliczeniu. Nie wyciąga się konsekwencji od osób, które konsumują unijne pieniądze na etaty i etaciki, hotele i hoteliki, restauracje i cateringi, na reklamy, internetowe mapki, gadżety, spoty itp.?

Jak czytam wypowiedź ministry nauki i szkolnictwa wyższego prof. Leny Kolarskiej-Bobińskiej, że z budżetu resortu nauki zamierza wydać miliony złotych na popularyzację osiągnięć naukowych, to zastanawiam się, w jakim żyję kraju? Czy rzeczywiście trzeba w ten sposób wspierać rzekomy obowiązek publikowania i udostępniania przez badaczy wyników własnych badań naukowych?

Minister stwierdza: Myślę jednak, że trzeba pójść krok dalej: zobowiązywać ich nie tylko do publikowania, ale też do upowszechniania, czyli nagradzać za rozmowy z dziennikarzami i publikowanie artykułów w prasie . Ta zdumiewająca decyzja ministry wywołuje w Internecie, gdzie jednak jest więcej odwagi do wyrażania rzeczywistych poglądów, lawinę ironicznej krytyki.

Powracam zatem do referatu dra hab. K. Rybińskiego, który stwierdził, że Polskę cechuje najmniejszy wskaźnik innowacyjności. Znaleźliśmy się wśród najmniej innowacyjnych państw, na 49 miejscu, a więc w tzw. rankingu wstydu . Przed nami są takie kraje jak Rumunia (48 miejsce) i Bułgaria (41 miejsce). Polska jest też na 110 miejscu w świecie wśród państw nieefektywnie wydających pieniądze publiczne na innowacyjność między innymi dlatego, że marnujemy nasze aktywa, które miały ją stymulować. My je po prostu konsumujemy, "zżeramy własny ogon".

Zgadzam się z referującym ekonomistą, że zniszczyliśmy innowacyjność przez ostatnie lata, gdyż nomenklaturowe sępy wzmocniły postawy klientelizmu. Bierze się unijną kasę, by ją wydać pod pozorem innowacyjności. Papier jest cierpliwy a niektórzy z recenzentów projektów skorumpowani. Teraz znowu czekają w blokach startowych, by "zeżreć" kolejne miliardy.

niedziela, 26 października 2014

Sześciolatki w toksycznej szkole


(źródło: IMG_8069848615339.jpeg)




W mijającym tygodniu finalizowały swoje studia egzaminem magisterskim dwie moje magistrantki z Wydziału Pedagogicznego Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Obie od dwóch lat już pracują - jedna w przedszkolu, a druga w szkole. Mogłoby się wydawać, że jak ktoś składa egzamin w październiku, to zapewne należy do najsłabszych studentów. Błąd albo stereotyp. Jedni wolą, a inni muszą jeszcze dopracować własną pracę dyplomową. Jednym się spieszy, by ukończyć studia w terminie, a innym nie, gdyż mają zupełnie inne plany np. związane z wyjazdem do innego kraju.

Coraz częściej jest tak, że stacjonarni studenci włączają się do zawodu nauczycielskiego czy terapeutycznego dzięki uczęszczaniu na praktyki pedagogiczne do placówek oświatowo-wychowawczych. Egzamin magisterski jest ukoronowaniem ich studiów, ale także znakomitą okazją dla wydziałowej komisji do wspólnej rozmowy, dialogu, kiedy magistranci odpowiedzą na protokołowane pytania formalne, akademickie.

Tak też stało się i teraz. W toku poegzaminacyjnej rozmowy z absolwentką studiów okazało się, że jest nauczycielką wspierającą w liczącej ok. 700 uczniów w jednej ze szkół podstawowych w stolicy. Już z liczby uczniów wynika, że jest to szkoła publiczna. Ze względu na jej lokalizację, gdyż znajduje się na dużym osiedlu, szkoła prowadzi kilka oddziałów dla pierwszoklasistów, przy czym udało się ich rozdzielić zgodnie z wiekiem do monogamicznych struktur klasowych. Tak więc, są osobne klasy pierwsze dla sześciolatków, osobne klasy pierwsze dla siedmiolatków i osobne klasy "zerowe" (status oddziałów przedszkolnych) dla sześciolatków.

To, co dzieje się od początku września, woła o przysłowiową pomstę. Sześciolatki nie są dojrzałe do uczęszczania do szkoły, która nie jest do tego odpowiednio przygotowana i być nie może. Nie wystarczy bowiem wydzielić na najwyższym piętrze budynku jego część, która będzie zarezerwowana tylko dla maluchów, gdyż - czy tego chcemy, czy nie - muszą one przebywać w gmachu niedostosowanym do psychiki jeszcze niedojrzałego emocjonalnie i społecznie dziecka. Wielki, obskurny, nieestetyczny z zewnątrz i wewnątrz gmach odstrasza dzieci, a wchodząc do szkoły natrafiają na nieprawdopodobny hałas na korytarzu szkolnym.

Jeszcze kilka miesięcy temu pięciolatki uczęszczały do przedszkoli, których budynki są małe, wejście do nich przyjazne, niemalże domowe, a korytarze i sale do zajęć znajdują się w bliskiej odległości, toteż nie ma problemu z przejściem z jednej grupy do drugiej w sytuacji nagłej epidemii i konieczności połączenia zespołów dziecięcych. Przedszkolaki po prostu znają się nawzajem, wiedzą, które dziecko jest z której grupy. Nie odczuwają lęku przed obcością, bo te placówki mają strukturę willową, wielorodzinnego domu. Każda sala do zajęć jest zupełnie inaczej urządzona, wyposażona, w ciepłym kolorze ścian, z ergonomicznymi mebelkami i pełna zabawek, gier dydaktycznych, pomocy do indukcyjnego poznawania świata.

Proszę zajrzeć do wielkich szkół publicznych, liczących ponad 300 uczniów, a przekonacie się państwo, jak w takich molochach mogą czuć się maluchy, które nie są jeszcze dojrzałe psychicznie i społecznie do funkcjonowania w tak dużej i zimnej przestrzeni. Co gorsza, dzieci mają w klasach stoliki ustawione klasycznie, w rzędach, frontalnie do tablicy, nawet tej interaktywnej. Od pierwszej klasy uczą się zatem w warunkach, które są doskonałym sposobem na zniechęcanie do szkoły i uczenia się pomimo dużej serdeczności większości nauczycielek.

Kilka sytuacji z ostatnich dni w takiej szkole, które dobrze ilustrują krzywdę, jaką wyrządzono sześciolatkom (co ciekawe, nie są to jednostkowe przykłady, gdyż coraz częściej rodzice wrzucają do Fb albo memy, albo fotografie własnych pociech w tym wieku):

1) Przy wejściu do szkoły, codziennie słychać przeraźliwy płacz niektórych sześciolatków, które boją się wejścia do budynku i pozostania w nim przez pół dnia. Płacz - jak mówią sami rodzice - spowodowany jest lękiem, czy aby nie zostaną w tej przestrzeni same, czy rodzice przyjdą po nie, by zabrać do domu? Moja studentka opowiadała jak od 6 tygodni niektórzy rodzice muszą wprowadzać za rękę swoje dziecko na II piętro szkoły, bo inaczej nie uda się ono ani ze swoimi rówieśnikami, ani nawet z nauczycielką do własnej klasy;

2) Zdarza się, że niektóre sześciolatki udając się do toalety (z której korzystają przecież także uczniowie innych, starszych klas) nie chcą do niej wejść, tak silny mają lęk przed obcością, różnicą wieku czy brakiem estetyki i warunków higienicznych (np. brak papieru toaletowego). Są dzieci, które mówią, że za nic na świecie nie załatwią się w szkole, toteż zdarza się im moczenie (a to wzmaga poczucie wstydu i jeszcze większy lęk);

3) Dzieci absolutnie nie chcą ze sobą współpracować w klasie, gdyż co chwila jedno, drugie, trzecie itd. zabiega u nauczycielki o głaski, o przytulenie, o to, by mogło trzymać swoją panią za nogę, być blisko niej, gdyż to ona zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. To sprawia, że nauczycielki mają problem z realizacją programu kształcenia, bowiem aktywność opiekuńcza przeważa nad dydaktyczną;

4) Pojawia się panika, kiedy dzieci muszą podporządkować się akcjom całej szkoły np. próbnemu alarmowi przeciwpożarowemu. Są takie, które nie chcą wyjść z klasy, nie rozumieją, dlaczego miałyby uciekać drogą ewakuacyjną, itp.

5) Dzieci pytają w czasie przerwy o to, gdzie jest piaskownica, gdzie są huśtawki i zjeżdżalnia, gdzie mają spędzać czas wolny od zajęć, skoro szkoła nie posiada placu zabaw dla maluchów. Przed budynkiem? Na betonie?


6) nauczycielki odnotowują u dzieci bardzo niski poziom koncentracji uwagi, co utrudnia kształcenie, alfabetyzację sześciolatków. Są dzieci, które zasypiają w klasie. Są takie, które nie są w stanie odrobić pracy domowej.

Wśród 33 uczniów z dwóch klas pierwszych - po przeprowadzonych przez studentkę badaniach - okazało się, że aż 22 jest zagrożonych ryzykiem dysleksji. Wśród 11 uczniów tylko dwie dziewczynki uzyskały we wszystkich sześciu sferach: motoryce małej, dużej, funkcjach wzrokowych, językowych – ekspresji, percepcji bądź uwadze - wynik w normie. Reszta uczniów, przynajmniej w jednej ze sfer, uzyskała wynik pogranicza lub umiarkowanego ryzyka dysleksji.

Według badań profesor Marty Bogdanowicz - największe deficyty u dzieci występują w sferze percepcji językowo – słuchowej, co uniemożliwia skuteczną naukę czytania i pisania. W badaniach mojej studentki ta teza również została potwierdzona. W grupie dzieci ryzyka dysleksji u wszystkich badanych obserwuje się znaczne trudności w tej właśnie sferze. Dzieci takie mają problemy z odróżnianiem głosek w nagłosie, śródgłosie, wygłosie, przekręcają wyrazy w zdaniach oraz źle formułują swoje wypowiedzi. Dlatego też bardzo ważna jest stymulacja tej sfery oraz wdrożenie ćwiczeń logopedycznych tej sfery.

Faktem niepokojącym jest również wysoki odsetek dzieci, które maja problem z koncentracją uwagi co znacząco wpływa na ich poprawne funkcjonowanie w czasie zajęć oraz na późniejsze wyniki w nauce. Zdiagnozowane sześciolatki mają duże problemy w zakresie motoryki małej oraz dużej, źle posługują się nożyczkami oraz mają nieprawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego. Nie radzą sobie również w czynnościach samoobsługowych takich jak, zapinanie guzików czy wiązanie sznurowadeł. Stosunkowo lepiej przedstawiają się wyniki w sferze percepcji wzrokowej. Dzieci z takimi deficytami mają problemy z odwzorowywaniem nawet prostych wzorów czy szlaczków, niechętnie układają puzzle oraz klocki.

Taki los zgotowało sześciolatkom Ministerstwo Edukacji Narodowej. Na temat ulg dla dyslektyków w czasie egzaminów zewnętrznych stwierdza się, co następuje: Ministerstwo Edukacji Narodowej nie zamierza w najbliższych latach wprowadzać żadnych zmian w zasadach zdawania sprawdzianów i egzaminów zewnętrznych przez uczniów, posiadających opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej w sprawie specyficznych trudności w uczeniu się, w tym uczniów z dysleksją.

Ministerstwo uważa, że uczniom borykającym się ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się trzeba efektywniej pomagać. Dlatego też nowa podstawa programowa kładzie większy nacisk na indywidualizację procesu kształcenia i wsparcie uczniów ze specyficznymi potrzebami edukacyjnymi. MEN pracuje również nad programem, którego realizacja spowoduje skuteczniejszą niż dotychczas pomoc dzieciom mającym specyficzne trudności w uczeniu się. Będzie on polegał na wcześniejszym diagnozowaniu uczniów oraz prowadzeniu przez szkołę zajęć i organizowaniu specjalistycznej pomocy
.

Rodzice mogą sobie dzwonić na infolinię, klikać na mapkę internetową, czytać o tym, jak cudownie jest w innych szkołach (ciekawe, których?). Za kilka lat czekają ich duże wydatki na terapię i korepetycje. Co sądzą o ministrze edukacji? Na Facebooku wyrażają to politycznymi memami, które odzwierciedlają to, co naprawdę społeczeństwo sądzi o politykach oświatowych:


(źródło: .facebooku_1413231857312_resized.jpg)

sobota, 25 października 2014



Poezja jest jak ocean nieograniczonej wyobraźni i wyjątkowej wrażliwości poetów, którzy zamykają w strofach swoich wierszy fragmenty doznawanego świata. Jak pisze w tomiku-wywiadzie z poetką Julią Hartwig jej rozmówca, romanista, pisarz i podróżnik Artur Cieślar: Świat nie potrzebuje poetów – planety, oceany, góry, lasy i niebo są takiej, jakie są, i obywają się bez nich. To my, ludzie, ich potrzebujemy. Bo oni nas przebudzają słowem. Co prawda ograniczonym z natury, ale na tyle pojemnym, by zawrzeć w nim to, co podsuwa niemal nieograniczona wyobraźnia i wrażliwość. A te są prawdziwym darem. Poeci słowami malują obrazy. Tom wierszy to galeria. To zwierciadło, w którym mogą się przejrzeć nasze własne myśli. (s.5)

Tak odczytuje znaczenie poezji pisarz, który sam obdarza nas własną formą i stylistyką wypowiedzi, doznaniami świata, spotkaniami z ludźmi. Ich życie i twórczość wpisuje się przecież także w aktywność i doświadczenie pisarza. Prowadząc rozmowę z poetką A. Cieślar wydobywa na światło dzienne to, co ona sama skrywała w poetyckim języku jako wyższej formie językowego wtajemniczenia i komunikowania się z czytelnikami. Nagle, tę – jak pisze - poezję dyskretną, niehałaśliwą, skromną, uwolnioną od fajerwerków, literackich mód obudowuje fragmentarycznie rekonstruowanymi w toku rozmowy wspomnieniami Julii Hartwig, by posmakować codzienność jej życia, niejako zagościć w jej świadomości, pamięci, by zapisać i uprzystępnić nam to, co zostało w toku ich wspólnych rozmów wypowiedziane i... niestety, także autoryzowane.

Mamy więc swoistą podróż w ontogenezę istnienia poetki, którego „stacje” wyznaczają okresy życia określone jako czas przyjaźni i czas miłości, czasu podróży w czasie i podróży w przestrzeni, czas obcowania ze sztuką malarską i sztuką życia oraz wieńczącego ten tomik czas cierpienia i sensu przemijania. Odsłona biografii Julii Hartwig jest naznaczona fragmentami jej wierszy, które stały się dla prowadzącego rozmowę wyznacznikiem do dociekania kontekstów i sensu ich powstania. Przewijają się znaczące postaci nie tylko jej życia, ale także znane i cenione przez wielu z nas, chociaż z innego powodu.

To, co najbardziej urzeka mnie w treści rozmowy A. Cieślara z J. Hartwig, to przewijające się w niej, a miejscami nawet wyeksponowane drukowanymi literami, kluczowe dla pracy twórczej i autorki przesłanki oraz wartości codziennego stylu życia, jak chociażby te, że:

- Sztuka wymaga absolutnej wolności; (s.30)

- Miłość źle rozumiana, źle przeżywana potrafi być tylko przeszkodą (s. 30);

- Sukces związku dwojga ludzi zasadza się na stworzeniu dla siebie absolutnej wolności w sferze duchowej i intelektualnej; (s. 44)

- W przyjaźni poza zaufaniem ważna jest przecież wymiana. Bo drugi, bliski człowiek, przyjaciel czyni nasze życie lżejszym, ciekawszym; (s. 55)

- Nosimy szczęście w sobie. Tylko z odpowiednim dystansem możemy to dostrzec, inaczej, gdy będziemy zgnębieni, niczego nie dostrzeżemy, będziemy jak ślepce; (s. 66)

- Bo prawdziwa podróż to stykanie się z innością świata i porzucanie własnego; (s. 80)

- Myślę, że prawdziwa, to znaczy poważnie traktowana sztuka, wymaga wielkiego oddania; (s. 96)

- W warunkach cywilizowanych nie brakuje okrucieństwa innego rodzaju – gnębienia umysłowego, intelektualnego i ograniczania wolności ludzkiej. (s. 115)

- Sam fakt umierania bliskich przenosi nas w sferę czystości wspomnienia. Bo ludzi, którzy odeszli, chce się zachować w bardzo pięknej postaci, oczywiście w takiej, jakiej byli, jednak zapominając wszystko to, co mogłoby ich zbrukać, ukazać ich małość. (s. 131)

Tak osobliwe spotkanie z poetką rozczaruje tych, którzy poszukują podpowiedzi, wskazówek metodycznych na temat tego, jak pisać wiersze i osiągnąć dzięki nim sukces, gdyż ona sama mówi o tym, że wprawdzie można, choć bardzo skromnie, żyć z poezji, ale wiersze pisze się bezinteresownie, z potrzeby chwili, miejsca, spotkań i odnalezienia się w nich i z nimi. Trzeba mieć coś innym do przekazania, żeby się tym z nimi dzielić.

Wiersza nie da się napisać na zawołanie, zawsze musi być podkład, nagle się czuje, że coś się z nami dzieje, że jest inaczej, i my także inaczej możemy spojrzeć na świat. (s. 74) Dla Julii Hartwig synonimem słowa podróż jest ocean, z którym kontakt stał się jednym z największych przeżyć. Przedstawia się nam w rozmowie jako chrześcijanka, w życiu której (...) religia ma służyć ułożeniu się ludzi między sobą i ułożeniu się ludzi wobec siły, która jest nad nimi – uznania jej w sposób religijny lub inny. (s. 118)

Piękne, chociaż zapewne niezrozumiałe dla młodego pokolenia korposzczurów są myśli poetki na temat osób starszych, które mają szczęście długiego życia, bowiem to ono pozwala na spotkanie wielu ciekawych ludzi, dojrzewanie własnej mądrości, przeżywanie wiary w człowieka mimo szerzącego się zła i nieszczęść.

Zaletą długiego wieku jest to, że jeśli ktoś może nadal pracować w dziedzinie, którą obrał, to niewątpliwie tworzy rzeczy doskonalsze. (s. 128) Dobrze, że ukazał się ten tomik wspólnej rozmowy, chociaż wolę jej poetycką narrację, która jest subtelna, pozbawiona widocznego trudu codziennego życia, słabości i zwątpień, obaw o bycie „prześwietloną” przez wścibskich i pełnych popkulturowych roszczeń paparazzich.

piątek, 24 października 2014

Dwie profesorki pedagogiki wśród 47 nominowanych


W dniu wczorajszym Prezydent RP Bronisław Komorowski wręczył akty nominacyjne 47 nauczycielom akademickim, w tym dwóm profesorkom pedagogiki w dziedzinie nauk społecznych, a mianowicie:

1) Marii DEPTULE prodziekan Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

Nominowana pani profesor jest absolwentką studiów pedagogicznych WSP w Bydgoszczy (1977), po których ukończeniu przez cztery lata pracowała jako instruktor-wychowawca w Pałacu Młodzieży w swoim mieście. W 1981 r. została zatrudniona na WSP na stanowisku asystentki w Katedrze Pedagogiki Społecznej. Po uzyskaniu stopnia naukowego doktora nauk humanistycznych w dyscyplinie pedagogika, co miało miejsce na Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu w 1988 r. została adiunktem w tej samej Katedrze. Promotorem jej dysertacji był prof. dr hab. Edmund Trempała. Rozprawa dotyczyła „Relacji rówieśniczych dzieci w młodszym wieku szkolnym i ich pedagogicznej optymalizacji”.

Na początku lat 90.XX w. adiunkt M. Deptuła podjęła się dodatkowej pracy w jednej ze szkół podstawowych w roli pedagoga szkolnego. Było to znaczącym doświadczeniem w jej pracy naukowo-badawczej i dydaktycznej, gdyż dysponowała dzięki temu swoistym „laboratorium społecznym”. W 1999 r. powierzono dr hab. M. Deptule kierowanie Zakładem Pedagogiki Opiekuńczo-Wychowawczej w WSP (przekształconej w 2000 r. w Akademię Bydgoską im. Kazimierza Wielkiego, a obecnie UKW).

Przewód habilitacyjny przeprowadziła pozytywnie na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu w 1999 r. Jego podstawą, obok bogatego zbioru publikacji, była także monografia habilitacyjna pt. "Koncepcja diagnozy rozwoju społecznego dzieci w klasach I-IV. Szanse rozwoju psychospołecznego dzieci w zmieniającej się szkole”.


Kluczową rolę w uzyskaniu tytułu naukowego odegrała rozprawa profesorska p.t. „Odrzucenie rówieśnicze. Profilaktyka i terapia“ (Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2013, ss. 453), która wnosi istotny wkład do psychologii społeczno-wychowawczej i pedagogiki społecznej. Autorka skupia się w swoich studiach na rozwoju dziecka w okresie wczesnego dzieciństwa. Jej badania naukowe mają charakter przekrojowy (intersectional studies”). Nominowana profesor jest znakomitą badaczką społeczną konstruującą oryginalną ramę teoretyczną do dalszych diagnoz w środowiskach dziecięcych. Niemcy lokowaliby jej zainteresowania poznawcze w tzw. Kindheitspaedagogik. Monografia profesorska jest dziełem nie tylko w pełni dojrzałym metodologicznie, bogatym wymową własnych badań, prezentującym oczywiste związki z literaturą światową z tej problematyki. Twórczość naukowa pani profesor nadała pedagogice opiekuńczej nowy wymiar i bogatsze oblicze.

2) Joannie MADALIŃSKIEJ-MICHALAK z Wydziału Nauk o Wychowaniu Uniwersytet Łódzkiego.

Nominowana jest absolwentką studiów pedagogicznych, które ukończyła w 1991 r. na Wydziale Filozoficzno-Historycznym UŁ, a doktorat na już wyłonionym z powyższej jednostki Wydziale Nauk o Wychowaniu UŁ w 2002 r. Byłem promotorem jej dysertacji pt. Poczucie odpowiedzialności zawodowej nauczycieli. Studium teoretyczno-empiryczne (Warszawa 2003, ss. 301), która ukazała się w rok po obronie nakładem Wydawnictwa IBE. Habilitowała się na Wydziale Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu w 2008 r. w dziedzinie nauk humanistycznych, w dyscyplinie pedagogika (subdyscyplina - pedeutologia.)

W listopadzie 2013 r. na podstawie czterech pozytywnych recenzji i po zapoznaniu się z ich treścią, Rada Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego podjęła jednogłośnie uchwałę popierającą wniosek o nadanie pani dr hab. Joannie Madalińskiej-Michalak tytułu naukowego profesora. Nominowana jest przewodniczącą Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego, gdzie w minionych latach odpowiadała za współpracę międzynarodową. Jest też członkiem Rady Naukowowo-Zarządczej European Educational Research Association, członkiem Rady Naukowej Sieci Naukowej Teacher Education Policy in Europe oraz The Australian Association for Research in Education i The American Educational Research in Education. W kraju należy do Polskiego Towarzystwa Pedagogiki Porównawczej.

W polskiej pedagogice reprezentuje generację naukowców ściśle współpracujących badawczo z naukowcami dwóch kontynentów - Europa (głównie Wielka Brytania, Austria, Szwecja i Finlandia) i USA, uczestnicząc w międzynarodowych zespołach (sieciach badawczych) jak: Rektor-en Forskningsȍversiokt 2000-2010 (finansowany przez Narodową Agencję Edukacji w Szwecji), Teachers First – Using Emotional Literacy to Improve VET Teaching in the 21st Century (2010-2012, Wlk. Brytania) oraz Teacher Education Curricula in the EU (2007-2009 - Finlandia). Jej badania naukowe są pochodną tej współpracy, zaś ich wyniki są publikowane w kraju i poza granicami.


Badania pani profesor w zakresie przywództwa edukacyjnego mogą mieć istotne znaczenie dla reform oświatowych w Polsce. Wypełniają lukę oraz wnoszą znaczący wkład w metodologię badań nad przywództwem, które prowadziła w Sheffield i Łodzi bazując na jednolitej, pięcioczynnikowej strukturze przywództwa zawodowego, szkolnego. Jej rozprawa profesorska pt. Skuteczne przywództwo w szkołach na obszarach zaniedbanych społecznie. Studium porównawcze (Łódź, UŁ ss. 465 ) cechuje głębokość i logika rozważań, które mają poznawczy i kreatywny charakter. Procesualne podejście do stopniowego stawania się skutecznym liderem w szkole jest niezmiernie inspirujące także dzięki temu, że autorka prezentuje model wpływu przywództwa na osiągnięcia szkolne uczniów. Jak twierdził jeden z ekspertów w tym postępowaniu - jej interdyscyplinarna praca może być uznana za metodyczny benchmark w naukach społecznych.


Obu nominowanym Paniom składam serdeczne gratulacje.

czwartek, 23 października 2014

"Aforystycznie" o twórczości socjologów, którzy poszerzyli krąg pedagogów

Wczoraj miało miejsce na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie kolokwium habilitacyjne socjologa dra Tadeusza Sakowicza z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, który ubiegał się o stopień doktora habilitowanego w dziedzinie nauk społecznych z dyscypliny - pedagogika. Jest on autorem dysertacji habilitacyjnej, która była jednym z koronnych walorów jego dorobku naukowego pt. "Systemy normatywne w świadomości osób uwięzionych. Studium socjopedagogiczne".

Habilitant otrzymał cztery pozytywne recenzje swojego dorobku, zdał kolokwium habilitacyjne, a całość przewodu dopełnił wykładem habilitacyjnym . Nie wypowiadam się merytorycznie na ten temat, gdyż nie jestem kompetentny w zakresie pedagogiki resocjalizacyjnej, ale podjęty przez kieleckiego naukowca problem resocjalizacji więźniów stanowi także społecznie ważną kwestię, skoro - jak wynika z badań sondażowych - ok.58 proc. Polaków obawia się wzrastającej w naszym kraju przestępczości.


Dobrze, że pedagodzy resocjalizacyjni wraz z socjologami nie tylko diagnozują sytuację osób uwięzionych, ale i podejmują działania na rzecz wzmacniania szans powrotu skazanych do życia w społeczeństwie. Istotną rolę powinno odgrywać tu środowisko rodzinne. Przywołuję to kluczowe w rozwoju naukowym dla habilitowanego już doktora wydarzenie, gdyż ukazał się znakomity tomik aforyzmów innego socjologa - z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego - pana
dra Wojciecha Edmunda Zielińskiego. Opublikował on w krakowskim "Impulsie" znakomity tomik pt. "Aforystycznie", który ma charakter nie tylko trafnych, a syntetycznie ujętych obserwacji akademickiego życia, ale i stanowi ciekawy przyczynek tego naukowca do pedagogiki szkolnictwa wyższego i środowiska akademickiego w ogóle.

Aforystyka nie zastępuje wielotomowych rozpraw filozoficznych, psychologicznych czy pedagogicznych, co dopełnia je swoistego rodzaju podsumowaniem, zwięzłością wyrażenia kluczowych dla codziennego życia idei i wartości. Dla jednych naukowców jest ona swoistego rodzaju hobby, by w zwięzły sposób uchwycić to, co złożone, skomplikowane czy wymagające głębokiego namysłu, dla innych stanowi wyraz oświatowego czy metafilozoficznego odniesienia się do życia.

Tylko nieliczni pisarze tworzyli aforyzmy. Pierwsze pojawiły się już w XVII wieku. Aforystyka jako nowy gatunek literacki nie jest dziełem naukowym, toteż częściej spotykamy się dzięki wydobywaniu przez historyków idei najciekawszych myśli wybitnych postaci w toku dziejów, którzy chcą w ten sposób podtrzymać i wzmocnić ich kulturowy przekaz kolejnym pokoleniom. Aforyzmy są w życiu także współczesnych mędrców wyrazem potrzeby syntetycznego przekazania społeczeństwu mądrości, które pojawiały się czy nabrzmiewały w różnych sytuacjach, by – jak z platońskiej jaskini – wyzwolić się z wnętrza jaźni i ujrzeć światło dzienne.

Mają one przede wszystkim wymiar pedagogiczny, bowiem ich istotą, a nie zawsze uświadamianym sobie przez autorów przesłaniem, jest podjęcie za ich pośrednictwem próby wywierania wpływu na ludzką świadomość czy zachęcenie osób do pracy nad własnym charakterem. Nic dziwnego, że tak często są wykorzystywane nie tylko w powszechnym obiegu jako mądrości życiowe, ale i odnajdujemy je w literaturze naukowej dotyczącej socjalizacji czy samowychowania młodych pokoleń.

Tak np. prof. Czesław Kupisiewicz wydał „Złote myśli o wychowaniu i kształceniu" nawiązując do pierwszego wydania w 1693 r. przez Johna Locke’a książeczki pt. „Myśli o wychowaniu” (Some Concerning Education), którego przekład na język polski ukazał się dopiero w 1959 r. Nie tylko ten nestor pedagogiki, wybitny humanista dokonał wyboru cytatów z dzieł wielu filozofów, humanistów poczynając od Platona, a kończąc na współczesnych naukowcach różnych dziedzin, by tworzyć w ten sposób antologię idei według alfabetycznego układu nazwisk ich autorów.

Warto pisać i wydawać tego typu tomiki czy zbiory własnych mądrości, gdyż są dowodem osobistego, a nie wybranego przez innych, zbioru sentencji. Tak się stało np. z wyborem sentencji, komentarzy i opinii polskiego socjologa, profesora Jana Szczepańskiego, które zostały wybrane przez wydawców jego „Dzienników z lat 1945-1968” w wiele lat po jego śmierci (Myśli mądre, czyli niepokorne Profesora Jana Szczepańskiego. Wybór sentencji, komentarzy i opinii z „Dzienników z lat 1945-1968”. Wybór , opracowanie i redakcja Daniel Kadłubiec i Kazimierz Kaszper, Ustroń: Galeria Sztuki Współczesnej „Na Gojach” 2013.). Być może sam dokonałby innego wyboru.

W 2008 r. profesor gdańskiego środowiska akademickiego, filozof i dyplomata - Marian Dobrosielski wydał wybór wielkich aforystów od czasów starożytnych po postmodernistyczne (M. Dobrosielski, W. Zajewski, W. Tłokiński, O Aforyzmach, Nostalgii i Doświadczeniu, Gdańsk: Ateneum Szkoła Wyższa w Gdańsku 2008). Jak wyznaje we wstępie, co celniejsze myśli wynotowywał sobie pod wpływem wielbiciela i twórcy aforyzmów, jakim był w okresie stalinowskim jego wykładowca, wybitny logik, twórca prakseologii - prof. Tadeusz Kotarbiński, by następnie opublikować je w okresie odwilży 1956 r. na łamach „Po Prostu”. Musiał jednak usuwać nazwiska niektórych myślicieli, by utrudnić tym zabiegiem pracę cenzorom.

Nawiązuję do tego, bowiem Autor recenzowanego tomiku ma obawy, czy aby jego sentencje nie są powtórzeniem czyichś „dźwięków” w jego utworze: „Również przed laty pisano o światowej aforystyce, że roi się ona „od mimowolnych, nieumyślnych pseudoplagiatów”, i że do takiego jej stanu przyczyniła się „głównie prasa, przypisująca aforyzmy i sentencje dowolnej osobie, bez zadawania sobie trudu skontrolowania autorstwa obiegowych cytatów”. Być może jest tak, że krążą one po świecie, także tym wirtualnym, w oderwaniu od ich autorów m.in. z powyższego powodu.

Tomik Wojciecha Edmunda Zielińskiego nawiązuje do aforystycznej sztuki J. Locke’a. Gdański socjolog wydał bowiem myśli będące jego wyłącznym wytworem. Dzięki temu otrzymujemy pasjonującą książeczkę, dla której treści jej genius proximum nie stanowi literatura piękna, ani naukowa, ale zbiór autorskich mądrości w formie aforyzmów etyka i badacza społecznego życia. Wszystkie maksymy zostały przez niego zamknięte w siedmiu obszarach życia, które w swej istocie są pochodną osobistych doznań i myśli związanych z relacjami społecznymi, filozofią i filozofami, nauką i edukacją, polityką, rozmaitościami, strapieniami i sprawami ostatecznymi.

Całość poprzedza esej na temat aforystyki, w którym Autor „Aforystycznie” odnosi się do znaczenia tej formy wypowiedzi, jak i uzasadnia potrzebę podzielenia się własnymi sentencjami z potencjalnymi czytelnikami. Wojciech Edmund Zieliński paradoksalnie ma rację, że dzięki temu mógł pisać mniej mówiąc zarazem o czymś znacznie więcej.

Uświadamia nam, być może niedostrzeganą przez nas, wieloznaczność lub ambiwalentność zjawisk, wydarzeń, doznań, spotkań z różnymi osobami, a być może chce w ten sposób przekazać spotkanym w swoim życiu osobom prawdę o ich postawach. Niektórzy czytelnicy być może odnajdą siebie w tak misternie skonstruowanym zwierciadle jego duszy. Przekazane nam piękno formy i treści wymagało pokory wobec świata i dystansu do siebie samego, a zarazem wielkiego talentu, by odsłonić zaobserwowane na co dzień fenomeny.

Aforyzmy Zielińskiego są rodzajem drzazg, które wbija nam w naszą świadomość, by w sarkastycznej stylistyce upomnieć się o uniwersalne prawdy, wywołać w nas refleksję, niejednemu dopiec, a przy tym wywołać w nas o(d)żywczy śmiech. Zapewniam, że każdy, kto sięgnie po ten tomik, doświadczy także własnych wrażeń, może nawet dozna katharsis, bowiem zastosowana przewrotność skojarzeń zakorzeni się w pamięci skłaniając do natychmiastowego podzielenia się wybranymi aforyzmami z bliskimi lub obcymi, przyjaciółmi lub wrogami.

Już oczami wyobraźni widzę jak aforyzmy W.E. Zielińskiego staną się hitem facebookowych cytatów, memów, esemesów, ale i – jak sądzę – mottem poprzedzającym rozdziały w naukowych rozprawach. Udostępnione nam aforyzmy znakomicie wpisują się w dzisiejszy świat migotających znaczeń. Zachowają one swoją trwałość, a może i skupią naszą uwagę na subtelnej w formie, a nieco złośliwej w treści, sztuce piętnowania ludzkich słabości i wad, bo „Erudyta. Tyle ma do powiedzenia, ile jest do wygooglania”. Muszę zatem już sam zamilknąć poprzestając na niniejszej treści.


środa, 22 października 2014

Jak rząd wymusza likwidację szkół publicznych, by ktoś na tym zarobił




Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz zwraca uwagę na problem wprowadzenia przez MEN do subwencji oświatowej mechanizmów, które mają na celu zachęcanie samorządów lokalnych do przekazywania szkół publicznych stowarzyszeniom i fundacjom. Gdyby Polska wychodziła w tym momencie z ustroju totalitarnego, to pewnie przeciwstawiłbym się niepokojowi prezesa lewoskrętnych związków zawodowych, gdyż jestem zwolennikiem pluralizmu w systemie oświatowym.

Rodzice powinni mieć wybór, do jakiej szkoły chcieliby skierować własne dziecko. Ministrowie edukacji mają to do siebie, że czynią innym to, co im samym jest niemiłe, a więc wprowadzają do szkolnictwa publicznego fatalne rozwiązania, z których to rzekomych korzyści i tak nie będą korzystać ich własne dzieci. Także obecna ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska nie jest - mówiąc językiem jej koalicyjnego kolegi - frajerką i posyła własne dzieci do szkoły prywatnej, niepublicznej. Do takich też typów szkół posyłają swoje dzieci ministrowie, marszałek Sejmu, b. minister Roman Giertych, itd. itd. Doskonale wiedzą, że w szkole publicznej ich pupile niewiele się nauczą, za to dzięki edukacji w szkole prywatnej mają szansę na właściwy transfer kulturowy.

Wróciłem jednak z Rzeszowa, gdzie w dniu wczorajszym miał miejsce drugi dzień obrad pedagogów z całego kraju, którzy dzielili się wynikami swoich badań naukowych oraz doświadczeń z praktyki szkolnej, w tym dydaktyki i wiedzy o zarządzaniu małymi szkołami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dopiero wczoraj, kiedy uczestnicy mogli rozmawiać ze sobą w bardziej kameralnych warunkach, w małych salach dla poszczególnych zespołów problemowych, nabrali większej odwagi.


Skojarzyłem ich refleksje, a nawet żale z wypowiedzią Prezesa ZNP S. Broniarza, która została opublikowana na łamach "Głosu Nauczycielskiego":

- Niepokoi nas także zwiększanie pieniędzy dla uczniów małych szkół stowarzyszeniowych. Pojawia się nowa waga dla szkół podstawowych, w których liczba uczniów nie przekracza 70. W większości są to szkoły stowarzyszeniowe i fundacyjne. To kolejna zachęta dla samorządów, by oddawały szkoły fundacjom i stowarzyszeniom do prowadzenia – ostrzegł Broniarz. - Powtórzę: pomóżmy samorządom odpowiedzialnym konstytucyjnie za prowadzenie szkół a nie transferujmy pieniędzy do prywatnych kieszeni. Dodatni bilans szkół prowadzonych przez inne podmioty niż samorządy jest uzyskiwany w drodze wykorzystywania nauczycieli i pracowników oświaty zwiększając ich wymiar czasu pracy i nałożonych zadań.

Podobny niepokój wyrażali uczestnicy tej międzynarodowej konferencji. Otóż podali przykład jednej z wielu fundacji z obszaru oświaty niepublicznej, które niejako "skupują" w różnych województwach "małe" szkoły wiejskie, by je przejąć w swoje posiadanie. Jedna z omawianych organizacji pozarządowych uzyskała wsparcie z środków unijnych, które przeznaczyła także na działalność piarową, o czym mówił także prof. A. Nalaskowski. Wydała na kredowym papierze dość obszerny "katalog" z kolorowymi zdjęciami prowadzonych przez siebie szkół.

Każda z nich na tych fotografiach maluje się jak wyspa szczęścia. Być może dzieci, ale nie wszystkich nauczycieli. Niektórzy z nich narzekają na bardzo niskie zarobki (o ok. 40% niższe w stosunku do pedagogów o tym samym stażu pracy i poziomie awansu zawodowego, pracujących w szkołach publicznych), obciążanie ich większą liczbą godzin, dodatkowymi zadaniami pozaszkolnymi (przynieś, wynieś, pozamiataj) a co gorsza fundacja położyła "łapę" na środkach finansowych, z których świetnie żyje jej zarząd. To prawda, że od czasu do czasu sypnie jakimiś pomocami dydaktycznymi, wyposaży w pomoce dydaktyczne czy farbę do pomalowania, ale warunki pracy w niektórych z takich szkół są nie do pozazdroszczenia tak dla nauczycieli, jak i dzieci.

Jak widać, biznes zapachniał dobrym zyskiem, skoro dzięki własnemu lobbingowi (usłużna współpraca z MEN) fundacja postanowiła przechwycić już nie tylko szkoły podstawowe, ale i gimnazja. Tylko patrzeć jak zacznie przejmować szkoły ponadgimnazjalne. To prawda, że czyni to na zasadach pełnej dobrowolności samych zainteresowanych, ale jak gmina ogłasza likwidację szkoły, to nauczyciele, a przynajmniej ich część, nie mają wyjścia. Są skazani na ofertę nie do odrzucenia, na gorszych warunkach.

Prezes S. Broniarz odsłania mechanizm uwłaszczania się nowej nomenklatury na oświatowym majątku:

Związek przyjrzał się sposobowi podziału subwencji oświatowej na 2015 r. Ministerstwo edukacji opublikowało bowiem stosowny projekt rozporządzenia. Zgodnie z nim, wprowadzone zostaną nowe wagi „wiejskie”. Rośnie waga, którą „przeliczani” będą uczniowie szkół podstawowych. Ale maleje waga dla gimnazjów z terenów wiejskich. Zdaniem ZNP, wpędzi to w jeszcze większe problemy finansowe gminy, które prowadzą gimnazja.


Teraz już wiemy. Rząd przykręca samorządom "kurek" ze środkami finansowymi na oświatę, a te, szczególnie na wsi i w małych miastach, gdzie trudno jest o własne, wysokie dochody, podejmują desperacką decyzję, by zacząć zrzucać z siebie ciężar odpowiedzialności za edukację młodych pokoleń. Skoro nie ma pieniędzy, to samorządowcy nie wyjdą na ulicę i nie będą protestować, tylko zgłoszą szkołę do ewentualnego przejęcia jej przez fundację czy stowarzyszenie. Trzeba tylko dobrze zmanipulować społeczność lokalną, by uwierzyła, że jest to dla dobra ich dzieci.

Cytuję za GN:

MEN zamierza też nadal tolerować sytuacje takich gmin jak np. Hanna, gdzie samorząd pozbył się wszystkich szkół. Co jest niezgodne zarówno z Konstytucją RP, jak i z ustawą o systemie oświaty i co groziło utratą przez Hannę ok. 80 proc. subwencji oświatowej. - Ale Hannie pomogło ministerstwo: MEN wprowadził wskaźnik korygujący Di w wielkości 0,87 – zauważył prezes ZNP. Wskaźnik ten gwarantował subwencję na określonym poziomie mimo braku wymogu w postaci nauczycieli zatrudnionych w szkołach samorządowych.
(...)
W przyszłym roku MEN zamierza pójść o krok dalej w promowaniu takich praktyk samorządowych. Ministerstwo zamierza dać gminom, które - tak jak Hanna - wyzbyły się szkół samorządowych, jeszcze więcej pieniędzy. W projekcie rozporządzenia o podziale części oświatowej subwencji na rok 2015 resort edukacji dokonał dalszej zmiany wskaźnika korygującego Di w części Wa, i – ustalono go w wielkości 1 w sytuacji, gdy ogólna liczba etatów nauczycieli w danej jednostce samorządu jest równa zero (czyli nie ma w gminie żadnej szkoły samorządowej z Kartą). Jest to działanie w celu obejścia prawa, a więc działanie bezprawne. Skorzystają na nim m.in. gminy Hanna czy Leśniowice. Inne mogą brać z nich przykład. Okazuje się bowiem, że za postępowanie niezgodnie z prawem nie będzie kary, tylko nagroda finansowa!



Kiedy opuszczałem nowoczesny, piękny gmach Uniwersytetu Rzeszowskiego dostrzegłem w wydzielonej części holu zorganizowane przez jedno ze stowarzyszeń (zapewne w ramach unijnego projektu, czyli krótkotrwała konsumpcja dla nielicznych) miejsce do przeprowadzenia przez dzieci kilku eksperymentów, doświadczeń. Każde było z innej dziedziny wiedzy o świecie i człowieku. Przybyli z jednej z pobliskich szkół podstawowych uczniowie szybko opanowali stanowiska i bawili się przez 30 minut. Przestrzeń niewielka, liczba eksponatów też, w związku z czym bardzo szybko się znudzili.

Ciekawe, dlaczego nie mają takich pomocy dydaktycznych do indukcyjnego odkrywania praw natury w swojej szkole? Dlaczego muszą jechać do innego budynku, gdzie nie ma ani warunków do wprowadzenia ich w wiedzę na temat doświadczanych zjawisk, ani omówienia czy skomentowania? Nic dziwnego, że niektórzy uczniowie siedzieli na ławce ze znudzeniem przyglądając się pozostałym. Także emerytowana nauczycielka z tego stowarzyszenia-organizatora siedziała przy stoliku i zapewne pilnowała, by dzieci nie ukradły lub nie zniszczyły organów wewnętrznych człowieka, które należało ulokować we właściwym miejscu.


Reforma polskiej edukacji polega na tym, że tworzy się takie "okazje dydaktyczne" dla nielicznych. Jeszcze mogą pojechać do Warszawy, na cały dzień, by pobawić się w Centrum Nauki "Kopernik" częścią jeszcze niezdezelowanych przyrządów, bez odpowiedniego przygotowania do tego nauczycieli. Widziałem, jak rozpuszcza się klasę w środku gmachu, by wyhasała się, wyżyła, a że pozostaną w pamięci błyskotki... to nie szkodzi. Ważne, że "biznesik" się kręci, ale nie w szkole publicznej.

wtorek, 21 października 2014

Między diagnozą kryzysu makropolityki oświatowej a poszukiwaniem rozwiązań mikrooświatowych

(fot. Aula Uniwersytetu Rzeszowskiego - od dołu)


Zapowiedziana przeze mnie wczoraj debata na temat małych szkół, która ma miejsce na Uniwersytecie Rzeszowskim, ma wyjątkową treść i temperaturę wypowiedzi zaproszonych z kraju naukowców, jak i polemicznie reagujących lub też przemilczających ich przesłanie przedstawicieli, głównie szkolnictwa niepublicznego oraz wysoce oddanych edukacji władz samorządowych. Przyjechali tu nauczyciela-pasjonaci, ale także ci, którzy na partyjnej usłużności wobec obecnej władzy, a zapomniawszy o pluralizmie i profesjonalnej wolności nauczycieli, rozwijają swój biznes.

Moja analiza dotyczyła procesów makropolitycznych, które warunkują politykę edukacyjną rządzących. Wydawałoby się, że wraz z upadkiem socjalistycznego ustroju i zapowiedzią, utrwaloną później w Konstytucji III RP, budowania państwa demokratycznego, nastąpiło przejście od centralizmu do demokracji, do samorządnej Polski, a więc że doszło do stanu suwerenności państwa w stosunkach międzynarodowych, jak i w relacjach jego władz z własnym społeczeństwem. Nic bardziej mylnego nie można na ten temat powiedzieć. Wystarczy postudiować raporty Polskiej Akademii Nauk, rozprawy historyka współczesnej Polski - Antoniego Dudka czy znakomite studium ekonomiczno-politologiczne Witolda Kieżuna. Upadek bloku państw socjalistycznych zbiegł się z falą globalizacji i neoliberalizacji w krajach Zachodu.

Ten przestrzenny fenomen prowadził od przekształcania antagonistycznych czy izolacyjnych relacji międzynarodowych państw demokratycznych do powiązań Polski między państwami, regionami i kontynentami. Nasz kraj jeszcze dobrze nie odzyskał własnego państwa, własnej suwerenności (były jeszcze na naszym terytorium wojska radzieckie, które opuściły terytorium dopiero z końcem 1993 r.), a już musiał zmierzyć się z procesami integracyjnymi, w tym z wejściem do Unii Europejskiej (2004 r.).

Nie tylko nasz kraj włączył się w rywalizację o istnienie na nowym, globalnym poziomie, ale i prywatne korporacje oraz grupy interesu i organizacje pozarządowe postanowiły skorzystać z danej im szansy. Polskie władze oświatowe przyjęły neoliberalną zasadę dostosowywania się systemu edukacyjnego do wyzwań globalizacji. Polityka oświatowa stała się wraz z reformą ustrojową w 1999 r. czynnikiem prowadzącym do zacierania granic między systemami szkolnymi państw najwyżej rozwiniętych gospodarczo i należących do OECD, a tym samym prowadziła do wzrostu różnic społecznych, pojawienia się fragmentacji lojalności i ekskluzji zmarginalizowanych grup społecznych.

Państwo polskie w ciągu ostatniego dwudziestopięciolecia zlekceważyło zasadę subsydiarności w edukacji, zgodnie z którą decyzje dotyczące edukacji miały być podejmowane przez autonomiczne organy uspołecznienia szkoły, które są najbliżej uczniów, ich rodziców i nauczycieli. Ministerstwo Edukacji Narodowej przejęło pełny wpływ na procesy kształcenia i wychowywania w szkołach (rezygnując z tego ostatniego), na organizację roku szkolnego, strukturę ustroju szkolnego oraz jego sieć, w związku z czym z każdym rokiem ulegał zmniejszaniu kapitał społeczny i poziom innowacyjnego zaangażowania środowiska nauczycieli szkolnictwa publicznego.


Polska transformacja rozwijała się na fundamentach grupowego procesu przekształcania z końcem lat 80.XX w. władzy politycznej rządu komunistycznego w sprywatyzowaną władzę ekonomiczną, która wytworzyła nową nomenklaturę uprzywilejowanych grup, także w edukacji i szkolnictwie wyższym. W nich zachowały swoje wpływy osoby z dawnych uprzywilejowanych warstw, których działalność W. Kieżun trafnie określa mianem „bolszewickiego liberalizmu” czy „grabieży” (likwidowano przedszkola, także tzw. zakładowe, szkoły zawodowe itp.), albo inaczej - jako sprytne metody zawłaszczania własności państwowej.

Uczyniono wszystko, co było w mocy nowej nomenklatury w Sejmie, Senacie i resorcie edukacji, by nie dopuścić do terytorialnego i krajowego uspołecznienia oświaty oraz do powołania do życia samorządu zawodowego nauczycieli. Rodziców sprowadzono do roli obowiązkowych partnerów szkoły w sprawach, które w żadnej mierze nie naruszają pozycji władzy wyłanianej w zmanipulowanych procedurach konkursowych na dyrektorów i kuratorów oświaty. Proces transformacji ustrojowej rozpoczęty w 1989 r. w Polsce zakładał wdrożenie do oświaty liberalnej, wolnorynkowej i partycypacyjnej demokracji. Od 1993 r. sukcesywnie i konsekwentnie zastępowano ją zasadą - więcej centralnej administracji rządowej, mniej samorządności i oddolnej inicjatywy nauczycieli, rodziców i uczniów. Mimo ustawowego zapisu w art. 15.ust.1, że ustrój terytorialny Rzeczypospolitej Polskiej zapewnia decentralizację władzy publicznej” ta od 25 lat nie została wprowadzona do systemu oświatowego.

Blog nie jest miejscem do przedstawiania pełnej treści referatu. Warto jednak - chociaż w skrócie - przywołać najistotniejsze w moim przekonaniu kwestie, które zostały sformułowane przez kolegów-profesorów.


Prof. Aleksander Nalaskowski (twórca pierwszego Społecznego LO w Toruniu, b. dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK, badacz, autor rozpraw naukowych z pedagogiki szkolnej, felietonista, człowiek-instytucja oświatowo/akademicka) mówił o sytuacji nauczycieli - na podstawie etnopedagogicznych badań w woj. warmińsko-mazurskim. Wywiadami objął nauczycieli małych szkół publicznych, ale likwidowanych lub zagrożonych likwidacją. Profesor przedstawił wstępne wyniki badań odsłaniając zarazem kulisy ich prowadzenia i negatywnie zaskakujące reakcje urzędników odpowiedzialnych za edukację publiczną.

To zdumiewające, że w 25 lat po transformacji niektórzy urzędnicy kuratoriów oświaty zachowują się tak, jakby żyli w PRL, a więc w ustroju, w którym była cenzura i jedynie słuszna prawda władzy, skoro albo utrudniali, albo nie udostępniali danych o sieci szkolnej i przewidzianych do likwidacji szkół, albo tak zastraszali "swoich" nauczycieli, że jedna z nich przybiegła do profesora, by odwołać wszystko, co jemu powiedziała na temat interesujących go zjawisk i problemów. Jak się okazało, byli wśród diagnozowanych nauczycieli - szantażowani, zastraszani, zniechęcani do współpracy z badaczem, byle tylko nie ośmielili się mówić prawdy.

Profesor pokazał mechanizmy i praktyki wymuszania na samorządach likwidowania szkół, które są z ekonomicznego punktu widzenia nieopłacalne. Nauczyciele najczęściej dowiadują się o tym ostatni. Mają zatem do wyboru, albo przejść na wcześniejszą emeryturę, w najgorszym przypadku być bezrobotnymi, albo utworzyć szkołę prywatną. Oświata niepubliczna została jednak zmiażdżona przez biurokratyczny system oświatowy. Wiele szkół niepublicznych nie powstało ze względu na oryginalną koncepcję kształcenia i wychowania, tylko jako firma biznesowa, która pozwoli najpierw komuś przetrwać, a potem nawet się dorobić. Wysokość czesnego osiągnęła - jak mówił profesor - w niektórych szkołach prywatnych granice nieprzyzwoitości, a przy tym w tle jest ukryte założenie skierowane do rodziców-klientów, że ich dziecko niczego nie będzie w niej musiało robić, wysilać się, pracować, uczyć się, a wszystko będzie potrafić.

W takich szkołach nauczyciel staje się najemnikiem stowarzyszenia czy podmiotu prowadzącego szkołę, a samorządy cieszą się, bo znika z pola ich widzenia "szkoła-kłopot". Za edukację w szkole niepublicznej nikt nie ponosi odpowiedzialności, gdyż działają one poza faktyczną kontrolą państwa (formalnie jest ona przewidziana). Można zatem w takiej szkole gorzej płacić nauczycielom, zatrudniać ich na podstawie Kodeksu Pracy a nie Karty Nauczyciela itp. Nauczyciel ma w nich pełnić kilka ról-kwatermistrza, magazyniera, malarza, ochroniarza, żebraka, wolontariusza, a nawet ma wozić dzieci autobusem do domu i ... jeszcze być pedagogiem pracującym z nimi w małej szkole. Byle było taniej, dla organów prowadzących lub dla założyciela." Tak można tylko człowieka zaorać".


(for. od lewej: Prof. A. Nalaskowski oraz prof. UR - Marta Wrońska i Ryszard Pęczkowski)

Mało kogo z rządzących obchodzi to, że likwidując szkoły na wsi, w małych miasteczkach zamyka się zarazem ostatnie już miejsce/ośrodek kultury, wartości i tradycji narodowych, a nawet miejsce dla państwowego godła. Taką polityką władze niszczą byt państwowy.

Profesor A. Nalaskowski mówił o nauczycielach małych szkół, które funkcjonowały w sytuacji strukturalnego przymusu, a nie odniosły sukcesu. Takich szkół jest mnóstwo, szkół o nieudanych eksperymentach, gdzie nikt nie pomógł, gdzie nie znalazła się wspierające je fundacja, albo prowadził je ktoś nieuczciwy, albo bardzo szybko przygasł entuzjazm. "Ja sobie nie wyobrażam - mówił Profesor - żeby cała polska oświata była prowadzona przez fundacje i stowarzyszenia, bo w ten sposób niszczymy byt państwowy. I w ten sposób można zamienić Polskę w jedno wielkie stowarzyszenie, w którym już nie będzie żadnych praw. Człowiek będzie miał urynkowioną świadomość. Profesor mówił o znanych mu nauczycielach, których los nikogo nie obchodzi, a tym bardziej los wiejskich dzieci, które on jeszcze tak niedawno kształcił, wychowywał."


Prof. Janusz Kirenko - profesor pedagogiki specjalnej, dyrektor Instytutu Pedagogiki UMCS w Lublinie podzielił się z nami wynikami pilotażowych badań, jakie prowadził jego zespół w środowiskach wiejskich, w małych szkołach, w których znalazły się dzieci niepełnosprawne. Tylko w jednej z trzynastu objętych diagnozą szkół była klasa integracyjna. W pozostałych szkołach podstawowych dzieci z różnymi rodzajami niepełnosprawności (intelektualna, ruchowa, słuchowa) miały w szkole ogólnodostępnej swoistego rodzaju survival. Nauczyciele pytani o sytuację tych dzieci w szkole wyrażali opinie, które szokują, a to, że: dzieci niepełnosprawne zaburzają swoją obecnością tok procesu kształcenia; niektóre z nich w ogóle nie nadają się do szkół ogólnodostępnych; szkoła nie ma odpowiednich sanitariatów; nauczyciele nie potrafią identyfikować specjalnych potrzeb dzieci itp.

(fot. Prof. Janusz Kirenko, a obok z jego prawej strony prof. UR Marta Uberman i prof. Uniwersytetu Preszowskiego Vladimir Frk)


Kolejną formą obrad był ad hoc zorganizowany panel z udziałem profesorów: APS - Stefanem M. Kwiatkowskim (prorektor), Maciejem Tanasiem (dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych), Mirosławem S. Szymańskim (kierownik Katedry Dydaktyki) i profesorami Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu - Stanisławem Dylakiem (kierownik Zakładu Pedeutologii), Wojciechem Skrzydlewskim (kierownik Zakładu Technologii Kształcenia), a całością kierował prof.UR Ryszard Pęczkowski (dziekan Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Rzeszowskiego i Gospodarz konferencji) wraz z ks. prof. Januszem Miąso (prodziekanem Wydziału Pedagogicznego UR).

We wprowadzeniu do panelu prof. UR R. Pęczkowski zaproponował kryteria, dzięki którym można identyfikować kategorię małej szkoły, a mianowicie, że jest to szkoła o pełnej strukturze organizacyjnej, w której funkcjonuje po jednym oddziale klasowym; o niepełnej strukturze organizacyjnej, w której brak jest co najmniej jednego oddziału klasowego; do której uczęszcza więcej niż 150 uczniów; a w aglomeracjach miejskich - 300 uczniów; w której kadrę pedagogiczną stanowi nie więcej niż 12 nauczycieli oraz gdzie w klasie jest od 8 do maksymalnie 25 uczniów. Analizując prognozy demograficzne wykazał, że po 2020 r. będzie ponownie niż, a więc i szkoły będą się wyludniać. Warto zatem już teraz zacząć przygotowywać się do edukacji w zespołach heterogenicznych wiekowo. Są zresztą już w kraju takie małe szkoły, w których nauczyciel prowadzi zajęcia z dziećmi od 6 do 9 roku życia.

Prof. Stefan M. Kwiatkowski dodał do powyższych czynników nieostre kryterium podziału na miasto-wieś w sytuacji, gdy są różne typy wsi, jak i miast. Nikt nie mówi dzisiaj o małych szkołach zawodowych. Obecny rząd chce naprawić to, co niszczyli w tym szkolnictwie poprzedni ministrowie edukacji. Z jednej strony mamy wolny rynek, a z drugiej pojawiają się odgórnie patologiczne nakazy i dekrety władzy. Brakuje nam też refleksji nad jakością kształcenia, nad procesem dydaktycznym, klimatem w polskich szkołach, nad zerwanymi więziami międzyludzkimi itp. No i wreszcie zwrócił profesor uwagę na to, że w III RP każdy może być dyrektorem, po byle jakim kursie, szkoleniu (ważny jest dyplom, a nie także miejsce edukacji), a tymczasem same regulacje prawne (wraz z różnego rodzaju aktami wykonawczymi i wyrokami sądów administracyjnych czy sądów pracy) uświadamiają nam, jak tylko w tej sferze odpowiedzialności za szkołę jest to niezwykle złożona materia. Zbyt małą zatem wagę przywiązujemy do tego, kto może być dyrektorem, jak należy kształcić kadry kierownicze oświaty. Bo to, że konkursy są ustawiane politycznie, wszyscy wiemy.



(fot. Od lewej: R. Pęczkowski, M. Tanaś, S.M. Kwiatkowski,M.S. Szymański, S. Dylak i W. Skrzydlewski)

Prof. UAM Stanisław Dylak przykuł naszą uwagę polityka oświatową w USA, gdzie małe szkoły są przedmiotem licznych badań naukowych. Ich wyniki często sobie zaprzeczają, ale to także dlatego, że w każdym stanie mamy inny system, inne wpływy władz lokalnych czy politycznych na edukację. Bill Gates wspiera finansowo ruch małych szkół, ale w Polsce nie mamy takiego filantropa.

Prof. UAM Wojciech Skrzydlewski mówił o roli nowych mediów w edukacji. Jak małe szkoły radzą sobie w sytuacji, gdy wymagana jest dla efektywnej edukacji, także w modelu szkoły wirtualnej, właściwa infrastruktura? Czy rzeczywiście szkoły pozyskują granty na jej wzbogacanie? Czy ma miejsce wymiana materiałów multimedialnych dla potrzeb dydaktycznych? Czy biblioteki szkolne staną się bogatymi mediotekami?

Prof. APS Maciej Tanaś przypomniał, że szkoła jest tym środowiskiem społeczno-kulturowym, w którym zmienia się los człowieka. Pytał, jak to jest możliwe, że w naszym kraju nieustannie kwestionuje się kulturową rolę nauczyciela? Zdaniem profesora - małe szkoły są w tym sensie wyjątkowe, że ma w nich miejsce autentyczny proces wychowawczy, inkulturacyjny, bowiem jest tu przestrzeń i czas na dialogiczność, na bezpośrednie kontakty i autentyczne więzi międzyludzkie. Szkoły elitarne mają sukcesy m.in. dlatego, że są małe.

Dyskusja była niezwykle ożywiona. Zmiana formuły konferencji z prezentowania przez wszystkich profesorów referatów na rzecz swobodnych wypowiedzi, akcentów, głosów polemicznych czy osobistych opinii i doświadczeń sprawiła, że ostatnia część obrad popołudniowych zaowocowała odwróceniem ról. Oto słuchający a licznie przybyli z kraju dyrektorzy szkół niepublicznych, działacze oświatowi i przedstawiciele władz samorządowych stali się aktorami debaty, wnosząc wiele interesujących wątków i aspektów, jak:

- Jaka jest prawda o celowej dotacji budżetowej na jednego ucznia w szkole publicznej i w jakim stopniu pozwala ona na ratowanie przez środowiska niezależnej oświaty małych szkół, szkół skazanych na likwidację?

- Dlaczego edukacja w małych szkołach wiejskich, a prowadzonych przez stowarzyszenie powinna być dla tego środowiska nieodpłatna?

- Jak władze samorządowe powinny liczyć i kontrolować wydatki na oświatę lokalną, by nie popadać w długi czy nie brać kredytów w parabankach, pod zastaw lokalnej sieci wodociągowej czy innych zasobów gminy?

- Jak szkoły wyższe powinny przygotowywać nauczycieli do elastycznej edukacji, otwartej na alternatywne modele kształcenia?

Uczestnicząca w obradach autorka "elementarza" Maria Lorek nawet jednym zdaniem nie stanęła po stronie tego pseudodydaktycznego produktu. Tymczasem w czasie obrad sekcji mowa była o tym, jak beznadziejny jest ten podręcznik. Szkoda, że w odróżnieniu ode mnie, nikogo nie było stać na to, by w czasie sesji dyskusyjnej powiedzieć autorce, co się myśli o "jej" wytworze.


Dzisiaj jest kolejny dzień obrad. Ufam, że uczestniczący w nich czytelnicy podzielą się swoimi wrażeniami.


poniedziałek, 20 października 2014

MAŁA SZKOŁA W POLSKIEJ I EUROPEJSKIEJ PRZESTRZENI EDUKACYJNEJ


W dniu dzisiejszym zaczyna się w Uniwersytecie Rzeszowskim międzynarodowa konferencja pod wspomnianym powyżej tytułem, której organizatorem jest Zakład Pedagogiki Szkolnej oraz Katedra Pedagogiki Medialnej UR. Jej inicjatorem jest prof. UR dr hab. Ryszard Pęczkowski, autor m.in. rozprawy - Funkcjonowanie klas łączonych w polskim systemie edukacji (Wyd. Uniwersytetu Rzeszowskiego 2010), badacz sieci i funkcji rzeczywistych edukacji szkolnej w środowiskach wiejskich i małych miastach oraz dr hab. prof. UR Marta Wrońska – Kierownik Katedry Pedagogiki Medialnej.


Kogo dzisiaj obchodzą losy małych szkół? Być może przed wyborami samorządowymi, a kampania trwa już na całego, ktoś sięgnie po tę ideę, by wzmocnić swoje szanse na wygraną w lokalnej społeczności. Nie o politykę tu jednak chodzi, ale o jakość polskiej edukacji. Kto czytał wywiad w GW z Arturem Andrusem, to zapewne był zaskoczony, że uczęszczał on do "mikroskopijnej szkoły", dla siedmiorga dzieci, a mieszczącej się w domu nauczycielki. Można było tak uczyć dzieci, by wykształcić i wychować je na przyzwoitych obywateli kraju? Opłacało się to państwu wówczas, w okresie quasitotalitarnym? Nie opłaca się już w neoliberalnym?

Jak piszą Organizatorzy: MAŁA SZKOŁA – to kategoria odmieniana na wszystkie możliwe sposoby. Jest przedmiotem dyskusji i polemik prowadzonych w różnych środowiskach, w wielu przypadkach jest źródłem konfliktów społecznych. Sytuacja ta stwarza władzom oświatowym, zarówno na szczeblu centralnym, jak i samorządowym, szereg problemów natury organizacyjnej, ekonomicznej i społecznej. Jest to również kategoria praktycznie nieobecna w dyskursach teoretycznych i empirycznych.

(fot. Mała szkoła na wsi)

Być może dzisiejsza debata pojawia się za późno z punktu widzenia dobra całego systemu szkolnego, ale lepiej jest mówić o tym jakże interesującym i wartościowym zjawisku późno niż wcale. Przez 25 lat wolności, a ściślej od 1993 r., kiedy do władzy wróciła b. nomenklatura PZPR, resort edukacji wraz z powołanymi do życia samorządami zaczął politykę dewastacji wartości lokalnej edukacji szkolnej, właśnie w małych przedszkolach i szkołach. Jakże łatwo jest zlikwidować to, co małe, bo "tu i teraz" dużo kosztuje, ale za to jakie rodzi owoce w przyszłości.

Znakomicie, że Dziekan Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Rzeszowskiego podjął ten problem z udziałem wielu, znakomitych pedagogów szkolnych i medialnych. Wystarczy zajrzeć na stronę konferencji, żeby zobaczyć, jak znaczący eksperci, profesorowie i doktorzy wraz z młodymi naukowcami będę prezentować walory, ale i problemy edukacji w małych ośrodkach i placówkach edukacyjnych.

Można z ulgą odetchnąć i powiedzieć, że nareszcie nauka upomina się o powrót do rozwiązań, które – choć przecież nie są nowe – to jednak stanowią problem, wywołują frustrację, albo są przemilczane. Taniej dla państwa jest bowiem pracować z dziećmi w wielkich szkołach, w grupach jednorodnych wiekowo. Na dziś korzystne jest dla budżetu państwa i gmin - na skutek niżu demograficznego - likwidowanie małych szkół na terenach wiejskich. Warto jednak zacząć czytać raporty badawcze na temat kulturotwórczych, patriotycznych, obywatelskich funkcji właśnie małych szkół, w tym także modeli kształcenia w klasach łączonych, zróżnicowanych wiekowo. Są to rozwiązania organizacyjne, wychowawcze i dydaktyczne, które stwarzają wielką szansę dla dzieci, by nie uciekały na emigrację zewnętrzną lub wewnętrzną, podejmowały działania na rzecz "małych ojczyzn". Przestańmy zamykać małe szkoły na terenach rustykalnych, jeśli nie chcemy mieć narastającej fali wtórnego analfabetyzmu, ofiar przemocy i agresji, sekstingu, uzależnionych od narkotyków i alkoholu itp. W tym sensie konferencja odbywa się w dobrym momencie.

Nie ulega jednak wątpliwości, że mamy w Polsce do czynienia z systematyczną marginalizacją tej formy organizacyjnej kształcenia, niechęcią wobec niej przede wszystkim MEN i samorządów, ale i wśród części nauczycieli, jak i niektórych dyrektorów szkół. W procesie przygotowania do zawodu w ogóle jej się nie wyodrębnia i nie omawia jako wartościową formę edukacji. Z kolejnym rokiem docierają do nas alarmujące dane o likwidowaniu przez gminy szkół podstawowych ze względu na małą liczbę dzieci i zbyt duże koszty ich utrzymania. Rodzice zaś protestują, bo są to jedyne w ich środowisku lokalnym centra kultury, to ośrodki kultywujące piękno lokalnego folkloru i wzmacniające kapitał ludzki oraz społeczny.

W literaturze europejskiej oraz w polityce samorządowej wielu państw naszego kontynentu tego typu rozwiązanie jest szeroko reprezentowane w praktyce oświatowej. Wystarczy tylko wspomnieć, że w Szwajcarii nauczyciele szkół podstawowych pracują w małych szkołach, które są jak najbliżej miejsca zamieszkania dzieci. Zajęcia dydaktyczne odbywają się w systemie klas łączonych (1/2, 3/4 i 5/6). Także w Niemczech, Austrii czy Danii korzysta się z tego typu rozwiązań jako alternatywnych w sytuacji, gdy w rejonie jest mniej dzieci w wieku szkolnym.

Co ciekawe, wyniki osiągnięć szkolnych w ramach międzynarodowych badań PISA potwierdzają m.in. to, że absolwenci szkół szwajcarskich czy fińskich uzyskują wyższe noty, niż nasi. Na proces sepizacji w systemie edukacji zwróciła uwagę nie po raz pierwszy w naszym kraju prof. Maria Dudzikowa w 2004 r. Sam także pisałem o tego typu praktykach w 1993 r. w książce „Wyspy oporu edukacyjnego”. Wraz z ruchem pedagogiki reform, o którym tak znakomicie pisze prof. Mirosław S. Szymański z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. M. Grzegorzewskiej w Warszawie, nieustannie nawiązują do ich doświadczeń i rozwiązań współczesne szkoły niepubliczne.


Z niecierpliwością będziemy czekać na publikację studiów i analiz uczestników tej debaty, której celem jest m.in.:

◦stworzenie stałego forum wymiany informacji o funkcjonowaniu małych szkół, zarówno w polskim systemie edukacji, jak i w systemach europejskich,

◦zainicjowanie dyskusji o podstawowych problemach małych szkół w kontekście dynamicznie zmieniającej się sytuacji demograficznej, ze szczególnym uwzględnieniem przyszłości,

◦poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytania: „Likwidować, czy nie małe szkoły? Rozwijać?, a jeżeli tak, to w jakim kierunku? Jaka jest przyszłość małych szkół w Polsce i Europie?

◦stworzenie platformy wymiany doświadczeń, będących efektem funkcjonowania małych szkół publicznych i niepublicznych, szkół alternatywnych i innych, działających w Polsce oraz krajach europejskich.




Obszary tematyczne konferencji:

I. Społeczno-polityczne konteksty małej szkoły

◦Prawne i ekonomiczne aspekty funkcjonowania małych szkół.

◦Mała szkoła a procesy demograficzne w Polsce i Europie.

◦Społeczne, kulturowe i ekonomiczne skutki likwidacji małych szkół – doświadczenie polskie i europejskie.

◦Polityka oświatowa państwa wobec małych szkół – konteksty historyczne, stan aktualny, propozycje zmian.

II. Mała szkoła w perspektywie diagnoz

◦Mała szkoła w świetle badań jakościowych i ilościowych – diagnozy, analizy porównawcze, etnopedagogiczne, kulturowe.

◦Środowisko wychowawcze małych szkół – diagnozy, analizy, eksperymenty, propozycje metodyczne.

◦Mała szkoła w perspektywie pozaszkolnych oddziaływań środowiskowych.

III. Mała szkoła – istota, specyficzne problemy i oczekiwania (nadzieje)

◦Modele małych szkół – teoria i praktyka.

◦Uczniowie o specjalnych potrzebach edukacyjnych w małej szkole.

◦Mała szkoła a współczesne technologie informacyjne – teoria i praktyka.

◦Mała szkoła w mediach, media, media cyfrowe w małej szkole.

◦Nauczyciel w małej szkole.

Tymczasem ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska będzie w szkołach-molochach zagęszczać klasy dla najmłodszych dzieci. Jej zdaniem, nic się nie stanie, jak w każdej klasie będzie więcej niż 25 sześcio- i siedmiolatków. Oczywiście, sama posyła dziecko do szkoły prywatnej, więc doskonale wie, na czym polega różnica między kształceniem w tłumie a elitarnym.