czwartek, 18 grudnia 2014

Naukowcy w służbie politycznej manipulacji










Najwyższy czas, żeby naukowcy, a nie naukawcy (ci bowiem służą kłamstwu władzy) zaczęli ujawniać wyniki diagnoz o sytuacji sześciolatków w szkołach, o procesie zmuszania dyrektorów poradni pedagogiczno-psychologicznych do niewydawania zwolnień od obowiązku szkolnego, o ewidentnych stratach rozwojowych dzieci w wieku wczesnoszkolnym!

Najwyższy czas, by nauczyciele sami zaczęli gromadzić dokumentację świadczącą o patologicznych skutkach autorytarnej, centralistycznie sterowanej polityki oświatowej ministry edukacji narodowej.

Wyjaśniam na wstępie, by nie było żadnych wątpliwości, z jakiej pozycji piszę o problemie sześciolatków w szkołach. Nie mam nic przeciwko temu, by sześcioletnie dzieci uczęszczały do szkół publicznych. Uważam, że byłoby lepiej, gdyby ten proces rozpocząć w ich piątym roku życia, tak jak ma to miejsce w Wielkiej Brytanii. Tyle tylko, że żeby to miało sens, Polska musiałaby mieć inny ustrój szkolny, taki jak w Holandii, Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Austrii, ta edukacja w budynku szkolnym musiałaby być przedszkolną (pre-schooling) a nauczyciele każdego poziomu systemu szkolnego powinni godnie zarabiać , itd.

Jaki mam tu na uwadze ustrój szkolny? Zdecentralizowany! To oczywiste. Tylko w takim systemie byłoby dla władz oświatowych jasne i zrozumiałe, że zarządzanie placówką oświatową wymaga myślenia globalnego, ale lokalnego współkierowania procesami socjalizacji, uczenia się i wychowywania dzieci w szkołach z najważniejszymi podmiotami - nauczycielami, rodzicami i uczniami. Politycy PO i PSL oszukują polskie społeczeństwo twierdząc, że niemalże w większości państw rozwiniętych gospodarczo dzieci uczęszczają do szkół w 6 roku życia. Kłamstwo władzy polega na tym, że nie dodaje ona informacji na temat tego, czym te dzieci zajmują się w szkole? Jaki rodzaj edukacji jest im oferowany?

Studenci pedagogiki wczesnoszkolnej wiedzą z pedagogiki porównawczej, a i urzędnicy MEN także powinni to wiedzieć, że w innych krajach dzieci uczęszczają wprawdzie do szkół, ale mają w nich edukację przedszkolną. Po co więc wciskać kit polskiemu społeczeństwu i twierdzić, że im wcześniej dziecko pójdzie do szkoły, tym będzie lepiej dla jego rozwoju i szans życiowych? Polskie przedszkola doskonale realizowały zadania przygotowywania dzieci do dojrzałości szkolnej. Ta zaś jest osiągana na całym świecie (dzieci wszędzie są takie same) w wieku ok. 7 roku życia. Nie ma to zatem znaczenia, w jakiej przestrzeni, w jakim typie placówek maluchy będą przygotowywać się do szkolnej edukacji - w przedszkolach czy w oddziałach przedszkolnych w szkołach.

Natomiast publikowane diagnozy niektórych socjologów czy psychologów na usługach MEN są porażająco nienaukowe (przytoczę je w najbliższym czasie), jeśli spojrzymy na to, jak skrzywdzono w Polsce sześciolatków wciskając ich razem z siedmiolatkami do klas szkolnych, bez możliwości de facto przygotowywania ich do systematycznego uczenia się w formie indywidualnej, grupowej i zbiorowej.

Politycy III RP mogą być - w zakresie zarządzania resortem - profesjonalnie "wyzerowani" (takimi są najczęściej, by dać zarobić doradcom), czego najlepszym przykładem jest obecna ministra edukacji. Jak widać, nie ma to znaczenia, skoro poprzedniczki obecnej ministry były w służbie politycznej partii, a nie edukacji jako dobra wspólnego lekceważąc opinie naukowców i prawie miliona rodziców sześciolatków. Co z tego, że same są nauczycielkami (przynajmniej z wykształcenia i częściowej praktyki zawodowej)? Niech już każda rozstrzyga to w swoim sumieniu. Nie ćwiczyły tej pseudoreformy na własnych dzieciach, więc kogo nie boli, temu powoli.

Co gorsza, niektórzy młodzi naukowcy, także niedouczeni, przenoszą polityczną argumentację do swoich rozpraw powielając bzdety, które z nauką nie mają nic wspólnego. Co czynią niektórzy psycholodzy rozwojowi czy socjolodzy? Przyjmują służalczą postawę wobec władzy na rzecz okłamywania polskiego społeczeństwa. Tym samym naruszają resztki zaufania, jakim jest jeszcze obdarzany ten zawód. Niektórzy nawet jeżdżą po całym kraju i serwują obwoźną psychologię rządową, koncepcje biurokratycznej ewaluacji itp., ale to nie oni ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność za ich realizację w szkołach czy polityce władzy.

Nie ma to nic wspólnego z istotą procesu kształcenia i wspomagania rozwoju dziecka w wieku wczesnej edukacji. Czyżby sumienia niedouczonych diagnostów zagłuszane były rzekomo tym, że oni nie muszą znać metodyki kształcenia i wychowania? Czy dlatego krążą po kraju i opowiadają kwestie poboczne, oderwane od rzeczywistości szkolnej edukacji np. o rozwoju dziecka, jego stymulowaniu, progach rozwojowych itd., jakby to miało istotny związek ze zmianą oświatową?

Oczywiście takie wykłady można prowadzić latami i w nieskończoność twierdząc, że mają one związek z reformą szkolną. Taki związek może mieć wszystko. Równie dobrze specjaliści od kosmetologii mogą prowadzić MEN-skie wykłady na temat tego, jak nauczycielki powinny dbać o własną cerę, by sześciolatki dobrze czuły się w kontakcie z nimi w czasie lekcji.

Nauczyciele mają wiedzę na temat psychologii rozwojowej, a przynajmniej posiadać ją powinni, skoro uzyskali certyfikat tzw. "kwalifikacji pedagogicznych" - tak ci w przedszkolach, jak i w szkołach. Doprawdy, nie trzeba im wmawiać takich banałów z połowy lat 70. XX w. doprawionych lekką poetyką potocznej psychologii rozwojowej z USA. Psychologów rozwojowych wciąga się w polityczne zadanie, którego celem jest zmiana norm dojrzałości szkolnej tak, by "uzasadniała" decyzje władz resortu edukacji. Jak obniżymy skalę powinności, to okaże się, że 99% dzieci w 6 roku życia osiągnęło dojrzałość szkolną.

Nic trudnego. W PRL ponoć też 99% głosowało za PZPR czy FJN. Drodzy psycholodzy rozwojowi, socjolodzy - Nagrody Nobla za taki szwindel nie dostaniecie. Rozumiem, że w PRL niektórzy chcieli, a niektórzy musieli współpracować z reżimem PZPR rozwijając psychologię marksistowską. Czy jednak w wolnym kraju warto naruszać normy akademickiej etyki, sprzeniewierzać się nauce kosztem kilkuset tysięcy zdradzonych przez naukowców uczniów?

Dlaczego psycholodzy i pedagodzy nie protestują przeciwko fałszywej, bo politycznej nadinterpretacji wyników rzekomo naukowej diagnozy, jaką przeprowadziły osoby ze stopniem naukowym doktora z Instytutu Badań Edukacyjnych? Obejrzyjcie spot filmowy na temat tych badań, bo można na tym przykładzie prowadzić wykład z psychologii manipulacji, z psychologii w służbie kłamstwa. To przykre, że po 25 latach wolności musimy zwracać uwagę na tak fundamentalne kwestie.

To kłamstwo jest rozpoznawalne przez nauczycieli, którym już niedobrze się robi, jak słyszą je po raz kolejny na zarządzanym przez kuratorium oświaty "spędzie" z udziałem ministra czy wiceministra edukacji. Wszystko to wygląda żałośnie.

19 komentarzy:

  1. Witam Profesorze,
    akurat słucham audycji radiowej poświęconej sytuacji materialnej Polaków, a rolowanych systematycznie przez sektor bankowy na co dzień.Jestem przerażony sytuacją owych ludzi i w kontekście postu umieszczonego powyżej, to powiem, iż ludzie zrobią wszystko, aby zdobyć przysłowiowy grosz.Dopuszczą się manipulacji, oszustwa i innych chwytów poniżej pasa, gdyż chcą poprawić swój status materialny, albo po prostu przeżyć, w tym buszu i dżungli zarazem.Tak wygląda nasza polska, chłopska demokracja i zaszczepiona nad Wisłą neoliberalna wersja kapitalizmu.Brakuje słów, aby to opisać i zrozumieć.Mnie osobiście już nic nie dziwi w RP.Taki to kraj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie wina "kraju", tylko nieuczciwych ludzi. Nie trzeba się takimi przejmować, tylko przyjąć do wiadomości, ze uczciwym finansowo jest gorzej, ale duchowo (w sumieniu) - jak najlepiej. I to ostatecznie ważniejsze. Róbmy swoje i nie porównujmy się do tych, którzy nie są wzorem.

      Usuń
  2. Jako rodzic dziecka posłanego zgodnie duchem reformy nagłaśniałabym też kwestię nieprzygotowania nauczycieli klas czwartych do pracy z uczniami o rok młodszymi. Kończący się właśnie semestr zimowy wyraźnie pokazuje, że są nieprzygotowani, chociażby w kwestii oceniania znam uczniów z klasy mojego dziecka, którzy mają po 7 jedynek z kilku przedmiotów, jakim cudem dziecko znalazło się w 4 klasie? Nauczycielka języka polskiego która wykonywała diagnozę umiejętności dzieci na początku roku była załamana. Dlaczego wcześniej nikt rodziców nie przestrzegał, że to będzie rewolucja w ocenianiu, tylko wciskano skopiowane elaboraty ocen opisowych, których większość rodziców nie do końca rozumiała albo udawała że rozumie. Nagle z holistycznego postrzegania dzieci w klasach I-III wrzucono je do modelu encyklopedycznego integracyjny model jest tylko w nazwie, każdy nauczyciel klasy czwartej pracuje tak jak przed laty z dziećmi starszymi bo kto i kiedy przygotował nauczycieli do pracy z dzieckiem młodszym?
    IBE to dostrzega próbując niby to zachęcać (w jednej z publikacji) do współpracy nauczycieli z klas I-III z nauczycielami z drugiego etapu tylko na półsłówkach się kończy.
    W takiej sytuacji może powinniśmy wrócić do modelu edukacji sprzed lat, w którym etap propedeutyczny (edukacja wczesnoszkolna) obejmował także klasę IV

    OdpowiedzUsuń
  3. Już pierwsze szkolne sześciolatki są uczennicami i uczniami klas IV. Tutaj dopiero zaczyna się męka. Ale tych problemów już badania IBE nie dotyczą. Może naukawcy (o których pisze Pan Profesor) teraz "ruszą" do szkół ze swoimi testami i tabletami...

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Profesorze. Tekst bardzo trafny. Kilka szczególnie trafnych uwag i spostrzeżeń.

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Profesorze!

    Sześciolatki w szkole to dla mnie bardzo ciekawy temat.
    Śledzę co na ten temat pojawia się w prasie, internecie. I z przykrością muszę stwierdzić, że jest pan jedynym człowiekiem, który zna się na pedagogice i sprzeciwia się edukacji sześciolatków w szkole. Oczywiście chodzi o szkołę w polskim wydaniu. Nie słyszałam o żadnym sprzeciwie innych fachowców zajmujących się pedagogiką, psychologią rozwojową i pokrewnymi dziedzinami. Środowisko naukowe olało ten problem. Uważany jest za wydumany i bezpodstawny. Tak długo jak ludzie zajmujący się edukacją będą milczeć albo komentować sytuację w zaciszu swoich gabinetów to propaganda i rozmaici pseudofachowcy będą wiedli prym. Do tej pory akcja "Ratuj maluchy" jest ośmieszana a twórcy przedstawiani są jak oszołomy. Na forach aż roi się od wpisów powątpiewających w intelekt Ich dzieci co podobno ma tłumaczyć ich zaangażowanie. Inną kwestią jest to co dzieje się w szkołach. Mam dzieci i widzę to technokratyczne podejście do choćby do oceniania. Sprawdziany i klasówki i kartkówki i ciągłe oceny. Każdy najmniejszy błąd jest wyłapywany i skutkuje obniżoną oceną. A dziecko zaczyna się bać robić cokolwiek bo ryzykuje popełnieniem błędu. Przykro to pisać, ale szkoła staje się miejscem egzaminowania (coraz częściej jest sprawdzane co dziecko z pomocą rodzica się nauczyło) i przygotowywania do coraz bzdurniejszych i bardziej
    schematycznych testów. Dzieci już od pierwszej klasy słyszą, że w III klasie czeka ich bardzo ważny egzamin. A nauka jest podporządkowana egzaminowi i temu by dzieci wypadły możliwie dobrze. Celem chodzenia do szkoły jest zdanie egzaminu a nie nauczenie się czegoś.
    Łączę wyrazy szacunku, czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w pełni z Pani spostrzeżeniami. Czwarta klasa to dla dziecka posłanego o rok wcześniej do szkoły nie lada wyzwanie. Problemy wychowawcze narastają każdego dnia.Dzieci wołają o pomoc, zwracając na siebie uwagę nieodpowiednim zachowaniem. Już w czwartej klasie przygotowują się do testu z angielskiego po klasie 6, już są po próbnym teście z matematyki podobnym do tego po klasie 6.
      Boże przecież one jeszcze z pierwszego etapu się nie otrząsnęły So life is brutal. Jesteśmy coraz bliżej Chin i Korei w myśleniu o edukacji
      Sprawdziany, sprawdziany i sprawdziany W Librusie każda ocena mojego dziecka z wychowania fizycznego jest opatrzona komentarzem Sprawdzian, Zastanawiam się kiedy te dzieci się czegokolwiek uczą , kiedy się uczą poprzez gry , zabawy rozwiązywanie problemów jeśli ciągle są poddawane ocenianiu i nieustannie piętnuje się ich błędy. Gdy nie ma rozsądnych rodziców to dziecko ma przechlapane. Rodzice ratujcie swoje dzieci!!!!!!!!!!

      Usuń
  6. Szanowna Pani nie byłem i nie jestem jedynym naukowcem, który protestował i nadal to czyni w powyższej sprawie. Proszę pamiętać, że dla MEN b.krytyczną a uczciwą naukowo ekspertyzę tej pseudoreformy napisała prof. dr hab. Dorota Klus-Stańska z Uniwersytetu Gdańskiego, najlepszy dydaktyk wczesnoszkolny w naszym kraju! Za tę ekspertyzę ministra Szumilas mściła się via władze PAN, które zamierzały zdjąć mnie z funkcji przewodniczącego Komitetu Nauk Pedagogicznych szukając kruczków prawnych. Kompromitacja elit jest zatem znacznie głębsza. Pisał o tym w ub. roku w Rzeczpospolitej red. A. Grabek. Upadek dobrych obyczajów ma miejsce także wśród kadr oświatowych a poziom hiperuległości przekroczył już stan alarmowy. Czyżby rynek zaczął działać eliminując etykę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lada moment ukaże się w Impulsie książka pod red. D. Klus-Stańskiej pt. ANTYEDUKACJA WCZESNOSZKOLNA.

      Usuń
  7. Zgadzam się z z tym, co zostało napisane w tym poście. Dodałabym jeszcze, że spotkałam rodziców, którzy wstydzili się pozostawić swojego sześciolatka w przedszkolu czy też w "zerówce". Podejrzewam, że to wynika z panującej jeszcze w społeczeństwie opinii (być może i stereotypu), według której dziecko wysyłane wcześniej do szkoły są uznawane za mądrzejsze i zdolniejsze. Jednak dzieci przecież dzieci odkrywają swoje zdolności w toku nauki i przez obcowanie z rówieśnikami. Mam ambiwalentny stosunek do pomysłu sześciolatków w szkole, ponieważ Rząd wprowadza w życie koncepcje (tudzież ustawy), pod które nie stworzył mocnego gruntu. Jedyne, co zostało wykonane to spoty reklamowe (inaczej tego nazwać nie mogę), w których dzieci są szczęśliwe, rodzice i nauczyciele również są szczęśliwi. Niestety szczęście jest zmienne i póki co nic trwałego nie da się na nim zbudować.

    OdpowiedzUsuń
  8. Szanowny Panie Profesorze,
    doczytałem do końca stwierdzenia: "...a nauczyciele każdego poziomu systemu szkolnego powinni godnie zarabiać." I stwierdziłem, że dalej nie będę czytać i się denerwować trafnymi argumentami w kierunku MEN. Proszę wybaczyć kolokwializm, ale prawie każda jakość działalności społecznej sprowadza się do kwestii finansowych i Ameryki nikt tu nie odkrył. Cała oświata dorabia bokami robiąc korepetycje, szkółki pływania, pracując na prywatnych uczelniach itd. Niestety rozbija się to o fundusze i godność człowieka wyrażająca się w tym, iż chce zapewnić byt swojej rodzinie.
    Pracuję w edukacji już ponad 10 lat i wiedzę następujące newralgiczne kwestie, które należałoby zmienić:
    1. Przeludnione klasy zarówno w szkołach podstawowych(25) jak i średnich(30) (jak można poprawnie mówić o rozwoju ucznia w klasie 28to osobowej!!!???). Za komuny mówiono nam, że jesteśmy "licznym rocznikiem", że nie ma na tyle klas itd. Teraz kiedy jest niż i można by wykorzystać tę szansę do wychowania w jakości łączy się klasy bo nie ma pieniędzy na etaty.
    2. Brak dofinansowania na pomoce dydaktyczne zwłaszcza w klasach I-III Ci nauczyciele wydają wielkie kwoty na tonery kolorowe, papier, akcesoria itd. Chcąc przeprowadzić fajną lekcję jest to niezbędne. Nikogo to nie interesuje skąd na to biorą? Zwyczajowo ze swojej pensji.
    3. Wszędobylska biurokracja ilość zespołów np. robiących programy naprawcze, KIPu, sripu ;) IPET, PDW, SZOK, itd. Sprawozdanie, sprawozdania z ocen semestralnych, opisywania problemów kto na$#@ł i rozmazał, a kto nad tym zapłakał itd. Niekończące się posiedzenia grona pedagogicznego szumnie nazywanych "konferencją", itd. itp. Czy ktoś w ogóle czyta te statystyki? I robi z nich użytek?
    4. Szybkie wprowadzanie reform, które są tylko pozorne, które są iluzją jakości i dbałości o rozwój ucznia, jak ta dotycząca dojrzałości szkolnej. A powolne reagowanie na faktyczne zagrożenia wynikające z trendów gospodarczo-ekonomicznych.
    Pamiętam jak masowo wprowadzano język angielski do szkół z informatyką uczyli go w przeważającej części nauczyciele wychowania-fizycznego, plastycy i katecheci jednym słowem Ci którzy chcieli dorobić uczciwie do etatu, ale Ci którzy nie mieli nawet wyobrażenia o tym jakie to istotne. Efekt - społeczeństwo musiało za to zapłacić w dłuższej perspektywie. Proszę popatrzyć jakim powodzeniem cieszą się wszelkie szkoły i szkółki języka angielskiego.
    Proszę mi wytłumaczyć Panie Profesorze jak można przez 12 lat edukacji (klasy I-III, 4-6, gim. 1-3, LO 1-3), nie nauczyć ucznia trzech czasów - bo tyle jest potrzebnych do poprawnej komunikacji w j. angielskim?
    Informatyka - niestety to nie Paint, Word i Powerpoint. Z badania Głównego Urzędu Statystycznego w 2012 roku wynika, że komputery znajdują się w 94,6 % polskich gospodarstw domowych z dziećmi w wieku szkolnym, a 91,5% posiada także dostęp do Internetu. Natomiast umiejętność programowania deklaruje zaledwie 8,8% obywateli polskich i odsetek ten nie zmienia się w czasie. Jesteśmy narodem analfabetów informatycznych!!! („Kraj, który by się technicznie zaniedbał lub co gorsza programowo od techniki odwrócił, dobrowolnie skaże się na rolę służebną wobec innych narodów...” T. Kotarbiński).
    Młodzież też tych statystyk nie ratuje, są oczywiście "multimedialni", ale w zakresie Fejsbziuka, Twittera i gier komputerowych i tu ich kompetencje się kończą o czym można przeczytać w raporcie "Dzieci sieci 2.0".
    W. Brytania, Estonia, Niemcy już wprowadzają programowanie do szkół, ale u nas jak zwykle jest czas na debaty typu gender, przerwa świąteczna i czy uczeń ma prawo zakwestionować ocenę nauczyciela.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad 2. W większości przypadków to nie nauczyciele pokrywają koszty tonerów, papieru ksero czy innych materiałów a rodzice. W szkole są składki na tzw klasowe i w ramach tych pieniędzy kupowane są niezbędne rzeczy. Co do tych pomocy dydaktycznych robionych przez nauczycieli klas I-III to proszę nie przesadzać, mam dzieci w szkole i widzę. Nawet sprawdziany są przygotowane przez wydawnictwo. Nauczyciel rozdaje karty pracy -- gotowce. Praktycznie niewiele materiałów kseruje -- wszystko ma w pakiecie od wydawnictwa. Pewnie przez zmianę elementarza to się zmieniło -- nie wiem, nie mam dziecka w I klasie.
      Ad 3. Biurokracja jest wszędzie. To oczywiście nie usprawiedliwia zbędnej papierkowej roboty ale pracownicy szkół powinni wiedzieć, że nie jest to ich wyłączny problem. Niestety, krajem rządzą urzędnicy.
      Ad 4. Tak, zgadzam się. Reformy bez głowy, bez przygotowania. Każdy urzędujący minister czuje potrzebę zmian i reformowania.
      Co do dyletanctwa informatycznego i językowego -- pełna zgoda. Ale nie każdy jest w stanie nauczyć się programowania -- akurat tym się zajmuję i jestem tego pewna. A co debat: przerwa świąteczna czy kwestionowanie nawet nie tyle oceny co sensowności oceniania -- to dla rodziców i uczniów ważne tematy. Dla mnie jako rodzica posyłającego dzieci do szkół, najważniejsze jest by moje dzieci kompletnie nie zniechęciły się do nauki. A niestety w dobie masowych testów jest to bardzo prawdopodobne.

      Usuń
  9. IBE do likwidacji jako przybudówka ideologiczna MEN na wzór ANS przy KC PZPR

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale to, co napisałeś powyżej to idiotyzm, gdyż Instytut Badań Edukacyjnych posiada określony dorobek naukowy i ekspercki, a to, iż jest wykorzystywany do różnych celów przez MEN, to było tak i będzie niestety.Najlepiej wszystko zlikwidować.Ciekawy punkt widzenia statystycznego Polaka.

      Usuń
  10. Nareszcie ktoś zaczął o tym mówić. Ciągle zgłaszają się rodzice po pomoc dla dzieci bo te mają problemy w szkole. Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  11. Piszecie słusznie i mądrze. Przyłączam się do Waszych opinii i postulatów. Nie zgadzam się tylko z tezą, że "nareszcie ktoś zaczął o tym mówić". Niedawno musiałem takie "mówienia" z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia wyrzucić na makulaturę, bo już nie mieściły się w moim domu.
    Zatem uważam, że problem leży nie tylko po jednej stronie - MEN, CKE, IBE, urzędników oświatowych, niewłaściwych dyrektorów i nauczycieli. My, niezadowoleni ze sposobu edukacji naszych dzieci, również jesteśmy problemem, ponieważ za słabo reagujemy na zło. Dotąd nie stworzyliśmy silnej, zorganizowanej opozycji oświatowej. Nie tworzymy jej w szkołach, w gminach, w miastach i województwach, w kraju. Żeby coś zmienić, trzeba wysiłku = trzeba użyć siły, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. A my największy wysiłek, od dwudziestu pięciu lat, wkładamy w diagnozowanie, mówienie, pisanie, debatowanie i postulowanie. Robimy to po cichu i w rozproszeniu. My, to znaczy: ja, Wy tu piszący, zwykli rodzice i nauczyciele, a także eksperci i uczeni. Każdy sobie rzepkę skrobie. Czego oczekujecie ?! Że zmiany zostaną dokonane pod wpływem Waszych=naszych narzekań, diagnoz i raportów naukowych ? Trzeba skorzystać z wszystkich narzędzi, jakie daje nam do ręki demokracja. Ale to wymaga wysiłku osobistego i zbiorowego, wspólnej organizacji i wspólnych, masowych DZIAŁAŃ.
    Wczoraj obywatele z Dolnego Śląska walczyli(!) o bezpieczną drogę z Wrocławia do Kotliny Kłodzkiej. Zablokowali ją w kilku miejscowościach, ponieważ dotychczasowe apele, petycje i naciski nie odniosły skutku. Zauważcie, że już są zorganizowani, skoordynowali swoje działania w kilku miejscowościach. My, niezadowoleni z oświaty, nie potrafiliśmy tego zrobić przez 25 lat, nie stworzyliśmy żadnej grupy, nie zorganizowaliśmy dobrej akcji. Jeden z uczestników blokady powiedział do kamery: w Polsce nic nie da się załatwić-zmienić bez blokady. Niech te słowa przypominają się nam za każdym razem, gdy będziemy chcieli po raz setny przedstawić słuszne diagnozy i postulaty, lub tylko ponarzekać. Niech przypominają się rodzicom, gdy po wywiadówce szepczą po kryjomu na korytarzu, nam-piszącym po blogach, gdy kładziemy dłonie na klawiaturę, uczonym, gdy głośno debatują w salach konferencyjnych.

    OdpowiedzUsuń
  12. " nauczyciele każdego poziomu systemu szkolnego powinni godnie zarabiać"

    Panie Profesorze,

    W Łodzi nauczyciel mianowany z dodatkami zarabia mniej więcej tyle co adiunkt ze stopniem doktora hab. na Uniwersytecie / Politechnice.
    Nauczyciel nie musi publikować, nie musiał się aż tyle dokształcać, wreszcie zwykle ma tytuł zawodowy mgra. Zwykle prowadzi zajęcia "przewidywalne", a na uczelniach programy ciągle się zmieniają. Pensum 18h, przygotować coś na szybko, sprawdzić testy, czasem rada pedagogiczna - ale i tak pracuje znacznie krócej. Jedyne co Mu grozi to niż demograficzny, ale to jest niezależne od Jego pracy.

    Nie rozpaczałbym nad losem nauczycieli.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja bym jednak rozpaczał - nad losem nauczycieli, uczniów i rodziców. Wszyscy oni są ofiarami systemu pańszczyźniano-folwarcznego, w którym nie ma miejsca na szacunek, dialog, wątpliwości, zastanowienie, poszukiwanie, odkrywanie, myślenie, twórcze działanie, współpracę, dokonywanie wyborów, samodzielność, odpowiedzialność, odwagę, akceptację, sprzeciw i bunt, budowanie wartości, piękno, ... .

    OdpowiedzUsuń
  14. To rzeczywiście łódzkie uczelnie strasznie nędznie płacą, miałem już kilka sygnałów od znajomych z tego miasta, że płace są niższe o 30% niż gdzie indziej.

    OdpowiedzUsuń