poniedziałek, 1 grudnia 2014

Marnotrawstwo pieniędzy publicznych na edukację dorosłych







W ub. tygodniu red. Artur Grabek napisał w "Rzeczpospolitej" ciekawy artykuł pt. "Szkoła marnotrawstwa" (28.11.2014, s. A10). Rzecz dotyczy utrzymywania z budżetu państwa szkół dla dorosłych, przy czym ponoć to samorządowcy kwestionują zasadność tego rozwiązania. Ich zdaniem ok. 1,5 mld zł. "wyrzucane jest w błoto", gdyż efektywność kształcenia w tych placówkach jest na żenująco niskim poziomie.

Jak się okazuje zaledwie 11% słuchaczy techników uzupełniających, którzy przystąpili w tym roku do matury, zdało ten egzamin, a zatem niemalże co dziesiąty. Podobnie źle jest w uzupełniających liceach ogólnokształcących dla dorosłych, z których zaledwie 14% absolwentów zdało egzamin maturalny.

Istotnie. Po co nieodpłatnie kształcić dorosłych, skoro nie skorzystali z raz danej im szansy wieku do 18 roku życia? Relikt socjalizmu bardzo dobrze trzyma się po 25 latach wolności. Szkoły tego typu są prowadzone przez samorządy lokalne, a zatem stają się doskonałą synekurą dla polityków i członków ich rodzin, by mieć spokojną pracę, z której nikt nikogo nie rozlicza.

To zdumiewające, że przy tak niskiej efektywności kształcenia obywatele godzą się na utrzymywanie z ich podatków szkół, które zaprzeczają swoim założonym funkcjom. Ministerstwo Edukacji Narodowej chyba odpuściło sobie nadzór pedagogiczny, skoro od tylu lat utrzymuje tę niewiele znaczącą strukturę. Mamy tu do czynienia z darmowymi świetlicami dla dorosłych, którzy korzystają z różnego rodzaju ulg, przywilejów, a w istocie uzasadniają utrzymywanie kadr nauczycielskich bez odpowiedzialności za jakość ich pracy.

Jakiś czas temu pisałem o tym, że niektóre szkoły dla dorosłych są przykrywkami dla "czarnego biznesu". Niektóre są połączone z wyższymi szkołami prywatnymi, toteż ich właściciele mogą obiecywać tzw. kandydatom na studia, że pierwsze 1,5 roku będą mieli za darmo. Można jednak zapytać, skąd bierze się ta darmowa łaska? Czy nie jest tak, że przyjmuje się do szkoły dla dorosłych (bezpłatnie), a następnie wpisuje na listę studentów zaliczając im po cichu 3 semestry w liceum czy technikum? Tego typu pytanie często pada w dyskusjach na temat dewiacji szkolnictwa wyższego w sektorze niepublicznym.

Chyba żartem jest stwierdzenie wiceministra edukacji Przemysława Krzyżanowskiego, że w MEN pracują :(...) nad kolejnymi zmianami w systemie finansowania tych placówek, tak, aby uzależnić go od jakości oferty dydaktycznej" - uwaga! od jakości oferty, a nie od jakości kształcenia?! Tak podtrzymuje się w naszym państwie edukacyjną lipę. Można sobie pod nią usiąść i odpocząć.

6 komentarzy:

  1. Czy przypadkiem wszystkie te uwagi nie dotyczą tak samo szkół dla "niedorosłych"?

    "To zdumiewające, że przy tak niskiej efektywności kształcenia obywatele godzą się na utrzymywanie z ich podatków szkół, które zaprzeczają swoim założonym funkcjom." -- Mnie to samo zdumiewa w odniesieniu do większości szkół dla "niedorosłych", które też zaprzeczają swoim założonym funkcjom -- ale niestety w żadnych wyborach dotąd żadna partia w swoim programie nie obiecywała redukcji wydatków publicznych na szkolnictwo, więc choć się nie godzę, to i tak nie mam na to wpływu. Czy szkoły dla dzieci są czymś więcej, niż darmowymi świetlicami, gdzie rodzic może zostawić swoje dziecko, gdy jest w pracy, ale by ono umiało cokolwiek, to już musi uczyć je sam albo wynajmować prywatnych nauczycieli? Czy w wiejskich gminach szkoły nie są często synekurami dla krewnych-i-znajomych wójta bez jakiejkolwiek (poza czysto formalną) kwalifikacji merytorycznej? Może finansowanie szkół dla dzieci zależy od jakości ich oferty, czy tym bardziej jakości kształcenia w nich?

    Czy przymusowa i narzucająca wszystkim jednolity program szkoła państwowa nie jest przypadkiem reliktem absolutyzmu, trzymającym się świetnie w 100 lat po abdykacji Keisera?

    Proszę też zwrócić uwagę, że darmowe szkolnictwo dla dorosłych występuje dość powszechnie w krajach, które określilibyśmy raczej jako "państwa opiekuńcze", a które nigdy nie miały doświadczeń real-soc, np. w Skandynawii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. W przeciwieństwie do dzieci, które za rodziców nie odpowiadają, dorosłych ludzi powinno być stać płacenie za własne błędy! Zwłaszcza jeśli wymagamy płacenia od studentów... ;-)
      2. Każdy prawie przekręt ma czy jest oparty na ładnej ideologii... ;-) W III RP jest to ideologia fikcji służącej
      wyłącznie(!) przekrętom! Wystarczy popatrzeć na to czym te "szkoły" dla dorosłych kuszą kandydatów... ;-)

      Usuń
  2. Interesujący plakat. Retoryka wojskowa, nic dziwnego skoro byliśmy pod okupacją. Iga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byliśmy pod okupacją? Czyją? Kiedy?

      Usuń
  3. Dlatego oceny w szkole nie mają sensu. Znam szkołę dla dorosłych, w której nie trzeba w ogóle chodzić żeby zdać.Przydałyby się oceny opisowe i w związku z nimi dodatkowy czas pracy dla nauczycieli i większa pensja. Można powiedzieć, że sposobem sprawdzenia jakości kształcenia jest matura, ale z drugiej strony kształcenie pod schemat niekoniecznie jest dobre.

    OdpowiedzUsuń
  4. szkoły dla dorosłych to parodia, ale parodia tez jest kiedy uniwersytet na studia II stopnia przyjmuje 200 osob studentow niestacjonarnych i każe im się preorientoawac specjalnościowo... a ja się pytam, czy tu chodzi o jakość edukacji wyższej czy raczej ilość zapłaconego czesnego? czy może o wypracowanie godzin dla niejednego wykładowcy? może by w tym względzie tez cos zmienić...

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.