poniedziałek, 14 lipca 2014

Anonymous w edukacji czy w nauce jako świadek ZŁA staje się jego współsprawcą


Jesteśmy już 25 lat po transformacji politycznej, po rzekomo stworzonych podstawach dla państwa demokratycznego. Wyższe szkoły uzyskały autonomię, ale - co wydaje się mi się - najważniejsze, dysponują nią już w znacznie wysokim stopniu studenci. Mają przecież nie tylko własny samorząd na uniwersytecie, w akademii czy politechnice, ale jest też Parlament Studencki a przedstawiciele studentów znajdują się nie tylko w senatach, radach wydziałów, instytutów, ale także w znaczących gremiach ogólnokrajowych, z których opinią powinny liczyć się władze resortu nauki i szkolnictwa wyższego.

Skąd zatem bierze się tak wielki strach, lęk, obawa przed ujawnieniem patologii, łamania prawa, nieuczciwości naukowej nauczyciela akademickiego czy studenta w sytuacji, gdy są tego ewidentne znamiona, dowody czy możliwości ich zarejestrowania? Co jakiś czas do różnych instancji wpływają pisma, których treść zdaje się być wysoce prawdopodobną do opisanych w nich zdarzeń, postaw wymienionych z nazwiska osób, ale są to anonimy. Anonim zaś może mieć różne podłoże. Ktoś może chcieć celowo komuś zaszkodzić, obawiając się poniesienia odpowiedzialności za treść, która wcale nie musi być zgodna z prawdą.

Wiele jest sytuacji konfliktowych, sporów personalnych, zawiści czy postaw odwetowych itp., by pod pozorem troski o uczciwość, rzetelność, sprawiedliwość, ład prawny skierować przeciwko komuś oskarżenie. Jeśli nie jest ono podpisane, nie może być inaczej traktowane jak właśnie pozbawione dowodów w anonimowo opisanej sprawie. Będąc świadkiem czy ofiarą czyjegoś zła, nie można go kryć zasłaniając się rzekomą troską o własne bezpieczeństwo, bo być może jest to chęć obciążenia kogoś w niegodny sposób, bo pozbawiony realnych podstaw. Co z tego, że opisywane dość ogólnikowo wydarzenia czy fakty mogły mieć miejsce, kreują wysokie prawdopodobieństwo ich zaistnienia, skoro nie ma ich świadków, a zatem nie ma możliwości dochodzenia do prawdy i wyciągnięcia wobec rzekomych sprawców konsekwencji służbowych, prawnych itp.?

Są instancje, które mogą rzetelnie przeprowadzić stosowne dochodzenie, ale muszą mieć ku temu podstawę. Anonim nie uruchamia żadnej reakcji, bo nikomu nie wolno kierować się w podejmowaniu działań wobec oskarżanej "zza węgła" osoby - być może pomówieniami, insynuacjami, a być może rzeczywistymi przewinieniami określonych w anonimie osób itp. Proszę zatem nie uciszać własnych sumień faktem skierowania pisemnej skargi na kogoś czy na jakąś instytucję, gdyż jest to niczym innym, jak współdziałaniem ze sprawcą zła. Prof. Jacek Filek trafnie opisuje to zjawisko w swoich studiach z filozofii etyki. Kierując anonim stajemy się siewcami zła, a nie prawdy, gdyż ta wymaga dowodów (materialnych, osobowych). Anonim nie może być dla świadka zła alibi, gdyż w ten sposób wcale nie sytuuje się poza złem, ale staje jego współsprawcą.

O tym, że mają miejsce w uczelniach publicznych i prywatnych sytuacje zmuszania studentów czy nawet współpracowników do kupowania rozpraw "naukowych" przez samego autora, wykorzystującego swoją funkcję kierowniczą czy społeczną pozycję, że zdarzają się akademicy "kradnący" własność intelektualną swoich podwładnych(studentów, młodszych współpracowników), że bywają postaci ordynarne w zachowaniach wobec innych itd. itd., słyszymy, wiemy także z różnych doniesień, ale ... potrzeba cywilnej odwagi, by przeciwstawić się złu, zareagować w odpowiedzialny sposób.

16 komentarzy:

  1. Nie ma Pan racji! Np. skarbówka czy inne organa wykorzystują informacje z anonimów systemowo. Problemem jest, czy są to informacje prawdopodobne i (!) weryfikowalne. Informacja nieprawdopodobna - "X molestuje dziewczynki" choć wiadomo, że jest gejem, albo "X ukradł milion" choć wiadomo, że obracał tylko tysiącami. Informacja weryfikowalna - "X sfałszował taki a taki dokument w takim a takim celu", "Działania X to podręcznikowy przykład budowania patologicznej wspólnoty, służącej jego łamiącej prawo działalności takiej to a takiej"czy "X molestował Y, Z i V wtedy i wtedy - to można sprawdzić. Informacja nieweryfikowalna - "X to szuja, złodziej i zboczeniec" ... ;-) Możliwości i uprawnienia do sprawdzania mają instytucje, nie indywidualne osoby prywatne. Natomiast publiczny otwarty atak przerzuca ciężar dowodu na oskarżyciela i rodzi pytania o intencje... ;-) Na ogół w Polsce kończy się gorzej dla oskarżyciela niż dla oskarżonego - vide ewidentna sprawa abp Paetza czy W.Krollopa!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś z imienia i nazwiska napisałem do ministerstwa szkolnictwa wyższego. Dostałem odpowiedź, że ministerstwo nie jest stroną, że stroną właściwą jest sąd. A ministerstwo mogło coś w tej sprawie zrobić.
    I co Pan na to?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie Pan profesor ujął to zagadnienie. Trzeba dodać, że za pomówienia kodeks karny jak i cywilny przewiduje różne konsekwencje. Zapewne stąd anonimy,by ich nie ponieść... Najgorzej, że jak ktoś anonimowo coś napisze, na kogoś to odbiorca nie wie kto to i snuje mimo wszystko przypuszczenia, często sprawcą mianując nie tą osobę co trzeba. Bywają też osoby, które osobiście przychodzą wnosić skargę nie podpartą żadnymi dowodami, w takich przypadkach zło sieje jeszcze więcej chwastów niż w przypadku anonimów, bo skoro osoba się pofatygowała to może to jednak prawda? - i tak rodzą się plotki, a imię boga winnego człowieka ponosi uszczerbek.
    kodeks cywilny.
    "Art. 23.
    Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach."
    "Art. 24.
    § 1. Ten, czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania, chyba że nie jest ono bezprawne. W razie dokonanego naruszenia może on także żądać, ażeby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności ażeby złożyła oświadczenie odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie. Na zasadach przewidzianych w kodeksie może on również żądać zadośćuczynienia pieniężnego lub zapłaty odpowiedniej sumy pieniężnej na wskazany cel społeczny.
    § 2. Jeżeli wskutek naruszenia dobra osobistego została wyrządzona szkoda majątkowa, poszkodowany może żądać jej naprawienia na zasadach ogólnych.
    § 3. Przepisy powyższe nie uchybiają uprawnieniom przewidzianym w innych przepisach, w szczególności w prawie autorskim oraz w prawie wynalazczym."
    Prawo karne.
    Zgodnie z art. 212 § 1 „kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną nie mającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie, karze ograniczenia albo pozbawienia wolności do roku”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy jest pewien wyjątek od opisanych tu przez panią reguł? Pytam o osoby publiczne, a do takich należą politycy, nauczyciele (funkcjonariusze publiczni), nawet sędziowie czy prokuratorzy? Widzimy to na przykładzie R. Giertycha. Otóż , jeżeli organ prasowy opisał rzekomo "przestępcze" działania jego jako osoby publicznej a powieliły to setki innych mediów, to te ostatnie miały do tego prawo, wskazując na źródło swoich tekstów. Zdaje się że mecenas musiał uzyskać sądownie zgodę na zakaz powoływania się na tekst tygodnika Wprost?
      Gdyby tak nie było, to red. Marek Wroński praktycznie nie mógłby napisać ani jednego artykułu w Forum Akademickim o nieuczciwości naukowców czy nawet rektorów. Prawda?

      Usuń
  4. "Skąd zatem bierze się tak wielki strach, lęk, obawa przed ujawnieniem patologii, łamania prawa, nieuczciwości naukowej nauczyciela akademickiego czy studenta w sytuacji, gdy są tego ewidentne znamiona, dowody czy możliwości ich zarejestrowania?"

    Ano stąd, że mało jest ludzi (albo ich w ogóle nie ma, tak jak na obrazku powyżej), którzy odezwą się nie w swojej sprawie.
    W większości ludzie boją się o pracę, stanowisko, ośmieszenie się (bo nawet jak się odezwę z słusznej sprawie, to i tak będę w mniejszości. A szef wyciągnie konsekwencje).

    Ja też kiedyś szukałam sprawiedliwości na wyższym szczeblu. I wyszło jak zwykle...

    OdpowiedzUsuń
  5. Szanowny Panie Profesorze! Znam przypadek osoby - matki dwójki dzieci, osamotnionej w wychowaniu tychże dzieci (mąż wygodnicki, egocentryczny narcyz), a przy tym nauczycielki akademickiej, od niedawna "dr hab.", która zleca pisanie swoich prac innej osobie. Nigdy mi o tym nie powiedziała, ale jej mąż - lekceważący ją samą i naśmiewający się z jej pracy naukowej - owszem... Uczelnia jest dla niej odskocznią od domu, a jednocześnie udręką i jarzmem, ale mimo, że ją męczy jest jedynym miejscem, gdzie jest doceniana. Ponieważ na jej barkach spoczywa zajmowanie się domem i dziećmi, a przy tym ma poważne problemy zdrowotne - ucieka się do zlecania pisania swoich prac innej osobie, dostarczając materiały. Materiały dostarcza do osoby piszącej również jej mąż. Tak - chora, absurdalna sytuacja. Proszę mi powiedzieć - mam komuś donieść? A może współczuć? Zrozumieć? Pogodzić się z tym nie mogę, bo sama pracując poza uczelnią, piszę swoje "dzieło życia" i kosztuje mnie to wiele wysiłku, zaangażowania i wyrzeczeń. Również mam rodzinę, dzieci, wspaniałego męża. Co zrobić? Nie czuję się - tak jak Pan to sugeruje - współsprawcą zła nie informując o sytuacji, która ma miejsce. Myślę, że byłabym większym współsprawcą informując kogoś, a dziewczyna pozbawiona byłaby zatrudnienia i szacunku. Naprawdę nie wiem jak można sądzić takie sytuacje. Jestem zła na taki stan rzeczy, nie godzę się, czuję się oszukiwana, ale komu mam powiedzieć? Czy nie doprowadzę tym samym do czyjegoś załamania psychicznego, depresji?

    OdpowiedzUsuń
  6. Szanowny Panie Profesorze, zgoda, ale czas dla odważnych i prawych skończył się. Dominuje zmowa środowisk nie tylko akademickich i oświatowych. Z kim walczyć i w jakiej sprawie, jednostki? Nauczyciel na emeryturze zatrudniony jest na pełen etat, a młodszemu i sprawniejszemu oferuje się pół etatu (emeryt to w większości stary znajomy dyrektora szkoły, przyjaciel z przeszłości). Na uczelni zatrudnia się profesorów z Ukrainy, Białorusi, Słowacji za których wykłady prowadzą młodzi doktorzy z perspektywą protekcji w przyszłości. Zatrudnieni doktorzy z wymienionych państw są pod ochroną najczęściej rektorów uczelni i przy, np. redukcji zatrudnienia z powodu braku godzin zwalniani są krajowi. Pozostają święte krowy. O czym Pan Profesor mówi? Na 60 godzin semunarium magisterskiego profesor z Ukrainy ze studentami spędził! dwa razy po dwie godziny. Pozostałe zajęcia prowadził adiunkt - za darmo. To jest rzeczywistość, może przstaniemy fantazjować? Pozdrawiam serdecznie - Rzeczywistość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W jakiejś mierze już anonimowy podjął tę walkę, bo opublikował tu swoją opinię, zapewne krąży ona także w środowisku i prędzej czy później jednak będzie reakcja. Jeżeli czas dla odważnych i prawych się skończył, to w takim razie , w jakim my żyjemy państwie?

      Usuń
  7. Szanowny Panie Profesorze, może spróbujmy rozważyć problem w następujący sposób: dyrekcja szkoły dwa lata z rzędu zatrudnia nauczyciela na emeryturze na cały etat, a młody (względnie) nauczyciel zatrudniony jest na pół etatu. Na uczelni zatrudnieniani są profesorowie widma z Ukrainy, Białorusi, Słowacji za których wykłady prowadzą doktorzy (za darmo). Przy redukcji zatrudnienia, np. z powodu braku godzin pracę tracą krajowi nauczyciele akademiccy, a zatrudnieni z Ukrainy itd. nie są weryfikowani. Są pod ochroną rektorów. Jedna wielka fikcja z lekcji etyki. Kto zaradzi tej patologii? Ja, Pan Profesor? Państwo układów rozkwita, a kto ich nie ma ginie. Ten proces jest nieodwracalny. Dziwi się Pan Profesor ucieczkom habilitacyjnym czy doktorskim poza Polskę. Ja nie, ponieważ bez układów nawet nie radzę podejmować prób. Nie chcę nikogo obrazić, cenię pracowitość i wiarę w sprawie, ale rzeczywistość jest taka jaką ją tworzymy. W imię czego mam poświęcić siebie i rodzinę? W imię bezrobotnego i zubożałego doktora?

    OdpowiedzUsuń
  8. Obserwując własne miejsce pracy (uczelnię państwową wyższą) często mam wrażenie, że odbijają się w niej jak w soczewce patologiczne zachowania i procesy, które mają miejsce na wyższych szczeblach władzy. Kiedy analizujemy pierwsze z brzegu przykłady: konkursy na stanowiska akademickie (nepotyzm i "ustawki" pod... od dawna wiadomo - najczęściej kogoś z chowu wsobnego), sposób rozdzielania skromnych środków na badania (tajemnicą poliszynela jest kto dostanie i dlaczego) to uświadamiamy sobie w jakim my nadal żyjemy państwie. Na układy nie ma rady

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowelizacja ustaw B. Kudryckiej wprowadziła mechanizm prawny do walki z nepotyzmem. Tylko ktoś musi ją podjąć. Samo prawo tu nie wystarcza. Znam uniwersytety i akademie, gdzie ogłasza się konkursy i... nie ma albo chętnych, albo po prostu nie nadają się do pracy naukowo-badawczej i dydaktycznej. Tak też bywa. Nie jestem pracodawcą, więc nie miałem i nie mam w swoim doświadczeniu zawodowym tak nagannych praktyk.

      Usuń
    2. nikt nie zgłasza się, bo często ludzie juz nie wierza, że konkurs nie jest ustawiony
      kiedys wzialem udzial w konkursie
      bylo dwoch chetnych, ja i jeszcze jeden
      konkurs byl dziwnie dopasowany do kompetencji tego drugiego ale mimo to we wszystkim bylem lepszy o dwie dlugosci od tego pod kogo byl pisany konkurs
      indeks H nie mniejszy niż 4 (kontrkandydat mial wlasnie 4) - ja wtedy mialem H = 8
      liczba cytowan zagranicznych odnotowanych w WoK nie mniej niz 6, ja wtedy mialem ich ponad 110
      znajomość 2 obcych języków ze zdolnością prowadzenia zajęć w tych językach - u mnie zdolność wykładowa w 3.
      i tak dalej - każdy mierzalny parametr przewyższałem.
      Wygrałem konkurs - ale uczelnia skorzystała z prawa nie zatrudniania nikogo. Potem ten, dla którego uszyty był konkurs dostał umowę o dzieło na kilka dziwnych przedmiotów z oryginalnie brzmiącymi tytułami prowadzonych pod tymi nazwami tylko w tej konkretnej jednostce i w następnym konkursie dołożono wymóg doświadczenia dydaktycznego w przedmiotach o tych konkretnych tytułach.

      Usuń
    3. Ja nie kwestionuję czyjegokolwiek prawa do habilitowania się poza granicami kraju. Obecna procedura W Polsce jest dużo lepsza, bo jest transparentna, na wniosek zainteresowanej osoby, nie muszą być niczyje rekomendacje, poparcia itd. Nie jest prawdą, że wszędzie jest źle, że nie ma etyki w środowisku akademickim, bo znam wiele jednostek, w których bardzo uczciwie i merytorycznie podchodzi się do dorobku naukowego kandydata. Ufam, że tak jest w większości, chociaż dostrzegam nieprawidłowości. Na nie jednak jest procedura odwoławcza w CK i Komisje CK stosownie reagują, zdarza się, że nawet przenoszą postępowanie do innej jednostki, jeśli z dokumentacji wynikają działania pozamerytoryczne.
      Dla mnie kluczowe jest pytanie, po co komuś dyplom docenta z kierunku kształcenia, skoro nie odpowiada on dyscyplinie naukowej w Polsce? Czy i kto go zatrudni? Naukowiec z Niemiec, Wielkiej Brytanii, USA, a Nawet Rosji czy Ukrainy (z nostryfikowanym dyplomem przez jednostkę akademicką w Polsce) będzie zatrudniony w pierwszej kolejności, niż Polak czy obcokrajowiec z dyplomem, który jest ważny na Słowacji lub Francji, ale u nas nie odpowiada treści rozporządzenia b. minister nauki i szkolnictwa wyższego - B. Kudryckiej o obszarach, dziedzinach i dyscyplinach nauk.
      Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że to nie CK ustanawia to prawo, tylko od 2011 r. przyznało sobie ów przywilej Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nowelizując stosowne ustawy. CK musi rozpatrywać wnioski zgodnie z polskim prawem, którego przecież nie stanowiła, bo większość uwag zostało odrzuconych przez Komisję Sejmową, Senat i Prezydenta RP. Musi zatem oceniać poprawność postępowań zgodnie z przyjętą ustawą i aktami wykonawczymi do niej.

      Usuń
  9. A w Rzeczpospolitej jest ciekawy artykuł:
    http://prawo.rp.pl/artykul/757714,1126078-Czy-podejrzenie-o-popelnienie-plagiatu-musi-skutkowac-utrata-stanowiska-rektora.html

    OdpowiedzUsuń
  10. Szanowny Panie Profesorze. Anonimowość to konieczność. Gdybym opowiedziała co się dzieje na mojej uczelni, powstała by dobra książka sensacyjna. Pieniądze na badania statutowe jednostki zamiast dla pracowników naukowych trafiają dziwnym trafem do doktorantów, niezgodnie z prawem, duże kwoty wydawane ze środków statutowych na tłumaczenia tekstów dla tłumaczy, podczas gdy pracownik nie ma nawet na papier do drukarki, aby przygotować publikację. Penalizowani przez kierowników podwładni są odcinani od środków na badania. Czy to jest normalne ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, to nie jest ani normalne, ani nie sprzyja reprodukcji naukowej kadr akademickich. Z tego bowiem wynika, że kto ma dostęp do kasy, ten płaci ze środków budżetowych na tłumaczenie swoich tekstów, by za ich opublikowanie uzyskać więcej punktów. To cały krąg paradoksów akademickich, regulowanych prawem o szkolnictwie wyższym oraz o stopniach i tytułach naukowych, w wyniku których "swoi" mają, a "obcy" nie. Można jednak uzyskać środki na własne badania, w tym także na zakup sprzętu, papieru do drukarek czy tonerów, jeśli zaprojektuje się własne badania i złoży aplikację do Narodowego Centrum Nauki. Tu nie jest pani potrzebna zgoda bezpośredniego przełożonego, by z takim wnioskiem wystąpić. Można też w ramach konstruowania zespołów badawczych (proszę zajrzeć na stronę Kulczyckiego) i opracowania interesującego projektu badawczego, aplikować o bardzo korzystne i adekwatne do planowanych zadań środki finansowe. Na tym polega m.in. część reformy w szkolnictwie wyższym i nauce z 2011 r. Środki na badania statutowe będą z każdym rokiem coraz mniejsze, bo władze państwowe przyjęły strategię wymuszania od naukowców pozyskiwania środków pozabudżetowych (np. w fundacjach, w konkursach międzynarodowych itp.). Przypuszczam, że jeszcze przez wiele lat to się nie zmieni.

      Usuń