środa, 12 lutego 2014

Kultura popularna i tożsamość młodzieży w niewoli władzy i wolności









Kolejna książka poznańskiego profesora pedagogiki - Zbyszko Melosika nie pozostawi nas obojętnymi na sprawy przenikania pop kultury do naszej codzienności, w tym do stref życia dotychczas zarezerwowanych tylko dla kultury wysokiej. Dzięki znakomitej analizie najnowszych teorii społecznych zrozumiemy, jak istotną rolę może odegrać ta wiedza w konstruowaniu badań oświatowych i interpretowaniu ich wyników. Uczestnictwo jednostki w kulturze popularnej, nasycanie nią naszego życia na co dzień staje się wyzwaniem dla kultury wysokiej, a więc i edukacji, która musi radzić sobie z aporią reprodukowania kultury wysokiej jako stanowiącej najwyższą formę dziedzictwa ludzkiej cywilizacji.

Treść tej książki jest tak znakomicie skonstruowana i ma taką dynamikę zróżnicowanej treściowo narracji, że możemy posmakować nawet najbardziej wyrafinowane (z-)dania teorii czy modeli poznawczych, które wydawałoby się, że są zarezerwowane jedynie dla smakoszy. Zgodnie z teorią homologii społeczno-kulturowej sięgną po tę rozprawę czytelnicy, którzy pragną potwierdzać swój wysoki status, są niejako na „głodzie” własnej arbitralności kulturowej. I oto właśnie chodzi, bo nie jest ona dla nauczycieli akademickich czy studentów, którzy afirmują praktyki typowe dla klas niższych, mimo ubiegania się czy posiadania wykształcenia wyższego. Autor zasiewa w nas jednak niepokój, wątpliwość, czy aby rzeczywiście nie jest tak, że celem współczesnej szkoły nie jest bynajmniej przekazywanie uczniom dyspozycji do podziwiania jakichkolwiek dzieł kulturowych, lecz przygotowanie ich do wypełniania testów, które mają jedynie mierzyć powierzchowność oraz fragmentaryczność ich wiedzy i umiejętności?

Bogactwo i logiczny dobór treści pozwala na odczytanie niedostrzegalnych dotychczas i słabo eksponowanych w edukacji kodów kulturowych. Melosik tak pisze swoje książki, że czytamy je z pasją fanów piłkarskiego klubu przeżywających grę swojej drużyny. Po raz kolejny mamy możliwość uczestniczenia w decydującym o wartości wykształcenia „meczu” kultury wysokiej z pop kulturą, któremu sędziuje ów autor, dbając o przestrzeganie kanonicznych reguł zachowań „zawodników każdego klubu” i ich interpretacji. Jak zwykle otrzymujemy w książce Z. Melosika pokarm dla wszystkożernych, który zaspokoi najbardziej wyrafinowane gusta. W odróżnieniu jednak od picia i smakowania piwa trzeba jednak dla pełnego odbioru treści mieć właściwie przygotowane „kubki smakowe”. Jest to niewątpliwie także książka dla tych, co (…) dążą do demonstrowania i potwierdzania nadrzędności swojego własnego stylu życia nad stylem życia innych klas poprzez określanie kulturowych form, które reprezentują mianem <>, „uprawomocnionych>>.

Mamy w tej rozprawie nareszcie odpowiedź na pytanie, w jakim stopniu kultura popularna, teksty kulturowe warunkują wolność (re)kreacji naszej tożsamości. Autor powraca tu w sposób pogłębiony i zaktualizowany do wcześniej poruszanych kwestii, jak chociażby fastfoodowe inwazje korporacji na świat naszej konsumpcji, złudne metody i środki gwarantujące rzekome poczucie szczęścia, sukces życiowy czy wyjście z depresji, a wszystko po to, by karmić wykreowany przez to poziom narcyzmu. Znakomita jest ostatnia część monografii, która dotyczy regulowania i kontrolowania tożsamości w społeczeństwie współczesnym, gdyż odsłania nam procesy, mechanizmy i socjotechniczne zabiegi władzy w państwach demokratycznych, ale w ukryty sposób pozbawiającej obywateli ich podmiotowości, realnego wpływu na procesy społeczne, kulturowe czy polityczne.

To, o czym pisze Z. Melosik jest ostatnim dzwonkiem dla polskich elit, by przestały konsumować doraźne dobra, jakie wynikają z ich współpracy z władzą, jeśli skutkiem tego ma być coraz większy stopień pozbawiania społeczeństwa własnej tożsamości narodowej, kulturowej, religijnej itp. Z jednej strony pojawia się bowiem pytanie o to, czy tożsamość każdego z nas jest rzeczywiście projektowana do życia w niewoli neoliberalnej polityki władz szermujących wolnością, a w istocie ją skrycie ograniczających? Poznański pedagog pokazuje to, o czym piszą także w krajach Europy Zachodniej wybitni ekonomiści i politolodzy, a mianowicie, że powraca swoisty rodzaj faszyzmu pod postacią skrajnego etatyzmu, czyli ustroju, w którym państwo dominuje nad jednostką i wszelkimi prywatnymi organizacjami (zob. Jonah Goldberg, Lewicowy faszyzm, Warszawa 2013).

Wystarczy przyjrzeć się rozrastającej się także w polskim społeczeństwie biurokratyzacji i instytucjonalizacji życia obywateli, którzy pozbawiani są własnej tożsamości w wyniku dominacji już od przedszkolnej edukacji procesów standaryzujących życie dzieci i młodzieży, a potem dorosłych w wyniku aplikowania norm prawnych jako jedynych regulatorów codziennego życia. Jurydyzacja procesów kulturowych, edukacyjnych, ale i związanych z ratowaniem życia czy promocją lub ochroną zdrowia narusza podstawowe wolności człowieka pod pozorem troski o jego rozwój. Wskaźnikowanie człowieka i rzeczywistości staje się ukrytą formą sprawowania w sposób autorytarny władzy, która pozoruje naszą wolność w przestrzeni jej upozorowania. Co gorsza, zacierają się granice między nauką a eksperckością, która staje się coraz bardziej podporządkowaną komercjalizacji wiedzy skutkując zarazem ucieczką od odpowiedzialności za formułowane opinie czy recenzje działań władzy lub jej projektów przez lojalnych wobec władzy rzeczoznawców.

Trafne jest zrezygnowanie przez Autora z wartościowania podziału na kulturę wysoką/niską", a można nawet by dodać, że warto po prostu odraczać tak dalece to wartościowanie obu typów kultur, jak to jest tylko możliwe, o ile nie zagraża poczuciu wspólnoty tożsamości kulturowej w środowisku rodzinnym. Nie chcę tu polemizować, ale wydaje mi się, że zachęcanie tylko do uznania, że kultura niska nie jest niższa, to ciągłe tkwienie w pozorze otwarcia się na nią, a przecież poprzez kulturę niską można realizować wartości kultury wysokiej. Kategoria zatem odroczenia wartościowania na tyle, na ile jest to możliwe przez rodziców, nauczycieli w świetle poziomu ich tolerancji (łac. tolero- ścierpieć inność) pozwala na powrót do własnej tożsamości, który jej nie musi zmieniać, wchodzić z nią w konflikt, ale może pozwolić na odbycie podróży w świat innych wartości czy doznań bez potrzeby uznawania ich przez nas czy przez naszych wychowanków za własne na zawsze.

A zatem odraczanie pozwala na przeniesienie wartości cywilizacyjnych w tej części, która jest rzeczywiście uniwersalna, ponadczasowa. Konstruktywizm społeczny wcale nie musi prowadzić do "punktu pedagogicznej niemocy", ale co najwyżej "zawahania", bo przecież bezmocny jest ten, kto nie jest przekonany co do własnych wartości, więc zaczyna tracić wiarę w nie, a raczej w podstawy własnej wobec nich identyfikacji. Być może w zderzeniu z kulturą popularną te z kultury wysokiej będą dopiero mogły się umocnić, a nie osłabić nasza tożsamość, kiedy zdamy sobie sprawę z tego, co możemy czy też co już tracimy, albo czego w nas nie było, bo tego nie rozumieliśmy, nie akceptowaliśmy tego w pełni. O rdzeniu tożsamości decyduje przecież prymarna socjalizacja i jej wtórne nakładki, tak więc pedagogika może dostarczać nie tyle źródeł, bo te tkwią w rodzinie, w naturalnym środowisku pochodzenia i życia, ale argumentacji, doznań, doświadczeń, które je wzmocnią, osłabią lub wykluczą i zastąpią na zasadzie inwersji antytożsamością (jak to jest, że Amerykanin czy Brytyjczyk staje się islamskim terrorystą?).

Pedagogika walki z konkretną nieadekwatnością świata jest mało rozwinięta, ledwie zasygnalizowana, tymczasem może mieć dwa oblicza. Oto osoba bezrobotna, pozbawiona jakiejkolwiek szansy na godne życie mimo przecież jakiegoś wykształcenia, zdrowia, sił, aspiracji itd. wchodzi na drogę przestępczą, bo stwierdza, że ów świat jest nieadekwatny dla jej potrzeb. Do pedagogiki twarzą w twarz warto przypomnieć to, o czym pisałem przed laty: W sytuacji rozpadu rodziny - szkoła musi stawać się bardziej familijna, z uwagi na niedostatek ruchu - powinna aktywizować uczniów, ze względu na zanik gier, powinna bawić, zaś w epoce multimedialnej powinna wykorzystywać telewizor czy komputer jako medium do uczenia się. Przeciwwagą do tych procesów dla dobra rozwoju emocjonalnego, społecznego i komunikacyjnego dzieci powinna być troska o takie formy zajęć jak: czytanie, opowiadanie, słuchanie, zabawy, przedstawienia i muzykowanie.

Społeczeństwo pluralistyczne skończyłoby tym samym z jednorodną i jednolitą edukacją szkolną na rzecz jej różnorodności i wielokulturowości. Szkoła powinna zatem stać się swoistego rodzaju domem uczenia się, laboratorium-warsztatem edukacyjnym, zaś nauczyciel powinien przejść na pozycję wychowawczego doradcy. Nawet wówczas, kiedy szkoła musiałaby ustąpić miejsca edukacji na odległość, to i tak nadal będziemy ją nazywać szkołą, choć już inaczej będziemy ją postrzegać. Zostaną z niej usunięte programy nauczania, które tłumią twórczość uczniów. Nie będzie się także dzielić uczniów na zespoły klasowe zgodnie z ich wiekiem życia, gdyż w ten sposób uniemożliwia im się wzajemne uczenie się od siebie. Szkoła przyszłości będzie bardziej naturalna i organizowana na wzór wychowywania małych dzieci to znaczy, że uczenie się, życie i miłość nie będą w niej od siebie oddzielane. Praca z komputerem stworzy im ogromne możliwości rozwijania swojego potencjału twórczości i osiągnięć. Będą mogły komponować muzykę, pisać, czytać, rysować, liczyć, komunikować się czy po prostu bawić.

Demokracja wymaga nie tylko społecznej, ale i politycznej dojrzałości od absolwentów szkół, toteż niezmiernie ważne jest przygotowywanie młodego pokolenia do odpowiedzialnego wyboru wartości i podejmowania zgodnie z nimi decyzji. To społeczeństwo przemysłowe potrzebuje szkoły nauczającej, podającej wiedzę, zaś społeczeństwo informatyczne powinno ten typ instytucjonalnej edukacji zastąpić szkołą - laboratorium, w której dominować będzie kształcenie kompetencji kluczowych jak umiejętność zdobywania informacji i działania, zdolność do współdziałania w grupie, twórczość i umiejętność myślenia globalnego. Szkoła o tyle jest i będzie potrzebna młodemu pokoleniu także w XXI wieku, że może jemu pomóc w odnalezieniu sensu życia, którego brak prowadzi do różnego rodzaju psychicznej traumy. Życie w nicości oznacza bowiem egzystencję w sterylnej kulturze, a więc w kulturze bez wizji przeszłości czy przyszłości, bez organizujących ją zasad, bez wyraźnych wartości i autorytetów. (B. Śliwerski, Czy szkoła może jeszcze wychowywać? [w:] Jak skutecznie nauczać i wychowywać we współczesnej szkole? red. naukowa B. Śliwerski, Oficyna Wydawnicza Impuls, Kraków 1999, s.78-101.)

Pedagogika szacunku dla czytania, o czym pisze także na podstawie najnowszych badań neurofizjologicznych mózgu Manfred Spitzer (Cyfrowa demencja, Warszawa 2013) staje się pedagogiką obrony także kultury narodowej, dlatego tak ważna jest książka Z. Melosika w czasach narastającej pogardy i redukcji wiedzy, kultury i tradycji w wyniku popkulturowych technik sprawowania władzy. Ogromną zaletą tej książki jest to, że jej Autor zamyka ją własnym, stosunkiem a nawet pedagogicznym rozrachunkiem z rzeczywistością, w której przecież także żyje i z wielkim powodzeniem tworzy od lat dla kolejnych pokoleń pedagogów oraz szeroko pojmowanych badaczy w naukach społecznych. Nie ukrywam, że dawno już nie czytałem tak znakomicie uargumentowanej rozprawy, w której wykorzystano najnowsze źródła światowych badań nad ponowoczesnymi społeczeństwami i rozwijanymi w nich (pop-)kulturach z większą lub mniejszą stratą dla naszej cywilizacji. Książkę warto przeczytać, gdyż jej Autor oferuje czytelnikom niezwykle ważną diagnozę i społeczno-humanistyczne przesłanie, które powinno stać się przedmiotem dyskusji naukowej i publicystycznej.

5 komentarzy:

  1. Pisano już na tym blogu, że współczesne dzieci, tkwiące "pouszy" w rzeczywistości wirtualnej, nie rozumieją świata realnego. Czy remedium na taką dezorientację ma być uprzejme zacieranie granic między kulturą wysoką a kulturą niską? W jaki sposób dziecko ma zatem dowiedzieć się, że są pewne kanony, wartości, aspiracje, które przepięknie kształtują charakter i umysł, do których warto aspirować, jeśli będziemy (w imię osobliwie pojmowanej "tolerancji") twierdzić, że kultura niska nie jest wcale niższa, tylko równie wartościowa, co wysoka. Kompletnie się z tym nie zgadzam. A później, kiedy już nauczycielka raz na rok weźmie dzieci do teatru, będzie - ku ich uciesze - mówiła, że "idziemy się odchamić" (moja wychowawczyni z gimnazjum). Wartości świata kultury wysokiej do muzeum, niech żyje społeczeństwo ludzi pozbawionych umiejętności odróżniania tego, co niskie i małe od tego, co dobre i piękne, niech żyją dzieci w niewiedzy, że istnieją lepsze światy przeżyć, bo ich rodzice i wychowawcy, BOJĄC SIĘ ICH (dzieci, "wymiatających" na komputerach i innym sprzęcie), nie wyznają im, że istnieją rzeczy i sposoby życia bardziej godne i wzniosłe. Uciekajmy zatem od książek, twierdząc, że Internet jest równie wartościowym źródłem wiedzy, uciekajmy z muzeów, galerii, oper i filharmonii, i przytakujmy nieświadomym dzieciom, że równie wartościowe jest bieganie w zamian do galerii hadlowych i... nie wiem, gdzie jeszcze, bo najczęściej młodzi biegają po różnych zakamarkach Internetu po prostu. Od Facebooka do Twittera, od Tumblra do Instagramu. Jestem ciekawa, co zrobi tak "wychowane" pokolenie, kiedy "siądzie" prąd.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od początku roku regularnie sprawdzałem, czy pojawiła się w końcu jakaś nowa książka prof. Zbyszko Melosika - ot taki prezent.
    Pozdrawiam i dziękuje - Andrzej

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam książki tego profesora, poruszają dwie dla mnie bardzo ważne dziedziny jakimi jest kulturoznawstwo i pedagogika, cieszę się, że wyszła nowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. "W niewoli władzy i wolności" - piękny i bardzo refleksyjny tytuł. Zwłaszcza ta "niewola wolności". Z zaciekawieniem przeczytam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Książka jest, wnioskując z jej entuzjastycznej recenzji, z pewnością ciekawa, aczkolwiek czytając tytuł odnoszę wrażenie, że jest to powrót do tematyki, którą prof. Melosik zajmuje się od dawna. Nie znając tego nowego wydania, ani nie mając wiedzy o tym, na ile reprodukuje wcześniejsze treści,a na ile wnosi rzeczywiście nowe wartości, wstrzymam się od jego oceny. Ponieważ tematyka ta „leży mi bardzo na sercu” odniosę się w kilku punktach do refleksji Pana Profesora inspirowanych tą książka. Zgadzam się z Panem niekiedy, ale w wielu miejscach muszę wyrazić odmienny pogląd.
    1. Pojęcie „reprodukowania kultury wysokiej” można zastosować do nieudolnych starań nauczycielskich, którzy nie bardzo rozumieją, czym tak naprawdę jest „kultura wysoka”. Bo można nasze całe dziedzictwo kulturowe reprezentowane przez niezliczone wybitne dzieła literackie, plastyczne czy muzyczne sprowadzić do scenariuszowych zabiegów – uczeń wie i rozumie, odtwarza z pamięci, podaje w 300 znakach analizę postaw bohatera, a można i trzeba pokazać uczniowi drogę, że poznanie takiego dzieła na coraz wyższym poziomie wymaga wieloletniego trudu (czego szkoła mu nie dostarczy) a także wyjaśnić, że dzieło w każdej jednostce ludzkiej na nowo się „odradza” nasycając je własną indywidualnością. Nie wiem czy Melosik poddał analizie proces rozumienia i interpretacji np. sztuki (hermenutyka), wskazując, że właśnie tam odbiorca poszukuje własnej drogi do dzieła, a nie reprodukuje gotowe „recepty” czyli interpretacje nauczyciela.
    2. Powołanie się na tzw. „uprawomocnienia” (oczywiste nawiązanie do Bourdieu) i przyjęcie tej pozycji jako wyjścia do krytyki obrońców kultury wysokiej wydaje mi się już nieco przestarzałe. Ponieważ ani to nie wyemancypowało apologetów popkultury, ani nie spowodowało, że bywalcy instytucji kulturalnych (teatrów, muzeów i filharmonii, a wreszcie miłośnicy dobrej książki) zaczęli postrzegać siebie jako czynnik presji na zwolenników kontrkultury.
    3. Zamazywanie, redefiniowanie pojęć „kultura wysoka”, „kultura niska” (wolę popularna) kojarzy mi się z wysiłkiem (zupełnie zbytecznym) budowania odniesień teoretycznych do tej przestrzeni, które wprowadzają zamieszanie, a nic nowego specjalnie nie wyjaśniają. Ja odwołam się do Nietzsche’go i jego „Narodzin tragedii”. Przypomnę wyróżniono tam pierwiastek „apolliński” – reflektujący i interpretujący, a także „dionizyjski” – czyli ekspresyjny, zabawowy. I tak przebiega moim zdaniem ten podział. Popkultura, rzadko staje się miejscem reflektowania czegokolwiek, mają tam miejsce zachowania ludyczne, którymi np. koncerny przemysłu fonograficznego sprawnie manipulują, w celach wiadomych. Refleksja wymaga ogromnego wysiłku i drogi do poznania dzieła, a satysfakcję z tego ma dopiero ten, który znajdzie się jakiś kawałek dalej od popularnego przeboju, ale wierzę, że z tej perspektywy, już nigdy nie będzie chciał wrócić z powrotem.
    4. Tak, szkoły przegrały „walkę o duszę” uczniów, nie mogą konkurować z przemysłem medialnym, bo nie maja takich środków i możliwości. Zajęcia artystyczne są systematycznie w szkole redukowane. Neoliberalizm (tu się zgadzam w Panem Profesorem w pełni) w istocie zniewolił człowieka. W gruncie rzeczy nie dziwię się uczniom, że zmuszeni do opanowania ogromnej ilości materiału nie mają czasu, ani chęci (lub po prostu sił) delektować się artystycznym pięknem, którego po prostu nie zdołali poznać. Bo skoro istnieje tyle prostych alternatyw – muzyka pop, oglądanie zawodów sportowych (może zamiast ich uprawiania)
    Temat rzeka….
    Dobrze jednak, że powstają takie książki, nie pozostawiają obojętnymi, chociaż wielu się z nimi nie zgadza.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.