środa, 15 stycznia 2014

Medialna odsłona "nauczycielki"







Każdy nauczyciel może mieć własny światopogląd, dopóki go nie upubliczni w mediach oraz nie ujawni rodzicom dzieci, którzy płacą za jego gażę. Poziom kształcenia i wychowywania dzieci oraz młodzieży w szkołach niepublicznych też jest w nich sprawą prywatną, bowiem wynika z zawartej umowy między usługodawcą (właścicielem, założycielem szkoły - a ten może być durniem) a klientem (rodzicami dzieci, którzy mają możliwość płacenia za edukacyjną usługę). Tak jeden podmiot jak i drugi nie musi reprezentować świata wartości kultury wysokiej. Można płacić za ofertę kultury niskiej czy na poziomie popkulturowej papki.

Dyrektorem szkoły może być prymitywny osobnik z certyfikatem uprawnień, bo te jeszcze są konieczne, ale można je zakupić w byle prywatnej szkółce (też wyższej i prywatnej) bez intelektualnych wymagań wobec studiujących. O wymogu kulturowym już nie wspominam, bo w tym sektorze jest ważne by dysponował majątkiem do prowadzenia swojej firmy, który dzięki szkole będzie mógł pomnażać. Może nim być także osoba nie tylko z elitarnym wykształceniem, ale także znana publicznie, medialna, a więc zarazem przyciągająca swoją osobowością nowych klientów. Rodzice uczniów często reprezentują różne warstwy społeczne, bo w tym sektorze nie ma znaczenia ich wykształcenie i kultura tylko kasa.

W Łodzi dyrektor prywatnego przedszkola i szkoły zalega właścicielowi budynku za dzierżawę pomieszczeń już ponad 100 tys. zł, ale z uśmiechem na twarzy codziennie wita nauczycieli oraz nieświadomych tego faktu rodziców. Tym pierwszym ponoć nie płaci ZUS-u, obniżył pensje, a rodzicom nawet nie powie, że ma już wymówienie i czeka go sprawa w sądzie. Za kilka miesięcy usługobiorcy dowiedzą się, że ich maluchy muszą szukać sobie miejsca w innym przedszkolu czy prywatnej szkole. Tak zdemoralizowanego rynku edukacyjnego w sferze niepublicznej nie ma w państwach zachodnich demokracji. U nas wciąż jeszcze pokutuje zasada "huzia na Józia", czyli kasowania naiwnych rodziców czy studentów do momentu, aż dowiedzą się, że to wszystko było jedną wielką mistyfikacją, byle tylko ktoś mógł pasożytować na ich nadziejach i aspiracjach. Dotyczy to nie tylko szkolnictwa powszechnego obowiązku, ale także, a może przede wszystkim wyższego.

Kiedy przed Świętami Bożego Narodzenia niejaka pani Katarzyna Bratkowska ogłosiła w mediach, że jest w ciąży, którą zamierza usunąć w Wigilię, to wszystkie komunikatory pisały o niej jako "wybitnej" feministce. Nie specjalizuję się w badaniach tej ideologii, więc nie ukrywam, że jej nazwisko nic mi nie mówiło. Nie byłem oświecony na tyle, by znać wydaną przez nią wspólnie z Kazimierą Szczuką książki pt. "Duża książka o aborcji". Jak widać, po 25 latach wolności każdy może ogłosić w mediach co chce, publikować książki na dowolny temat, jeśli tylko znajdzie poparcie i klientów.

Dopiero wczoraj okazało się publicznie, że zachwycona - jak się okazało - prowokacją (to taki lewicowy rodzaj lansu) pani K. Bratkowskiej "Gazeta Wyborcza" nagle zaczęła bronić biednej prowokatorki, gdyż jest ona nauczycielką w zespole prywatnych szkół w Warszawie na Bednarskiej! Z nauczycielstwem postawa tej pani nie ma nic wspólnego, zaprzeczając założonym celom szkoły i podjętej roli, więc rozumiem, że usilnie starają się lewicowi współtwórcy szkoły znaleźć inny powód, dla którego ponoć rodzice upominają się o jej zwolnienie z tej szkoły. Jaką wymyślono na poczekaniu przyczynę? Już w tytule artykułu GW jest on ulokowany jako produkt: Czy Bratkowska straci pracę w szkole za "komunizm"?

Tak więc rodzicom uczniów nie przeszkadza to, że nauczycielka języka polskiego, który w tym kontekście nie musi mieć nic wspólnego z kulturą wysoką, łamie statutowe zasady szkoły. Czy rzeczywiście nauczycielem języka polskiego może być osoba, która przenosi do szkoły idee radykalnego feminizmu i nie liczy się z prawem swojej młodzieży oraz jej rodziców do odmiennego podejścia do świata, do człowieka, do życia? Czyżby rodzice uczniów Wielokulturowego Liceum w Warszawie wraz ze swoimi dziećmi mieli dość ideologicznej monokultury? Jak ma się postawa tej "nauczycielki" do idei wielokulutorowści, do idei tolerancji, która ponoć jest jej pedagogiczną wizytówką?

Pani K. Bratkowska deklarując w telewizji komercyjnej a potem w prasie dokonanie aborcji powiedziała: "24 grudnia, czyli w Wigilię, żeby było weselej, zamierzam przerwać ciążę, a jest bardzo wiele sposobów, abym to zrobiła". Wprawdzie dodała też, że "tu chodzi tak naprawdę o ciążę polityczną. To, czy ja jestem w ciąży, czy nie jestem, czy ją przerwę, czy nie przerwę, to niech pozostanie w sferze domysłów. Ale chodzi o to, że ten zakaz [dokonywania aborcji na życzenie] nie działa. Że kobieta, która będzie chciała przerwać ciążę, zrobi to. To musi być dla tych panów bardzo frustrujące, że tak naprawdę tego nie skontrolują". To, czy była rzeczywiście w ciąży czy też nie - a tu mamy nową formułę politycznej walki -"ciąża i aborcja polityczna" - miało być jej prywatną sprawą i nie zamierzała podać przyczyn swojej decyzji, bo kobieta ma prawo decydować o swoim ciele i nie musi się z tego tłumaczyć. Kobieta - tak, ale nauczyciel jest zawodem zaufania publicznego, a to chyba coś więcej, niż płeć i ideologia gender?



16 komentarzy:

  1. A tak Pan Profesor tą Bednarską zachwalał ... ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest różnica między założeniami modelowymi, a ich realizacją. Są tu rozwiązania ciekawe i wartościowe, a że ludzie je niszczą... No cóż, strzelają sobie we własną stopę.

      Usuń
  2. Najbardziej oburzające jest to, że uczennice tej pani też prawdopodobnie mogą zacząć "przerywać ciąże, żeby było weselej", niekoniecznie polityczne ciąże. Być zrobią to może w czasie świąt kościelnych różnych wyznań - (szkoła jest wielokulturowa) - jeśli dobrze nauczą się "lekcji". Uważam, że ostatnie medialne wyznania publiczne pani K. Bratkowskiej są w odbiorze groteskowe i skalkulowane na medialny poklask doktrynerskich środowisk feministycznych. Tanie i żenujące to środki. Iga

    OdpowiedzUsuń
  3. "Czy rzeczywiście nauczycielem języka polskiego może być osoba, która przenosi do szkoły idee radykalnego feminizmu i nie liczy się z prawem swojej młodzieży oraz jej rodziców do odmiennego podejścia do świata, do człowieka, do życia?" pyta Pan Profesor. A czy może być nim np. osoba, która przenosi do szkoły idee ortodoksyjnego katolicyzmu? A konserwatyzmu? Bo takich, zdaje się, nauczycieli mamy zdecydowanie więcej niż tych feminizujących (i to feminizujących "po godzinach", bo przecież sprawa Katarzyny Bratkowskiej nie dotyczyła tego, co robi w szkolnej klasie, ale w mediach, gdzie nigdy nie występuje jako nauczycielka, a zawsze jako aktywistka).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak Anonimowy/a nie odczytała istoty problemu.

      Usuń
    2. Ma pan rację. Ów anonim stosuje zasadę: Ona "zabiła", ale inni też tak czynią, więc jest OK.
      Justyna

      Usuń
    3. No tak, jak się ma poglądy feministyczne i lewicowe, to ma się prawo je mieć, głosić wszem i wobec, wprost, jawnie i oficjalnie, w TV i w prasie - i nikt nie wpadnie na to, żeby za publiczną zapowiedź czynu zabronionego (aborcja "na życzenie") usunąć tę Panią z pracy nauczyciela (i zgłosić to do prokuratury). Za zabicie dziecka nie, ale za zachwalanie komunizmu - tak. Dziwna "logika". Kiedy natomiast wiceminister sprawiedliwości, prof. Królikowski napisał książkę - wywiad z abp Hoserem, to media huczą od wrzasków, że powinno się go usunąć z urzędu, bo obnosi się ze swoją wiarą. Podobnych "zbrodni" młody minister popełnił zresztą więcej - był harcerzem, jest oblatem benedyktyńskim (a zatem jego "zuchwała pobożność" się nie ukryje), a do tego ma aż czworo dzieci. Pytam zatem feministki i lewicowców: tutaj już nie chcecie być tolerancyjni i walczyć o równouprawnienie? A ilu jest polityków, którzy rzeczywiście obnoszą się ze swoim ateizmem? Ich nie trzeba dymisjonować? Jeszcze raz pytam - gdzie Wasza troska o równouprawnienie? A wracając do edukacji seksualnej - jak po równo, to po równo. Niech aktywistki Pontonu 50% programu poświęcą etyce seksualnej, a nie forsują wyłącznie własne wizje.

      Usuń
    4. Nie, nie stosuję takiej zasady. I już wyjaśniam, nieśmiało licząc na merytoryczną, a nie erystyczną odpowiedź. Pedagog oburza się na (skądinąd nieudowodnione w przypadku K. Bratkowskiej) wprowadzanie ideologii do szkół. Nie jest dla mnie do końca jasne, czy razi pedagoga jedynie "ideologia feministyczna", czy inne ideologie, wprowadzane do szkół również budzą profesora sprzeciw. Chodzi o uściślenie problemu - bo w tej chwili nie wiadomo, czy dyskutujemy o preferencjach ideologicznych pedagoga (dla konserwatyzmu, personalizmu jest w szkole miejsce, dla ideologii postępowych, lewicujących już nie), czy też traktujemy przypadek K. Bratkowskiej jedynie jako przykład bardziej ogólnego zjawiska. Nie widzę sensu w przerzucaniu się ideologicznymi preferencjami, natomiast w dyskusji na temat możliwości (lub ich braku) uwolnienia szkolnej klasy od ideologii - jak najbardziej.

      Usuń
  4. Większość z nas pamięta Nauczycieli z Osobowością. Czasem kontrowersyjnych, stających okoniem do czasów, w których przyszło im żyć. W niepamięci giną osoby nijakie wykonujące zawód jak robot w fabryce beznamiętnie i sztampowo według schematu.
    Moim skromnym zdaniem w ostatnich latach szkołę zamieniono w taśmę produkcyjną nie za bardzo wiedząc, co się produkuje? Wprowadzono metody pomiarowe rodem z przemysłu (pomiar, jakości pracy szkoły, ewaluacja, EWD, itp.), które jeszcze bardziej zniwelowały kreatywność i twórcze myślenie.
    Stąd mój pewnie odosobniony ( w tym kraju) pogląd, że takie osoby jak pani Bratkowska są bardzo potrzebne w oświacie, aby choć w minimalnym stopniu zrównoważyć nachalną i prowadzoną z poparciem państwa indoktrynację religijną. Dyrektorzy katecheci w szkołach państwowych i stała obecność kapłanów jedynie słusznej opcji powoduje więcej szkody niż pożytku w umysłach zreformowanych pokoleń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanowny Panie ;
      przecież dzisiejsza polska młodzież jest jak nigdy dotąd zobojętniona względem zinstytucjonalizowanej religii jaką jest katolicyzm, zatem o jakiej indoktrynacji mowa? Jedyne co można zaobserwować to sporą aktywność katolickich ruchów młodzieżowych i powiedzmy powstanie pokolenia JPII co z indoktrynacją nie ma za wiele wspólnego a po za tym jest to niewielki odsetek młodych ludzi w skali naszego kraju.
      Pozdrawiam - Andrzej

      Usuń
  5. z całym szacunkiem, Panie Profesorze, choć z wielką przyjemnością czytam Pana teksty, zawsze drażni mnie "jedyna słuszna ideologia katolicka", którą Pan reprezentuje. To ideologia wiary, a nie nauki i jako taka powinna być traktowana na równi z innymi ideologiami. Na równi, a nie jako jedynie słuszna.
    I, za poprzednim komentatorem, Osobowości Nauczycielskie nas wzbogacają, nawet jeśli nie ze wszystkim się z nimi zgadzamy. Np. Pan Profesor:-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie wiem, z czego wyciąga Anonimowa takie opinie o mnie i o reprezentowanej przeze mnie ideologii? Nie uprawiam żadnej ideologii co powinno być dostrzeżone w moich tekstach. Ideologia jest środkiem dla polityków , ale nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Obśmiałam się jak norka :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Profesor krytykuje prywatne szkolnictwo i dyrektorów, wszak sam zaangażował się chyba w powstanie jednej z prywatnych podstawówek. Pisze pan o p. Bratkowskiej czy o szkolnictwie niepublicznym w tym poście? I skąd wiadomości o długach pewnej (nie wiem której) szkoły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy jest w błędzie. Nie zaangażowałem się w powstanie jakiejkolwiek szkoły prywatnej w Łodzi. Do pozostałych kwestii się nie odnoszę, bo są tak samo wyssane z palca, ale tak też się zdarza, że jak się uderzy w stół, to odzywają się nożyce. Te są tępe i zardzewiałe...

      Usuń
  9. Napisałam słowo chyba. OK, dziękuję za wyjaśnienie i przepraszam. Ale tekst o dyrektorach w prywatnym szkolnictwie...... Nie wydaje mi się, aby w Łodzi wśród szkół niepublicznych dyrektorem była osoba niekompetentna wręcz pan pisze prymitywna.

    OdpowiedzUsuń

Jeśli masz zamiar kogoś obrazić, to zrezygnuj z komentowania.