niedziela, 30 czerwca 2013

Andragogiczny awans naukowy

W tym tygodniu odbyły się kolejne kolokwia habilitacyjne z pedagogiki w akademickich uczelniach publicznych naszego kraju. Bohaterką jednego z nich była s. dr Anna Walulik, która wydała rozprawę habilitacyjną z andragogiki pt. Moderacyjne i synergiczne kształtowanie życia. Modele oddziaływań wiedzy religijnej na zadania dorosłości.

(fot. s. dr hab. Anna Walulik z Akademii Ignatianum w Krakowie, dawniej Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie)


Książka znakomicie łączy tę myśl i praktykę współczesnej humanistyki, która wyrasta na podłożu andragogiki, pedagogiki religii, jak i teologii. Odwołanie się przez Autorkę do fenomenu synergii jest tego najlepszym dowodem, gdyż stanowi ono jedno z podstawowych pojęć w pedagogice i psychologii humanistycznej. Kształcenie korespondencyjne uczestników Korespondencyjnego Kursu Biblijnego należy bowiem do tych form edukacji dorosłych, które mało sprzyjają formacji duchowej osób. Dzięki przeprowadzonym badaniom otrzymujemy wiarygodną odpowiedź, gdyż wynikającą z autentycznego zainteresowania tak uczestników KKB, jak i samej badaczki, nie tylko na tę wątpliwość, ale także na pytanie, czy i w jakim zakresie osobom zanurzonym w ponowoczesny świat potrzebna jest wiedza religijna i jak mogli ją już w nim spożytkować. Istotnie, wyjaławiana przez lata socjalistycznego okresu z dociekań egzystencjalnych i wartości religijności w życiu osób dorosłych andragogika polska może być wzbogacona o ten obszar nieobecnego czy niechcianego w niej dyskursu, który nie może być pomijany, kiedy traktujemy człowieka w sposób holistyczny.

Mamy tu do czynienia z rozprawą mądrze łączącą erudycję z niezwykle starannie opracowanym i przeprowadzonym zamysłem badań jakościowych, dzięki którym wyłaniają się w metaforycznych rekonstrukcjach prawdy o jakości edukacji na dystans. Autorka z pozyskanego materiału narracyjnego niczego nie skrywa przed jego czytelnikami, gdyż nie uległa pokusie potwierdzenia wcześniej przyjętej hipotezy. Pytania problemowe wyłaniają się w toku niezwykle interesująco odczytywanych fragmentów narracji jej respondentów, pozwalając zarazem na konstruowanie modeli rozumienia dzięki tej edukacji sensów i znaczeń tak ich własnej dorosłości, jak i uświadamianych sobie przemian lub ich braku czy nawet osłabienia w sferze własnej religijności. Struktura rozprawy jest logiczna i wyczerpująca, a przy tym konsekwentnie podporządkowana głównym zmiennym, jakie występują w jej tytule.

Mamy w tej pracy analizę dorosłości w ponowoczesnej społeczności, istotę oraz moderacyjny i synergetyczny sens edukacji religijnej dorosłych, które można opisać różnymi modelami wykształcenia. Autorka w niezwykle subtelny sposób wydobywa z narracji dostrzeżone skutki udziału w powyższym Kursie i zaistniałe m.in. w ich następstwie zmiany społeczne czy intrapersonalne w codziennym życiu ich uczestników. Miejscami pojawia się chęć usilnego wykazania racji zaistnienia zmiany, której egzemplifikacją stają się swobodne wypowiedzi narratorów, kiedy stwierdza na jednej ze stron: Niewątpliwy wpływ edukacji religijnej na formułowanie i realizację zadań dorosłości wydaje się bezsprzeczny przede wszystkim za przyczyną postulatywnych treści zawartych w religii i odnoszących się do społeczności wiernych jako całości i do każdej osoby wierzącej z osobna. Są jednak takie, a cytowane z wypowiedzi innych respondentów, które temu zaprzeczają. Niesłychanie cenne są w części badawczej tej pracy schematy interpretacyjne zaprezentowanych przez narratorów opisów ich dorosłości w kontekście nabytych w toku Kursu doświadczeń poznawczych, transcendentnych, emocjonalnych, wolicjonalnych czy społecznych. Pokazuje to głębię umiejętności interpretacyjnych

































Siostra A. Walulik wyraża w wyjątkowej formie odczytywania i rekonstruowania znaczeń różne prawidłowości i fenomeny, które sprzyjają kształtowaniu się u osób objętych tym badaniem ich religijności. Rozprawę czyta się z wielką satysfakcją duchową, gdyż z rozdziału na rozdział rodzą się oczekiwania, czym jeszcze autorka może nas w nich zaskoczyć. Potrafi znakomicie wywoływać swoistą stylistyką emocje, dozować napięcie i wzbudzać autentyczny głód poznania tego, co jeszcze może się pojawić na kolejnych stronach książki. Mamy tu do czynienia z pięknym, głęboko humanistycznym studium losów ludzi dorosłych „napromieniowanych” – jak wynika z ich świadomości wiedzą, której wskaźnikiem są ich wypowiedzi. Ujawniają one w mniejszym lub większym stopniu nabyte czy uświadomione sobie treści wiary oraz jej odniesienia do codziennego życia osobistego i społecznego.

Odejście Autorki od rekonstrukcji uzyskanych treści wypowiedzi osób (badanych metodą indywidualnych przypadków) na rzecz zaproponowanych modeli i moderacji okazuje się interesującą propozycją badawczą. Zastosowane metafory doskonale skupiają w sobie wyjątkową umiejętność Autorki konstruowania i odczytywania znaczeń nie tylko w perspektywie andragogicznej, ale i psychologicznej, szczególnie w tych zakresach, które mają na celu wykazanie zaistniałej synergicznej relacji między przekazywaną wiedzą religijną a jej wykorzystaniem przez uczestników Kursu we własnej aktywności edukacyjnej i autoedukacyjnej.
Anna Walulik wykorzystała źródła wiedzy, które uwzględniają nie tylko rozprawy polskie, ale i obcojęzyczne, potwierdzając dobrą kwerendę i studia literatury przedmiotu, wysoką erudycję i umiejętność konstruowania narracji.

Siostra A. Walulik znakomicie przemieszcza się pomiędzy literaturą naukową, tak o charakterze transcendentnym, jak i neopozytywistycznym. Nic dziwnego, skoro badanie relacji interpersonalnych musi sięgać zarówno do religii, wiary, duchowości człowieka, jak i codziennych interakcji społecznych, instytucjonalnych czy międzyludzkich. Andragogika otrzymała interesujące studium w pedagogiczno-religijnym duchu, które wzbogaca polską myśl tej subdyscypliny o nową diagnozę znaczenia edukacji na odległość w życiu osób dorosłych i wyjątkową typologię jej jakościowej interpretacji. Gratuluję tak publikacji, jak i całego dorobku s. Anny Walulik, na podstawie którego mogła być dopuszczona do kolokwium habilitacyjnego na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie i zdała je przed tą społecznością na bardzo dobrym poziomie.

sobota, 29 czerwca 2013

"Wygrana" rządu w sprawach oświatowych na fałszywych przesłankach i propagandowej manipulacji społeczeństwem


Koniec roku szkolnego 2012/2013 nastąpił pod znakiem hipokryzji i politycznej przemocy rządu, w tym MEN wobec obywateli.

Z jednej strony mamy komunikat z rozpromienioną na zdjęciu minister edukacji Krystyną Szumilas:
"Dobra wiadomość dla wszystkich rodziców dzieci w wieku przedszkolnym - dziś (26.06) prezydent RP Bronisław Komorowski podpisał, przygotowaną przez ministra edukacji narodowej, tzw. ustawę przedszkolną."

a z drugiej strony komunikat z badań opinii publicznej Homo Homini dla DGP:

Gdyby dziś zorganizowano referendum w sprawie zmian w systemie edukacji zaproponowanych przez rząd, Donald Tusk przegrałby je z kretesem. Z badania przeprowadzonego przez Instytut Badania Opinii „Homo Homini” dla DGP wynika, że większość Polaków nie akceptuje ani wprowadzenia obowiązku szkolnego dla sześciolatków, ani nowego sposobu nauczania w liceach. Przeciwnych sztandarowemu dla rządu projektowi obniżenia wieku szkolnego jest 66 proc. badanych. Poparłoby je niecałe 30 proc.

Platforma Obywatelska wykazała się mistrzostwem w socjotechnicznej manipulacji społeczeństwem, arogancją i zlekceważeniem praw obywateli do referendum. Ten akt przejdzie do historii patologii polskiej demokracji. Uczestniczył w nim Sejm, Senat i Prezydent III RP. Obywatele powinni to zapamiętać i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Przedwczoraj odbyło się posiedzenie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, w czasie którego prof. dr hab. Dorota Klus - Stańska wybitny autorytet w zakresie edukacji wczesnoszkolnej - przypomniała temu gremium, z jak poważną manipulacją mieliśmy do czynienia w ostatnich miesiącach w wydaniu polskiego rządu w sprawie obniżenia wieku szkolnego. Po raz kolejny stwierdziła, że profesorowie pedagogiki nie byli i nie są przeciwni obniżeniu wieku obowiązku szkolnego, ale oburzeni są tym, w jaki sposób w Polsce wdraża się w oświacie kolejną zmianę strukturalną, ustrojową, której fatalne i dramatyczne nieprzygotowanie szkół będzie skutkować w biografiach dzieci - uczniów jako ofiar. Pani minister K. Szumilas może być z siebie zadowolona, bo przecież nie o los dzieci tu szło, ale zachowanie przez nią stanowiska, gdyż jej odwołanie skutkowałoby kolejną kompromitacją tego rządu. To, że się do tego przyczyniła, chociaż nie jest tu jedyną sprawczynią tego procesu, jest oczywiste dla polskiego społeczeństwa, które potrafi wyrazić swoje postawy w anonimowych sondażach.

Rekonstruuję argumenty, jakie padły w powyższej kwestii w czasie ostatniego przed wakacjami posiedzenia Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN:

- Opinia pani prof. dr hab. Doroty Klus-Stańskiej, jaka została wysłana do MEN - nie była jedyną opinią w sprawie projektu posyłania sześcioletnich dzieci do szkół. Pierwsza, sprzed roku, była napisana przez nią w znacznie łagodniejszym stylu, odnosząc się do niekonsekwencji, uchybień i sprzeczności, jakie miały miejsce w projektowanej ustawie. Nikt z MEN na nią nie zareagował. Natomiast druga opinia dotyczyła mniej już samej decyzji pójścia dzieci sześcioletnich do szkół, a więcej tego, do jakiego miejsca są te sześciolatki kierowane. Jak napisała pani Profesor dwukrotnie zresztą w swoich opiniach, sam pomysł obniżenia wieku szkolnego jest dobrym pomysłem, natomiast pytaniem kluczowym jest to, do jakiej szkoły posyłamy to dziecko?

" - Polska szkoła, w tym edukacja wczesnoszkolna jest miejscem, do którego - w świetle licznych wyników badań naukowych - nie powinny iść ani sześcio-, ani siedmio-ośmio- czy dziewięciolatki. Naukowcy zwracają na to uwagę od lat, ale jest ona lekceważona (być może nieznana) przez MEN. Tymczasem mamy nowe informacje potwierdzające powyższe racje w tym względzie. Przywołano tu cytat z opinii SANEPID-u, że Ministerstwo Edukacji Narodowej fałszuje informacje o stanie nieprzygotowania polskich szkół publicznych do wdrożenia ustawy. Polskie szkoły nie są absolutnie przygotowane do tej zmiany, zaś eksponowanie w propagandzie wybranych przykładów dostosowania jest po prostu nieuczciwe. Przykładowo, to że dzieci mają na zjedzenie obiadu 4 min. czasu, bo w szkołach jest tak duża liczba uczniów. Ministerstwo nawet nie ustosunkowało się do tych danych. Także prawnicy wypowiadają się na temat tego, że wymusza się zmiany legislacyjne bez brania pod uwagę tego, że musi ona doprowadzić do niepożądanych konsekwencji!

Także, jeśli chodzi o konsultacje tej ustawy z gminami - dyr. Biura Związku Miast Polskich stwierdził, że zignorowano samorządy w tym procesie, w związku z czym będą one bojkotować realizację ustawy, jeśli nie zostaną przekazane konieczne do jej realizacji środki. Pani prof. D. Klus - Stańska była na spotkaniu władz miasta z pracownikami oświaty i nauki w sprawie projektowanej reformy w czasie którego okazało się, że władze miasta były zirytowane niekompetencją przedstawicielki MEN, która na żadne z ich pytań nie potrafiła odpowiedzieć. Jedyne na co było ją stać, to przekazanie informacji znanych wszystkim z komunikatów MEN. Po czym ... wyszła, bo nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z pytań. Nie miała ani wiedzy, ani kompetencji. Ba, nie miała żadnych uprawnień - jak stwierdziła wiceprezydent - by przyjmować od samorządowców i dyrektorów placówek jakiekolwiek uwagi czy propozycje. Na tym właśnie polegają rządowe konsultacje. Żenujące jest, że MEN komunikuje się ze społeczeństwem zapraszając na konferencję prasową panią od reklamowania margaryny, celebrytkę z "tańca z gwiazdami" i dyskusyjną oraz podważaną także przez psychologów jakości programów neobehawioralnej strategii wychowawczej w rodzinach.

Także warto przywołać informację, że w jednym z miast w Polsce cała klasa sześciolatków nie uzyskała promocji i powinna powtórzyć edukację elementarną minionego roku. Naciski na dyrektorów szkół i przedszkoli są w tej chwili ogromne, toteż straszenie obywateli powrotem PiS do władzy wymagałoby wskazania na to, że PO i PSL prowadzą swój "terror administracyjnej presji" wobec oświatowców w sposób mniej ostentacyjny, ale za to bardziej dotkliwie. I to jest haniebne.

Badań na temat edukacji wczesnoszkolnej w ostatniej dekadzie narosła ogromna liczba. Nie są to badania polegające na tworzeniu jakichś scenariuszy, ale dotyczące tego, jak funkcjonowała w ostatnich latach ta edukacja. To są badania naukowe, których wyniki są wysoce negatywne, dramatyczne, a lekceważone, ignorowane lub niedostrzegane przez resort edukacji. Polska szkoła wymaga naprawdę bardzo głębokiej reformy. Mamy rozmiary obciążeń pracami domowymi uczniów, które przekraczają wszystkie normy państw europejskich w zastraszającym zakresie. MEN nie reaguje na to, że polskie szkoły nie uczą do matury, tylko wymuszają korepetycje. Dorównujemy już tylko szkołom japońskim, których uczniowie spędzają najwięcej czasu na kuciu i odrabianiu prac domowych oraz pobieraniu dodatkowych lekcji czy korepetycji. Rozmiary szarej strefy edukacji polskiej potwierdzają, że polska szkoła jest niewydolna. Wyniki badań OBUT są jeszcze gorsze w odniesieniu do uczących się na wsi, bo rośnie nam pokolenie wykluczanych społecznie dzieci i młodzieży.

MEN doprowadził do sytuacji, że zostały zreinterpretowane wyniki badań międzynarodowych PISA, ponieważ - jak się okazało - badane roczniki polskich uczniów wypadły fatalnie, daleko poniżej średniej rówieśników z innych państw UE i OECD. Tymczasem w trakcie badań PISY sprawdzono, czy wyniki testu uczniów pokrywają się z realizacją programu szkolnego. Wtedy analizuje się tylko te zadania, które dotyczyły treści realizowanych tylko w polskiej szkole. Jak się okazało polscy uczniowie uzyskali dużo nisze wyniki, niż kiedy MEN interpretowało je w kategoriach kompetencji matematycznych jeszcze nierealizowanych w szkole. uczniowie okazali się słabsi w tym, czego polska szkoła nauczała, a lepsi w tym, czego nie czyniła. Dlaczego? Dlatego, że o wynikach edukacji stanowią czynniki pozaszkolne - kapitał kulturowy rodziny, inwestowanie w edukację dzieci - korepetycje, dodatkowe zajęcia itp. Manipulacja interpretacją danych została wykryta dzięki temu, że stworzony przez eksperta MEN raport został poddany recenzji przez doktora nauk matematycznych, który ujawnił błędną, a prawdopodobnie usłużnie wobec władzy skonstruowaną interpretacją przez jednego z profesorów pedagogiki. Obaj pracowali na tych samych danych, ale - ja się okazało - można było je zmanipulować tak, by społeczeństwo nie mogło tego odczytać przyjmując na wiarę, że wszystko jest zgodnie z obiektywną prawdą. Otóż nie było i nie jest.

To jest porażające, że niektórzy uczestniczą w fałszowaniu rzeczywistości. MEN wydał na podstawie tych samych przecież danych niewłaściwą interpretację, by była ona wygodna w własnej polityce. To na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Warszawskiego, który zorganizował w czerwcu seminarium poświęcone m.in. badaniom PISA, wystąpił z koreferatem do zmanipulowanych interpretacyjnie danych dr Mirosław Dąbrowski i punkt po punkcie zbił wszystkie interpretacje, jakie są w obecnej - oficjalnej MEN-owskiej wersji analizy wyników badań PISA.

W polskiej szkole jest naprawdę źle - i nie jest to oskarżenie pod adresem nauczycieli, gdyż tylko dzięki ich ofiarności i zaangażowaniu nie jest fatalnie - ale na niezależne od MEN badania naukowe ten resort nie reaguje. Nie ma się zatem z czego cieszyć pani minister Krystyna Szumilas, gdyż wpisuje swoimi działaniami w dzieje polskiego szkolnictwa kolejne karty manipulacji w najgorszym wydaniu. Ofiarami tego będą nasze dzieci, młode pokolenia, które być może doczekają możliwości wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych, którzy działają wbrew interesowi społecznemu. Warto także podkreślić, że władze MEN zareagowały tylko na tę opinię Zespołu ds. polityki oświatowej Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN dopiero wówczas, kiedy ukazała się jej interpretacja w "Rzeczpospolitej", bo dzisiaj resortowi ministrowie odpowiadają na zarzuty jedynie mediom.

Sytuacja jest tak zła, że pedagodzy nie tylko nie powinni milczeć, ale mówić do społeczeństwa takim językiem, aby był on zrozumiały dla niego i by przebił się on przez MEN-owski PR. Niepokojące jest to, że MEN wzywa na dywanik władze PAN a te z kolei - ulegając tej demagogii - usiłują wywierać presję na członków komitetu naukowego, by posłusznie milczeli. Resort edukacji nie interesuje się tym, co się w Polsce dzieje, co czyni się dzieciom i młodzieży, natomiast interesuje się tym, że takie słowa jak - bezmyślność w stosunku do twórców tej "reformy" albo, że "minister jest taka jak polska szkoła" , bo jej nie zna (a w takim kontekście były użyte słowa prof. D. Klus-Stańskiej) - powinny się pojawić, czy nie.

My - jako pedagodzy - powinniśmy jak najbardziej zabierać radykalnie głos. Czyżby to, co ma miejsce w naszym kraju, jest powrotem w innej formie CENZURY? Rząd stosuje efekt wychładzania, czyli zniechęcania obywateli, w tym naukowców do wyrażania prawdy o stanie rzeczy. Pedagodzy mają prawo do radykalnego wypowiadania się nawet o tym, co się dzieje radykalnie źle w polskiej edukacji."

- Uderza się w rzetelnych i uczciwych merytorycznie naukowców, by podważyć prawo do przekazywania wyników ich badań tylko dlatego, że są one niepopularne dla władzy. Zdumiewające jest nie to, że minister reaguje na negatywne opinie naukowców, bo do tego już jesteśmy przyzwyczajeni, ale to, że tak postępują niektórzy członkowie PAN.


- Sprawa stanu diagnozy polskiego szkolnictwa wymaga zajęcia się tym także przez Komitet Nauk Pedagogicznych PAN w kolejnych latach jego działania. Przygotowywany jest też Zjazd Pedagogów Społecznych, który też tym się zajmie w ostatnim kwartale br. Profesorowie KNP PAN potwierdzili, że należy wystąpić w obronie prawa do wyrażania każdej opinii. Od tego nie odstąpią, bo nauka może rozwijać się tylko i wyłącznie w obszarze wolności a nie usłużności i politycznej poprawności.





piątek, 28 czerwca 2013

Parezjaści wszystkich środowisk akademickich - nie dają się skonformizować!


Forum Młodych Pedagogów przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN jest wyjątkową wspólnotą akademicką w Polsce, która w dwudziestolecie swojego istnienia pod kierunkiem wiceprzewodniczącej KNP PAN prof. dr hab. Marii Dudzikowej - wydała kolejną, znakomitą inicjatywę (po m.in. prowadzonym przez dra Przemysława Grzybowskiego "Międzyszkolniku"), jaką jest przygotowany przez nią projekt nowego periodyku akademickiego pt. PAREZJA.

(fot. Założenia PAREZJI referuje członkom KNP PAN pani dr Ewa Bochno)


Nareszcie widoczna jest zmiana pokoleniowa w polskiej pedagogice, która przebija się przez wszystkie czynniki oporu, obojętności, zniechęcania, cwaniactwa, konformizmu ku przestrzeni wolnego dyskursu naukowego. Jest to wielopokoleniowe środowisko z dominantą młodych pracowników nauki, jak i często osamotnionych pasjonatów badań oraz edukacyjnych eksperymentów, które mając w pamięci własnych doświadczeń i osiągnięć - samorządnie organizowane Letnie Szkoły Młodych Pedagogów KNP PAN - postanowiło stworzyć nową, oryginalną trybunę wypowiedzi naukowych w powoływanym czasopiśmie PAREZJA. O tym, skąd jest taki tytuł i co kryje się za nim, mówili jego twórcy w czasie wczorajszego posiedzenia Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, uzyskując po długiej i owocnej dyskusji z profesorami - pełne poparcie dla tej inicjatywy!

Możemy być dumni z tego, że powstaje pismo, którego wydawcy nie kierują się interesem własnej uczelni, własnej subdyscypliny nauk pedagogicznych, interesownością w szerokim tego słowa znaczeniu, ale postanowili wejść na trudną ścieżkę sporów o jak najwyższy poziom naukowy polskiej myśli i praktyki pedagogicznej. Założyciele i redaktorzy czasopisma pochodzą z różnych uczelni w kraju i reprezentują podstawowe w pedagogice subdyscypliny:

Alicja Korzeniecka - Bondar (Uniwersytet w Białymstoku),

Bożena Tołwińska (Uniwersytet w Białymstoku),

Ewa Bochno (Uniwersytet Zielonogórski),

Maksymilian Chutorański (Uniwersytet Szczeciński).


Powyższa czwórca zmiany, przełomu czy odmienności wyjaśniała nazwę i profil naszego czasopisma, które będzie forum dyskusji młodych badaczy dotyczącej wzbudzającym refleksję i zaangażowanie na rzecz szeroko pojętej edukacji i wychowania, socjalizacji i kształcenia. Jak stwierdził dr M. Chutorański: kluczowa dla istoty pisma a przecież wyeksponowana w jego nazwie kategoria PAREZJI oznacza wolność, otwartość, szczerość i jasność wypowiedzi, osobiste zaangażowanie mówcy (piszącego), ale też stanowi formę obywatelskiego obowiązku mówienia prawdy tym, dla których prawda jest niewygodna, którzy nie chcą jej słuchać, którym prawda zagraża. Parezja jest rodzajem aktywności mowy, w której relację z prawdą określa szczerość, relację z życiem definiuje niebezpieczeństwo, relację z sobą i innymi charakteryzuje krytycyzm, zaś z moralnym prawem wyraża wolność i obowiązek.

Parezjasta zatem to mówca nieustraszony, przyjmujący ryzyko mówienia prawdy i narażający się na niebezpieczeństwo, gdy prawda może w niego godzić. Nad tak rozumianym przesłaniem pisma naukowego, które ma stanowić rdzeń jego tożsamości, wyrazistości i eksterioryzacji młodzi pedagodzy zastanawiali się od dawna, aż w końcu w sposób wysublimowany nadali mu taką właśnie formułę aksjologiczno-społeczno-kulturową. Fenomen parezji zostaje tu przywołany bez jakichkolwiek podtekstów instytucjonalnych czy personalnych, politycznych czy społecznych. Myślenie redaktorów jest trans- i interdyscyplinarnym budowaniem nowej formuły naukowej wypowiedzi być może nawet ze świadomością, że nie spotkają się one z entuzjastycznym ich przyjęciem przez - jak to określają niemieccy politolodzy - tzw. "Betonfraktion".

Jak sami to zapowiedzieli, pismo ma mieć charakter interdyscyplinarny, a zarazem inkluzyjny, integrujący naukowców, którzy prowadzą badania, dokonują opisu interesujących ich zjawisk czy poszukujących rozwiązań podstawowych problemów edukacji oraz jej relacji ze sferą publiczną. Półrocznik - bo taka ma być częstotliwość jego wydawania przez Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu w Białymstoku - został pomyślany jako głos w trybie parezji, a więc szczerego, krytycznego i otwartego na ryzyko zaangażowania w sprawy edukacji i jej szeroko rozumianych kontekstów, jako etyczny obowiązek zabierania głosu w ważnych, aktualnych kwestiach odczytywanych z perspektywy dialogu między pedagogiką, a innymi dyscyplinami.

Redaktorom i wydawcy zależy na tym, by CZASOPISMO miało charakter:
• polemiczny,

• interdyscyplinarny,

• pozwalający zarówno na przekraczanie granic między wąsko zakreślonymi polami badawczymi, jak i łączenie metod badawczych,

• promujący nowatorskie i nieoczywiste ujęcia opracowane przez humanistów, którym zależy, którzy nie godzą się na banał, pozór i "równanie w dół”,

• promujący niesztampowe perspektywy, idee, metody badania i opisywania rzeczywistości edukacyjnej i społecznej.

Chcą zatem publikować:

• teksty wprowadzające do dyskursu naukowego,

• oryginalne/w oryginalny sposób opracowane tematy, perspektywy teoretyczne oraz badawcze.


Półrocznik PAREZJA będzie wydawany w wersji papierowej i elektronicznej. Proponuje się w nim takie działy, jak:

1. OD REDAKCJI (wprowadzenie w specyfikę tekstów lub tematykę tomu, nakreślenie mapy kategorii itp., zaproszenie czytelników do dyskusji)

2. NA NASZE ZAPROSZENIE lub MŁODZI ZAPRASZAJĄ (tekst zaproszonego profesora)

3. STUDIA I ESEJE (artykuły teoretyczne, polemiczne)

4. Z WARSZTATU BADAWCZEGO (raporty badawcze, koncepcje badań, komunikaty z badań, odniesienie/omówienie badań innych autorów)

5. STUDIUM RECENZYJNE (obszerna, dyskutująca recenzja wybranej lektury)

6. LEKTURY „KONIECZNE”/ OMÓWIENIA KSIĄŻEK (krótkie omówienia wraz z rekomendacjami lektur wartych polecenia)

7. Z ŻYCIA NAUKOWEGO MŁODYCH PEDAGOGÓW (informacje o działaniach, konferencjach, awansach naukowych młodych pedagogów)

8. POD PRĘGIERZEM ŚMIECHU (esej ironiczny o tym, co nam doskwiera / prześmiewczo o rzeczywistości)

W czasie wymiany poglądów z członkami Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN pojawiły się tak interesujące kwestie, jak dostrzeżenie w tej inicjatywie ogromnej szansy do zadebiutowania doktorantów na naukowej scenie pisarskiej, wzmocnienie poczucia wartości i sensu prowadzenia suwerennych badań przez tych, którzy nie znajdują w swoim środowisku koniecznego wsparcia, wzmocnienie solidarności i zaufania społecznego między generacjami naukowców otwartych na krytykę i dociekanie prawdy. Młodzi doskonale zdają sobie sprawę z tego, że wielu spośród tych, którzy z własnych tekstów mienią się autorytetami, swoimi postawami w trudnej, a płynnej rzeczywistości zaprzeczają własną hipokryzją. Zapewne czeka ich trudny sprawdzian dzielności w konfrontacji właśnie z takimi osobami, które swoimi postawami zaprzeczają wiarygodności własnych treści i normatywnych pouczeń. Gratuluję całemu Zespołowi i trzymam kciuki za powodzenie tej inicjatywy, by stała się elitarnym przekazem najwyższych wartości tak niszczonej przez niektórych polityków, przedstawicieli władz różnych instytucji naukowych w Polsce tradycji prowadzenia suwerennych badań naukowych i publikowania ich wyników.



czwartek, 27 czerwca 2013

Wstrzymywanie uczniom wydawania świadectw jest niedopuszczalne, czyli kolejna kompromitacja MEN

Tak zatytułowany komunikat widnieje na stronie Ministerstwa Edukacji Narodowej kompromitując tę instytucję i podlegający jej nadzór pedagogiczny! Jego treść jest krótka:

W związku z doniesieniami prasowymi dotyczącymi stosowania w niektórych szkołach praktyk wstrzymywania wydawania uczniom i absolwentom promocyjnych świadectw szkolnych i świadectw ukończenia szkoły z powodu między innymi: nieuiszczenia opłaty za świadectwo, nieuiszczenia dobrowolnej składki na radę rodziców, braku przedłożenia przez absolwenta tzw. „obiegówki" uprzejmie przypominamy, że praktyki tego typu są niezgodne z prawem.

W § 26 ust. 1 rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 28 maja 2010 r. w sprawie świadectw, dyplomów państwowych i innych druków szkolnych jest napisane, iż „świadectwa, odpisy świadectw dojrzałości, odpisy aneksów do świadectw dojrzałości, dyplomu, suplementy, zaświadczenia, indeksy, legitymacje szkolne i legitymacje przedszkolne dla dzieci niepełnosprawnych, a także kopie, o których mowa w § 23 ust. 2, są wydawane odpowiednio przez szkoły, kuratora oświaty, komisje okręgowe i przedszkola nieodpłatnie".



To tak, jakby Komendant Główny Policji ogłosił na stronie internetowej apel do bandytów: Stosowanie agresji fizycznej i psychicznej wobec innych osób jest niedopuszczalne! W związku z doniesieniami prasowymi dotyczącymi stosowania przez niektórych obywateli praktyk naruszania cielesności innych osób Komenda Głowna Policji przypomina, że praktyki tego typu są niezgodne z prawem. I tu może pojawić się stosowny artykuł np. z Kodeksu Prawa Karnego.


Tego typu "sterowanie" oświatą staje się wyrazistym dowodem na totalny chaos w polskiej oświacie i wieloletnią nieudolność nadzoru pedagogicznego! Po co wydaje się miliony złotych w naszym kraju na utrzymywanie armii urzędników - wizytatorów kuratoryjnych, skoro aż minister edukacji narodowej musi im przypominać, że obowiązuje w tym kraju jakieś prawo. Ile jeszcze lat będziemy czytać tego typu komunikaty? Czy ktoś w MEN zastanowił się nad tym, jak nieskuteczną stanowi władzę, skoro każdego roku trzeba powtarzać to samo? To może ktoś wreszcie ruszyłby się zza biurka i zaczął sprawować ów nadzór, skoro tak MEN zapisał jego zadania? Może wreszcie ktoś rozliczy pseudo pedagogiczny - jak się okazuje - nadzór z nieudolności, z którą zmagamy się od początku transformacji. To, że w PRL stosowano te praktyki a dzisiaj są one nieustannie reprodukowane tylko wskazuje na to, że dobrze się usadowiło STARE.

No i wreszcie, tego typu sytuacja odsłoniła pozór funkcjonowania Forum Rodziców przy Ministrze Edukacji Narodowej, które okazało się kwiatkiem do kożucha, i to w dodatku zwiędłym, skoro nawet ONO nie potrafi zadbać o tak pryncypialne naruszanie praw rodziców w publicznym szkolnictwie! Wstyd! Forum stało się przedłużonym ramieniem władzy, oferując na stronie MEN banalne treściowo prezentacje typu: Jak wzmocnić dialog polskiej szkoły z rodzicami?, podczas gdy w szkołach prowadzony jest z nimi monolog. Oj, daleko nam jeszcze do demokratyzacji, uspołecznienia, do uczynienia szkolnictwa rzeczywiście publicznym.

środa, 26 czerwca 2013

Zerowe gry kadrowe w wyższym szkolnictwie prywatnym

Zbliża się koniec czerwca, a więc ruchu kadrowego w szkolnictwie prywatnym dla tych pracowników, którzy mają trzymiesięczne wymówienie z pracy. Nie ma zmiłuj się. Nawet ci, którym wydawało się, że wystarczy nosić torby za założycielem, jeździć z nim na narty czy na letnie wczasy, kupować okazjonalnie prezenty, niemal codziennie raczyć nieszczerymi komplementami itp., otrzymują wymówienia z pracy. A tak się starali, tak podjudzali, tak kombinowali, by tylko pozbyć się tych, którzy widzą ich pozoranctwo, nieudolność, brak kompetencji i hipokryzję… . Niestety, nadeszła chwila odsłony prawdziwego oblicza ich pracodawcy.

W nieuczciwym biznesie nie ma ludzi niezastąpionych. Są tylko w mniejszym lub większym stopniu traktowani instrumentalnie, by spełniać oczekiwania właściciela. Każdy, kto chce być sobą, zachować własną godność, musi wybrać – być albo nie być. Nie ma innego wyjścia, gdyż prędzej czy później to założyciel pseudobiznesu zadecyduje za niego. Kierowałeś jakimś działem? Byłeś przydatny w nim przez ileś miesięcy czy lat? To ciesz się, bo prędzej czy później przyjdzie walec i wyrówna. W końcu jak założyciel chce zatrudnić zięcia, teścia, kochankę czy partnera kogoś, na kim mu bardzo zależy (tymczasowo, o czym on wiedzieć nie może), to nie będzie żadnej litości, pamięci o tym, co było dobrego i wartościowego w tych relacjach, gdyż toczy się gra o sumie zerowej, tzn. czyjś zysk musi być osiągnięty kosztem czyjejś straty.

Po wymówieniu albo własnej rezygnacji z pracy w takiej psuedoszkółce bardzo szybko dowiesz się, kto czyhał na twoje miejsce, kto był w układzie, zmowie z założycielem, kto był w pakiecie koniecznego zatrudnienia kosztem koniecznego czyjegoś zwolnienia. Ktoś musi dobrze zarobić na czyimś zwolnieniu, to oczywiste w tak „brudnej grze”, jaką prowadzą niektórzy właściciele szkół prywatnych. Pogratulować motywacji pracy tym, którzy pozostali w takiej matni, bo będzie ona napędzana strachem, lękiem przed utratą jakichś dochodów. Jeszcze się ich przetrzyma na pół etatu, na umowę śmieciową, na ustną deklarację, gdzie słowa takiego pracodawcy są tyle warte, co rolka papieru toaletowego. Być może na nią starczy, kiedy trzeba będzie po kolejnym ultimatum o redukcji płac, zwolnieniach udać się tam, gdzie król chadzał piechotą. Może też poczytać sobie artykuły, felietony w uczelnianej gazecinie, która przecież nie poinformuje o tym swoich czytelników, a tym bardziej kandydatów na studia. Nie napisze jej "wypitny" redaktorzyna, że kierunek studiów otrzymał ocenę warunkową, że założyciel zwolnił właśnie kolejnych pracowników, że ci najlepsi już dawno i niedawno sami odeszli, że wszystko tu jest podszyte tchórzem i lipą.

Nie piszcie w swoich komentarzach, że w szkolnictwie publicznym też są zwolnienia, redukcje, cięcia płac, bo płace w nich zaczynają wzrastać, są pod kontrolą państwa a więc nie zależą od widzimisię rektora czy dziekana, a redukcje etatów wynikają z zaniechania przez niektórych nauczycieli akademickich powinności naukowo-badawczych czy braku godzin do prowadzenia zajęć dydaktycznych. Tu jednak każdy znacznie wcześniej dowiaduje się o tym, jak jest oceniany i jakie ma perspektywy. Sam rozstrzyga, czy podejmie właściwą dla danego stanowiska aktywność, czy może nadal zamierza ją pozorować. Pamiętam, jak jeden z moich uniwersyteckich współpracowników grał na swoją rodzinę, na żonę, później na kochankę, na zięcia, na córkę wysysając dla nich co tylko się da z uniwersyteckiego środowiska. Taka gra o sumie zerowej musi się kiedyś zakończyć porażką jednej ze stron, kiedy to tracą na tym współpracownicy, a cynik zyskuje.

Niektórzy nie chcą zrozumieć, że tak, jak sami rozstają się z innymi, zostaną w przyszłości potraktowani przez innych. W przyrodzie i społeczeństwie gra o sumie zerowej toczy się nieustannie. Nie miał racji Thomas Gordon, że w relacjach międzyludzkich, ale w środowisku antagonistycznym, możliwe jest funkcjonowanie bez zwycięzców i bez pokonanych. Jeśli ktoś myśli inaczej, to niech już szuka sobie innej pracy, bo nawet nie wie, kto czyha lub kogo ma założyciel szkoły na jego miejsce.

wtorek, 25 czerwca 2013

Francuska lekcja walki z rasizmem

Z francuskich ustaw prawnych ma zostać usunięte pojęcie "rasa", które w obecnej wersji ideologicznej obowiązują we Francji od 1881 r.. Zdaniem będących u władzy socjalistów, nie istnieje coś, co jest określane tym mianem. Wystarczy zatem usunąć pojęcie rasy z wszelkich ustaw, prawnych regulacji¶ aby zniknął rasizm. Ustawę w tym zakresie przyjęła izba niższa Parlamentu tego kraju oczekując, że rasa zostanie usunięta z literatury, prawa, a tym samym i z codziennego życia. Nie będzie powodu do posługiwania się kategorią, na podstawie której ludzie są ze sobą porównywani, oceniani, a bywa, że i są szykanowani. Autorem nowelizacji prawa w tym zakresie jest poseł lewicy - François Asensi.

Tym samym rasa nie powinna mieć już żadnego znaczenia, ani w nauce, ani w kulturze, ani w polityce czy w życiu codziennym, gdyż nie może być wykorzystywana w tym kraju do charakteryzowania ludzi, a więc i ich różnicowania. Słowo, które oznacza określoną grupę ludzi ze względu na ich właściwości a objaśniane w jego definiensie, może z racji powszechnego stosowania zachęcać do działań ideologicznych, rasistowskich. Rasa jest - zdaniem innego z posłów Alfreda Marie-Jeanne - absurdalnym konstruktem pojęciowym, który doprowadził do powstania najgorszych ideologii w świecie.

Sejm przyjął ustawę dotyczącą usunięcia pojęcia "rasa" z prawa i nauki, ale nie wiem, czy zatwierdził to francuski Senat. Ponoć Prezydent Francji obiecał w czasie kampanii wyborczej, że poprze tę inicjatywę. Pojęć, które jako opis fenomenów ludzkiej egzystencji prowadzą do stosowania przemocy wobec osób bądź jej sprzyjają, jest znacznie więcej, jak np. płeć, wiek, tusza, narodowość itp. Ich usunięcie z ustawodawstwa nie spowoduje przecież, że ludzie przestaną się nimi posługiwać w procesie oceniania, komunikacji, współpracy i rywalizacji, edukacji itp.

U nas do tego rozwiązania nie dojdzie, bo w kraju bł. Jana Pawła II ziarna nienawiści są na co dzień rozsiewane w mediach, oświacie, nauce, kulturze, biznesie i usługach. "Rasą", czyli zmienną wykorzystywaną przez niektórych do wykluczania INNYCH może być tu wszystko - wiek, płeć, wyznanie, miejsce zamieszkania, pochodzenie społeczne, biografia itp.

A tak pracują posłowie UE za 12 tys. EURO miesięcznie (naszych tam nie widać, bo są w Polsce udzielając mediom licznych wywiadów):


(Źródło: Yahoo! Groups,

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Wstrząs polityczno-oświatowy w Czechach

Z każdym dniem odsłaniana jest prawda o mafijnych lobbystach w strukturach władzy w Czeskiej Republice. Nieźle się urządzili nasi południowi sąsiedzi. Premier podał się jednak do dymisji. Mają tam trochę inną kulturę polityczną, chociaż o kulturze trudno jest w tym kontekście pisać. Ciekawe, czy ten wirus "przedsiębiorczej cnoty" trafił też do Polski? Nie jestem politologiem, więc nie będę zajmował się tą problematyką.

Natomiast będąc niedawno w tym kraju dowiedziałem się o wynikach matur czeskiej młodzieży, które mają - tak jak w Polsce - status egzaminu państwowego. Nasi południowi sąsiedzi utrzymali jednak egzaminy wstępne na studia. Okazuje się, że z matematyki nie zdało w tym roku 20,6% maturzystów, przy czym ten przedmiot nie jest w tym kraju obowiązkowy. Uczniowie mogą sobie go wybrać, jeśli planują dalsze studia na kierunkach ścisłych, technicznych, a nawet medycznych. Zdaniem komentatorów, ów odsetek niepowodzeń świadczy o tym, że czeska młodzież traci zdolność logicznego myślenia.

Znacznie lepiej poradziła sobie młodzież w tym kraju z egzaminem z języka obcego, którego nie zdało 2,6% osób oraz z języka ojczystego, gdzie porażka dotyczyła 1,9% abiturientów. Nasi południowi sąsiedzi już zastanawiają się nad tym , co uczynić, by matematyka była jednak obowiązkowym przedmiotem na maturze. I jeszcze jedna ciekawostka. Otóż odnoszę wrażenie, że ministrowie edukacji państw Unii Europejskiej umówili się ze sobą, a spotykają się co najmniej raz w roku na kawie, lodach i w kurortach ze SPA, że matury nie powinno zdać ok. 20% młodzieży. Minister szkolnictwa Republiki Czeskiej - Josef Dobeš wyjawił to dziennikarzom twierdząc, że dzięki temu co piąty absolwent szkoły średniej pójdzie do jakiejś szkoły zawodowej, będzie dalej się uczył, skoro nie jest tak mądry. Właśnie pod ten wskaźnik należy kalibrować poziom trudności maturalnych zadań. Wysoki odsetek niepowodzeń na egzaminie maturalnym może bowiem być odczytywany w społeczeństwie albo jako wskaźnik tego, że szkoły nie potrafią uczyć, albo że poziom trudności zadań był zbyt wysoki. Toż to jak w Polsce.

Obywatele tego kraju są też testowani na poziom obojętności na samotnie poruszające się po ulicach wielkiego miasta małe dziecko. Jedna z fundacji postanowiła przeprowadzić uliczny "eksperyment" w Pradze, a polegający na tym, że - w uzgodnieniu rzecz jasna z rodzicami - pięcioletnia dziewczynka udawała swoje zagubienie. Miała za zadanie informować przechodniów o tym, że się zgubiła. Organizatorzy tej socjodramy byli ciekawi, czy i jak ludzie będą reagować na taki sygnał. Wszystko było filmowane z ukrytej kamery.

To, co ich zaskoczyło, to jednak bardzo wysokie wyczulenie społeczne na los małego dziecka, gdyż prawie wszyscy dorośli właściwie zareagowali w takiej sytuacji. W Czechach ginie każdego roku w niewiadomych okolicznościach ok. 5,5 tys. dzieci. Są wśród nich przypadki ucieczek z domu, ale i porwań. Prawdopodobnie wyższy poziom troski o dzieci wynika w tym kraju z tego, że coraz więcej rodzin ma tylko jedno dziecko, w związku z czym ma miejsce większy o nie lęk czy obawa o jego bezpieczeństwo i życie.

sobota, 22 czerwca 2013

Bońskie wrażenia z edukacją i nauką w tle


Mój pobyt na Uniwersytecie w Bonn dobiega końca. Każdy, kto studiuje w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie,a ma w sobie pasję prowadzenia badań naukowych, może wyjechać do Bonn czy do Freiburga w ramach bilateralnej współpracy. W kraju przyjdzie czas na analizę literatury, do której miałem tu nieograniczony dostęp. Kilka wrażeń z tego pięknego miasta i ośrodka naukowego wpisuje się w ich postmodernistyczny ogląd.

Samoobsługowa biblioteka, czyli hipermarket źródeł wiedzy

Może nie powinienem o tym pisać, bo jeszcze ktoś zechce to powtórzyć w naszym kraju, ale byłem zdumiony tym, że w portierni budynku Wydziałowej Biblioteki pracuje osoba, która zarazem przyjmuje książki lub je wypożycza. Biblioteka działa jak supermarket z samoobsługowymi kasami. W zamykanych na klucz szafkach wypożyczający lub czytelnicy zostawiają swoje torby/teczki, by móc wejść do części z książkami, do których jest całkowicie swobodny dostęp. Każdy sam obsługuje siebie. Sam wyszukuje interesującą go literaturę – w katalogach, w internetowych bazach danych lub bezpośrednio przemieszczając się między półkami z tysiącami książek.

Budka czy(tel)nicza i pustoszejące księgarnie naukowe


Niedaleko Biblioteki Uniwersyteckiej natrafiam na ulicy na dawną budkę telefoniczną, w której nie ma już automatu telefonicznego, ale są w niej wyłożone przez mieszkańców czy turystów książki im już niepotrzebne. Kto chce, może wziąć sobie dowolny tytuł i przeczytać, a potem oddać, albo przynieść inny. Po raz pierwszy doświadczyłem tego, że jeszcze do niedawna największe i najlepiej zaopatrzone księgarnie naukowe ... pustoszeją. Na półkach jest zaledwie kilka tytułów. Co się stało? Czyżby nie wydawano książek naukowych? Nie. Naukowcy zamawiają książki w Internecie a do księgarni przychodzą tylko po to, by je odebrać. Jeśli jednak po przejrzeniu ktoś się rozmyśli, nie kupuje zamówionego tytułu, a ten trafia na półkę książek niezakupionych.



Spadł silny i tak obfity deszcz, że zalało w Bonn nie tylko niektóre domy, placówki handlowe, ale i tunele dla samochodowego ruchu. W drodze do metra, w jednym z jego podziemnych korytarzy, natrafiam na zawieszony na haku śpiwór i poduszkę organizacji pomocowej dla osoby bezdomnej. Dzięki temu nie spotkałem tu kartonów i brudnych szmat, które wciśnięte w kąt czy zakamarki ulic stanowią w innych miastach dla wielu bezdomnych swoiste legowisko. Ulice są tu czyste i zadbane, a poszukujący wsparcia otrzymają w usytuowanej blisko dworca kolejowego jadłodajni stosowne informacje.

Cieszą się młodzi i starsi

Na ulicach widać było uczniów, którzy świętowali koniec edukacji w tym roku szkolnym. Nosili t-shirty z wydrukowanymi imionami i nazwiskami swoich koleżanek i kolegów z klasy. Na głównym rynku rozstawione były stanowiska niemieckich organizacji pozarządowych-fundacji, stowarzyszeń, które skupiają swoją aktywność na pomocy ludziom starszym. Każdy mógł tu znaleźć dla siebie jakąś ofertę – zdrowotną, relaksacyjną, rehabilitacyjną, kulturalną czy nawet edukacyjną. Emeryci i renciści mogli przekonać się, że są potrzebni w społeczeństwie i społeczeństwu. Studenci, a ale pewnie i pracownicy uczelni oraz turyści czy mieszkańcy Bonn mogą w czasie pięknej pogody wylegiwać się na trawnikach, które są na tyłach budynku tej uczelni. Wieczorami jest ich w tym miejscu tysiąc, albo i więcej. Przychodzą lub przyjeżdżają rowerami z kocami, a nawet własnym grillem, by w towarzystwie posiedzieć, pogadać, napić się piwa lub wina i spożyć posiłek na trawie.


Uniwersytet nie tylko dla studentów i naukowców


Na Uniwersytecie organizowane są wykłady w ramach tzw. Uniwersytetu Trzeciego Wieku, ale także wykłady otwarte i warsztaty dla osób dorosłych w ramach Volkshochschule – Adults Education Center. Zajrzałem do sali seminaryjnej, w której słuchacze z wielkim zainteresowaniem dyskutowali z prowadzącym wykład. Każdy profesor powinien wygłosić w ciągu roku akademickiego dwa wykłady o tematyce, która jest na tyle uniwersalna, chociaż ściśle związana z własnymi zainteresowaniami badawczymi, by mogli je wysłuchać studenci innych wydziałów.

Akademicka parametryzacja


(fot. ks. prof. ChAT Bogusław Milerski w Bibliotece Uniwersytetu w Bonn)


W przewodnikach czy skryptach do studiowania znajdziemy informacje o tym, jak obszerne powinny być prace seminaryjne, zaliczeniowe czy dyplomowe – licencjackie i magisterskie. To sprawia, że żaden student nie musi pytać w czasie pierwszych zajęć w semestrze, ile stron muszą liczyć obowiązujące go prace. Tak więc:

- praca proseminaryjna - zaliczeniowa powinna liczyć do 10 stron maszynopisu (ok. 3 tys. słów/23 tys, znaków)

- praca seminaryjna – zaliczeniowa powinna liczyć do 20 stron maszynopisu (ok. 6 tys. słów/ok. 46 tys. znaków)

- praca licencjacka powinna liczyć do 25-30 stron maszynopisu (ok. 60-70 tys. znaków)

- praca magisterska po studiach II stopnia ok. 60-80 stron maszynopisu.

- praca magisterska po jednolitych studiach 5-letnich powinna liczyć do 80-100 stron maszynopisu (ok. 24-30 tys. słów)

U nas toczy się letnia sesja egzaminacyjna, podobnie jak tu w Bonn. Niestety, najczęściej słyszę lub czytam, że student z jakiegoś powodu nie zdążył napisać swojej pracy dyplomowej, ale nieustannie dopytuje się, kiedy będzie mógł przystąpić do egzaminu licencjackiego-magisterskiego. Jedyna odpowiedź, jakiej mogę udzielić, brzmi: „Jak napisze Pani pracę dyplomową, a ja ją zaakceptuję jako spełniającą wymogi merytoryczne, źródłowe i metodologiczne.”


Ciekawe, jak będzie wygladał powrót z Bonn. Tydzień temu przekonałem się, że Deutsche Bahn (odpowiednik polskiego PKP) nie tylko bywa niepunktualne, ale i nie radzi sobie z informowaniem podróżnych o zaistniałych opóźnieniach. Planowy pociąg z Frankfurtu do Bonn w ogóle nie przyjechał, zaś na kolejny czekałem godzinę. Dla równowagi - polski samolot linii lotniczych LOT odleciał z dwugodzinnym opóżnieniem. Pracownice LOT odprawiające pasażerów już do samolotu nie raczyły nawet wyjaśnić powodów zaistniałego stanu rzeczy. Najgorzej mieli ci, którzy lecieli z przesiadką na inne połaczenie w Niemczech.



Są jednak wspaniałe wrażenia z rozmów z profesorami Uniwersytetu, którzy wyjaśniali skomplikowane przemiany w szkolnictwie wyższym, i to nie tylko w ich kraju. Tak na przykład w Afryce Południowej - jak stwierdził jeden z nich - naukowcom płaci się na podstawie opublikowanych przez nich rozpraw, przy czym, co ciekawe, tam w ogóle nie liczą się monografie naukowe, gdyż te nie są brane pod uwagę w ocenie osiągnięć akademickich. Trzeba pisać artykuły i publikować je w czasopisamach, także z listy A, B i C. Lista A to czasopisma światowe, lista B - kontynentalne, a lista C - to krajowe. W Niemczech nie obowiązuje Web of Science, lista filadelfijska itp. Jeżeli ktoś wydał książkę, to obowiązuje przelicznik - za jedną książkę płaci się naukowcom jak za 10 artykułów w czasopismach specjalistycznych. Wówczas da się żyć.


piątek, 21 czerwca 2013

Problemy szkolnictwa wyższego czy jego kadr i tzw. ekspertów?

Ustawa o stopniach i tytule naukowym oraz o stopniach i tytule w zakresie sztuki z 2011 r., która definitywnie zaczyna obowiązywać już jako jedyna regulacja prawna z dniem 1.10.2013 r. rodzi szereg pytań i wątpliwości, dylematów i obaw. W gruncie rzeczy każdy, kto pracuje naukowo nie po to, by uzyskiwać dzięki temu stopnie i tytuł naukowy, ale by dążyć do prawdy, rozwiązywać nowe problemy, nie musi w ogóle interesować się treścią tej ustawy. To tak, jak w życiu rodzinnym. Żaden z rodziców nie czyta najpierw Kodeksu Prawa Rodzinnego i Opiekuńczego, by na jego podstawie prowadzić wspólne działania, rozwijać swoją wspólnotę i cieszyć się życiem. Jest mu ona potrzebna tylko i wyłącznie wówczas, kiedy pojawiają się na tej trudnej drodze życia jakieś dysfunkcje, zakłócenia. Wówczas będziemy szukać pomocy m.in. w prawie, jeśli inne środki i formy komunikacji okazały się mało przydatne.

Naukowiec powinien zatroszczyć się o siebie, o swój warsztat pracy, a nie o to, by spełniać jakieś kryteria, bo w ten sposób wpadnie w pułapkę nieoznaczoności i nieporównywalności własnych dokonań z osiągnięciami innych. Tak, jak nie ma sensu porównywać własnej rodziny do innej, własnego związku do sąsiedzkiego, tak samo należy skupiać się na swoim przedmiocie badań, realizować własne pasje i zainteresowania w jak najlepszy sposób. Nie nauczymy się prowadzenia badań z książek, podręczników, a już na pewno nie nabędziemy tych kompetencji w wyniku studiowania prawa. To nie ono ma regulować naszą pracę badawczą. Co najwyżej może oznaczać jakieś jej etapy, wskazywać na pokonywanie progów, ale to nie ono jest treścią i sensem pracy naukowo-badawczej.

Już wkrótce pojawią się w naszych środowiskach problemy związane z przypisaniem nas do tzw. minimum kadrowego. Mamy w kraju dwa, sprzeczne zresztą ze sobą minima, bowiem jedno dotyczy gwarantowania przez odpowiednią liczbę profesorów i doktorów kształcenia na określonym kierunku studiów, a drugie wiąże się z uzyskaniem czy utrzymaniem przez podstawowe jednostki uczelni akademickich uprawnień do nadawania stopni naukowych i przeprowadzania w nich postępowań na tytuł naukowy profesora. Należy pamiętać, że nie można być na tym samym wydziale przypisanym do uprawnień naukowych w dwóch dyscyplinach naukowych np. w pedagogice i psychologii czy socjologii. To uprawnienie jest ściśle powiązane tylko i wyłącznie z gwarantowaniem naszej pracy na rzecz kształcenia młodych kadr naukowych w ramach tylko i wyłącznie jednej dyscypliny naukowej. Zgodnie z Ustawą, oświadczenie przynależności do takowego minimum kadrowego każdy pracownik może złożyć tylko w jednej jednostce i tylko do jednej dyscypliny naukowej.

Jednostka, która ubiega się o uprawnienia do nadawania stopni naukowych, powinna być poddana ocenie parametrycznej przez MNiSW oraz powinna prowadzić kształcenie na poziomie studiów II stopnia - gdy rzecz dotyczy uprawnień o nadawanie stopnia naukowego doktora i/lub III stopnia - gdy chce posiadać uprawnienia do nadawania stopnia doktora habilitowanego. Konieczne jest także to, by pracownicy danej jednostki uczciwie i rzetelnie składali oświadczenia oraz wykazy publikacji i udziału w konferencjach naukowych czy prowadzeniu badań afiliowanych przy tej jednostce. Nie można sobie dowolnie "przerzucać" ów dorobek z jednej do drugiej uczelni czy szkoły wyższej, skoro był on wytworzony w czasie naszego zatrudnienia w określonej jednostce akademickiej. "Handlowanie" tym dorobkiem jest nieuczciwe tak wobec nowego pracodawcy, jak i byłego, w którym powstał, a jako taki zostanie zdyskwalifikowany w ocenie warunków, które musi spełnić jednostka oczekująca powyższych uprawnień. Co gorsza dla takiego pracownika, zostanie powiadomiona prokuratura o złożeniu przez niego fałszywych oświadczeń.

Amerykanie krytykują i odchodzą od parametryzacji osiągnięć naukowych, bowiem okazało się, że ów proces doprowadził do degeneracji nauki i jej otoczenia. Pojawiły się pasożyty-firmy prywatne, które postanowiły na tym zbijać kapitał, i to całkiem niezły (patrz słynny Indeks Hirscha, Web of Science, bazy typu Scopus itp.). Polacy, jak to już bywało w naszej historii, mają serwilistyczne podejście do tego, co w innych państwach doprowadziło do wielu patologii. Tak było m.in. z przyjęciem w okresie PRL, w latach 70. XX w. ustawy wydłużającej cykl szkoły podstawowej do 10 lat, w ślad za ZSRR, w którym to kraju właśnie rezygnowano z tego typu szkoły. Teraz jest podobnie, proamerykańscy i probrytyjscy doradcy MNiSW zorientowali się, że można na tym dobrze zarobić - szkoląc i opracowując różne poradniki, materiały dla środowiska akademickiego w naszym kraju.

W USA, ale i w Europie potworzyły się akademickie "spółdzielnie" (system mafijny) do zagwarantowania maksymalizacji cytowań i kolesiowskich recenzji. Dzisiaj już nie "opłaca się" w humanistyce pisać książek, prowadzić badania podłużne, eksperymentalne, ogólnokrajowe czy międzynarodowe, gdyż za opublikowanie ich wyników w monografii otrzyma się mało punktów. Wystarczy opublikować dwa artykuły 11 -stronicowe w dwóch lub jednym czasopiśmie z listy B lub C, żeby mieć odpowiednią liczbę punktów, co za książkę. Patologia w Polsce rozrasta się coraz silniej, także ze względu na absorpcję środków unijnych. Niektórzy doktorzy-"naukowcy" występują w roli asesorów, a zarazem umawiają się z kilkoma firmami , dla których piszą projekty badawcze, by w ukryty sposób wyciągać dla siebie kasę. Tego nie bada ani ABW, ani CBA, a szkoda, bo gdyby tak sprawdzono powiązania tych, co to oceniają wnioski, z tymi, którzy wygrywają konkursy na ich sfinansowanie, gdyby wszczęto dochodzenia, to może środowisko akademickie wróciłoby wreszcie do uczciwych praktyk.


czwartek, 20 czerwca 2013

Uniwersytet w Bonn bez minimum kadrowego z pedagogiki ...


Bonn jest kolejnym ośrodkiem akademickim - po Freiburgu i Pradze - w którym realizuję swoje badania naukowe. Mimo kilkudziesięcioletniej współpracy z niemieckimi naukowcami omijała mnie dotychczas możliwość bezpośredniego spotkania z bońskimi profesorami. Przebywam na Uniwersytecie Badawczym (Forschungsuniversitaet), jednej z niewątpliwie najstarszych i najlepszych uczelni w tej części Niemiec. Trafiłem akurat na nieprawdopodobne upały, toteż pobyt w uniwersyteckiej bibliotece staje się nie tylko rajem dla duszy, ale i dla ciała, bowiem wszystkie pomieszczenia są tu klimatyzowane.

Jestem pod wrażeniem wyposażenia jednej z wielu bibliotek tego Uniwersytetu, która w dwupiętrowym budynku mieści kilkusettysięczny zbiór książek i czasopism dotyczących tylko i wyłącznie nauk teologicznych oraz wspomagających je nauk pogranicza, jak m.in. pedagogika, filozofia, historia, psychologia, socjologia, nauki o polityce i sztuce itp. Jeszcze kilka lat temu był w Uniwersytecie w Bonn Wydział Pedagogiczny, po czym go zlikwidowano, przenosząc jego kadry i zasoby do innej uczelni (stricte pedagogicznej), by tu były prowadzone badania podstawowe, fundamentalne także dla nauk o wychowaniu. Do biblioteki może wejść każdy zainteresowany dostępem do wiedzy człowiek "z ulicy". Nie potrzebuje do tego żadnej legitymacji, rejestracji czy dowodu na głód wiedzy.

Przy głównym wejściu znajdują się pomieszczenia ze skrzynkami na rzeczy, w których należy pozostawić wszelkie torby czy teczki. Do środka można wejść z notatnikiem czy laptopem. To wszystko. Na każdym piętrze znajduje się kilkanaście pomieszczeń z wydzielonymi działami tematycznymi, gdzie na każdej z półek możemy odnaleźć interesująca nas książkę. Nie szukałem konkretnej rozprawy. Chciałem zorientować się, co wydano w ostatnich latach w Niemczech z nauk humanistycznych i społecznych, a szczególnie z nauk o wychowaniu. Są tu pokoiki z kserografami do skopiowania sobie wybranych fragmentów, sale komputerowe, drukarki z tuszem i papierem do dyspozycji czytelników, chociaż trzeba za to zapłacić.


Dział "Pedagogika religii" zawiera ponad 10 tys. woluminów oraz drugie tyle rozpraw z nauk wspierających tę dyscyplinę naukową. Z kim mielibyśmy rywalizować, skoro nie dysponujemy takimi samymi zasobami źródłowymi, skoro od dziesiątek lat prowadzi się w Niemczech badania naukowe, publikuje ich wyniki oraz dokonuje przekładów najlepszej literatury światowej z interesującej mnie pedagogiki, a nie skupia uwagę na biurokratycznym administrowaniu szkolnictwem z wyraźną ingerencją w fundamentalną dla niej zasadę wolności?

Wszystkie uniwersytety (poza wyższymi szkołami zawodowymi) mają uprawnienia do nadawania stopni i tytułów naukowych i nikt nie zajmuje się w krajach związkowych (w Niemczech jest decentralizacja także w szkolnictwie wyższym) państwowym nadzorem, nieustannym kontrolowaniem i podważaniem wiarygodności podmiotów akademickich. Na Uniwersytecie w Bonn jest tylko czy może aż dwóch profesorów pedagogiki, a mimo to, a może właśnie, dlatego że to Senat danego uniwersytetu obdarzył ich zaufaniem, mogą prowadzić promocje z nauk o wychowaniu na każdym poziomie nauki. U nas niektóre jednostki (wydziały) mają nawet po kilkunastu samodzielnych pracowników naukowych, a więc wielokrotnie więcej, niż powyższy Uniwersytet, i co z tego wynika?

W Niemczech nie funkcjonuje kategoria "minimum kadrowego", gdyż byłoby to naruszeniem godności uniwersyteckiej kadry, której rolą nie jest utrzymywanie bylejakości, tylko prowadzenie badań na najwyższym poziomie. Kto tak nie czyni, musi odejść. Uniwersytety nie są ośrodkami pomocy socjalnej dla tych, którzy nie wiedzą, nie potrafią, nie mają aspiracji i motywacji do dociekania prawdy w obszarze kluczowych dla dyscypliny naukowej zainteresowań poznawczych. Jak filozof zajmuje się edukacją, wychowaniem, to prowadzi z tego zakresu badania i wydaje książki. Nikt go nie pyta, czy przynależy do jakiegoś minimum kadrowego, bo jego rolą jest orientacja na maksimum. Tutaj teolog czy socjolog może promować czy recenzować prace naukowe z pedagogiki czy filozofii, jeśli jest to domeną jego kwalifikacji naukowych, a nie adnotacji w dyplomie.

Na uniwersytecie mam dostęp do Internetu. Zaglądam do polskiej prasy on-line i oczom własnym nie wierzę. W przyszłym roku akademickim Instytut Polonistyki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego zamierza po wakacjach otworzyć kierunek: „Teksty kultury i animacja sieci”, w ramach którego planuje m.in. fakultatywny wykład pod nazwą: „Gender: feminizm, queer studies, men’s studies”. Zdaniem części księży katolickich nie powinno to mieć miejsca, gdyż gender study są "pseudonaukowe" i sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Czy to znaczy, że studiujący na uniwersytecie mają nie wiedzieć, dlaczego coś jest albo nie jest naukowe? Biskup włocławski Wiesław Mering zwrócił się do rektora KUL z zapytaniem o powody wprowadzenia tego wykładu do programu kształcenia. Gdyby każdy oponent był na Uniwersytecie w Bonn i zajrzał do wspólnej Biblioteki Wydziału Teologii Katolickiej, jak i Wydziału Teologii Ewangelickiej, to dostrzegłby, że studenci - także teologii katolickiej - mają w programie kształcenia m.in. debatę wokół gender study.

Zamieszczam okładkę książki, która jest jedną z kilkunastu adresowanych do studiujących teologię i pedagogikę religii.




środa, 19 czerwca 2013

Dyskryminowani (?) o wyższych szkołach prywatnych w Sejmie


W Sejmie lobbowali przedstawiciele niepublicznych szkół wyższych. Gdyby spojrzeć na program tego spotkania, które niedawno miało miejsce, to można się przekonać, że zabiegali o szczególne przywileje ci, którzy akurat nie tylko nie należą do czołówki szkolnictwa wyższego tego sektora. Nie spotkamy w programie wystąpień ani rektorów, ani kanclerzy, ani wykładowców uczelni, które od początku swojego istnienia postawiły na jakość kształcenia i prowadzenia badań naukowych. które pozyskały kadrę akademicką z najlepszych uczelni w kraju, by wraz z nią konkurować na akademickim rynku rzeczywistą jakością, uczciwą ofertą i etycznymi działaniami w relacjach wewnętrznych i zewnętrznych.

Najlepsze polskie uczelnie niepubliczne nie muszą żebrać, zabiegać, bowiem ich atutem jest odpowiedzialna praca i własne osiągnięcia. Nie muszą dzielić się swoimi bolączkami z opinią publiczną pod pozorem troski o dobro wspólne, bo w gospodarce wolnorynkowej, w antagonistycznej rywalizacji o klienta nie ma wspólnych interesów, nie ma szczerych intencji, które miałyby być podstawą zabiegania o środki publiczne, bo te muszą służyć całości, ogółowi, a nie prywatnemu kapitałowi. Nikt nie zmuszał niektórych nauczycieli akademickich do tego, by opuszczali uczelnie publiczne dla celów pozaakademickiego wzrostu ich własnego kapitału. Jak chcą pasożytować na naiwnych kandydatach na studia w prywatnych szkołach, to niech to czynią na własną odpowiedzialność i własny wizerunek, ale nie na koszt podatnika. To najlepsze polskie wyższe szkoły prywatne powinny być ex definitione dofinansowane z budżetu państwa, skoro przekroczyły próg "hurtowni dyplomów" na rzecz odpowiedzialnej edukacji i jakościowo porównywalnej pracy naukowo-badawczej w stosunku do tej, jaką prowadzą uczelnie publiczne.

Ubieranie się w togi zatroskanych o polską młodzież jest żałosne, bo przecież wiadomo, że nie o nią tu chodzi. Prawdą jest, że w prywatnym szkolnictwie chcą i mogą dorobić do emerytury często znakomici wykładowcy, i słusznie, bo te są skandalicznie niskie, a oni reprezentują w wielu przypadkach nadal bardzo wysoki poziom pracy twórczej i dydaktycznej. Są jednak i tacy, którzy nie wysilali się w uczelni publicznej, nie mieli w niej osiągnięć, ale wzrosły ich potrzeby na utrzymanie nowego modelu samochodu czy młodszego modelu „żony” lub partnerki, na kolejny dom, itp., a nauka, reprezentowana przez nich dyscyplina wiedzy … niech się rozwija z udziałem innych, ale już tych z uczelni publicznych. Oni tymczasem będą kombinować, odcinać kupony od własnego dyplomu, w tym niektórzy „pozyskanego w wątpliwych co do rzetelności okolicznościach”. Prof. Magdalena Środa słusznie pisze: (...) w Polsce wciąż wierzymy w wartość studiowania dla samego studiowania, co rozbudza nasze aspiracje zawodowe, tymczasem jest coraz więcej prywatnych uczelni, które produkują buble i coraz częściej młodzi ludzie muszą wyjeżdżać z kraju w poszukiwaniu pracy, niekoniecznie zgodnej z wykształceniem.

Lobbyści jadą do Sejmu, by zabiegać o równe traktowanie. Chcą być równo traktowani z tymi, którzy uczciwie pracują naukowo w szkołach w pełni akademickich – także tych najlepszych, prywatnych? Ci, którzy dopuszczają na stronie internetowej reprezentowanej przez siebie szkoły wprowadzanie w błąd kandydatów na studia, podając fałszywe informacje na temat kadry, jakości kształcenia itp.? Ci, których administrator internetowej strony uniemożliwia dostęp do wiedzy na temat tego, kto jest w niej zatrudniony, a więc z kim będą prowadzone zajęcia i jakie mają oni rzeczywiste osiągnięcia w tej właśnie szkole (a nie gdzieś i kiedyś)? Lobbują ci, którzy na stronie szkoły prywatnej zapewniają, że przyjmą każdego, z każdej uczelni i zaliczą mu wszystko, bez względu na jakość, byle tylko wpłacił czesne? Kto tu kogo dyskryminuje?

Niech opublikują w Sejmie pełny tekst ich wypowiedzi, a my chętnie skonfrontujemy je z danymi o jakości kształcenia w ich szkołach. Jeśli ktoś chce się upominać o coś, to najpierw sam musi reprezentować najwyższe standardy, szczególnie kiedy zabiega o zmiany regulacji prawnych. Przesłano mi sprawozdanie uczestników tego lobbingu, którzy jakże niekompetentnie formułują zarzut, w stylu:

Musi jednak budzić niepokój nieobecność m.in. Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego prof. Barbary Kudryckiej, a także przewodniczącego PKA prof. Marka Rockiego, przedstawicieli CKK czy KNP PAN, którzy z racji pełnionych funkcji pozostają adresatami postulowanych zmian.

Całe szczęście, że nie było tam pani minister, bo musiałaby poinformować niedouczonych profesorów czy doktorów o tym, że dyskryminacji w szkolnictwie wyższym nie ma, jeśli spełnia się wysokie standardy, a więc te, jakie obowiązują w szkolnictwie publicznym. Rozumiem zatem, że szkoda było czasu pani minister na to spotkanie. To, że nie był obecny przewodniczący PKA czy Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów (a nie CKK – bo ten skrót obowiązywał w państwie totalitarnym, o czym warto wiedzieć) jest oczywiste, ponieważ te instytucje są od KONTROLI, także a nawet przede wszystkim pseudo wyższych szkół prywatnych i poprawności przeprowadzania w jednostkach akademickich postępowań doktorskich, habilitacyjnych i profesorskich, a nie od tworzenia prawa dla całego szkolnictwa wyższego.

Natomiast już zupełnie nie rozumiem, chociaż w kontekście niniejszej ignorancji staje się to dla mnie jasne, z jakiegoż to powodu w tej „konferencji” miałby uczestniczyć przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN? Czyżby owi zatroskani o losy szkolnictwa wyższego nie wiedzieli, że KNP PAN jest jednym z kilkunastu społecznie działających w ramach PAN komitetów naukowych, które nie kreują w Polsce prawa o szkolnictwie wyższym? A dlaczego mający poczucie dyskryminacji nadawcy owych roszczeń nie chcieliby spotkać się z Komitetem Psychologicznym, Socjologicznym, Językoznawczym itd., itd.? Czyżby mieli na uwadze tylko pedagogikę, a więc myśleli tylko o sobie, o własnym interesie? Szanowni Państwo, najpierw trzeba się douczyć, zapoznać z tym, jak w Polsce stanowione jest prawo. Warto też jednak coś sobą samemu reprezentować, bo dyskryminacja zaczyna się nie na górze, tylko na dole, mentalnie.

Bardzo podoba mi się jeden z postulatów tego środowiska, który ponoć brzmi: „zniesienie ubezwłasnowolnienia kadry uczelni wyższych przez rektora”. Ciekawe, co rozumieją jego autorzy przez ubezwłasnowolnienie? Czy w ogóle rozumieją ten termin? Czy może upał im zaszkodził? Nie ma problemu. Proponuję jeszcze dopisanie „zniesienie ubezwłasnowolnienia kadry wyższych szkół prywatnych przez rektora i założyciela”. Wtedy na pewno nie będzie dyskryminacji. Warto z nią walczyć najpierw na własnym podwórku, bo z tego co wiem, już nie jedna wyższa szkoła prywatna przegrała proces w Sądzie Pracy czy w Sądzie Cywilnym z tytułu dyskryminowania pracowników naukowych i administracyjnych. Szkoda, że lobbyści nie wspomnieli w Sejmie o tym, że prawa studentów nie są wystarczająco chronione w momencie, gdy ich wyższe szkoły prywatne ogłaszają koniec działalności. Tymczasem to nie owi lobbyści, ale rzecznik praw studenta musi domagać się zmian w przepisach, które lepiej zabezpieczą interesy wystrychniętych na dudka. Resort nauki zamierza przyspieszyć procedurę likwidacji wątpliwej jakości wyższych szkół prywatnych. Niestety, nie przewiduje jednak wprowadzenia regulacji, które pomogą studentom upadających placówek. I kto tu jest dyskryminowany?

A może tak ci, co mają poczucie dyskryminacji, wezmą się do pracy, w tym także naukowej? Może złożą wniosek na badania w Narodowym Centrum Nauki? Może jednak poddadzą się ocenie specjalistów, a nie ignorantów w czasie konferencyjki w Sejmie, gdzie zrobią sobie fotkę na stronę internetową, by bajerować opinię niezorientowanych w sprawie czytelników? Może sięgną po środki publiczne w pełni na nie zasługując? Oj, chyba niektórzy nie rozumieją, czym jest dyskryminacja. Przeszkadza im belka we własnym oku.

wtorek, 18 czerwca 2013

PODSUMOWANIE RUCHU INNOWACYJNEGO W EDUKACJI 2012/2013


Już po raz 27 odbyło się w pięknej sali Muzeum Miasta Łodzi (Pałac Poznańskiego) uroczyste Podsumowanie Ruchu Innowacyjnego w Edukacji, które jest organizowane w każdym roku szkolnym przez Łódzkie Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego we współpracy z instytucjami o znaczeniu krajowym i międzynarodowym. Laureatami tych konkursów były osoby, które miały znaczący wpływ na polską edukację. Byli wśród nich m.in. profesorowie Michał Kleiber, Jan Miodek, Marek Belka, Maria Dudzikowa, Jan Witkowski, Bogusław Śliwerski, Tadeusz Nowacki, Stefan M. Kwiatkowski czy tak znacząca postać w jakże wyjątkowej służbie na rzecz osób niepełnosprawnych, jak Anna Dymna.

Jak informował o tym Organizator: "Każda uroczystość podsumowująca działalność innowacyjną jest szczególnie ważnym świętem dla nauczycieli prezentujących wysoki poziom refleksji i produktywności pedagogicznej, dla kreatorów ZMIANY w edukacji, dla osób wytwarzających i wdrażających do praktyki edukacyjnej pomysły rozwiązań problemów, mające na celu wytwarzanie wiedzy przez uczących się, a więc dla nauczycieli stosujących w praktyce założenia kształcenia wielostronnego i konstruktywizmu w edukacji, dla organizatorów procesów innowacyjnych w otoczeniu szkoły oraz dla innowacyjnych pracodawców wpływających na strukturę i modele uczenia się. Tegorocznemu podsumowaniu patronują Prezydent Miasta Łodzi Hanna Zdanowska, Łódzki Kurator Oświaty Jan Kamiński, Marszałek Województwa Łódzkiego Witold Stępień. Obecni byli na uroczystości m.in. wiceprezydent Łodzi - Krzysztof Piątkowski, pani dr hab. Beata Jachimczak prof. UAM - dyrektor Wydziału Edukacji UMŁ oraz wicekurator oświaty Konrad Czyżyński.

Rzeczywiście, organizowane przez dyrektora ŁCDNiKP w Łodzi, a zarazem jednego z najbardziej znaczących w kraju promotorów innowacji pedagogicznych w szkolnictwie zawodowym - Janusza Moosa w tak podniosłej atmosferze Podsumowanie Ruchu Innowacyjnego w Edukacji jest unikatowym przedsięwzięciem w Polsce, które jest nie tylko wyjątkowym spotkaniem osób twórczych, kreujących i aplikujących w edukacji najbardziej wartościowe podejścia do kształcenia i wychowywania młodych pokoleń a także wzbudzających w środowisku oświatowym ruch autorskiej, niepowtarzalnej aktywności pedagogicznej.

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w każdym roku pojawiają się nowe postaci, twórcy, wybitni nauczyciele, wychowawcy czy instruktorzy, ale także dyrektorzy firm, którzy doskonale rozumieją potrzeby polskiej oświaty wspierając ją nie tylko materialnie, ale przede wszystkim technologicznie i praktycznie (warsztatowo). Nic dziwnego, że po prezentacji wdrożonych w minionym roku szkolnym innowacji pedagogicznych do praktyki edukacyjnej placówek różnych typów i szczebli, nastąpiła część wyróżnienia primus inter pares wśród innowatorów, którym nadano tytuły i certyfikaty (w nawiasie podaję nazwiska wyróżnionych pedagogów, nauczycieli akademickich, przedsiębiorców, społeczników):



UCZNIOWSKIEGO TALENTU (Magdalena Sychowicz - SP nr 153 w Łodzi; Justyna Ochman - XXVI LO w Łodzi; Paulina Król -XXVI LO w Łodzi; Krzysztof Marek Haładyn - Publiczne Gimnazjum nr 44 w Łodzi; Hieronim Wejdman - Gimnazjum nr 26 w Łodzi; Jakub Janiszewski - Gimnazjum Miejskiego Zespołu Szkół w Aleksandrowie Łódzkim; Jarosław Cheliński - Zespół Szkół Przemysłu Spożywczego w Łodzi; Patryk Łyszcz - Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 10 w Łodzi; Adam Bemski - Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 10 w Łodzi, Damian Dziobak - Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 7 w Łodzi).

MISTRZA PEDAGOGII (prof. Iwona Chrzanowska z UAM w Poznaniu, prof. Andrzej Falkowski Wyższa Szkoła Psychologii Społecznej w Warszawie, prof. Amadeusz Krause z UG w Gdańsku, dr hab. inż. Jacek Kucharski prof. Politechniki Łódzkiej, prof. Henryka Kwiatkowska z UW w Warszawie i prof. Lech Witkowski z Akademii Pomorskiej w Słupsku);
AMBASADORA INNOWACYJNYCH IDEI I PRAKTYK PEDAGOGICZNYCH (prof. Jerzy Bralczyk, Marzena Kędra - ubiegłoroczna laureatka Konkursu Głosu Nauczycielskiego "Nauczyciel Roku", dr Barbara Mrozińska-Badura - Prezes Zarządu i Redaktor Naczelna Telewizji Toya w Łodzi, prof. Anna Rogut-Instytut Badań nad Przedsiębiorczością i Rozwojem Ekonomicznym EEDRI, dr Bogdan Mazurek - Wydział Organizacji i Zarządzania Politechniki Łódzkiej, dr Paweł Markowski - Kolegium Nauczycielskie w Zgierzu, dr Witold Morawski, Wiesław Adamiak, Ryszard Rogalski - mechatronice, FESTO sp. z o.o.);

KREATORA INNOWACJI (Zbigniew Modzelewski- dyrektor OŁ Polskiej Korporacji Techniki Sanitarnej, Grzewczej, Gazowej i Klimatyzacji; Andrzej Gołąbek - prezes Zarządu Agencji Użytkowania i Poszanowania Energii; dr Jacek Stańdo - PŁ, koordynator projektu "e-podręcznik"; dr Piotr R. Cmela - dyr. Urzędu Statystycznego w Łodzi; Witold Woźniak - w-ce dyr. Krajowego Ośrodka Wspierania Edukacji Zawodowej i Ustawicznej; Małgorzata Marciniak - dyr. Centrum Doskonalenia Public Consulting Group; Kazimierz Kubiak - Instytut Badań nad Przedsiębiorczością i Rozwojem Ekonomicznym; Rafał Kunasztyk - Prezes Eurokreatora w Krakowie; Halina Włodarczyk - dyr. Zespołu Szkół Przemysłu Mody w Łodzi; Joanna Kośka- dyr. Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego w Łodzi; Henryka Michalska - dyr. Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 9 w Łodzi; Tomasz Janiak - WSIiU w Łodzi);

KREATORA KOMPETENCJI SPOŁECZNYCH (Mirosław Spychalski - dyr. Zespołu Szkół ZNP w Łodzi; Barbara Radomska - pedagog szkolny w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 5 w Łodzi; Sławomir Grzegorczyk - w-ce dyr. Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II st. w Łodzi; Jerzy Makowski - nauczyciel informatyki SP w Koźlu; Elżbieta Kłosińska-Nowak nauczycielka kształcenia zawodowego w ZSZS nr 2 w Łodzi; Janusz Baranowski - dyr. Departamentu ds. Przedsiębiorczości Urzędu Marszałkowskiego w Łodzi; Małgorzata Krukowska - nauczycielka w ZST-Inf. w Łodzi; Marcin Olczak - dyr. ds. systemów e-learning TOMORROW Sp. z o.o. w Warszawie; Małgorzata Gosławska -dyr. Zespołu Szkół Gastronomicznych w Łodzi; Józef Kolat - dyr. Zespołu Szkół Techniczno-Informatycznych w Łodzi);

PARTNERA PRZYJAZNEGO EDUKACJI (Maciej Jacek Matysek- Training -Consulting Manager w FESTO Sp. z o.o.; dr Piotr Skurski - Wydział Fizyki i Informatyki Stosowanej UŁ; Adam Paprocki - dyr. Izby Rzemieślniczej w Łodzi; Ewa Kochanowska - konsultant Public Consulting Group Polska Sp. z o.o.; Andrzej Gruszczyński - dyr. Centrum Zajęć Pozaszkolnych w Łodzi; Małgorzata Miruch - Góra kier. Działu Imprez Domu Literatury w Łodzi);

NAUCZYCIELA NOWATORA (Ewa Adamiak - Przedszkole Miejskie nr 109 w Łodzi; Anna Franczyk - Przedszkole Miejskie nr 206 w Łodzi; Barbara Bogusz - SP nr 175 w Łodzi; Dorota Szyszkowska-Janiak Ogólnokształcąca Szkołą Muzyczna I i II st. w Łodzi; Barbara Matusiak - XV LO w Łodzi; Barbara Banachowska Zespół Szkół Ponadgimnazjalnych nr 5 w Łodzi; Anna Burdyka - dyr. Zespołu Szkół Specjalnych nr 5 w Łodzi; Andrzej Wierzbowski -Zespół Szkół Ogólnokształcących; Andrzej Łaziński nr 1 w Łodzi; Bożena Bocheńska - Zespół Szkół Gastronomicznych w Łodzi; Regina Ogińska XXVI LO w Łodzi; Andrzej Łaziński - w-ce dyr. Zespołu szkół Ponadgimnazjalnych nr 7 w Łodzi; Andrzej Zielonka - dyr. Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Stemplewie; Adam Woźniak - dyr. Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 3 w Łodzi; Ewa Morzyszek-Banaszczyk dyr. SP nr 137 w Łodzi; Monika Lauk - Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 3 w Łodzi);



oraz po raz pierwszy w dziejach Podsumowania Ruchu Innowacyjnego w Edukacji wręczono statuetki SKRZYDEŁ WYOBRAŹNI za szczególne osiągnięcia w działalności innowacyjnej dla edukacji następującym osobom:
Bogusław Śliwerski - przewodniczący KNP PAN, prof. Sławomir Wiak - dyr. Instytutu Mechatroniki Politechniki Łódzkiej; Andrzej Moszura - ekspert gospodarczy oraz instytucje: Microsft Sp. z o.o. w Łodzi; Łódzka Specjalna Strefa Gospodarcza; Teatr Jaracza w Łodzi; Festo Sp. z o.o.; Izba Rzemieślnicza w Łodzi; Pamso S.A. w Pabianicach; Narodowy Bank Polski - Oddział w Łodzi; Muzeum Miasta Łodzi; Instytut Nowych Technologii, Gilette Poland International Sp. z. o.o.


Przekrój obszarów innowacyjnego zaangażowania laureatów tegorocznego Podsumowania jest ogromny tak w kategoriach wiekowych (wielopokoleniowy), dotyczących dziedzin życia (edukacja, szkolnictwo wyższe, opieka i pomoc społeczna, wychowanie, technologie, przedsiębiorczość, sztuka, itp.), jak i podmiotowych (osoby i instytucje).
Osobiście miałem okazję podziękować panu Dyrektorowi Januszowi Moosowi za uhonorowanie mojego ponad trzydziestoletniego zaangażowania na rzecz edukacji alternatywnej w kraju i poza granicami, kreowania i wspierania wysp oświatowej innowacyjności oraz służby na rzecz zmiany teoretycznej w naukach o wychowaniu. W klasie autorskiej, eksperymentalnej, którą uruchomiła w SP nr 37 w Łodzi moja śp. małżonka Wiesława zapoczątkowaliśmy ruch mikroinnowacji programowo-strukturalnych i metodycznych w szkolnictwie publicznym. Wówczas nad tablicami w klasie I widniało motto autorstwa naszego przyjaciela Hubertusa von Schoenebecka:"Nie da się latać z zawiązanymi skrzydłami". Dzisiaj te skrzydła powróciły do mnie symbolicznie w pięknej formie statuetki, która podkreśla (od-)wagę wznoszenia się w pracy pedagogicznej ponad istniejącymi granicami, rozwiązaniami, przyzwyczajeniami i programami, by tworzyć nowe warunki dla humanistycznej edukacji młodych pokoleń.

(fot. Janusz Moos spiritus movens ruchu innowacji pedagogicznych nie tylko w Łodzi)


Jest to dla mnie niezmiernie cenne wyróżnienie, które swoją nazwą i kryjącą się w niej symboliką zobowiązuje do dalszej pracy twórczej na rzecz wspierania pedagogicznego myślenia i działania nie tylko w polskiej rzeczywistości oświatowo-wychowawczej.
Cieszę się, że Kapituła Konkursów dostrzegła i doceniła zasługi tak wielu wspaniałych nauczycieli akademickich, oświatowych i społeczników i przedsiębiorców w procesie zachodzących w naszym kraju przemian oraz wyróżniła utalentowaną młodzież. Jeśli uznamy, że pedagogia jest stałym procesem, poprzez który jednostka przyswaja sobie nowe lub rozwija dotychczas istniejące formy postępowania, wiedzy, umiejętności i kryteria ich oceny – od kogoś, kogo uznaje za stosownego ich dostarczyciela i ewaluatora, to tym bardziej znalezienie się w gronie Mistrzów rodzi poczucie satysfakcji i zobowiązania na kolejne lata naszej pedagogicznej służby społeczeństwu.

Gratuluję wszystkim tegorocznym laureatom certyfikatów i tytułów, które potwierdzają, że warto nam wszystkim było ryzykować sobą w krainie pozoru, fałszu, rozproszenia sił, hiperbiurokratyzacji, kultu przeciętności czy dewaluacji autorytetów, by będąc wiernym ponadczasowym wartościom greckiej PAIDEI, dalej spełniać powierzoną nam nadzieję na lepsze wychowanie i kształcenie młodych pokoleń.


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Altes Wasserwerk - Ośrodek pedagogiki przeżyć ( Erlebnispädagogik)

Altes Wasserwerk to Centrum Kultury dla dzieci i młodzieży w południowo-zachodnich Niemczech, niedaleko granicy szwajcarsko-francuskiej w Lőrrach. Losami młodych w czasie wolnym nikt specjalnie się nie interesował, toteż postanowili oni wraz z pedagogami społecznymi wykupić teren w tej - jakże malowniczej, małej miejscowości i wybudować na nim wolnoczasowy ośrodek animacji kulturalnej. Das Alte Wasserwerk w Lörrach jest Ośrodkiem Kultury dla dzieci i młodzieży, który powstał w 1887 r., a rozbudowywany był dwukrotnie - w 1906 i 2004 r.

Pracujący tu pedagodzy społeczni oferują bardzo szeroką paletę aktywności: od Workshop'ów po koncerty, od zajęć sportowych poprzez kursy wspinaczkowe, możliwości organizowania konferencji, debat politycznych, społecznych, Kino, kulturę dziecięcą, dyskoteki dla dzieci, grupy kucharskie (sztuka gotowania), kursy taneczne, teatry młodzieżowe i wiele, wiele innych firm wolnoczasowych. To tu odbywają się letnie formy spotkań teatralnych, językowe obozy młodzieżowe,
Animatorzy pracy społeczno-kulturalnej, których kształciło i nadal edukuje się w naszym kraju wciąż są przyzwyczajeni do tego, że wystarczy uzyskać dyplom magistra czy licencjata pedagogiki, a w gminach tylko czekają na nich, by zaoferować im pracę w lokalnych domach kultury. Nic z tego. Socjalizm już się nie wróci, mam nadzieję, chociaż niewątpliwie jego jednym z dobrych rozwiązań w sferze społecznej było zbudowanie domów kultury czy placówek oświatowo-kulturalnych, w których dzieciom i młodzieży oferowano różnego rodzaju zajęcia rzemieślnicze, z majsterkowania, politechniczne, artystyczne - wokalno-taneczne, plastyczne, teatralne, filmowe itp. edukowaliśmy tysiące pedagogów ko (kulturalno-oświatowych), którzy organizowali w czasie wolnym dla dzieci i młodzieży szereg atrakcyjnych zajęć, prowadzili kluby, koła zainteresowań itd. Kapitalizm tym różni się od socjalizmu, że w nim każdy musi sam zatroszczyć się o siebie, bo państwo nie będzie w żadnej mierze zainteresowane jakąkolwiek grupą społeczną.

Tak też stało się w Niemczech, w Lőrrach, gdzie sama młodzież wybudowała kompleks budynków do powyższych zajęć, ale organizowanych przez samych zainteresowanych. Jak młodzi ludzie chcą uczyć się grać na instrumentach, to mają je do dyspozycji. Jak ktoś ma pasję wspinania się po skałach, górach to właśnie tu może zdobyć odpowiednie umiejętności w ramach kursów, indywidualnych zajęć lub obozów. Przebywająca w tym Ośrodku młodzież z różnych państw wybudowała muszlę koncertową i ozdobiła ją oryginalną grafiką, która wyraża młodzieńcze pasje i emocje. Jak młodzi ludzie chcą powołać do życia teatr, pisać scenariusze filmowe, tworzyć scenografie, odgrywać role w sztukach teatralnych czy nauczyć się filmowania, mogą tu przyjechać i spróbować swoich sił, realizować własne pasje.

Erlebnispädagogik jest wychowawczym modelem pracy z dziećmi i młodzieżą, w ramach którego oferuje się całe spektrum zajęć sprawiających im wiele radości oraz zróżnicowane formy pracy w grupach społecznych, zespołach, organizacjach pozarządowych czy do indywidualnej samorealizacji. Jak pisze w wydanej w tłumaczeniu na język polski Werner Michl - Pedagogika przeżyć jest metodą zorientowaną na działanie, która poprzez charakterystyczny proces uczenia się, kiedy młodzi ludzie postawieni są wobec wyzwań fizycznych, psychicznych i społecznych, chce wspierać ich rozwój osobowości i uzdalniać do tego, aby z odpowiedzialnością kształtowali swoje środowisko życiowe" (W. Michl, Pedagogika przeżyć, Kraków, 2011, s. 13-14)

niedziela, 16 czerwca 2013

Słownik Pedagogiki Specjalnej


Kto lubi pisać słowniki, a kto lubi je czytać? Na oba pytania chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Są osoby, które sięgają po słownik, kiedy mają problem ze zrozumieniem jakiego obcego im pojęcia albo szukają w leksykografii jego potwierdzenia. Najczęściej po leksykony, słowniki, encyklopedie sięgają ci, którzy muszą rozwikłać jakiś problem w ramach własnych powinności zawodowych. Studenci będą zatem poszukiwać w tego typu pracach definicji czegoś, co chcą uczynić przedmiotem własnych zainteresowań badawczych, a nauczyciele szkolni czy akademiccy posłużą się tego typu publikacjami, by dokonać podsumowania omawianych zjawisk ich definicyjnym ujęciem.

Pamiętam, jak wiele czasu pochłaniało mi pisanie wybranych haseł do trzydziestotomowej Encyklopedii Powszechnej PWN czy do współtworzonego z Bogusławem Milerskim Leksykonu PWN – Pedagogika. Były takie kategorie pojęciowe, o których nie mógłbym powiedzieć zbyt wiele, autorytatywnie, gdyż ich istota domagała się jednak głębokich uzasadnień. Wiele jednak pojawiało się w negocjowaniu z wydawcą zakresu koniecznych dla pedagogiki haseł, by dokonać niejako odświeżenia przestrzeni terminologicznej naszej dyscypliny naukowej po latach nie tylko doktrynalnej czy politycznej cenzury.

Osobiście chętnie sięgam do słowników w polskiej humanistyce, gdyż każde zawarte w nich pojęcie ma przecież w naszej kulturze nie tylko swoje znaczenie, ale i historię. Ktoś użył go po raz pierwszy w określonym celu. Jedni autorzy po to, by w ogóle zwrócić czyjąś uwagę na pewien fenomen naszego życia czy świata, inni, żebyśmy dostrzegli w nim jego złożoność, wieloznaczność lub zaledwie symboliczne muśnięcie czegoś dotąd nierozpoznawalnego.

Tak też stało się z najnowszym w polskiej pedagogice dziełem, którego autorką jest profesor Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie Małgorzata Kupisiewicz. Już wcześniej wydała wspólnie z profesorem Czesławem Kupisiewiczem „Słownik Pedagogiczny” (Warszawa 2009), ale ten miał jednak charakter ogólnopedagogiczny. Tym razem powstała praca, która nosi tytuł: SŁOWNIK PEDAGOGIKI SPECJALNEJ” (Warszawa 2013), której recenzentami wydawniczymi byli profesorowie: Edyta Gruszczyk-Kolczyńska i Władysław Dykcik, a zatem znakomici specjaliści w zakresie różnego rodzaju trwałych lub przejściowych dysfunkcji w życiu oraz psychofizycznej strukturze osób niepełnosprawnych. Znajdziemy w niej 1020 pojęć tematycznych, biograficznych czy historycznych, które są związane z pedagogiką specjalną.

Jak pisze M. Kupisiewicz we „Wstępie”: Dobierając hasła, kierowano się wielodyscyplinarnością pedagogiki specjalnej oraz brano pod uwagę podmiot jej oddziaływań, a są nim osoby niepełnosprawne w różnym wieku: niemowlęta, dzieci w wieku przedszkolnym, dzieci i młodzież w wieku szkolnym, osoby dorosłe oraz znacznie zaawansowane pod względem wieku. Hasła dotyczą szerokiego kręgu spraw, w tym:

- wczesnej wielospecjalistycznej diagnozy i stymulacji rozwoju dzieci z różnymi rodzajami i stopniem niepełnosprawności;

- patologii i profilaktyki zaburzeń rozwoju;

- edukacji, rehabilitacji, resocjalizacji oraz terapii medycznej i psychologiczno-pedagogicznej jednostek niepełnosprawnych w różnym wieku (od urodzenia do późnej starości);

- specyfiki metod nauczania, form organizacyjnych oraz środków stosowanych w pracy z osobami o różnym stopniu i złożoności niepełnosprawności;

- społecznego funkcjonowania osób niepełnosprawnych w różnych środowiskach życia;

- regulacji prawnych dotyczących tych osób. (s. 6-7)


Słownika nie pisze się tak, jak monografię naukową, gdyż żeby dokonać syntezy wiedzy na określony temat w tak skrótowej formie, potrzeba tysięcy godzin żmudnej pracy, kwerendy literatury, jej analityczno-krytycznego studiowania, by odsiać wiedzę ważną od nieistotnej, potoczną od naukowej oraz stworzyć – jak pszczoła - semantyczny „plaster miodu”. Efekt może wydać się każdemu pozornie banalny, ot, jakieś tam hasła, ale za każdym wierszem kryje się tytaniczna wprost praca badacza, który musi wiedzieć więcej niż pozostali, by pokazać mniej, ale za to w jak genialnej formie i głębi wpisanej w nią treści.

Mamy w naukach o wychowaniu „Mały leksykon pedagoga specjalnego,”, który napisała przed laty i wydała w Impulsie w Krakowie, niestety już nieżyjąca profesor pedagogiki specjalnej z DSW we Wrocławiu - Aleksandra Maciarz oraz tej samej autorki wcześniejszą publikację leksykograficzną pt. "Dziecko niepełnosprawne. Podręczny słownik terminów" (Verbum, 1995).

Dzisiaj otrzymujemy leksykograficzne dzieło, które jest nie tylko kontynuacją tej trudnej sztuki naukowej, ale i jakże jej nowym i znacznie szerszym ujęciem. Gratuluję Autorce znakomitej publikacji, dzięki której i mnie łatwiej będzie zrozumieć zjawiska, które coraz częściej pojawiają się w pozostałych subdyscyplinach nauk o wychowaniu. Czy tego typu forma naukowej pracy wytrzyma internetową konkurencję? Mam nadzieję, że tak, by w dobie Wikipedii, ale i popkulturowej wiedzy typu instant, zachować źródła naukowej wiedzy wielu pokoleń, by umieć odsiać w wirtualnych bazach ziarno od plew.