środa, 27 listopada 2013

Ależ było gorąco w Pedagogium…














Wczoraj Rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych – Pedagogium w Warszawie dr hab. Marek Konopczyński prof. WSNS zorganizował wraz z Katarzyną Koszewską - Kierownik Wydziału MSCDN w Warszawie, Małgorzatą Pomianowską - Redaktor Naczelną miesięcznika "Dyrektor Szkoły" interesującą debatę na temat mitów współpracy szkoły z rodzicami.

Otwierał ją mój wykład na temat owych mitów, co rozgrzało uczestników do czerwoności. Przyjąłem bowiem do swojej analizy kategorię mitu jako czegoś iluzorycznego, pozoru. Pokazałem, w jakim stopniu i zakresie polityka rządów od 1993 r. ,a więc wszystkich niemalże już sprawdzonych u władzy stronnictw politycznych, okazała się w obszarze oświaty publicznej także wielkim parawanem kłamstwa. "Współpraca" szkoły z rodzicami jest w polskiej oświacie efektem notorycznie współtworzonych przez władze iluzji, złudzeń, fikcji, naiwnych wyobrażeń, wiary w rzeczy niemożliwe. To ukryte podtrzymywanie politycznej władzy nad rodzicami przez m.in.: propagandę, manipulację, PR-owską perswazyjność władzy. Rodzice zostają uwikłani w iluzoryczność, która wydaje się nadawać ton ich obecności w szkole, chociaż w istocie chodzi o to, by nie wystawiali głów ponad to, czego oczekuje od nich MEN, kurator oświaty czy dyrektor szkoły.




Po wykładzie odbył się panel z udziałem Karola Semika - Mazowieckiego Kuratora Oświaty, Izabeli Muszyńskiej - Zespół Szkół nr 118 im. J. Lelewela Warszawa – dyrektor szkoły, Elżbiety Piotrowskiej - Gromniak - Prezeski Stowarzyszenia "Rodzice w Edukacji" i Jarosława Chojeckiego – rodzica ze Szkoły Podstawowej nr 314 im. Przyjaciół Ziemi w Warszawie. Była to już druga część tzw. Tryptyku edukacyjnego, kierowana do dyrektorów szkół i placówek oświatowych, psychologów, pedagogów, wychowawców wszystkich typów szkół oraz przedstawicieli samorządów lokalnych. Pierwsza część odbyła się w Katowicach, druga wczoraj w Warszawie, w sali teatralnej "Pedagogium". W końcu to Andrzej Janowski pisał o uczniu w teatrze życia codziennego, więc dlaczego nie rozmawiać o roli rodziców w szkole publicznej właśnie w teatrze, gdzie odbywają się przedstawienia bezdomnych. Czyż rodzice, nauczyciele i uczniowie nie mają czasami przeświadczenia, że są traktowani w szkole jak bezdomni? Mogą przyjść, ogrzać się, dostaną zupę i ... na ulicę.

Prowadząca panel sformułowała cztery tezy:

1. Współczesna szkoła unika merytorycznej współpracy z rodziną w związku z czym rodzina czuje się zwolniona z tego obowiązku.

2. Współpraca szkoły z rodzina jest niesłychanie istotnym elementem procesu edukacyjnego gwarantującym osiąganie sukcesów szkolnych przez dzieci i młodzież.

3. Współczesna szkoła coraz bardziej się „instytucjonalizuje” i „biurokratyzuje”, dlatego też tworzy bariery utrudniające, a czasami wręcz uniemożliwiające rodzinom
uczniów współpracę z nią

4. Nauczyciele współczesnej szkoły nie są merytorycznie przygotowani do współpracy z rodzinami uczniów.


Niestety, nie mogłem dotrwać do końca, gdyż jako rodzic musiałem zdążyć, by odebrać dziecko ze szkoły. Dyskusja jednak i wymiana poglądów były ożywione. Na co głównie zwracano uwagę? Pojawiła się ciekawa metafora stołu z czterema nogami, które muszą być tej samej długości, by ów mebel się nie przewrócił. Każda z nóg stołu (szkoły) odpowiada ważnemu podmiotowi jej uspołecznienia, a więc: rodzice - nauczyciele - uczniowie i nadzór pedagogiczny. Jeśli nie ma między nimi wzajemnego szacunku, jeśli nie traktują się zgodnie z zasadą primus inter pares, jeśli nie potrafią się ze sobą dogadać, to trudno, by można było uczynić szkołę instytucją publiczną Wówczas "szala" musi przechylić się na którąś stronę.


Nie wiem, czy przypominacie sobie państwo z okresu kierowania resortem edukacji przez ministrę Katarzynę Hall, że powołała ona przy MEN Radę Rodziców. Podobnie, jak rzecz ma się z fikcyjną Radą Edukacji Narodowej, i ta Rada była tylko propagandowym chwytem w próbie wykreowania w mediach troski pani minister o prowadzenie dialogu z rodzicami w sprawie sześciolatków. Po wyborach do obecnej kadencji Parlamentu K. Hall nie otrzymała nominacji na kierowanie resortem, toteż... nie raczyła nawet podziękować członkom Rady Rodziców przy MEN za to, że na czymś im jednak zależało, zbierali się, dyskutowali. Ot, potraktowano ich jak wyciśniętą cytrynę i "wyrzucono" w niepamięć społecznego bytu.

A co zrobiła kolejna pani minister edukacji - Krystyna Szumilas? Powołała "swoją" radę rodziców pod nazwą - "Forum Rodziców". Tamtej nikt nie rozwiązał, a członkom nowej "Forum-iastej" wręczono nominacje i jak żywe tarcze wrzucono w publiczny spór o sześciolatki. Musieli a może i chcieli dać swoją twarz tej propagandzie, nagrywać spoty, byle tylko zasłużyć na nominację. Jedni czynią to z przekonania, nie dostrzegając tego, jak stali się środkiem do socjotechnicznej manipulacji władzy, inni czynią to z sobie tylko znanych pobudek, chociaż być może mają problem z własną tożsamością, bo jednak mówić selektywnie o sprawach edukacji trzeba, skoro oczekuje tego od nich władza. Wielokrotnie już to w Polsce przeżywaliśmy, toteż jesteśmy z tym oswojeni. Organokracja pospolita kwitnie.

Ktoś trafnie powiedział w czasie dyskusji, że wszyscy głoszą potrzebę współpracy rodziców ze szkołą, a nie RODZINY ze szkołą. Trafne spostrzeżenie. Tyle tylko, że prawo oświatowe zostało tak zmanipulowane - przepraszam, skonstruowane - by rodzinę w tym kraju dzielić tak, jak dzieli się społeczeństwo: na swoich i obcych, na naszych i waszych, na białych i czarnych, itp. Zgodnie z zasadą totalitarnego władztwa(dawniej- socjalistycznego, dzisiaj - etatystycznego), władza ludzi dzieli i podtrzymuje podziały, by mogła autorytarnie i niepodzielnie rządzić. Dzięki temu wielu z nas może się wydawać, że ktoś się z nami liczy. Ucieszył mnie we wczorajszej debacie powrót do idei partycypacyjnego włączania rodziny ucznia w proces jego socjalizacji w szkole, liczenia się z rodziną w procesie kształcenia oraz wychowywania jej dziecka. Kto czytał moją książkę pt. "Edukacja w wolności", "Edukacja autorska" i "Edukacja pod prąd" pamięta, że w preferowanym przeze mnie modelu edukacji emancypacyjnej właśnie rodzina dziecka była fundamentem budowania relacji wspólnotowych w szkole publicznej.

Zdaniem innego z panelistów - zdaje się, że był to nauczyciel liceum - to nauczyciel powinien być inicjatorem zbliżenia rodziców do szkoły, to on powinien wykonać pierwszy krok. Szybko jednak uczestnicy sprowadzili go na ziemię, kiedy wskazywali na to, że szczególnie młodzi nauczyciele po prostu boją się rodziców. Sami nie są jeszcze rodzicami, są zbyt młodzi, by być partnerami dla o wiele starszych od siebie. Jeśli zatem pojawiają się bariery w tych relacjach, to głównie z lęku, obaw.
Dyrektor szkoły zaś przekonywał, że po co tu tyle mówić o roli współpracy szkoły z rodzicami, skoro ich stopniowo ubywa, a i ci, co przychodzą do szkoły w swoim czasie wolnym, chcą z nią współpracować, z biegiem lat wytracają zainteresowanie i zaangażowanie. Rodzice najzwyczajniej w świecie - zdezerterowali, nie ma ich w szkołach. Nie wyjaśniał już, z jakiego to powodu. Dlatego apelował o to, by rodzice sami zmienili swoje nastawienie do szkoły publicznej, przestali ją kontestować, oprotestowywać wszystko, co tylko jest możliwe, by nie wtrącali się w sprawy, o których nie mają pojęcia (np. plan zajęć dydaktycznych) itp. To może w takim razie tak narzekający na nieobecność rodziców w szkołach odpowiedzą sobie na pytanie, jaki w tej dezercji udział mają tak chętnie wprowadzane dzienniki elektroniczne? Wkrótce lekcje też będą wirtualne, więc o co tu się spierać?

Wicedyrektor placówki doskonalenia nauczycieli skonstatował, że po liczbie nauczycieli i rodziców zainteresowanych różnego rodzaju ofertami kursów, szkoleń itp. widać, że to szkoła ma kłopot, a nie rodzice. Inna rzecz, że zaufanie do szkoły i nauczycieli z każdym rokiem jest coraz niższe. Tymczasem szkoła jest jedyną instytucją, w której przez kilka lat znajdują się dzieci, nauczycieli i rodzice uczniów. No i na koniec tej części, w której mogłem uczestniczyć padały z sali różne przykłady zdarzeń, rozwiązań, które wyniszczają przestrzeń do możliwej współpracy. Tak jest np. w przedszkolach prywatnych, w których rodzice płacą za opiekę nad ich dzieckiem i nie życzą sobie, by ktokolwiek zawracał im głowę jakimiś z nim problemami. W przedszkolach publicznych natomiast można liczyć na większą empatię po obu stronach tych relacji. Jeśli nauczyciel przedszkola potrafi komunikować się z rodzicem problemowego dziecka, nie boi się go, bo występuje w interesie podopiecznego, to być może rodzic przeniesie tak pozytywne doświadczenie na relacje z nauczycielami w szkole.


Pojawił się też problem tzw. roszczeniowych rodziców. Bardzo mi się podobało, że uczestnicy panelu i dyskutanci przeciwstawiali się tej kategorii rodzica twierdząc, że każdy rodzic ma prawo mieć wątpliwości, czuć się niepewnie, formułować jakiś dylemat, toteż nie wolno tego określać pejoratywnie mianem - roszczeniowości. Trzeba razem ze sobą rozmawiać, wsłuchiwać się w siebie i poszukać wspólnie jak najlepszych dla dziecka rozwiązań, dla dziecka - a nie dla rodzica czy nauczyciela. Ponoć jeden z numerów miesięcznika "Dyrektor Szkoły" będzie poświęcony wspomnianej tu konferencji. Dzięki temu i ja dowiem się, o czym była mowa w ostatniej jej części.

6 komentarzy:

  1. >Pojawił się też problem tzw. roszczeniowych rodziców. Bardzo mi się podobało, że uczestnicy panelu i dyskutanci przeciwstawiali się tej kategorii rodzica twierdząc, że każdy rodzic ma prawo mieć wątpliwości, czuć się niepewnie, formułować jakiś dylemat, toteż nie wolno tego określać pejoratywnie mianem - roszczeniowości. <
    Nie ma zgody co do "roszczeniowych rodziców" - to nie ci, którzy mają wątpliwości, ale ci, którzy mają jakieś swoje wyobrażenia i nie dopuszczają myśli o innych punktach widzenia, ci którzy swoje punkty widzenia wyrażają w sposób niekoniecznie kulturalny, mówiąc eufemistycznie. To wreszcie ci, którzy wykorzystują oderwane od rzeczywistości regulacje MEN(co typowe dla tej instytucji) do terroryzowania szkoły i nauczycieli,

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawe spotkanie! Ale mnie metafora stołu się nie podoba, bo odzwierciedla jak bardzo stereotypowe jest myślenie o polskiej szkole. Dyskusja nad proporcjonalnością nóg nie uwględnia innych rozwiązań, jak np. stół na trzech nogach, stół wygięty z jednego kawałka materiału (dwie nogi, ale jakie!), czy też stół na jednej, ale niezwykle stabilnej nodze (czego i polskiej szkole z całego serca życzę!). Piszę o tym dlatego, iż ostatnio zdająca egzamin doświadczona nauczyielka dowodziła, że niepowodzenia w integracji czy też włączaniu dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi do szkół masowych wynikają z niedostatecznego zaangażowania rodziców. Kiedyś zadaniem szkoły było kompensowanie ewentualnych braków środowiskowych, dzisiaj niezaangażowani rodzice są usprawiedliwieniem dla niepowodzeń szkoły. Zgadzam się z tezą, ze nauczyciele kompletnie nie są przygotowani do współpracy z rodzicami, a rodziców traktuje się instrumentalnie. Grupka aktywistów, których się z łapanki gromadzi w tzw. Radzie Rodziców ("Proszę Państwa, nie wyjdziemy dopóki nie ustalimy trójki klasowej" - kto tego nie zna) nie zastąpi prawdziwej współpracy ze szkołami. To tylko przykład tzw. tokenizmu ("Przecież mamy rodziców współpracujących ze szkołą!"). Usprawiedliwienie, że młodzi, niedoświadczeni nauczyciele boją się rodziców nie może się w ogóle pojawiać! To bzdura! Z przyjemnością patrzę, jak młodzi lekarze znakomicie radzą sobie w kontaktach z pacjentami, także starszymi, niełatwymi, roszczeniowymi. Są często lepsi, niż ich starsi koledzy i koleżanki po fachu. Praca z rodzicem to część zawodu pedagoga. Nauczyciel musi mieć podstawowe umiejętności interpersonalne i podstawowe zaufanie do siebie samego. Nie może bać się "starszych". Inaczej studia pedagogiczne są bez sensu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny temat, świetna rozmowa. Chciałbym dołączyć do niej dołączyć. Czy jest to możliwe w Poznaniu ?

    @Anonimowy. Zgadzam się, że rodzice roszczeniowi bywają dużym problemem. Podobnie jak roszczeniowi nauczyciele. Ale jeszcze większym problemem jest nieumiejętność prowadzenia dialogu z ludźmi roszczeniowymi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście są techniki psychologiczne, które w iluś procentach ten dialog ułatwiają, ale tylko w iluś procentach i tylko ułatwiają. Te techniki trzeba wytrenować pod okiem trenera i z jego udziałem, co kosztuje i jest czasochłonne niesłychanie!!! ;-)

      Usuń
  4. Szanowny Panie Profesorze,
    Bardzo żałuję, że nie mogłam być obecna w Pedagogium na tej części Tryptyku Edukacyjnego, która dotyczyła mitów o współpracy szkoły z rodzicami uczniów, a przede wszystkim ubolewam nad tym, że nie miałam okazji wysłuchać Pana wykładu...
    W październiku tego roku (16.X) miałam przyjemność uczestniczyć w Katowicach w analogicznej części Tryptyku. Otwierał ją mój wykład na temat mitu o współpracy szkoły z rodzicami uczniów i już wówczas wyraziłam przekonanie, że istnieje potrzeba operowania pojęciem współpracy szkoły z RODZINAMI uczniów (w tym z prawnymi opiekunami), a nie tylko z ich rodzicami. Współcześni rodzice są bowiem uwikłani w sytuacje wynikające z dynamicznych przeobrażeń współczesnego świata – są zapracowani, czasami desperacko poszukują pracy lub emigrują zarobkowo. Dlatego też coraz częściej mamy do czynienia ze zjawiskiem przejmowania ról rodzicielskich przez dziadków i innych członków rodziny, a w najlepiej sytuowanych społecznie rodzinach – opiekunki do dzieci. Mamy w szkole również dzieci z rodzin zastępczych, rodzinnych domów dziecka i innych placówek opiekuńczo – wychowawczych. W tym przypadku, to wychowawcy i opiekunowie prawni odgrywają role rodzicielskie wobec swoich podopiecznych. W szkole funkcjonuje również dość liczna grupa dzieci nie będąca pod czyjąkolwiek opieką, stanowiąca czarną strefę rodzicielstwa niewydolnego czy patologicznego. Coraz większym problemem staje się także rodzicielstwo migracyjne. Status i położenie dzieci migrantów są różne, ale większość doświadczanych przez nie problemów jest podobna, zwłaszcza, jeżeli weźmie się pod uwagę, że migracja rodzica wiąże się zawsze z separacją, brakiem poczucia stałości oraz rozluźnieniem więzi.
    Próbując realizować przynależną jej funkcję wychowawczą i opiekuńczą, szkoła boryka się z wieloma problemami różnej natury, a zwłaszcza z problemami relacyjnymi, w odniesieniu do utrudnień i blokad w komunikacji z rodzicami uczniów oraz brakiem procedur postępowania interwencyjnego. W takiej sytuacji sieć wzajemnych powiązań między nauczycielami a rodzicami uczniów jest na tyle słaba, że obie strony stają się niewydolne wychowawczo.
    Panie Profesorze, cieszę się, że nareszcie zaczynamy debatować o tych i innych niedostatkach polskiej szkoły. Jestem zbudowana także tym, że nasze środowisko naukowe (a w zasadzie jego niewielka reprezentacja :) próbuje odważnie zmieniać zakonserwowaną i nieprzystającą do współczesnych realiów życia - polską oświatę.
    Serdecznie pozdrawiam i łączę wyrazy szacunku,
    Beata Maria Nowak

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo dziękuję za to dopełnienie zakresu problemowego analizowanej sfery oświatowej. Istotnie bowiem, kiedy mówimy: "rodzice w szkole" mamy na myśli tzw. typowych rodziców (norma, powszechność) podczas, gdy od kilkudziesięciu lat ta rola i jej status uległy znacznemu zróżnicowaniu. Podobnie zresztą, jak nie ma takich samych szkół, skoro najczęściej w debatach przyjmuje się model szkoły wielkomiejskiej, a przecież w polskim systemie oświatowym przeważają szkoły w małych miastach na wsiach.

    OdpowiedzUsuń